Zerowy kilometr
1
Już jako mały chłopiec kochałem podróże koleją. Coroczne eskapady nocnymi pociągami sprawiły, że w wieku siedmiu lat zaliczałem się do grona doświadczonych pasażerów. W wagonie sypialnym rozciągałem się w sztywnej pościeli pachnącej osiedlowym maglem i miło drapiącej skórę. Rozlegał się gwizd, pociąg ruszał. W chwili gdy wokół słychać było już tylko regularne oddechy śpiących, czułem, że jestem bezpieczny i niewidzialny. Nos przystawiałem do zimnej szyby, a tory przed oczyma rozmazywały się i niknęły w ciemnościach, by powrócić na krótko na kolejnych przystankach. Lokomotywy sunące w przeciwnym kierunku mijały nas niczym zjawy. W oddali, jak ślepia potworów, czerwieniły się światła semaforów. Na postojach z megafonów rozbrzmiewały obco brzmiące nazwy, a echo niosło je w nieznane. W świetle dworcowych latarni podróżni przypominali przybyszy z obcych planet. Zdawało mi się, że odbywam podróż w kosmos. Pociąg trząsł się, podskakiwał, a turkot działał lepiej niż kołysanki. Próbowałem powstrzymywać zamykające się powieki, lecz zwykle wkrótce zasypiałem. Gdy budziłem się o świcie, krajobraz za oknem tracił tajemniczość i odzyskiwał realność, a mnie rozpierała radość, że jestem już blisko celu.
Sama kolej wtedy mnie nie interesowała. Była po prostu środkiem transportu. Jednym z wielu. W świat dróg żelaznych wprowadził mnie kolega dopiero kilka lat później. Miał na imię Grzegorz i był największym pasjonatem kolei, jakiego spotkałem. W głowie miał całą siatkę połączeń, wszystkie linie, ślepe odnogi i bocznice, które wraz z kolejnymi wycieczkami zakreślał w myślach jako zaliczone. Na mapie własnych przejazdów brakowało mu kilkunastu odcinków i wciąż powtarzał, że musi się śpieszyć, bo nieuczęszczane linie likwidowane są jedna po drugiej. Rozkład jazdy znał na pamięć. Jak modlitwę recytował godziny odjazdów i przyjazdów pociągów, miejsca przesiadek, symbole lokomotyw i numery składów. Prawie nigdy się nie mylił. Był jak czarnoksiężnik recytujący zadrukowaną drobnym maczkiem tajemną księgę. Po cichu podziwiałem go, choć był ode mnie młodszy.
To właśnie w domu Grześka wypatrzyłem album o drogach żelaznych. Było to kolorowe wydawnictwo w twardych, laminowanych okładkach. Pociągi na fotografiach sunęły wśród stepów, górskich wąwozów, po mostach nad przepaściami. Z kominów parowozów buchały białe obłoki, spalinowozy puszczały ciemne smugi dymu. Duże zdjęcie w jednym z rozdziałów przedstawiało ciemnozieloną lokomotywę jadącą nasypem. U podnóża ścieliła się trawiasta równina, w tle zachodziło słońce. Pociąg rzucał długi cień. Tory nie miały końca, po prostu rozmazywały się na horyzoncie, zupełnie jakby maszyna miała unieść się tam w powietrze i polecieć do nieba. Tytuł rozdziału brzmiał: Kolej transsyberyjska. Tak po raz pierwszy się z nią zetknąłem. Rosja, Syberia, Władywostok. Słowa te brzmiały wówczas niczym zaklęcia.
Odtąd rosyjskie drogi żelazne nie pozwalały mi o sobie zapomnieć. Co rusz przypominały się na lekcjach historii i literatury. Dostojewski rozpoczynał Idiotę opisem wjazdu pociągu do Petersburga. W Doktorze Żywago Pasternaka syn i ojciec jechali pociągiem po magistrali transsyberyjskiej. Kapuściński poświęcił Transsibowi rozdział w Imperium, a Cendrars jeden ze swoich najpiękniejszych poematów.
Pewnego dnia natrafiłem na niecodzienny tekst w czasopiśmie o intrygującej nazwie "Żurnał Obszczepoleznych Swiedienij" (Gazeta Wieści Pożytecznych). Pochodził z kwietnia 1835 roku[1] i nosił zabawny tytuł: Myśli ruskiego chłopa-woźnicy o żeliwnych drogach i poruszanych parą pojazdach między Sankt Petersburgiem a Moskwą. Jego treść okazała się równie ciekawa jak tytuł. Ruski chłop-woźnica pisał:
Doszły nas słuchy, że niektórzy nasi bogaci panowie, znęceni zamorskimi pomysłami, chcą położyć żeliwne szyny między Petersburgiem, Moskwą i Niżnym, po których będą chodziły pojazdy, poruszane niewidzialną siłą, za pomocą pary. Choćżem człek ciemny, niewykształcony, ale żyję już pół wieku i Bóg dał mi przemierzyć rodzoną krainę, być nieraz w cudzoziemskiej dzielnicy, na jarmarku w Lipowcu i do woli naoglądać się obcego i nasłuchać zagranicznych plotek. Serce ściska, że wszczyna się na Rusi niesłychaną sprawę: chcę przemówić na chłopski rozum, może inteligentni ludzie posłuchają mojego chłopskiego gadania!
(...)
