Wstęp
Wstęp
Podlasie to magiczna kraina, gdzie w jednych miejscach czas się
zatrzymał, a w innych płynie wolniej niż gdziekolwiek indziej w Polsce.
Kraina lasów, jezior, rzek, bocianów i żurawi, pięknych widoków,
pysznego jedzenia i przyjaznych ludzi. Kraina, którą budowała
wielokulturowość.
Podlasie i Suwalszczyzna są piękne przez cały rok. Planując wyjazd,
należy zastanowić się, czy chcemy cieszyć się słońcem i ciepłem, bujną
zielenią w sezonie, czy wolimy spokój bez turystów poza sezonem. Oba
warianty mają swoje wady i zalety. Ponieważ byliśmy tam i w sezonie, i poza nim, możemy podzielić się z Wami spostrzeżeniami.
W sezonie, który zaczyna się w kwietniu, mamy większy wybór otwartych
lokali oraz ryb - lokalne agroturystyki, malutkie smażalnie i wędzarnie
działają właśnie od kwietnia do września. Niestety, wyjazd w sezonie to
również korki, brak miejsc parkingowych i niebotyczne kolejki do
kultowych lokali. W sezonie wypożyczymy rower - polecamy, bo tras
rowerowych jest tu naprawdę dużo - czy popływamy kajakiem, a i spaceruje
się przyjemniej, kiedy jest ciepło.
Poza sezonem korki nam nie grożą, samochód zaparkujemy bez problemów, a do knajpek i barów wejdziemy z marszu. Ale pobyt jesienią i zimą ma
swoje minusy - mniejszy wybór czynnych knajpek, barów i jadłodajni, a także krótsze godziny ich pracy. Na przykład w Tykocinie w marcu
wszystkie lokale gastronomiczne otwierane są dopiero o godzinie
dwunastej, a zamykane o siedemnastej lub osiemnastej - jedynie kawiarnię
otwierano o jedenastej. Jeśli więc planujecie posiadówkę przy czymś
mocniejszym, wybór lokali w mniejszych miejscowościach jest bardzo
ograniczony.
Co znajdziecie w naszym przewodniku? Przede wszystkim opowieści o podlaskim i suwalskim jedzeniu - prostym, regionalnym i przepysznym.
Podczas dłuższych wypraw staramy się jak najczęściej próbować lokalnych
potraw, bo ten sposób poznawania świata uważamy za najlepszy. Nie
skupiamy się tutaj na krajobrazach i zabytkach, chociaż o nich
wspominamy. Nie znajdziecie tutaj recenzji ramenowni, burgerowni czy
punktów z zapiekankami, bo wprawdzie lubimy również takie smaki, ale
chcemy Wam przekazać jak najwięcej tych regionalnych. Tym bardziej że
wielu z nich nie znajdziecie nigdzie indziej. Oczywiście nie byliśmy w stanie odwiedzić wszystkich lokali, które oferują regionalne przysmaki.
To zadanie na minimum miesięczny pobyt w sezonie. Niemniej rekomendacje,
które znajdziecie na kartach przewodnika, powinny wystarczyć na dwa,
trzy intensywne jedzeniowo weekendy.
Last but not least. Nasz przewodnik nie powstał na bazie recenzji
sponsorowanych. Nie zapowiadaliśmy się w lokalach przed przyjazdem, nie
wysyłaliśmy do właścicieli wiadomości typu: "Hej, jesteśmy Street Food
Polska, będziemy w pobliżu i za jedyne XXX zł możecie znaleźć się w naszym przewodniku". Jedzenie na zdjęciach nie jest stylizowane, ale
dokładnie takie, jakie dostaliśmy z kuchni i za każde uczciwie
płaciliśmy. Początkowo planowaliśmy podawać ceny potraw, ale inflacja i sytuacja międzynarodowa sprawiły, że nie ma to sensu, bo ceny zmieniają
się zbyt szybko. W większości przypadków aktualne menu z cenami
znajdziecie na stronach internetowych opisywanych lokali.
