2 Eksperyment terenowy
Przez długie lata zastanawiałem się, czy kruki w warunkach naturalnych dzielą się żerem, a więc czy gdy znajdą pożywienie, intencjonalnie zwołują bądź też "kooptują" współbiesiadników.
W ramach eksperymentów w terenie można tworzyć wymyślone, ale prawdopodobne sytuacje w celu zbadania reakcji dzikich zwierząt. Wiążą się z tym pewne trudności, z których główna polega na tym, że badane zwierzęta bynajmniej nie chcą uczestniczyć w naszych eksperymentach i zwykle w ogóle nie pojawiają się tam, gdzie na nie czekamy. A jeżeli się pojawią, działają w sposób, na który nie mamy żadnego wpływu. W latach osiemdziesiątych mój rutynowy eksperyment terenowy polegał po prostu na wyłożeniu padliny w lesie i obserwowaniu z ukrycia, czy wydarzy się coś interesującego. Na podstawie tysięcy godzin obserwacji prowadzonych w ciągu czterech lat ustaliłem, że w okolicy mojej chaty gniazduje kilka par dorosłych kruków, a osobniki młodociane prowadzą najwyraźniej żywot wędrowny, włócząc się po rozległym obszarze, jako że pojawiały się i znikały. Dorosłe ptaki zazwyczaj broniły wyłożonej przeze mnie padliny, odganiając młodocianych włóczęgów. Ale przynajmniej pod koniec zimy młode kruki wędrowne nocowały stadnie i niekiedy zwoływały towarzyszy do wyłożonej przeze mnie przynęty, przybywając z noclegowni hałaśliwą gromadą na długo przed świtem. Przystępowały do żerowania i odganiały dorosłe kruki, które uważały się za "właścicieli" padliny.
W 1988 roku John Marzluff, który niedługo przedtem zrobił doktorat na Uniwersytecie Północnej Arizony w Flagstaff, dołączył do mnie, aby pomóc mi rozwiązać następne zagadnienie, a mianowicie kwestię tego, w jaki sposób kruki kooptują towarzyszy. Czy na przykład tańczą niczym pszczoły? Czy wypracowały specjalne sygnały oznaczające: "leć za mną"? Czy najlepiej poinformowane ptaki opuszczają grzędę pierwsze i dają znak, że ich towarzysze mają podążać za nimi? Czy chętnych do wyprawy werbują osobniki dominujące, czy osobniki niższe rangą? Które ptaki odnoszą z tego korzyść i na czym ona polega? Jakie są koszty dzielenia się żerem?
W eksperymencie terenowym, który John i ja zamierzaliśmy przeprowadzić w połowie grudnia 1990 roku, chcieliśmy sprawdzić, jaki wpływ na przebieg kooptacji ma status wędrownego kruka, a wszystkie inne czynniki utrzymywać w miarę możności na stałym poziomie. Pomysł polegał na tym, żeby naprowadzać na padlinę ptaki o znanym statusie, a potem obserwować, które z nich, odkrywszy przynętę, przyprowadzą towarzyszy i w jakiej liczbie.
Wcześniej przeprowadziliśmy podobne eksperymenty. W ramach jednego z nich w pobliżu noclegowni gromady kruków wypuściliśmy ptaki, które przedtem trzymaliśmy długo w niewoli, tak że nie mogły nic wiedzieć o obfitych żerowiskach w okolicy. Ptaki te bez wahania przyłączyły się do gromady na wspólnej grzędzie. Następnego ranka pojawiły się na żerowisku, gdzie posilała się gromada, do której się przyłączyły. Wypuszczone tego samego wieczoru z dala od noclegowni ptaki kontrolne nie pojawiły się na żerowisku, co dowodziło, że wspólna grzęda służy jako centrum informacyjne.
Tamtego roku zamierzaliśmy przeprowadzić eksperyment odwrotny, polegający nie na wypuszczeniu potencjalnych "współbiesiadników" w pobliżu kolonii, lecz na wypuszczeniu potencjalnych "werbowników" przy żerowisku. Spodziewaliśmy się niemałych komplikacji związanych z tym, że ptaki z kolonii, które żerowały już na innej padlinie, mogą nie być zainteresowane zmianą żerowiska. Zamierzaliśmy ograniczyć liczbę konkurencyjnych żerowisk, usuwając te, o których będziemy wiedzieć.
Aby przeprowadzić ten nowy eksperyment, złowiliśmy dwadzieścia dzikich kruków, które potem przez kilka miesięcy trzymaliśmy w naszym dużym awiarium w lasach Maine. John obserwował je codziennie, notując, który ptak ustępuje któremu przy pożywieniu. Odkrył, że wszystkie kruki tworzyły jedną hierarchię dominacji, poczynając od osobnika, który rzucał wyzwanie wszystkim, nie ustępował żadnemu i któremu ustępowały wszystkie pozostałe. Znając tę hierarchię, mogliśmy sprawdzać w terenie zdolność werbunkową w zależności od rangi społecznej werbownika. Na potrzeby tego eksperymentu dysponowaliśmy dwudziestoma nadajnikami radiowymi, które zamierzaliśmy wykorzystać do śledzenia ptaków.
