randka
Słowo "randka" (z francuskiego rendez-vous) narodziło się najprawdopodobniej pod koniec dziewiętnastego wieku i początkowo znaczyło to samo co "schadzka" - potajemne spotkanie zakochanych. Potajemne, bo jeszcze do niedawna miłość romantyczna zasadniczo nie szła w parze z planami matrymonialnymi. Małżeństwa zawierano ze względów prokreacyjnych i ekonomicznych. Miłość mogła się pojawić w małżeństwie, ale był to raczej wyjątek niż reguła. Jeśli się pojawiała, to zwykle poza nim. Przyszłych małżonków - w zależności od klasy społecznej - zapoznawała rodzina, swatały ich swatki i swaci. Znajomości zawiązywały się też na sąsiedzkich zabawach i przyjęciach towarzyskich.
szybka randka
Idea "szybkich randek" - spotkań, w ramach których w krótkim czasie można poznać dużą liczbę nowych osób i wytypować spośród nich takie, z którymi chciałoby się rozwinąć znajomość - przywędrowała do Polski ze Stanów Zjednoczonych kilkanaście lat temu.
W 1998 roku na pomysł takich spotkań wpadł rabin z Los Angeles, Yaacov Deyo. Chciał odwieść w ten sposób młodych Żydów od poszukiwania miłości w przypadkowych miejscach i rozpraszania diaspory. Zamiast zagadywać kobiety na dyskotece i ryzykować natrafieniem na gojkę, młodzi mężczyźni wyznania mojżeszowego mieli wybrać się do kawiarni (na pierwszy ogień poszła kawiarnia w Beverly Hills) i co kilka minut przesiadać się między stolikami, przy których rozmów z nimi wyczekiwały młode żydowskie kobiety. Po każdej "szybkiej randce" obie strony mogły uzupełniać formularze notatkami na temat poznanych osób. O zmianie w parach rabin informował drewnianą kołatką, używaną w judaizmie podczas święta Purim. Tradycyjnie takie kołatki służyły do zagłuszania imienia Hamana, znienawidzonego urzędnika, którego królowa Estera uśmierciła, wieszając na szubienicy. Kontakty do siebie organizatorzy przekazywali tylko osobom, które wzajemnie zaznaczyły się w formularzach.
Pomysł na randkowanie w konwencji telewizyjnego show, w którym wygrają jedynie najlepsi, szybko podchwyciły amerykańskie media i rynek. Po drodze nieco go wypaczyły. Nie tylko zamianą tradycyjnej kołatki na zwykły dzwonek, ale i - nierzadko drastycznym - skróceniem czasu, jaki miały poświęcać sobie pary. Nic dziwnego - raz, że im szybsza randka, tym więcej emocji wzbudza w uczestnikach, a dwa - tym mniej czasu antenowego trzeba na nią przeznaczyć. Jak donosi "New York Times", w 1999 roku jedna z amerykańskich stacji telewizyjnych wyemitowała show, w którym uczestnicy szybkich randek mieli rozmawiać każdy z każdym tylko trzydzieści sekund. Rozemocjonowane pary krzyczały do siebie nerwowo jak na licytacji. Rabin Deyo obejrzał program i zadzwonił do jego producentów ze skargą, ale nikt nie zwrócił na niego uwagi. Odpuścił. Później myślał jeszcze, by pomysł szybkich randek opatentować, lecz stwierdził, że szkoda mu nerwów na użeranie się z naśladowcami. Wolał założyć, że dobra idea przyniesie dobre owoce.
Pod koniec drugiej dekady dwudziestego pierwszego wieku w największych polskich miastach sesje szybkich randek odbywają się regularnie kilka razy w miesiącu, a czasem nawet po kilka razy dziennie. Samotni łatwo wyszukają je przez internet. Największe portale, takie jak Speed-Dates.pl, RandkiDlaSingli.pl, Svatka.pl czy UpolujSingla.pl, do udziału w organizowanych przez siebie wydarzeniach zachęcają stockowymi zdjęciami w pastelowych kolorach. Takie zdjęcia można wyszukać w płatnych bazach pod hasłami: "szczęśliwa para", "miłość", "zakochani". Starannie upozowani modele o idealnie zadbanych twarzach i ciałach udają zwyczajnych ludzi. Czy szybka randka zapewni miłość rodem z Shutterstocka? Czy zapewni takie życie? Może nie, ale dobrze, by takie przeświadczenie zakiełkowało w umyśle samotnego internauty.