Przygotowaliśmy także niespodziankę dla Czytelników, którzy nie tylko
kochają jeść w lokalnych knajpkach, ale także pichcić we własnej kuchni
regionalne pyszności - znajdziecie tu przepisy na najbardziej
charakterystyczne dania Podlasia i Suwalszczyzny.
Rozdział I. O kuchni Podlasia i Suwalszczyzny
Rozdział I
O kuchni Podlasia i Suwalszczyzny
Kuchnia tego regionu to kuchnia prosta, wiejska, z silnymi wpływami
litewskimi na Suwalszczyźnie, a także białoruskimi, ukraińskimi,
żydowskimi i tatarskimi. Króluje naturalność i swojskość produktów:
chlebów, kiełbas, serów, owoców, warzyw, grzybów, ryb. Charakterystyczne
dla tego regionu są potrawy z ziemniaków: placki i kiszka ziemniaczana,
a także kartacze, znane również na Litwie jako cepeliny. Kartacze, pyzy,
cepeliny - czym się od siebie różnią? Pyzy są sporządzane z surowych
ziemniaków, choć można je też mieszać z ugniecionymi ziemniakami
gotowanymi. Kartacze zaś, zwane cepelinami lub didžkukuliai, to
litewskie podłużne kluski z ziemniaków surowych i gotowanych,
sporządzane najczęściej w proporcjach 3:1. Podaje się je z nadzieniem,
natomiast pyzy mogą być bez nadzienia. Różnią się też kształtem - pyzy
są kuliste, a kartacze mają kształt wrzeciona. Czasem do ciasta nie
dodaje się gotowanych ziemniaków, a jedynie zaparza surowe starte
ziemniaki gorącą wodą przed lepieniem. Zasadniczą różnicą między
kartaczami a pyzami jest to, że do kartaczy nie dodaje się mąki
ziemniaczanej do przetartych ziemniaków.
Inne charakterystyczne dla Podlasia dania z ziemniaków to kiszka
ziemniaczana i babka ziemniaczana. Tę drugą spotkamy również pod nazwą
kugel w lokalach serwujących kuchnię żydowską. Prawdopodobnie to właśnie
podlascy Żydzi wprowadzili babkę na tutejsze stoły. Obie potrawy robi
się z tartych ziemniaków, do których dodajemy skwarki, a niekiedy
również mięso. Następnie babkę przekłada się na blachę lub foremkę i zapieka w piecu. Kiszka wymaga większej uwagi, gdyż ziemniaczanym
farszem należy nadziać baranie jelita, tak jak kiełbasę. W lokalach
gastronomicznych najczęściej podaje się babkę z sosem grzybowym i surówkami, ale w wielu domach tradycyjnie jada się ją z zimnym mlekiem.
W sezonie wybornie smakuje z kwaśnym mlekiem lub jogurtem. A jeszcze
lepiej, o każdej porze roku, odsmażona w plastrach na chrupko.
Potrawą charakterystyczną dla kuchni Podlasia Zabużańskiego są zaguby.
Przygotowuje się je z ciasta pierogowego, które się wałkuje, nakłada
farsz z przetartych ziemniaków, zawija w rulon, jak roladę, i gotuje.
Następnie tnie się na podłużne kawałki i podaje prosto z wody z okrasą
lub obsmaża. Zaguby serwowane są bez dodatków, z surówkami, okrasą,
śmietaną lub z mięsną świeżonką.
Na Podlasiu i Suwalszczyźnie bardzo silne są wpływy kuchni krajów
ościennych - Litwy, Ukrainy, Białorusi, a także kuchni żydowskiej i mniejszości tatarskiej.
Bliny żmudzkie oraz bliny litewskie to faszerowane mięsem placki
ziemniaczane. Żmudzkie robi się z gotowanych ziemniaków, a litewskie z surowych.