Kiedy wypuściliśmy pierwszego kruka przy zaimprowizowanym żerowisku nad jeziorem Webb, przyniosło to spektakularne rezultaty! Uwolniona o zmierzchu samica, której założyliśmy nadajnik radiowy, nie zaczęła żerować, chociaż nie jadła od dwóch dni. W odróżnieniu od większości innych uwalnianych kruków nie odleciała czym prędzej w las. Gdy wypuściliśmy ją z klatki, spokojnie podeszła do kałuży w pobliżu wyłożonej padliny i się napiła. Potem poderwała się, usiadła na gałęzi pobliskiego drzewa i przez pół godziny gorliwie czyściła pióra. Następnie głośno kracząc, poleciała na północ w kierunku grzęd kolonii kruków. W nocy kolonie są hałaśliwe i zapewne usłyszała dochodzący stamtąd gwar. Wiedzieliśmy, że kruki z tej kolonii właśnie skończyły żerować na innej padlinie. Wszystkie warunki, na jakie nie ma się wpływu w terenie, jakimś cudownym zrządzeniem losu ułożyły się zgodnie z naszymi zamierzeniami. Co więcej, jak wynikało z sygnałów radiowych, nasza kruczyca dołączyła w nocy do innych w kolonii. O świcie naszym oczom ukazał się wspaniały widok. Z pierwszym brzaskiem ujrzeliśmy bowiem sznur przeszło trzydziestu kruków zmierzających z grzędy prosto na żerowisko, o którym mogły się dowiedzieć tylko od naszej kruczycy z nadajnikiem! W dodatku właśnie ona przewodziła stadu lub trzymała się blisko czoła! Właśnie takie rezultaty utwierdzały nas w przekonaniu, że kruki rzeczywiście dzielą się żerem z towarzyszami z grzędy.
Na potrzeby eksperymentu, który teraz opiszę, John wybrał samicę o niskim statusie. Nasze badania wykazały już, że fakt, iż jedynie młodociane kruki wędrowne werbują towarzyszy do wspólnego pożytkowania obfitego żeru, wynika z tego, że tylko dzięki działaniu w grupie są w stanie przeciwstawić się dorosłym pobratymcom, na których terytorium znajduje się ów żer, chociaż w grę mogą wchodzić także inne powody, takie jak chęć posiadania towarzystwa podczas uczty. Spodziewaliśmy się, że niższe rangą osobniki młodociane, takie jak wybrany wówczas ptak, będą kooptowały więcej towarzyszy niż dominujące młode kruki, ponieważ osobniki niższe rangą mają więcej powodów do obawy przed dorosłymi krukami. Równocześnie w gromadzie osobników młodocianych te o niskim statusie doświadczają na żerowisku mniej agresji, ponieważ osobniki dominujące są zajęte walką między sobą i odpieraniem ataków dorosłych kruków broniących swojego terytorium. W tej sytuacji ptaki o niższym statusie mogą wykorzystać zaabsorbowanie osobników dominujących i dobrać się do żeru.
John przymocował nadajnik radiowy do ogona kruczycy, a do obu skrzydeł przyczepił jej duże czerwone plastikowe znaczniki opatrzone dobrze widocznym numerem. Dzięki temu mogliśmy identyfikować ją nie tylko na podstawie sygnału radiowego, lecz również wzrokowo. Następnie John zamknął kruczycę w klatce do przewożenia zwierząt domowych i nie karmił jej przez dwa dni, aby tym chętniej odwiedziła obfite żerowisko, jakie mieliśmy przygotować. Ja tymczasem przejechałem przeszło trzysta kilometrów z Vermont - nawiasem mówiąc, w śnieżycy - żeby pomóc Johnowi w przeprowadzeniu eksperymentu. Moje zadanie polegało na wypuszczeniu ptaka przy żerowisku, a mianowicie przy siedemdziesięciu kilogramach skrawków mięsnych, które miałem wyłożyć w lesie. Chcieliśmy wypuścić ptaka blisko tej przynęty, aby mieć pewność, że odkryje żer. Czy znajdzie potem kolonię i przyprowadzi inne kruki?
Był to trzeci wypuszczony osobnik. Jeszcze siedemnaście i będziemy mądrzejsi. A przynajmniej na to liczyliśmy. Nie mogłem się doczekać, kiedy zaczniemy. Postanowiliśmy wypuścić ptaka na zachodnim brzegu jeziora Webb, około dwudziestu kilometrów od mojej chaty. Stanowisko to znajdowało się jakieś pięć kilometrów od zagajnika sosny wejmutki, gdzie nocowała wówczas gromada młodocianych kruków. Mieliśmy nadzieję, że nasz ptak naje się, a potem odnajdzie kolonię. Kruki są bardzo płochliwe, więc spodziewaliśmy się komplikacji przy samym wypuszczeniu ptaka na wolność. Trzeba to przeprowadzać bardzo umiejętnie, bo jeżeli kruk będzie wystraszony, to poleci na oślep byle dalej stamtąd, a wtedy nie zwróci uwagi na żer i najprawdopodobniej nie odnajdzie kolonii.
Uznałem, że muszę zbudować porządną kryjówkę z gałęzi świerkowych i jodłowych, z której mógłbym obserwować sytuację i w odpowiednim momencie wypuścić kruczycę z klatki. O ósmej rano pojechałem na miejsce eksperymentu. W lesie leżało ze trzydzieści centymetrów śniegu, a na gałęziach świerków czerwonych i jodeł balsamicznych wisiały wielkie, zbrylone poduchy. Na skraju niewielkiej polany, jakieś sto pięćdziesiąt metrów od drogi, rósł gąszcz jodeł, w którym mogłem zbudować kryjówkę. Każde uderzenie siekiery sprawiało, że na głowę i za kołnierz spadała mi orzeźwiająca kaskada śniegu.