Organizatorzy wychodzą z założenia, że marzenie dobrze jest sprecyzować. I tak do wyboru mamy randki "dla aktywnych" (na zdjęciu damskie i męskie nogi obute we wrotki, gładkie nogi czule opierają się o nogi owłosione), "dla miłośników podróży" (długowłosa blondynka rzuca się na szyję wysokiego bruneta, w tle góry), "dla singli z wyższym wykształceniem" (damskie i męskie nogi w studenckich trampkach zwisają z murku, na którym przysiadła para). Częste są randki dla katolików (mężczyzna w białej koszulce, z bukietem białych kwiatków), rzadsze dla niepalących, dla wegan, dla wysokich. Do wyboru mamy też "ekskluzywny speed dating" ("dla singli z dobrą kondycją finansową", elegancka para trąca się radośnie kieliszkami czerwonego wina) czy szybkie randki dla tych, którzy zaplanowali sobie, że jeszcze w tym samym roku znajdą męża lub żonę.
Portal UpolujSingla.pl oferuje również dodatkowo specjalną, tajną kategorię, dostępną tylko dla osób, które na szybkich randkach bywały już wcześniej. To "select speed dating" ("szybkie randki z selekcją") - randki dla osób wyjątkowo atrakcyjnych, czyli tych, których często wybierano. W tym przypadku do udziału nie zachęca zdjęcie, a sama obietnica wyjątkowości.
Ważnym kryterium doboru uczestników jest wiek skorelowany z płcią. Starsze kobiety płacą za udział w randkach więcej niż starsi mężczyźni. Rejestrując się na portalu Svatka.pl, kobieta za udział w szybkich randkach "dla dojrzałych" (między trzydziestym a czterdziestym piątym rokiem życia) zapłaci trzydzieści pięć złotych. Mężczyzna - dwadzieścia pięć złotych (ale tylko przy zapisie z dwutygodniowym wyprzedzeniem; organizatorzy ostrzegają, że rejestracja w ostatnim tygodniu kosztuje czterdzieści dziewięć złotych). W niższej kategorii wiekowej (do trzydziestu lat) kupując wejściówkę nawet na ostatnią chwilę, kobieta zapłaci w Svatka.pl tylko dziewiętnaście złotych, a mężczyzna - ponad dwa razy więcej.
Na portalu UpolujSingla.pl między wiekiem kobiet i mężczyzn rozciąga się obowiązkowa, kilkuletnia różnica. Na przykład kobiety uczestniczące w szybkich randkach "dla aktywnych" mają mieścić się w przedziale między dwudziestym czwartym a trzydziestym szóstym rokiem życia, ale już zapisujący się na spotkanie mężczyźni mają mieć między dwadzieścia siedem a trzydzieści dziewięć lat. W innych kategoriach wygląda to podobnie. Organizatorzy zakładają najwyraźniej, że mężczyzna powinien móc na szybkich randkach "upolować" singielkę nawet piętnaście lat od siebie młodszą, ale już kobiecie dopuszcza się co najwyżej "upolowanie" singla młodszego o lat dziewięć.
Cały ten skomplikowany, seksistowski system uregulowań i podziałów, okraszony bardzo wątpliwej jakości estetyką portali przyjmujących zapisy na szybkie randki, od pierwszego zobaczenia zniesmacza mnie i odrzuca. Ale i fascynuje.
Aby sprawdzić rzecz na własnej skórze, uczestniczyłam w trzech spotkaniach z portalu UpolujSingla.pl w kategoriach: "młodsza grupa" (sierpień 2018), "select speed dating" (sierpień 2019) i "dla singli z wyższym wykształceniem" (wrzesień 2020). Wszystkie spotkania odbywały się w Warszawie. W efekcie otrzymałam kontakty do dwudziestu czterech mężczyzn. Większość z nich wiedziała, że piszę książkę. Rozmawiałam później z kilkoma mężczyznami, a także z kobietami, które poznałam w przerwach. Wybrałam trzy osoby, których historie wydały mi się najciekawsze.