Ciekawym specjałem jest marcinek - ciasto charakterystyczne dla Hajnówki
i okolic. To pracochłonny wypiek, składa się bowiem z wielu placków -
cienko rozwałkowanych i przełożonych śmietaną. Powiadają, że oryginał z Hajnówki nie ma sobie równych, lecz my najlepszego marcinka jedliśmy w Starej Szkole w Sokółce.
Sękacz i mrowisko to kolejne charakterystyczne dla Podlasia i Suwalszczyzny wypieki. Sękacz jest ciastem biszkoptowym, do którego
wykonania potrzebujemy ok. 40-50 jajek, litra kwaśnej śmietany,
kilograma mąki i cukru oraz połowy kilograma masła, dwóch cytryn i czterech cukrów waniliowych. Tradycyjne staropolskie ciasto było
wypiekane na ognisku, nad którym umieszczano drewniany wałek - obracany
i polewany cienką warstwą ciasta. Spływająca i kapiąca masa sprawia, że
pojawiają się na nim charakterystyczne sęki. Przeciętny sękacz ma około
50-60 cm wysokości. Najlepszy sękacz kupicie w niepozornym Junakorze w Milejczycach. Mrowisko to z kolei wieża usypana z faworków. Polana
miodem, posypana makiem, czasami rodzynkami i wiórkami kokosowymi.
Inne regionalne przysmaki to soczewiaki, zupa opieńkowa, pierogi i gołąbki z opieńkami. Soczewiaki, znane również jako kakory litewskie, to
popularna na pograniczu polsko-litewskim staropolska potrawa regionalna
- rodzaj pieczonego z ciasta ziemniaczanego placka nadziewanego
soczewicą. O zupie opieńkowej, pierogach i gołąbkach z opieńkami piszemy
w rozdziale poświęconym Polanie Żubra w Białowieży.
Rozdział II. Tykocin
Rozdział II
Tykocin
"Pojedźże wreszcie... do Tykocina, tego przedmieścia Wiednia i Petersburga, tam gdzie otchłanie piekieł i idylle wieczne" - zachęca
Michał Szymańczak w swoich Krótkich formach tykocińskich.
W Tykocinie wystarczy być raz, góra trzy razy, by się w tym miasteczku
zakochać. Szczególnie poza sezonem, kiedy wieczorem zapada cisza, ulice
pustoszeją, z kominów snuje się dym pachnący drewnem, a w knajpach
wydawane są ostatnie tego dnia posiłki. Piękny jest też Tykocin latem,
kiedy nad Narwią wszystko się zieleni, z gniazd dochodzi klekot
bocianów, a tłumy zmęczonych drogą turystów, których większość traktuje
Tykocin jedynie jako przystanek, raczą się chłodnikiem, zimnym kwasem i pierogami z jagodami.
Idealnie opisuje klimat tego miasteczka Roman Pawłowski we wprowadzeniu
do wspomnianych wcześniej Krótkich form tykocińskich: "Klasztor
Benedyktyński i białe wieże Kościoła Św. Trójcy po prawej, namiot dachu
na Wielkiej Synagodze i białe fasady żydowskich kamieniczek po lewej,
środkiem czerwone płaszczyzny dachów. Za linią zabudowy - szeroka na
kilka kilometrów dolina Narwi z niewidoczną z tego miejsca nitką rzeki.
Za nią - łąki i starorzecza ciągnące się aż do ciemnej linii lasu po
drugiej stronie doliny. Ten widok, niezależnie od pory dnia czy roku,
nieodmiennie napełnia moje serce i umysł uczuciem spokoju i pewności, że
jestem we właściwym miejscu. Jestem w domu".
Na portalu Atrakcje Podlasia przeczytać można, że historia Tykocina
sięga czasów Księstwa Mazowieckiego. Prawa miejskie uzyskał w 1425 roku
za sprawą księcia mazowieckiego Janusza I Starszego. "Jeszcze tego
samego roku Tykocin został włączony w granice Wielkiego Księstwa
Litewskiego. Rządzący miastem wójtowie przekazywali władzę dziedzicznie,
aż do 1542 r. Wtedy to Tykocin przeszedł pod władanie króla Zygmunta
Augusta. Miasto to stało się ponownie częścią ziem polskich w 1569 r." -
czytamy na Atrakcjach Podlasia. Tykocin w XVIII i XIX w. funkcjonował
pod zaborem pruskim, następnie w Księstwie Warszawskim i Królestwie
Polskim.