Budowa kryjówki zajęła mi dwie i pół godziny. Od tyłu osłoniłem ją tak sumiennie, że światło wpadało tylko przez kilka maleńkich dziurek, natomiast od strony polany mogłem swobodnie obserwować sytuację przez koronkowe szparki pomiędzy jodłowymi gałązkami. Zaiste luksusowa kryjówka, tak wysoka, że mogłem w niej stać. Wróciłem do samochodu, kolejno zaciągnąłem po śniegu na polanę trzy worki na śmieci pełne mięsa i poczułem się odprężony i rozgrzany. Lód i śnieg wpadające mi za kołnierz niosły rozkoszną ochłodę.
Miałem dość czasu, żeby wrócić do chaty. Pobiegałem, zjadłem lunch. Potem poszedłem do Johna po kruczycę. Przez szpary między listwami klatki widziałem jej wielki dziób i oczy. Wydawała się spokojna, o wiele bardziej spokojna, niż można by oczekiwać od uwięzionego dzikiego kruka. Jeżeli jednak kruka traktuje się delikatnie, nigdy nie wpada on w panikę. Należycie traktowane kruki są równie spokojne jak dziecko błogo śpiące w naszych ramionach. Sprawdziłem sygnał na odbiorniku, na częstotliwości 837 megaherców, jej częstotliwości. Usłyszałem głośne i czyste "bip, bip, bip". Dzięki temu mogliśmy śledzić ruchy ptaka nawet w ciemności i ustalić, gdzie nocował. Mieliśmy nadzieję, że dołączy do najbliższej kolonii.
Kiedy wróciłem do lasu nad jeziorem, niebo było ciemnoniebieskie. Wiatr ustał. Ściągnąłem z mięsa plandekę, którą przedtem je nakryłem, i upewniłem się, że kruczyca w klatce dobrze widzi przynętę. Otworzyłem zameczek w drzwiczkach klatki i nie uchylając samych drzwiczek, poczekałem kwadrans, żeby wyczuła przynętę i dobrze się jej przyjrzała.
Wycofawszy się do kryjówki, usiadłem na jelenim futrze, które tam zaniosłem wraz z lornetką, odbiornikiem radiowym i notatnikiem, i przystąpiłem do obserwacji, patrząc przez ażurowe gałązki jodły.
Po kilku minutach ptak zaczął uderzać dziobem w drzwiczki klatki. Przywiązałem do nich pięćdziesięciometrowy sznurek, żeby móc je otworzyć, ale po trzech minutach kruczyca zrobiła to sama. Bez głosu i nawet nie spojrzawszy na boki, podeszła prosto do przynęty i zaczęła wyjadać łój. Odrywała kawałek po kawałku i połykała. Następnie obeszła przynętę, delikatnie skubiąc tu i tam, jak gdyby ustalała jakieś szczegóły. Wybrała kawałek łoju i pomaszerowała w moją stronę. Zatrzymała się tuż przed kryjówką, wepchnęła łój w śnieg i kilkoma ruchami dzioba w przód i w tył przysypała kęs większą ilością śniegu. Potem zrobiła następną skrytkę, po niej kolejną i tak dalej. W sumie założyła piętnaście skrytek, każdą w innym miejscu, ale w odległości, jaką kruk ma zwyczaj pokonywać piechotą. Najwyraźniej nie miała ochoty latać ani wydawać głosu, co uważałem za typowe krucze odruchy na żerowisku. Gdy na padlinie żeruje gromada kruków, zachowują się całkiem inaczej. Nie robią skrytek blisko żeru, lecz odlatują na znaczną odległość. No i przy samej padlinie strasznie hałasują.
Nie wiem, ile jeszcze skrytek ptak by założył, gdyby jego cichej i skrzętnej pracy nie przerwało pojawienie się intruza. Nasza kruczyca skamieniała w pół kroku. Usłyszałem "szu, szu, szu" mocnych uderzeń skrzydłami, a zaraz potem przeraźliwie ochrypłe krakanie przybysza, który tym hałaśliwym zachowaniem najwyraźniej demonstrował pewność siebie i siłę. Kilka razy okrążył polanę, a potem przysiadł na gałęzi klonu. Poczułem rozczarowanie. Fakt, że przynętę odkrył inny ptak, zmieniał warunki naszego eksperymentu. Ale i tak byłem ciekaw, co się stanie.
Nowo przybyły kruk postawił "uszy", nastroszył lśniące lancetowate pióra na gardle i głośno zakłapał dziobem, demonstrując samczą moc. Następnie wydał kilka wysokich krzyków, przypominających dźwięk fletu. W trakcie tego pokazu samczej dominacji ptaka, który najprawdopodobniej był dorosłym mieszkańcem miejscowego lasu, nasza samica stała jak skamieniała, trzymając w dziobie kawałek łoju. Gdy w końcu po kilku minutach samiec odleciał, natychmiast wróciła do żerowania i chowania jedzenia.
Mniej więcej po dwudziestu minutach nadleciały dwa kruki, kierując się prosto na przynętę i okrążając ją. Przypuszczam, że był to ów macho z małżonką, którą przyprowadził na inspekcję. Tymczasem nasza samica objadła się, zrobiła jeszcze kilka skrytek i zniknęła. Z sygnału radiowego wynikało, że nie odleciała daleko. Kiedy zaczęło się zmierzchać, przeleciała nad polanką w pobliżu przynęty, wydając ciąg krótkich ostrzegawczych krzyków, jakimi kruki reagują, gdy w pobliżu gniazda pojawi się drapieżnik. O ile mogłem ocenić, żadnego drapieżnika w pobliżu jednak nie było. Ostatecznie kruczyca odleciała kilkaset metrów dalej, na brzeg jeziora Webb, gdzie - jak wskazywał sygnał radiowy - spędziła noc.
