Tunezja - Włodzimierz Krzysztofik

Kup ebooka

7.10 zł
5.89 zł (5,89 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

[1] Matrix - australijsko-amerykański film science fiction, pierwszy z trylogii filmowej o tej samej nazwie, napisany i wyreżyserowany przez Lanę i Lilly Wachowski.

[2] Bugenwilla, kącicierń (Bougainvillea Comm. ex Juss.) - rodzaj roślin z rodziny dziwaczkowatych. Należy do niego od 4 do 18 gatunków roślin pnących i płożących z Ameryki Południowej.

[3] Zwykły serek topiony, jednak w zasadzie jedyny, który można dostać w sklepach

[4] Wielkie pozostałości po słonym jeziorze w południowo zachodniej Tunezji

[5] Niewielkie miasteczko na południe od Warny, ważny ośrodek turystyczny

[6] Nawiązanie do słynnego cytatu ze Stanisława Barei

[7] Ang - "w bardzo odległej galaktyce"

[8] Rycerz Jedi z Gwiezdnych Wojen, nauczyciel Luke Skywalkera

[9] Autor tekstu: Wanda Sieradzka Kompozytor: Marino Marini Wykonanie oryginalne: Marino Marini

Kartagina

Skoro Gosia tak błagalnie patrzyła na mnie, gdy musiała wsiadać do samolotu, skoro ja nie mogłem zapomnieć każdej chwili, jaką spędziliśmy na Djerbie, skoro dzieciaki z otwartymi ustami słuchały naszych opowieści, to rzecz jasna trzeba było coś z tym zrobić. A konkretnie to zgromadzić środki finansowe i zorganizować kolejny wyjazd do Tunezji.

Wakacje spędziliśmy w Polsce, też było fajnie, ale Afryka, nawet jeśli mowa o jej północnym wybrzeżu to zupełnie inna historia. Tak sobie wymyśliłem, że można by wyjechać na tydzień jesienią, ceny spadają, a pogoda podobno letnia.

Co prawda dzieciakom wyrwiemy tydzień ze szkoły, ale w porównaniu do wieczności ma to bardzo skromne znaczenie. Co tam, za to nauczą się geografii, etnografii i historii nie z książek a z życia, na pewno będzie lepiej. Zwłaszcza, że będziemy mieszkać, a to ci niespodzianka, dokładnie na terenie dawnej Kartaginy. No i proszę, jaka niesamowita lekcja historii, zamiast palcem po mapie, będziemy tam własnymi stopami. Czy może być lepiej?

Dziś na naszym tradycyjnym zdjęciu z cyklu "Odloty" doszła trójka nowych amatorów dalekich podróży i wielkich przygód. Od lewej Emilia, Marysia i Wiktor. Właśnie się wybierają w największą podróż swego życia.

Amilcar

Lot do Tunisu bez sensacji, jeśli oczywiście nie liczyć samego faktu podróżowania z prędkością 900 km/h na wysokości 11 km oraz związanych z tym widoków. Na początek mamy więc lekcję geografii, Kraków i Tatry, a potem Alpy i cały półwysep Apeniński. Nad Sycylią nawet dymił wulkan, wreszcie wybrzeże Afryki i jesteśmy na miejscu.

Tylko wyszliśmy z lotniska, dzieciaki zobaczyły palmy i chyba ich tak wzięło jak mnie zimą na Djerbie. Bo natychmiast kazali sobie zrobić pamiątkowe zdjęcia. Ja im mówię, że palm będzie ile chcesz, a oni, że na wszelki wypadek lepiej mieć już to zdjęcie niż nie mieć. No i racja, więc oto nasze dzieciaki pod pierwszą napotkaną w Tunisie palmą, jeszcze z jesiennymi kurtkami w rękach.

Dwie godziny podróży i z jesiennych klimatów wróciliśmy do środka lata. Jest 26°C i bezchmurne niebo. A koledzy i koleżanki siedzą w szkolnych ławkach, patrząc na bure chmury za oknami, to dopiero czad.