Marek
Gdy go poznaję, w sierpniu 2018 roku, Marek ma dwadzieścia pięć lat. To niewysoki mężczyzna o ciemnej karnacji, z głęboko osadzonymi oczami i grubymi czarnymi brwiami. Ma wadę wymowy, którą w pierwszej chwili biorę za obcy akcent. Może jest z Ukrainy? Marek prostuje, że jest Polakiem z okolic Rzeszowa. Ale przyzwyczaił się już, że ludzie się mylą. W sklepach często biorą go za obcokrajowca i zwracają się do niego po angielsku.
W czasie naszej rozmowy dużo się uśmiecha, odsłaniając zęby. Nie jestem pewna, czy z sympatii, czy z nerwów. Mówi tak szybko i tak niewyraźnie, że często muszę go prosić o powtórzenie. Powtarza cierpliwie. Tłumaczy, że ważne są dla niego wspólne priorytety. Zakochanie, miłość - to przyjdzie z czasem. W ciągu pięciu minut naszej znajomości pada pytanie, ile chciałabym mieć dzieci. On marzy o piątce. Tłumaczy, że jest programistą, zarabia dobrze, z utrzymaniem nie byłoby problemu. Jest też katolikiem, a katolickie wartości są dla niego bardzo ważne. - A ty, jesteś wierząca? - pyta. Proszę, żeby mnie zaznaczył, to pogadamy do książki. Marek się zgadza. Nigdy jeszcze nie udzielał wywiadu, ciekawi go, jakie to uczucie.
Przynajmniej dwóch mężczyzn spośród tych, którzy dosiadają się do mojego stolika po Marku, wspomina mi o nim na zasadzie anegdotki, którą powtarzały im kolejne współrandkowiczki. Że krąży tu taki, co chciałby piątkę dzieci, katolik, wariat jakiś.
Spotykamy się w kawiarni na Krakowskim Przedmieściu pod koniec września. Marek opowiada, że na szybkich randkach bywa od listopada zeszłego roku. Także na tych dla katolików, oczywiście, choć podkreśla, że nie widzi dużej różnicy. Przyzwyczaił się. Na oazach, pielgrzymkach, rekolekcjach również spotyka często ludzi, którzy swojej wiary nie traktują poważnie. Przychodzą nieraz dla towarzystwa albo żeby sobie pośpiewać. Wątpią, błądzą. Nie kierują się w życiu ideałami. To nie szkodzi. Nad tym można popracować. Marek jest przekonany, że pod wpływem jego wiary i rozmów z nim przyszła żona nawróciłaby się na właściwą drogę.
- Byłem na randkach dla młodych, dla aktywnych, dla tych z wysokimi dochodami. Mam też konto na portalu ZapisaniSobie.pl, to taki portal randkowy dla katolików - wylicza. Po dziesięciu miesiącach poszukiwań podsumowuje, że ma za sobą około pięćdziesięciu randek.
- Czasem nawet trzy razy w tygodniu się spotkał człowiek, czasem raz. A z każdą kolejną randką człowiek bardziej wyluzowany - stwierdza Marek. Tłumaczy: - Na początku bardzo się stresowałem. Podchodziłem do tego racjonalnie, matrymonialnie. Wstydziłem się pytać o różne sprawy, bo nie rozmawiałem wcześniej ze zbyt wieloma obcymi ludźmi. Teraz te rozmowy wyglądają zupełnie inaczej.
Marek przyznaje: większość randek kończyła się na pierwszym spotkaniu. Ale były też drugie, trzecie, czwarte randki z tymi samymi dziewczynami. Problem w tym, że Marek - mimo upływu czasu - nie potrafił nic do nich poczuć. Dziewczyny, jak mówi, przeciwnie. Bywało, że nie zauważały, jak czas zleciał. Musiał zwracać im uwagę, że to już trzy godziny i pora iść do domu. Po randce pisały pierwsze. Więcej pisały, częściej. Intensywnie patrzyły mu w oczy. W końcu zawsze musiał im tłumaczyć, że niestety, to nie to. - Z chęcią utrzymywałbym kontakt, ale jeśli druga osoba chce czegoś więcej, to każde takie spotkanie będzie dla niej krzywdzące - tłumaczy. - W takiej relacji można łatwo popaść w kompleksy. Dlatego teraz mówię od razu, że nie jestem gotowy na związek. Zmieniłem podejście. Najpierw muszę się zakochać.