W drodze powrotnej do chaty zatrzymałem się przy świerku, na który John wspinał się co wieczór, żeby obserwować zachowanie kruków wracających na noc na grzędę. Tamtego wieczoru John widział przeszło trzydzieści osobników, które przyleciały od strony góry Tumbledown. Znaczyło to, że kolonia żerowała w innym miejscu, gdzieś w lasach zamieszkiwanych przez łosie.
W poprzednim roku pięć ptaków o niskiej randze wypuszczonych przez nas w pobliżu przynęty bezzwłocznie odleciało, nawet nie tknąwszy mięsa leżącego przed nimi. Przyłączyły się do miejscowych kolonii i latały na żerowiska - truchła cielęcia i jelenia pożytkowane przez kruki z tych kolonii - ale nie wróciły do przynęty, którą im podsunęliśmy.
Tym razem nie oczekiwaliśmy, że ujrzymy gromadę ptaków już następnego dnia, ponieważ kruki nie porzucają wydajnego żerowiska, w tym wypadku prawdopodobnie truchła łosia, póki nie sprzątną żeru do czysta. Jeżeli jakimś sposobem numer 837 (nasza samica o niskim statusie) dołączyła do tej kolonii, to najpewniej poleci z nią na ucztę, a nie wróci samotnie do naszej przynęty.
Interesowały nas także inne zagadnienia. Wcześniej ustaliłem, że w wyniku kooptacji do żeru przybywa cała grupa, czyli trzydzieści, czterdzieści lub nawet pięćdziesiąt kruków, które w dzień lub dwa potrafią oczyścić do kości truchło jelenia. Dlaczego zatem para dorosłych kruków, na której terytorium leży żer, nie jest bardziej wyrozumiała w stosunku do kilku wędrownych osobników młodocianych, którym uda się znaleźć padlinę, skoro taka tolerancja zapobiegłaby zjawisku kooptacji? Dlaczego terytorialna para nie ustąpi odrobiny żeru kilku obcym krukom, lecz je przepędza, ryzykując w ten sposób, że przegnane ptaki przyprowadzą całą gromadę, która zje wszystko? (Później, dzięki Goliatowi i innym, przekonałem się, że dorosłe kruki czasami tolerują obcego ptaka lub dwa).
Do chaty wracałem w bezksiężycową, ale jasną noc. Niebo było bezchmurne i rozjarzone wstęgą Drogi Mlecznej oraz światłem konstelacji roziskrzonych na firmamencie niczym brylanty.
Nazajutrz rano, kiedy w ciemności szedłem na stanowisko obserwacyjne, po niebie płynęły ciężkie, posępne chmury. Obudziłem się tamtego dnia o piątej na dźwięk budzika, rozpaliłem ogień, ugotowałem owsiankę i zaparzyłem kubek kawy. Pośpiesznie zjadłem śniadanie, żałując, że nie mogę się nim porozkoszować. Posiedziałem tylko chwilkę przy ogniu, po czym ruszyłem w las. Doszedłem do samochodu, pojechałem na drugą stronę jeziora, a potem pomaszerowałem żwawo przez las, żeby dotrzeć do kryjówki przed świtem.
Wskutek porannego deszczu jodłowe gałęzie pokryła skorupa lodu. Gdy zasiadłem w kryjówce, aby kontynuować obserwację numeru 837, usłyszałem cichutkie granie oblodzonych gałązek podzwaniających na wietrze, który pojawił się przed świtem, przerywane stłumionym rytmicznym stukaniem dzięcioła kosmatego gdzieś w lesie za kryjówką.
Sygnał radiowy numeru 837 wciąż dochodził z sosnowego zagajnika nad jeziorem, gdzie kruczyca przysiadła na noc. Bardzo się ucieszyłem, kiedy usłyszałem mocny sygnał i szum skrzydeł o siódmej piętnaście rano! Przyleciała sama. Nie wydając głosu, przeskakując z gałęzi na gałąź, zleciała na stos mięsa i tak samo jak dnia poprzedniego od razu zaczęła się raczyć łojem. Przez następne cztery godziny robiła nowe skrytki. Tym razem częściej do nich latała, niż chodziła, ale sygnał radiowy wskazywał, że nie odlatuje daleko. Zgodnie z naszymi oczekiwaniami gromada ptaków się nie pojawiła. Zacząłem tracić zapał. Strasznie marzły mi nogi.
Około jedenastej zaczęło się coś dziać. Nadleciała para kruków, prawdopodobnie ta sama co dnia poprzedniego. Pomyślałem, że skoro przyleciały tak późno, ich terytorium lub główne żerowisko znajduje się daleko stąd. Samiec wydał z siebie długi ciąg modulowanych kraknięć terytorialnych, a jego towarzyszka spokojne miarowe gdaknięcia, w seriach po trzy: "nok, nok, nok", "nok, nok, nok". Wtedy numer 837 zniknęła na trzy i pół godziny, ale sygnał radiowy wskazywał, że nadal przebywa w pobliskim lesie. Kilkakrotnie słyszałem jej skargi, które wskazywały, że została zaatakowana przez innego kruka.