W dzieje Tykocina wpisani są osadnicy żydowscy, którzy pojawiali się
tutaj na początku XVI wieku. W kolejnym wieku wybudowano murowaną
synagogę, którą dziś zwiedzają turyści. Żydzi przyczynili się do rozwoju
handlu i rzemiosła w miasteczku swoją przedsiębiorczością i pracowitością. Społeczność żydowska, stanowiąca przed II wojną światową
połowę mieszkańców Tykocina, zniknęła w wyniku zagłady Żydów w czasie
okupacji niemieckiej.
Z Tykocinem związane były znane postacie historyczne: starosta
tykociński Łukasz Górnicki - sekretarz króla Zygmunta Augusta, hetman
wielki litewski Janusz Radziwiłł, który zmarł w Tykocinie, hetman Stefan
Czarniecki, który otrzymał Tykocin i całe starostwo od króla Jana
Kazimierza jako dowód wdzięczności za waleczność w wojnie ze Szwedami.
Królowie i magnaci chętnie odwiedzali Tykocin - to tu August II
ustanowił Order Orła Białego.
W 1950 roku Tykocin utracił prawa miejskie i odzyskał je dopiero w 1993
roku. Bogatej historii miasteczka towarzyszy równie ciekawa historia
kulinarna, o której poświadcza kilka urokliwych miejsc z bardzo dobrą
kuchnią. A oto i one:
Tejsza
Restauracja Tejsza,
ul. Kozia 2,
16-080 tykocin
Po podróży, głodni jak wataha wilków, rozpoczęliśmy degustację Podlasia
w centrum żydowskiej części Tykocina, czyli w restauracji Tejsza
mieszczącej się tuż obok synagogi. Ten najstarszy gastronomiczny
przybytek w mieście istnieje od 1978 roku. "Tejsza" to po hebrajsku
dziewięć, co ma być nawiązaniem do powieści Jirziego Langera Dziewięć
bram do tajemnic chasydów. Ale jest również inne, drugie znaczenie tego
słowa - mianowicie "tejsza" to zniekształcone hebrajskie słowo "koza", a restauracja mieści się właśnie przy ulicy Koziej.
Kuchnia Tejszy nie jest koszerna, a poza tradycyjnymi daniami żydowskimi
można spróbować także dań polskich. Mieszcząca się w suterenie dawnego
domu talmudycznego restauracja przypomina raczej gospodę, w której czas
się zatrzymał, ale to plus, bo tworzy swojską i domową atmosferę.
Właścicielka owego zacnego przybytku, pani Ela, kuchnię żydowską
poznała, pracując w restauracjach w belgijskiej Antwerpii oraz w Nowym
Jorku (amerykańska restauracja mieściła się w żydowskim klubie
golfowym). Gośćmi Tejszy byli między innymi Wojciech Siemion, Emilia
Krakowska, Radosław Pazura, Agnieszka Osiecka i Szewach Weiss.
Lokal w sezonie jest wręcz oblegany, my trafiliśmy jeszcze na pustki,
jedynie tuż przed naszym wyjściem pojawiła się para, na następny dzień
awizowała się większa grupa, a jak powiedziała nam miła właścicielka,
tykocinianie często organizują u niej imprezy rodzinne.
Byliśmy bardzo głodni, więc zaatakowaliśmy rosół żydowski z farfelkami,
czyli jakby zacierkami, który od razu postawiłby nas na nogi, gdyby nie
to, że nie zamierzaliśmy wstawać. Na drugi ogień cymes, do którego
zażyczyliśmy sobie kugiel, czyli rodzaj babki ziemniaczanej, z mięsno-warzywnymi dodatkami. Cymes był cymesem - prawdziwie mięciutka
wołowina w sosie na półsłodko, z napęczniałymi od sosu rodzynkami i marchewką!