Hotel Amilcar, w którym mieszkamy, położony jest na obrzeżach stolicy. Dokładnie tam, gdzie kiedyś stało jedno z najbardziej znanych miast starożytności, Kartagina. Ale Rzymianie tak się uparli, że trzeba ją zburzyć, aż swego dopięli i jak pamiętam z lekcji historii, kamienia na kamieniu nie zostawili. Nie spodziewam się więc jakiś szczególnych wrażeń związanych z dawną metropolią, bo nikt nigdy nie próbował jej odbudować. Pozostaje jednak świadomość, że to właśnie tu kwitła jedna z największych kultur starożytności. Przypominam, że Djerba była związana bezpośrednio z mitologią i kulturą starożytnej Grecji, teraz Kartagina mieszkamy w Kartaginie, ledwo zaczęliśmy jeździć do malutkiej Tunezji, a już okazało się, że ten niewielki kraj jest bogaty w zabytki naszej wspólnej kultury.

Podróż do hotelu trwała parę minut, bo z lotniska jest bardzo blisko. Zaledwie kilka kilometrów. Amilcar położony jest bezpośrednio nad morzem, w niewielkiej dolince między nadbrzeżnymi wzgórzami. Z pokoju mamy fantastyczny widok na zatokę, zamkniętą przez górzysty półwysep Al-Watan al-Kibli, który wysuwa się z kontynentu afrykańskiego w kierunku Sycylii, jakby ją chciał dosięgnąć. Z jego krańca do pierwszej włoskiej wyspy, Pantalerii, jest tylko kilkadziesiąt kilometrów.

Jest cudownie ciepły środek dnia, lekki wiaterek od morza, nic tylko trzeba od razu iść na plażę, bo jak z tą pierwszą palmą, może coś się pochrzanić i co wtedy? Jest już dawno po sezonie, w hotelu i na plaży pustki, ale pogoda i temperatura wody są właściwie idealne. To zdecydowanie najlepsza pora na przyjazd do Tunezji. W czasie wakacji jest tłoczno, gorąco i bardzo drogo, teraz płacimy góra połowę ceny i mamy całą plażę dla siebie. No to kto żyw ruszamy do wody.

Jest zdecydowana różnica, w porównaniu do naszego zimowego wyjazdu na Djerbę, teraz woda jest ciepła, szału nie ma, ale do kąpieli jak najbardziej się nadaje.

Dzieciaki z kolei zdecydowanie preferują basen. Siedzą tam aż im gile z nosa zaczynają lecieć. Marysia cała się już trzęsie z zimna, ale nie daje za wygraną. Tu drobna uwaga, woda w basenie jest zimniejsza niż w morzu. Dlaczego? Otóż decyduje o tym pojemność cieplna, basen w nocy schładza się prawie do temperatury otoczenia, a morze jest tak nagrzane latem, że proces jego schładzania trwa miesiącami. Dlatego czasem jest tak, że basen stanowczo nie nadaje się do kąpieli, a morze owszem tak.

To jednak dzieci nie odstraszyło, pewnie dlatego, że pierwszy raz w życiu mieli cały basen do własnej dyspozycji. Bo poza nimi nikt z niego nie korzystał. I do tego, w jakiej scenerii, mieliśmy ich z głowy na całe dni.

Po południu wybraliśmy się na spacer. Wtedy okazało się, o jakiej ważnej atrakcji, w samym sąsiedztwie hotelu, nie wiedzieliśmy. Otóż naszym "sąsiadem" jest sam "ojciec narodu" Prezydent Republiki Tunezji.

Przekonała się o tym Gosia, gdy poszła brzegiem poszukać muszli i daleko nie zaszła. Bo tylko do zasieków, za którymi na wieżyczce siedzieli uzbrojeni po zęby komandosi w czarnych mundurach. Gdy później wychodziliśmy wąską uliczką pod górkę do miasta, też spotkaliśmy wojskowy samochód z podobna załoga. Cały ogromny teren od tej właśnie uliczki, aż do ruin Kartaginy, przeznaczono na rezydencję Prezydenta, choć żadne napisy o tym nie informowały. Dziś można sobie pooglądać to na mapach Google, ale wtedy większość budynków była dla nas kompletnie niewidoczna, skryta pośród wysokich drzew porastających zbocze wzgórza, na którym ta rezydencja jest położona. Przy każdej próbie zbliżenia się choćby do ogrodzenia, z krzaków wychodzili żołnierze i grzecznie acz stanowczo odpędzali ciekawskich. No i oczywiście wszędzie był zakaz fotografowania.