O wpół do trzeciej po południu zaczęło mocniej padać. Gęste jodłowe gałęzie kryjówki zatrzymywały światło, ale nie mogły zatrzymać wody. Odetchnąłem z ulgą, gdy wkrótce zaczęło się ściemniać i nadszedł czas powrotu do domu. Dorosłe kruki już dawno odleciały, ale 837 wciąż nie opuściła pobliskiego lasu.
Znów odwiedziłem Johna, który siedział na wysokim świerku. Powiedział, że kruki jeszcze raz przegrupowały się nieopodal, powróciwszy z tych samych stron co wczoraj. Nasza kruczyca nocowała osobno, tam gdzie ostatnio. Myśleliśmy, że następnego dnia rozpocznie kooptację, jeśli tylko odnajdzie kolonię, ponieważ nie mogła żerować samotnie ze względu na obecność mieszkającej tam pary.
Gdy nazajutrz o świcie dotarłem do kryjówki, wyjąłem latarkę, nastawiłem antenę i dostroiłem odbiornik, po czym odebrałem pierwszy sygnał. Nasza samica była wciąż w miejscu, gdzie spędziła noc. To dobrze, pomyślałem, wstałem przed nią. Mniej więcej o siódmej rano gdzieś poleciała i straciłem z nią kontakt radiowy.
Czekałem około godziny, potem chyba jeszcze kolejną, ale nadal nic się nie działo. Nie miałem pojęcia, co się wydarzyło, ale niepewność przyjemnie mnie ekscytowała. Kruczyca mogła pojawić się lada chwila albo w ogóle. Istniała możliwość, że przyłączyła się do innej gromady i odleciała trzydzieści kilometrów w tym lub innym kierunku, żerowała na truchle łosia na stokach Tumbledown, buszowała na śmietniku w Dryden albo wyjadała wystawioną przez myśliwych przynętę na kojoty. Być może do naszego wabika przyleci para dorosłych kruków. Może odkryje go jakiś inny ptak. To już nie był eksperyment, ponieważ wkradło się zbyt wiele zmiennych, których nie byliśmy w stanie kontrolować.
W końcu się zjawiła, samotna i cicha. Od razu zaczęła żerować, łapczywie, jak gdyby nie jadła od trzech dni. Wybierała sam łój, chociaż mięsa nie brakowało. Między przekąszaniem zajmowała się chowaniem jedzenia. Trzy pierwsze skrytki zrobiła w odległości zaledwie trzech metrów od prawie nietkniętej góry mięsa.
Mniej więcej po godzinie kruczyca nagle przerwała ukrywanie jedzenia, gdyż wróciła para kruków osiadłych na tym terenie. Nie omieszkały oznajmić swojego przybycia! Przedtem na polanie panowała absolutna cisza. Teraz nieustannie rozbrzmiewały krucze głosy. Numer 837 zdołała kilka razy kraknąć pokornie, ale para natarła na nią gwałtownie, więc zamilkła. Włodarze nie przestawali wydawać agresywnych, głębokich, krótkich kraknięć, które mówiły: "Wynoś się stąd, do cholery". Oba kruki wydawały również długie, modulowane kraknięcia terytorialne, oznaczające: "Jestem tutaj, uważaj". Obydwa te komunikaty wysyłał nie tylko samiec, lecz również samica. Zobaczyłem, że numer 837 próbuje się ukryć. Wcisnęła się pomiędzy gęste gałęzie świerka oddalonego o jakieś sto metrów od mojej kryjówki, co zdołałem dostrzec tylko dzięki czerwonym znacznikom na jej skrzydłach. Ale na niewiele to się zdało. Broniące swojego rejonu ptaki wypatrzyły ją i wypłoszyły, a gdy rzuciła się do ucieczki, pognały za nią, kracząc przeraźliwie. Po chwili ich głosy rozpłynęły się w oddali. Na polanie znowu zaległa cisza, a przy stosie mięsa nic się nie działo. Nasza kruczyca została przegnana, ale nie na długo.
Wróciła po dwudziestu minutach, wciąż sama. Miała wygładzone pióra, ale była wyraźnie podenerwowana. Przysiadała na gałęziach i niespokojnie uderzała w nie dziobem, rozglądając się na wszystkie strony. Po dziesięciu minutach zleciała do mięsa i zabrała się do jedzenia, znowu wybierając sam łój i połykając go tak, jak gdyby nie jadła od kilku dni. Tym razem chyba po prostu się śpieszyła, bo wkrótce odleciała, unosząc tyle łoju, ile zdołała pomieścić w dziobie. O dziewiątej dwadzieścia osiem miejscowa para wróciła i została przez czterdzieści minut. Kruki nadal nie tykały mięsa, jedynie wydawały długie kraknięcia, mówiące: "Jestem tutaj". Numer 837 się nie pokazywała, ale dzięki radiu wiedziałem, że jest niedaleko, najprawdopodobniej skulona w jakieś kryjówce. W każdym razie przez większość tego czasu. Raz zakrakała tak, jak kraczą ptaki kooptujące towarzyszy. Złe posunięcie, bo o ile się orientowałem, w najbliższej okolicy nie było kruków, które można by skooptować. Tylko owa władcza para. Nic więc dziwnego, że nasza kruczyca została natychmiast przez nią wyśledzona i znowu hałaśliwie przegoniona.
Po tej scysji przez dłuższy czas w pobliżu nie pojawiały się żadne ptaki, a ja znowu straciłem kontakt radiowy z kruczycą. Nagle usłyszałem donośne monotonne pokrzykiwania dochodzące gdzieś z niebios. Wiedząc, że w pobliżu nie ma ptaków, zaryzykowałem i wyszedłem z kryjówki, żeby zobaczyć, cóż to takiego. Wysoko nad ziemią ujrzałem dwa punkciki na tle ciemnych, dryfujących chmur. Najwyraźniej była to miejscowa para kruków. Ptaki zataczały kręgi, lecąc blisko siebie i niemal dotykając się końcami skrzydeł. Od czasu do czasu nurkowały jeden za drugim, po czym znowu wznosiły się, kołując. Szybowały coraz wyżej, na wysokości kilkuset metrów. Dopóki mogłem, przyglądałem się im przez lornetkę, aż w końcu, wciąż tańcząc jedno przy drugim, zniknęły pośród kłębiastych, poduszkowatych chmur. Taniec kruków porusza mnie bardziej niż taniec ludzi. Ptaki wykonują go od milionów lat i nie przestaną, póki będą istnieć.
O dwunastej dwadzieścia cztery para kruków wróciła. Najpierw wykrzyczała chrypiąco swoje: "Wynoś się!", a potem niemal bez przerwy przez osiemnaście minut oznajmiała za pomocą długich modulowanych zawołań: "Jesteśmy tutaj!". Głosy dochodziły z odległości kilkuset metrów na południe od przynęty, a potem z zachodu. Kiedy ucichły, pomyślałem, że kruki odleciały. Po ośmiu minutach pojawiła się 837 i skubnęła z przynęty. Najwyraźniej mogła na niej żerować, mimo że terenu strzegła miejscowa para dorosłych kruków. Nie mogła tylko jeść zawsze wtedy, kiedy miała na to ochotę. Sytuacja zapewne wyglądałaby inaczej, gdyby dorosłe kruki traktowały naszą przynętę jako główne źródło pożywienia. Tymczasem jednak w ogóle na niej nie żerowały. Byłem zaskoczony, że zadają sobie trud pilnowania żerowiska, z którego nie korzystają, ale przypuszczałem, że nadzorują je jako zapasowy pokarm, z którego być może zaczną korzystać w przyszłości.
Czy numer 837 w ogóle nie zacznie werbować współbiesiadników, skoro jest w stanie z powodzeniem żerować sama? To, że ptak nie kooptował, odbiegało od naszych oczekiwań. Nie tylko obserwowaliśmy kruki, lecz również poszukiwaliśmy hipotez. Zważywszy na to, co wiedzieliśmy o naszej kruczycy i jej sytuacji, fakt, że nie będzie kooptować, mógł się okazać bardzo interesujący.
Kolejne nieprzewidziane wydarzenie o pierwszej dwanaście po południu kazało nam przemyśleć pierwotne założenie. Nad polaną przeleciały dwa kruki i od razu wylądowały w pobliskim lesie. Jeden z nich głośno krakał, ale wywnioskowałem, że nie jest to miejscowa para, bo żaden z nich nie wydawał kraknięć terytorialnych. Zamiast tego przez następne dwadzieścia minut słuchałem całkiem nowej sekwencji odgłosów, swego rodzaju piosenki złożonej z przeciągłych chrapliwych kraknięć, przeplatanych modulowanym gardłowym gulgotaniem. Co pewien czas pojawiał się ciąg krótkich, szybko powtarzanych kraknięć podobnych do pukania, wieńczony kłapnięciem dziobem.
Przez większość czasu nowo przybyłe ptaki pozostawały w lesie, poza zasięgiem mojego wzroku. Raz udało mi się dojrzeć numer 837, która wyróżniała się z powodu czerwonych znaczników na skrzydłach, a ponadto wysyłała sygnał radiowy. Znajdowała się w towarzystwie innego kruka i razem wydawały przyjazne, gulgoczące odgłosy.
Jeden z dwóch nieoznaczonych ptaków przysiadł w końcu na drzewie przy naszej przynęcie i pochyliwszy się tak, że głowę miał dobrze poniżej łap, popatrzył w dół. Nerwowo pocierał i stukał dziobem w gałęzie. Jeszcze raz spojrzał na stertę mięsa i wydał z siebie długi ciąg chrapliwych kraknięć, brzmiących bardzo podobnie do tych, które wydawały oswojone kruki w naszym awiarium, gdy natknęły się na truchło nieznanego zwierzęcia. Ptak najwyraźniej obawiał się sterty mięsa.
Nowe kruki zachowywały się wyjątkowo czujnie, gotowe czmychnąć w każdej chwili. Wyczuwałem to, więc gdy zmieniałem pozycję, żeby lepiej widzieć, robiłem to bardzo ostrożnie. Materiał spodni jednak zaszeleścił, i to wystarczyło. Kruki natychmiast odleciały, mocno i szybko bijąc skrzydłami - "szu, szu, szu". Wkrótce po tym zjawiły się sójki błękitne, które w odróżnieniu od kruków zachowywały się wręcz nonszalancko. Od razu przystąpiły do żerowania. Stertę mięsa potraktowały po prostu jak żarcie podane na tacy. Postanowiłem je sprawdzić i zagwizdałem głośno Oh, Suzanna, a potem poskakałem energicznie wewnątrz kryjówki. Nic ich to nie obeszło. Przestraszyłem je dopiero wtedy, kiedy wyszedłem na zewnątrz. Ale gdy tylko się schowałem, wróciły.
O drugiej pięć po południu znów zapanowała cisza. Odzyskałem kontakt radiowy z 837, która zanim wróciła do przynęty, przez niemal godzinę kryła się w pobliskim lesie. Wiatr zmienił się z zachodniego na północny i cały czas przybierał na sile. Las szumiał niczym wzburzone morze. Temperatura spadała i wkrótce trząsłem się jak osika.