Pytam o dzieci. Marek nie pamięta, od kiedy wie, że chce mieć ich dużo. Chyba od gimnazjum. Sam ma jedną siostrę, o czym mówi takim tonem, jakby był jedynakiem. Tylko jedna! Człowiek może poczuć się samotny. Z siostrą ma dobry kontakt. Z rodzicami - gorszy. To typowi katolicy - praktykujący, lecz bez gorącej wiary, bez dużego przekonania. Nie są też zbyt wylewni. A Marek chciałby, żeby jego rodzina była nie tylko duża, ale i pełna miłości, ciepła. Dlatego już od liceum przygotowywał się do roli ojca, studiował fachową literaturę o wychowywaniu dzieci, o ich rozwoju psychicznym. Podpatrywał, jakie problemy miewają ze swoimi dziećmi krewni; sprawdzał, z czego to może wynikać. Zdobytą wiedzę wykorzystywał w praktyce: prowadził rekolekcje dla dzieci, jako wolontariusz przez dwa lata udzielał korepetycji w domu dziecka. Na początku zastanawiał się, czy nie zostać nauczycielem, ale przeraziła go niska pensja. Praca w domu dziecka sprawiła też, że uświadomił sobie ogrom trudności. Ale co innego cudze dzieci uczyć, z patologicznych rodzin, co innego własne.
- Tak naprawdę czwórka też może być. A jak będzie fajna dziewczyna, to i trójka - przyznaje ugodowo. Gdyby okazało się, że własnych dzieci Marek mieć nie może, wtedy chciałby je adoptować albo przynajmniej pomagać w opiece bliskim znajomym. Jest przekonany, że człowiek potrzebuje spełniać się jako rodzic i że można to zrobić także w taki sposób. Dlatego życie bez własnych dzieci jeszcze sobie wyobraża. Ale już bez żony - nie. Może właśnie dlatego po dwóch miesiącach od naszej szybkiej randki uznał, że już nie spytałby o liczbę dzieci w ciągu pierwszych pięciu minut znajomości. Poczekałby z tym do zakochania. Zakochanie jest jednak ważniejsze.
Kiwam głową. Marek opowiada, że był już w życiu zakochany i wie, jakie to uczucie. Potrafi uderzyć od pierwszego wejrzenia jak piorun. Wtedy już na nic się nie patrzy. Niedawno dowiedział się, że dwie z trzech jego gimnazjalnych miłości biorą narkotyki i mają dzieci z przypadkowymi partnerami. Cieszy się, że nic z tego wtedy nie wyszło.
Gdy spotykamy się rok później, we wrześniu 2019 roku, Marek opowiada mi, że zakochał się w dziewczynie ze wspólnoty religijnej Ruchu Światło-Życie, do której należy. O tym, że to zakochanie, przekonał się podczas potańcówki. Zorientował się po zazdrości, którą poczuł, gdy tańczyła z innymi. - Wtedy byłem pewny- uśmiecha się. Spotykali się przez miesiąc, chodzili na spacery, pisali ze sobą. Ale już wie, że związku z tego nie będzie.
- Nie możemy być razem, bo dziewczyna ma problemy, które blokują ją na otwarcie się na Boga. Żyje w ciągłym grzechu - tłumaczy. - Półtora roku temu zginął jej brat, w wypadku samochodowym, a ona nie może przebaczyć tamtemu kierowcy. Mówi, że go nienawidzi. Przez to ciężko jej uwierzyć w Bożą miłość. Rozeszliśmy się, bo stwierdziła, że widzi, że ja chcę, żeby się zmieniła, a ona się zmienić nie chce. Gdybyśmy się nie rozeszli, moja wiara by na tym ucierpiała.
Marek opowiada mi o jeszcze jednej dziewczynie. Poznał ją przez portal dla katolików. Spotkali się trzy razy. Zawsze były to spotkania bardzo intensywne, długie - po pięć, siedem godzin. Po drugim spotkaniu przytulił ją na pożegnanie.