W miasteczku najbardziej interesowało nas, gdzie można upolować coś do jedzenia. W hotelu mieliśmy wyżywienie HB, od śniadania do kolacji bite dziewięć godzin, my może byśmy wytrzymali, ale dzieciaki nawet mowy nie ma. Na szczęście zaraz, gdy tylko wyszliśmy na główną ulicę, trafiliśmy na sklep spożywczy. To w zasadzie załatwiło problem, bo nasze dzieci lubią się żywić słodyczami, a tego było akurat tam sporo. Największym powodzeniem cieszyły się kruche ciasteczka nadziewane, a jakże, daktylami, narodowym skarbem Tunezji.

Trochę dalej była mała knajpa, coś w rodzaju tunezyjskiego fast-foodu. Tym to się jednak różni od znanych nam amerykańskich sieci, że jedzenie w nich jest obłędnie smaczne i świeże. No i w każdym barku smakuje trochę inaczej, czyli zasady są dokładnie odwrotne niż w wielkich światowych sieciach, gdzie to badziewie smakuje tak samo, obojętnie gdzie się pojedzie. Jeśli Amerykanie lubią wozić ze sobą całą Amerykę, to ich sprawa, ja z tych przybytków kulinarnego guana zdecydowanie nie korzystam. Sztandarową tunezyjską przekąską są podawane na gorąco placki zwane Chapati. Jest ich tak wiele wariantów, które potrafią się bardzo od siebie różnić do tego stopnia, że mogą nawet wyglądać kompletnie inaczej. Zależy to przede wszystkim od miejsca gdzie jesteśmy. Inaczej będzie w Nabeulu i zupełnie inaczej w Sousse.

Z czego robione jest ciasto nie wie nikt, to największa tajemnica każdego z producentów. Raz jest cienkie, jak to na zdjęciu, a raz grube na palec. Zawsze jednak jest to zapiekana kanapka z nadzieniem. Czym nadziewane są Chapati? Tym wszystkim, co jest do dyspozycji. Więc przede wszystkim jajkiem, różnymi białymi serami oraz specjalnością Tunezji, czyli tuńczykiem z puszki. Dlaczego akurat ta ryba cieszy się taką wyjątkową popularnością nie wiem, ale domyślam się, że z powodu swojej dostępności. W sklepach poza puszkami z tuńczykiem są jeszcze tylko sardynki, a one chyba do Chapati nie nadawałyby się. Dodaje się oczywiście oliwę, oliwki, czasem warzywa i niestety harrisę. To czerwona pasta z papryczek chilli w oliwie, ostra jak brzytwa, a oni walą ją do wszystkiego wielkimi łyżkami. Jeżeli Chapati ma być jadalne, trzeba dopilnować żeby jej albo w ogóle nie dali, albo tylko troszeczkę. Zawsze też do nadzienia dla kontrastu dodaje się trochę soku z cytryny.

Wszędzie można też kupić najpopularniejszy tunezyjski chleb zwany Mlawi. To podstawa pożywienia, podaje się go w zasadzie do wszystkich dań. To oczywiście nic innego, niż kolejna wersja dobrze nam znanego arabskiego placka z mąki. Występuje powszechnie, od Zatoki Perskiej po wybrzeża Atlantyku w Maroku. Drobne różnice wynikają z lokalnych modyfikacji, ale w zasadzie jest to jednak ten sam produkt, znany pod różnymi nazwami. Można się nim zapchać bez żadnych dodatków, ale zdecydowanie lepiej jest coś na nim jednak rozsmarować i czymś "ubogacić". Nam przypadła do gustu wersja smarowana serkiem topionym Kiri Kiri i nafaszerowana pomidorami, cebulką i oliwkami lub piklami. Ale to już nasz własny wkład w tunezyjską kuchnię.