Gdy zaczęło się zmierzchać, wyskoczyłem z kryjówki i w głębokim śniegu przebiegłem paręset metrów do samochodu, żeby się rozgrzać. To był długi dzień. Cieszyłem się, że nie zrobiło się minus dziesięć, co mogło się zdarzyć. Na odbiorniku sprawdziłem namiary naszej kruczycy. Była w sosnowym zagajniku nad jeziorem, gdzie spędziła dwie poprzednie noce. Znów nocowała samotnie.
Nagle usłyszałem krakanie nad głową. Spojrzałem w niebo i zobaczyłem wspaniały widok - stado około czterdziestu kruków. Ptaki dokazywały w powietrzu, leciały parami bądź w pojedynkę, nurkowały i ganiały się, ale zasadniczo zmierzały w kierunku kolonii, którą z wysokiego świerka obserwował John. Skąd leciała ta gromada? Dokąd zmierzała? Czy to przypadek, że tym razem przelatywała tak blisko naszej przynęty?
Pięć czy sześć kilometrów dalej, w miejscu, gdzie John zaparkował furgonetkę, dostrzegłem jego sylwetkę na tle szybko gasnącego zachodniego nieba. Gdy podbiegałem do świerka, zawołał do mnie:
- Ruszyły przynętę?
Najwyraźniej widział tę gromadę.
- Nie, przeleciały. Czy wróciły do kolonii?
- Niestety nie. Zatoczyły wielkie koło, parę ładnych kilometrów, a potem poleciały z powrotem w twoim kierunku.
Takie wieczorne kołowanie wysoko nad starym siedliskiem obserwowaliśmy już wiele razy. Zwykle inicjuje ono przeprowadzkę całej kolonii na nowe żerowisko. Przypuszczaliśmy, że dzieje się tak, gdy jeden lub kilka ptaków z gromady odkryją nowe źródło pożywienia. Widowiskowe kołowanie może służyć zebraniu wszystkich ptaków z okolicy.
Rosnąca gromada ptaków wiruje, wzbijając się na wysokość sześciuset lub nawet dziewięciuset metrów, podczas gdy następne kruki przybywają zewsząd, zwiększając liczebność stada. W końcu cała gromada odlatuje, najpewniej po to, aby założyć kolonię w pobliżu nowego obfitego żerowiska. Takie kołujące ptaki widywałem już wcześniej w pobliżu siedlisk, które nazajutrz okazywały się puste. Czułem, że to zjawisko jest formą tajemniczej i jeszcze niewyjaśnionej komunikacji społecznej.
Fascynowało mnie nie tyle samo kołowanie, ile elektryzująca atmosfera tego wydarzenia. Garrett Conover, przewodnik po lasach Maine, napisał kiedyś do mnie: "Pewnej nocy rozłożyliśmy się obozem w zaciszu urwiska góry Kineo (na cyplu wrzynającym się w jezioro Moosehead w Maine). O zmierzchu zaczęły się zlatywać kruki, sto, dwieście, i wirować w zaciszu urwiska. Gdy zapadł zmrok, wciąż latały, chociaż wiele z nich przysiadło na skałach. Położyliśmy się na plecach, żeby podziwiać warstwowy wir ptaków. [...] Później wzeszedł pełny księżyc, a kruki przez całą noc gaworzyły i pokrakiwały. Ucichły dopiero tuż przed świtem, kiedy księżyc zaszedł. O brzasku zgasiliśmy piecyk i od razu wyszliśmy z nagrzanego namiotu, ciekawi, co robią. Wszystkie odleciały, przepadły bez głosu i śladu. To było jak cudny sen".
Innym razem otrzymałem podobny list od Virginii Cotterman, która mieszka na pustyni Mojave w Kalifornii. Zaobserwowała tam grupę od tysiąca do tysiąca pięciuset kruków, które przez trzydzieści sześć kolejnych nocy grzędowały na pustyni w pobliżu jej domu. Pewnej nocy po raz pierwszy nie milkły na długo po zapadnięciu zmroku, niemal do północy. Dlaczego właśnie tej nocy? Odleciały przed świtem, jak zwykle, ale wieczorem już nie wróciły.
Zastanawiałem się, czy wtedy w Maine wspólnie z Johnem zaobserwowaliśmy jeden z takich skoordynowanych odlotów. John widział trzydzieści, czterdzieści kruków, które kołowały przez godzinę, zanim wyruszyły w kierunku naszej przynęty. Numer 837 nie przyłączyła się do wirującego stada. Kruczyca żerowała i spała samotnie. A przecież musiała zauważyć duże stado przelatujące jej nad głową. Czy nie chciała do nich dołączyć, bo miała niemal prywatne obfite żerowisko? Czy wędrowne kruki wyznają zasadę, że jeśli są głodne i nie mają nic, dołączają do gromady i lecą z nią, ale jeśli mają dość pewny dostęp do obfitego źródła pożywienia, działają samotnie?
Gdy nadszedł chłodny świt 20 grudnia, jak zwykle byłem już w terenie i truchtałem leśnym duktem pod jeszcze gwiaździstym niebem. Po piętnastu minutach jazdy zostawiłem samochód i pobiegłem przez pole do kryjówki. Od zachodu nadciągały szybko gęste, czarne chmury, ale tam i siam na spłachciach nieba świeciły jeszcze gwiazdy. Przed sobą na tle śniegu zauważyłem przemykającą ciemną postać. Zatrzymała się i obejrzała za siebie. Lis kończący obchód lasu. Ja również się zatrzymałem, po czym obaj ruszyliśmy dalej, on do nory, a ja do ciasnej kryjówki oplecionej jodłowymi gałęziami.