- Poczułem, że za wcześnie to zrobiłem. Miałem wyrzuty sumienia. Ja tylko ją lubiłem, z wyglądu mi się podobała. A ona, kiedy spotkaliśmy się po raz trzeci, zaczęła mnie całować. A potem powiedziała coś, co bardzo mnie wkurzyło. Po pierwsze, że chce białego małżeństwa. Po drugie, że chce najwyżej jedno dziecko albo w ogóle. Przyznała, że bała się mi to powiedzieć, bo bardzo chciała być ze mną. Wiedziała, że chcę co najmniej trójkę, miałem to napisane w profilu.
Marek podsumowuje: - To był mój pierwszy pocałunek w życiu. Na pewno inaczej to sobie wyobrażałem. Także przez to, że to było z zaskoczenia.
Marek przyznaje, że najbardziej brakuje mu teraz w życiu przyjaciół. Po przeprowadzce za pracą do Wrocławia nie zdążył ich jeszcze poznać na miejscu. Zresztą, mówi, chyba nigdy nie miał przyjaciół. Takich, z którymi mógłby się wspólnie pomodlić. Wystarczyłyby mu trzy tak bliskie osoby. I jeszcze powinien mieć cel w życiu. Praca nie jest tak satysfakcjonująca, jak przypuszczał, raczej mało rozwojowa. Musi znaleźć sobie hobby. Mieszka ze współlokatorką, z którą prawie nie rozmawia. Fakt, dziewczyna mu się zupełnie nie podoba. To lepiej, bo przynajmniej nie ma ryzyka, że się w niej zakocha, ale i tak woli jej unikać. Zapisał się też do dwóch wspólnot religijnych. Specjalnie do dwóch, żeby wybrać, w której będzie mu się bardziej podobało. I dalej chodzi na szybkie randki. Raz wybrał się na takie, w których uczestniczyły dwadzieścia trzy pary. Pod koniec wysiadało mu gardło, wszystkie dziewczyny mu się pomieszały, kompletnie nie pamiętał, kogo pozaznaczał. Spotkanie trwało dwie godziny, między poszczególnymi osobami nie było czasu robić notatek. Pod koniec był już bardzo zmęczony. - Ale ja jestem wytrzymały. Nawet jeśli nie mam ochoty już poznawać nowych ludzi, to tego po mnie nie widać - podkreśla.
O szybkich randkach powiedział tylko siostrze. Przyjęła to dobrze. Ona sama miała konto na katolickim portalu randkowym. Teraz ma męża ze wspólnoty, niedawno wzięli ślub. Rodzice o szybkich randkach nie wiedzą. - Na szczęście na weselu siostry byłem sam. A i tak tata włączył kolejny bieg. Dlaczego nie ta, dlaczego nie tamta? - Marek kręci głową. Przyznaje, że szybkie randki dużo mu dają. Wcześniej w kontaktach damsko-męskich był bardzo nieśmiały. Nigdy nie miał dziewczyny, ale wiele razy mu się jakaś podobała, był zauroczony, zakochany i nie miał odwagi nic zrobić. - Miałem uczucie przegranych okazji. Załamywałem się. Czułem, że czas leci, a przez lata nic się nie zmienia. I może ja nigdy... - opowiada Marek i urywa w pół zdania. Teraz jest przekonany, że wkrótce kogoś pozna. Ten trudny czas to tylko taki etap, zaraz minie. - Jak tylko osiądę na dobre we wspólnocie, poznam ludzi, przestanę chodzić na szybkie randki - deklaruje. - Wiem, że prędzej czy później zakocham się w dziewczynie ze wspólnoty.
Gdy odzywam się do niego na Facebooku we wrześniu 2020 roku, Marek pisze, że żony już nie szuka, na razie. "Ewoluowałem myślenie" - stwierdza. "Najpierw trzeba przepracować relację z najbliższymi, czyli z rodzicami. Nie da się chyba zbudować zdrowej relacji, jeżeli się nie przepracuje relacji w rodzinie i jak człowiek nie nauczy się budować relacji przyjacielskiej z osobami tej samej płci. A odkryłem, że mam problem ze zbudowaniem relacji przyjacielskiej, nie mam prawdziwego przyjaciela. Relacja romantyczna bez przyjaźni nie wyjdzie. Nie uważam, żeby dla samego romantyzmu, pożądania, seksualności miała sens. To jest piękne wszystko, ale bez przyjaźni nie wyjdzie".
Marek zdecydował się na rozpoczęcie terapii.
Ernest
Ernest w 2018 roku ma dwadzieścia sześć lat. Wysoki blondyn, programista, z Białegostoku. Nie pamiętam już, o czym z nim rozmawiałam w czasie naszego pierwszego pięciominutowego spotkania; dość że Ernest zrobił na mnie dobre wrażenie. To jego pierwsze szybkie randki, tak samo jak moje, dopiero przyjechał do Warszawy. Umawiamy się w parku Pole Mokotowskie, jak proponuje. Przynosi ze sobą taśmę do slackliningu, którą rozciąga pomiędzy drzewami, i uczy mnie po niej chodzić. W zasadzie jestem na tym spotkaniu niemal prywatnie, bo Ernest wydaje mi się fajnym chłopakiem. Tak się składa, że z nikim się akurat nie spotykam.
Na koniec randki pyta mnie o datę i godzinę urodzenia. Tłumaczy, że jego rodzice - właściciele rodzinnej firmy - pytają o to wszystkich swoich nowych pracowników. Wpisują później te dane do komputera, a komputer pokazuje im precyzyjny horoskop dla tej osoby. Uzależniają od niego decyzję o stałym zatrudnieniu. Śmieję się, ale chyba trochę zbyt głośno, bo Ernest robi kwaśną minę. Mimo wszystko wymusza na mnie, bym dopytała mamę, o której godzinie się urodziłam, i wysłała mu tę informację esemesem. Wysyłam.
Następnego dnia Ernest przesyła mi mailem sążnisty "horoskop urodzinowy", długi na jedenaście stron. Z horoskopu dowiaduję się, między innymi, że: charakteryzuję się "skrajnym negatywizmem i sceptycyzmem", mam trudności z utrzymywaniem równoprawnych, partnerskich stosunków, a także nie jestem zbyt elokwentna i wymowna. Za to myślenie mam "dokładne, skrupulatne, logiczne i naukowe", dzięki czemu mogłabym zostać "matematykiem, projektantem, inżynierem, konstruktorem architektem, konserwatorem, nauczycielem lub politykiem". Ponadto mam dobre predyspozycje na "pisarkę, lekarkę, naukowca, badaczkę, uczoną, bibliotekarkę i sekretarkę" ("ze względu na swoją wrodzoną umiejętność wysławiania się i wysoki stopień inteligencji"). Pluton w Skorpionie nadaje mi z kolei "ogromną siłę wewnętrzną". Moje życie emocjonalne jest "niezmiernie głębokie i burzliwe". "Możesz stać się wojowniczką odrodzenia albo kapłanką zniszczenia, ale wszystko zależy od Twoich wyborów" - zwraca się do mnie autor horoskopu. Tej pasjonującej lekturze oddaję się u boku koleżanki, która towarzyszyła mi na szybkich randkach. Zaśmiewamy się do łez.
W październiku 2019 roku odzywam się do Ernesta ponownie. Nie obawiam się, że będzie miał do mnie żal o zerwanie kontaktu - najwyraźniej zinterpretował horoskop na moją niekorzyść, bo wcale o ten kontakt nie zabiegał. Pytam, co się u niego zmieniło, zastrzegając, że pytam o to do książki.
- Do książki? - Ernest nie dowierza. Pewnie już zapomniał, że mu o tym mówiłam. Słyszę po głosie, że śmieje się do słuchawki kpiąco. - No dobrze, możemy porozmawiać do tej twojej publikacji.
Od czasu gdy się poznaliśmy, ma za sobą kilkanaście wyjść na szybkie randki. Szacuję. Jeśli wyjść było piętnaście, to oznacza ponad trzysta pięciominutowych spotkań. Trzysta nowych kobiet, z którymi łącznie Ernest przegadał non stop dwadzieścia pięć godzin w pięciominutowych interwałach.
- Nie jest to najwyższy poziom randek, jaki sobie wyobrażam. Osoby, które tam przychodzą, jednak bym określił jako zdesperowane. - Ocenia. - Raczej często mają na bakier z relacjami z innymi ludźmi. Ale myślę, że to dobry sposób na wyjście z piwnicy, że tak powiem. Terapia szokowa.
Ernest szacuje, że dziewięć na dziesięć spotkań, w których uczestniczył, to szybkie randki dla młodszych. Chodził też na randki dla aktywnych. W szybkich randkach podoba mu się to, że w krótkim czasie można poznać dużą liczbę osób.
- Masz okazję przebierać, wybierać. Przekartkować sobie drugą osobę. - Cieszy się. - Rozmowa na żywo, nawet przez dwie minuty, jest nie do porównania z Tinderem, gdzie masz tylko zdjęcie i opis.
Przyznaje: - Fakt, że jestem oceniany, może być stresujący, ale generalnie byłem zawsze oceniany dobrze, więc lubiłem stawać do tej konkurencji. Dobrze się w niej sprawdzałem. Podchodziłem do tego w pewien sposób na sportowo, żeby jak najwięcej lasek przekonać do siebie.
- Lasek?
- No lasek, tak. Taki jest mój język, moje słownictwo. Ale też myślę, że laskom to schlebia. W ich słowniku to komplement.
Ernest deklaruje, że wybierało go trzy czwarte "lasek", albo i więcej.
- Myślę, że to dlatego, że byłem prawdziwy, otwarty. I generalnie jestem ciekawą osobą. Zajmuję się wieloma ciekawymi rzeczami. Wydaje mi się, że to się mogło podobać. Mówiłem o moich hobby, o tym, czym się zajmuję, skąd pochodzę, o pracy, o tym, jak się bawię w wolnym czasie. Że gram na instrumentach, gram w squasha, jeżdżę na nartach, snowbordzie, na nartach wodnych, motocyklu, programuję.
Ernest ocenia, że szybkie randki pomogły mu nabrać swobody w kontaktach z ludźmi. Dzięki nim łatwiej mu teraz nawiązywać nowe znajomości. - Można się doskonalić w nieskończoność w różnych dyscyplinach. Powiedzmy, że to jedna z dyscyplin, w której się doskonalę - tłumaczy. A że nie poznał nikogo ciekawego? Nie szkodzi. - Jak byłaś w kinie dziewięć razy i ci się nie podobało, to nie znaczy, że nie pójdziesz po raz dziesiąty. Na tyle mi się podobało, że szedłem kolejny raz - stwierdza.
Jako często wybierany uczestnik Ernest zakwalifikował się do szybkich randek z selekcją. Zdanie o nich ma złe. Podejrzewa, że organizator oszukuje i wysyła zaproszenia wszystkim jak leci. - Spotkanie takie samo jak każde inne, a wręcz gorsze, bo miks wszystkich smaków. Mój kumpel, który wcale nie miał szalonych wyników, dostał zaproszenie. No i osoby, które tam chodzą. No, żadne perły - prycha. - Desperatki. Laska cała na czerwono ubrana, pomalowana na czerwono jeszcze, jakiś dekolt. To dla mnie objaw w kierunku desperacji. Albo po prostu laska nieatrakcyjna. Widać, że nie ma wielu okazji do nawiązywania relacji z facetami. Bywały takie, które to mówiły wprost. Może to błąd w taktyce. Laska się wygadywuje. Nie zwiększa to jej atrakcyjności, nie robi dobrego wrażenia w moich oczach. Mogłaby tego nie robić, to miałaby większą skuteczność. Myślę, że niektóre to miały problem z dostaniem jednego ptaka.
- Ptaka?
- Krzyżyka, zaznaczenia, wiadomo, o co chodzi.
Szacuje, że był łącznie na około dwudziestu randkach z dziewczynami poznanymi na speed datingu. - Nie mogę powiedzieć, żeby to były jakieś ważne dla mnie osoby, ale z jedną, dwiema kontakt utrzymuję - mówi. Przyznaje, że często zaskakiwało go, jak bardzo dziewczyny różnią się od tego, czego się spodziewał po pięciominutowym spotkaniu.
Ernest podkreśla, że nawet gdyby zaznaczyła go "genialna, super osoba" (jego ideał to artystyczna dusza albo humanistka), nie związałby się z nią. - Straciłbym wtedy inne, potencjalnie lepsze okazje - tłumaczy. - Jak już będę w jakimś poważniejszym związku, to nie będzie mi wypadało spotykać się z innymi laskami.
We wrześniu 2020 roku nie udaje mi się już z Ernestem skontaktować.
Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.