W samej Anglii, jak niosą słuchy, nie wszystkie pomysły są zgodne z wolą ludu. Mówi się, że odkąd zalęgło się tam w fabrykach zbyt wiele maszyn, robotnicy stracili środki na codzienne utrzymanie i tak rozrosła się bieda, że parafie są zmuszone zbierać pieniądze, by nakarmić biednych. Nie daj Bóg nam tego dożyć! Dopóki Pan nas strzeże, a car miłuje, i mamy ręce i konie, nie pójdziemy nucić żałobnych pieśni pod oknami.
Ale rosyjskie zamieci nie oszczędzą cudzoziemskich pomysłów, zasypią kolej śniegiem, a dla żartu, zapewne, zamrożą i parę. No i skąd wziąć taką ilość opału, by nigdy nie zgasł ogień pod "turkotającymi samowarami".
Aliści wydawać jeszcze pieniądze na zakup węgla za granicą po to, żeby zabrać powszedni chleb prawosławnym? Wstyd i grzech![2]
Zafrapowały mnie lamenty elokwentnego chłopa, jego proroctwa pełne pesymizmu i buty, powstałe zanim w wyobraźni decydentów zaświtał pomysł połączenia drogą żelazną Rosji europejskiej z Pacyfikiem. Wiedziałem, że jego apel okazał się nieskuteczny, jednak to dzięki niemu zdałem sobie sprawę, jak długa i kręta prowadziła droga, zanim z Petersburga wyruszyły pierwsze pociągi ku dalekiej Azji, i jak wiele musiało się wydarzyć, nim diabelski wynalazek - maszyny buchające parą, gwiżdżące i ryczące niczym Jeźdźcy Apokalipsy - utorował sobie drogę na rosyjskie równiny.
Anonimowy myśliciel, za którym krył się zapewne przedstawiciel interesu zagrożonego wprowadzeniem kolei, miast zniechęcić mnie do podróży, jeszcze bardziej zaostrzył mój apetyt. Tego dnia zdecydowałem, że muszę odwiedzić miejsca, o których wspominał chłop-woźnica, i naocznie przekonać się, jak potoczyły się dalsze losy dróg żelaznych.
*
...i teraz dojeżdżałem do Piotrowego grodu. W końcu tam wszystko miało swój początek.
Tak zaczęła się ta podróż. Podróż w przestrzeni i w czasie.
2
Pociąg wtoczył się w długą paszczę dworca i powoli zatrzymał na peronie. Pokonując trzy metalowe schodki, z wąskiego przedziału przeskoczyłem do przestronnej hali o wysokim suficie i szerokich schodach. Przez olbrzymie okna wpadało blade światło. Jego smugi odbijały się od białych posadzek i ścian. Lampy zwisające pod sufitem dodatkowo ocieplały przestrzeń.
Dworzec Witebski, zwany niegdyś Carskosielskim, był pierwszą stacją kolejową wybudowaną w całym Imperium. Stąd wyruszał pociąg najstarszej rosyjskiej linii ze stolicy do rezydencji władców w Carskim Siole. Spacerując wewnątrz odrestaurowanego gmachu, z trudem mogłem sobie wyobrazić, że pierwotny budynek sklecony został latem 1837 roku z drewna, a mimo to szybko stał się symbolem technicznego postępu i jedną z głównych atrakcji miasta. Wielokrotnie przebudowywany stał się wizytówką miasta, a jego wnętrza w stylu art noveau zachwycają przyjezdnych do dziś.
Wczesnym przedpołudniem dworzec był prawie pusty. Parę osób, które wysiadły wraz ze mną, przemknęło przez halę i zniknęło w strugach deszczu. Minęli mnie senny bagażowy, zgarbiony zawiadowca i podśpiewująca kierowniczka wagonu. Poszedłem w końcu i ja, bo choć wewnątrz gmachu było przytulniej niż na ulicy, musiałem znaleźć miejsce na nocleg.
Na zewnątrz pachniało spalinami. Przejeżdżające samochody rozbryzgiwały kałuże, oblewając przechodniów deszczówką. Od murowanych elewacji kamienic bił chłód. Zatrzymałem się przy jednej z nich. Kamienne schodki pod szyldem z napisem "Kantor" prowadziły do niewielkiego pomieszczenia w suterenie. Stawiając ostatni krok, poślizgnąłem się na mokrym linoleum przed rzędem czterech kas schowanych za okratowanymi oknami. Jedynie dzięki rozpaczliwym wymachiwaniom rąk udało mi się zachować równowagę. Stojący w rozkroku strażnik błyskawicznie skierował karabin w moją stronę. Zza zasłaniającej twarz kominiarki wpatrywała się we mnie para błękitnych oczu. Zamarłem ze strachu.
- Jaka waluta?
- Euro.
- Numer trzy. - Upewniwszy się, że nie zamierzam napaść na kasę, miękkim ruchem dłoni wskazał właściwe okienko.
Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.
1 Wszystkie daty w książce podano według starego porządku (kalendarza juliańskiego). Rosja wprowadziła datowanie zgodnie z nowym porządkiem (kalendarzem gregoriańskim) 14 lutego 1918 roku. Od 1800 roku do 28 lutego 1900 kalendarz gregoriański wyprzedza juliański o dwanaście dni, a od 1 marca 1900 roku o trzynaście dni.
2 Wykaz źródeł wszystkich cytatów znajduje się w bibliografii na końcu książki.