Tamtego ranka mogłem postać chwilę na zewnątrz, bo przybyłem wcześnie. Panował absolutny spokój. Żadnego wiatru. Miałem nadzieję, że usłyszę nadlatujące kruki. Z doświadczenia wiedziałem, że gdy z pierwszym brzaskiem kruki przybywają na nowe żerowisko, są rozgadane i wydają zdumiewająco bogate odgłosy. To zaiste niezapomniany spektakl, bo czereda ta wydaje się kipieć niepowstrzymaną radością życia. Ale nic nie zmąciło spokoju. Kiedy niebo pojaśniało, wszedłem do kryjówki.
Była szósta czterdzieści pięć, przewidywany czas magicznego przylotu. Nic. Szósta pięćdziesiąt... Szósta pięćdziesiąt pięć... Siódma. Nadal nic. Zrobiło się już całkiem jasno, więc nabrałem pewności, że gromada kruków nie pojawi się do końca dnia. Decyzję, gdzie polecieć, ptaki podjęły zapewne minionej nocy lub tuż przed świtem. Wprawdzie wyruszyły w kierunku naszej przynęty, ale cel ich wyprawy mógł być zupełnie inny i znajdować się nawet trzydzieści kilometrów dalej. Uzmysłowiłem to sobie, nim jeszcze wzeszło słońce. Miałem przed sobą cały dzień siedzenia w kryjówce.
W półmroku położyłem się na jeleniej skórze i zacząłem robić notatki na poskładanych kartkach papieru, które nosiłem w tylnej kieszeni z obawy, żeby nie zamokły. Pisałem, leżąc właściwie bez ruchu, i po dwudziestu minutach zacząłem marznąć. Kiedy człowiekowi jest zimno, nie myśli najlepiej. Nie spodziewałem się niczego podniecającego. Jak dotąd nie pojawiły się żadne ptaki i wcale nie byłem pewny, czy w ogóle przylecą. Nie miałem bladego pojęcia, kiedy wydarzy się coś ciekawego. Może dopiero za kilka dni, może za tydzień albo miesiąc.
Znowu się okazało, że osiadła para kruków zjawia się w nieprzewidywalnych porach. Tym razem przyleciała o siódmej dziesięć, po czym została w pobliżu o wiele dłużej niż poprzednio. Około dziewiątej usłyszałem ich utarczki z innymi krukami. Przypuszczałem, że atakują nie tylko numer 837, lecz również dwóch wczorajszych przybyszy. Numer 837 zaczęła żerować o wiele później niż zwykle. Dopiero o ósmej miała okazję dobrać się do mięsa. Dwa kruki, które dnia poprzedniego odkryły przynętę, podeszły do żeru dopiero wtedy, gdy numer 837 zaczęła jeść. Kruczyca nie zwracała na nie uwagi, co ponownie świadczyło o tym, że nie zamierza bronić odkrytego przez siebie obfitego żerowiska. Cała trójka potrzebowała siebie nawzajem do obrony przed dorosłymi, które mogły nadlecieć w każdej chwili.
O pierwszej dwadzieścia po południu z lasu dobiegły mnie dźwięki przypominające odgłos wbijania młotkiem w ziemię metalowego pręta. Ów metaliczny łoskot powtórzył się kilka razy, po czym z lasu wyfrunął kruk i przysiadł na gałęzi w pobliżu przynęty. Odezwał się inaczej - kilka razy z przerwami zawołał: "groul-pop-grr", zachrypiał szybko: "raap, raap, raap", a następnie parokrotnie cicho zakrakał. Po chwili odleciał. O co mu chodziło? Co sygnalizował? I komu? Czemu wydawał tak różne odgłosy jeden po drugim?
Trochę później usłyszałem znaną mi już sekwencję jakby perkusyjnych dźwięków zakończonych trzaskiem. Rozlegało się również normalne cykliczne krakanie. Cóż za osobliwe rzeczy obserwowałem! Poczułem miłe zadowolenie z tego, że znajduję się w kryjówce. W lesie zazwyczaj to zwierzęta pierwsze dostrzegają człowieka. Dzięki mojemu schronieniu sytuacja się odwróciła. Nawet się nie domyślały, że w niej jestem. Kruki nieraz lądowały tuż obok, ale nie mogły widzieć, co jest w środku. Natomiast ja doskonale widziałem, co dzieje się na zewnątrz.
Podobało mi się, że jestem wśród kruków, a one o tym nie wiedzą. Co więcej, miałem niemal nadprzyrodzoną moc, bo dzięki radiu potrafiłem zidentyfikować niektóre z nich, a także ustalić, gdzie nocowały, i tym samym znaleźć ich siedlisko, nawet ich nie widząc. Niestety kruki nie tworzą zwartej społeczności, którą można by obserwować na stosunkowo niedużym obszarze. Kruki wędrowne penetrują obszar wielu tysięcy kilometrów kwadratowych. Oznakowany ptak nie zostaje tam, gdzie go oznaczyliśmy. Kiedy skończy żer w jednym miejscu, nazajutrz może być kilkadziesiąt kilometrów dalej. Mógłbym się skarżyć na ten zwyczaj kruków, ale między innymi właśnie dlatego je badam. Łatwe badania szybko się kończą.
Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.