Spróbowaliśmy też śledzia po żydowsku (najsłabszy punkt programu),
kawioru żydowskiego i kreplachów. Kawior żydowski - czyli siekana
wątróbka z cebulą i jajkiem podana na chrupiącej macy - pozamiatał.
Świetny, pieprzny, wręcz zachęcający do popicia go czymś mocniejszym.
Wódek żydowskich w lokalu niestety nie serwują, ale można zamówić
izraelskie wina, z czego skorzystaliśmy. Warta grzechu jest także
wątróbka duszona w sosie miodowym z rodzynkami. Mocny, żelazisty posmak
wątróbki złamany jest słodkim sosem. Pycha. A dla kogo wątróbka jest
jednak zbyt dużym wyzwaniem, ten niech zamówi kreplachy, czyli pierogi z soczystą wołowiną. Albo przepyszny kugel, czyli żydowską wersję babki
ziemniaczanej. Bardzo kremowa konsystencja, dobrze doprawione ciasto z kawałkami kiełbasy z kurczaka i warzyw.
Jeśli tylko będziecie w Tykocinie, koniecznie wstąpcie do Tejszy. To
dobra okazja, by spróbować znanych smaków w zupełnie innej odsłonie.
Galeria Sztuki i Smaku "Opowieści z Narwi"
Galeria Sztuki i Smaku
"Opowieści z Narwi",
Plac Stefana Czarnieckiego 9,
16-080 Tykocin
Mieliśmy ten lokal w planach już dwa lata temu, ale po wizycie w Pierogarni byliśmy tak objedzeni, że nie wcisnęlibyśmy już nawet
szklanki wody. W 2022 roku nie odpuściliśmy i zameldowaliśmy się karnie
w "Opowieściach...".
Nasze drugie tykocińskie "miejsce kaźni", definiujące siebie jako
"tawernę rzeczną", doceniamy za pomysłową nazwę, choć koneserami
fantastyki nie jesteśmy. Zaczęło się wprawdzie od małego zgrzytu, bo
lokal sprzedaje również pamiątki i reklamuje się jako "galeria sztuki i rękodzieła", a jeden z naszych kompanów miał problem ze znalezieniem
koszulki w swoim rozmiarze - wbicie go w największą możliwą było dużą
sztuką i wymagało rękodzieła kilku osób. Na entrée na pół stołu
rozlaliśmy piwo, ale potem było już tylko lepiej.
Po wbiciu kolegi w największą znalezioną koszulkę przystąpiliśmy do
konsumpcji. Kusiły nas ryby, ale przesympatyczna kelnerka rzuciła
niejako mimochodem: "A kartacze jak raz właśnie dochodzą". I co zrobisz,
jak nic nie zrobisz? Odpuścisz taką okazję? Kilka chwil później dwa
gorące jak piekło, prosto z gara, kartacze w towarzystwie omasty
parowały na talerzu. Pyszne, soczyste, wyraziste nadzienie, zwarte,
kleiste ciasto. Klasyk powiedziałby: "Żyjemy, Stasiu!".
Smażone w delikatnej, mącznej panierce stynki, ryby wielkości frytki,
były idealną przekąską do lokalnego piwa i kwasu chlebowego. Niech się
schowają bałkańskie girice czy gavun! Stynki moglibyśmy jeść codziennie.
Szczególnie z takim sosikiem.
A że jesteśmy absolutnymi wyznawcami religii zupo-rybnej, to gdy tylko
widzimy taką polewkę w karcie, nikt nas nie przekona, żeby spróbować
innej. Ta w "Opowieściach..." była solidna, esencjonalna, aromatyczna,
gęsta, pełna warzyw, z lanymi kluseczkami i z bonusem w postaci rybnych
pulpecików.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki