Wstęp
Zarzekałam się, że nie będzie drugiego tomu TOPR-u. Gdy czytelnicy na spotkaniach autorskich sugerowali kontynuację opowieści o Pogotowiu, mówiłam, że taka nie powstanie. "No bo co miałoby w niej być?", pytałam. Oczywiście, można szczegółowo opisywać każdy wypadek w Tatrach, ale w książce TOPR. Żeby inni mogli przeżyć chodziło mi głównie o pokazanie historii Pogotowia oraz jego rozwoju. Poza tym wydawało mi się - przyznaję, naiwnie - że nic nas w górach już raczej nie zaskoczy. Że turyści jak zwykle będą popełniać błędy poprzedników, a ratownicy jak zawsze zrobią wszystko, by je przewidzieć i wyciągać ich z opresji.
A jednak wydarzenia z sierpnia 2019 roku pokazały, że niczego nie można być pewnym i nie wszystko da się przewidzieć. Ratownicy TOPR-u stanęli przed wyzwaniami, z jakimi do tej pory nie mierzyła się żadna górska służba ratunkowa na świecie. Masowy wypadek!
22 sierpnia pioruny powaliły na Giewoncie blisko dwieście osób, zabijając na miejscu cztery z nich, w tym dwoje dzieci, a pozostałe poważnie raniąc. Wszyscy potrzebowali pomocy. Natychmiast!
Tymczasem w Jaskini Wielkiej Śnieżnej od kilku dni trwała mordercza wyprawa ratunkowa. Toprowcy próbowali dotrzeć do dwóch grotołazów uwięzionych w najciaśniejszych korytarzach jaskini. Akcja była tak niebezpieczna, że wspierające ratowników TOPR-u służby wycofały się, a przyglądający się działaniom toprowców koledzy ze świata mówili: "Odpuśćcie! Ryzykujecie za dużo".
Ratownicy jednak działali. Na dwóch frontach. Na każdym kładąc na szali własne życie. Ale to, z czym się zmagali, szokowało także ich.
"Zakładaliśmy, że tam, gdzie ktoś dojdzie, dojdziemy i my", przyznał wprost Sebastian Szadkowski, szef grupy jaskiniowej TOPR-u, zdumiony okolicznościami utknięcia grotołazów.
"Totalnie zaskoczyła nas liczba poszkodowanych oraz bardzo nietypowe urazy", mówił z kolei doktor Sylweriusz Kosiński, opatrujący rannych z Giewontu.
22 sierpnia 2019 roku nie było mnie w Zakopanem. Byłam w Krakowie. Na uczelni. Wieści z Tatr błyskawicznie obiegły Polskę, chwilę później zaczął urywać się mój telefon. Najpierw dzwonili koledzy dziennikarze, czy coś wiem, potem redakcje, czy coś powiem, bo "znam się na TOPR-ze".
Gdy jechałam do Zakopanego, przez całą drogę towarzyszyły mi latające nad głową śmigłowce, transportujące rannych do szpitali i wracające w Tatry po kolejnych. Zakopianką pędziły karetki na sygnale, a od Nowego Targu drogę zabezpieczały liczne patrole policyjne. W Zakopanem - apokalipsa - zablokowane drogi, wyznaczone objazdy, nieznosząca sprzeciwu policja i absolutnie posłuszni, wręcz potulni obywatele. Na ulicach pustki. Wszędzie wiało grozą.
Tatry pokazały najmroczniejsze swoje oblicze. Ale że aż tak straszne? Trudno było w to uwierzyć.
Historią wypadków w Jaskini Wielkiej Śnieżnej i na Giewoncie żyła cała Polska. Kilka miesięcy później sprawy przycichły. Normalne.
Nie od razu wpadłam na pomysł opisania tych wydarzeń, a już na pewno nie jako drugi tom TOPR-u. Ale czytelnicy, a nawet sami ratownicy mówili: "Szkoda, że nie ma tego w książce".
Skoro tak... to poszłam do naczelnika z pytaniem: "Może jednak kontynuacja TOPR-u?". Ratownicy nie wahali się ani chwili, choć powrót do tych wydarzeń nie był dla nich łatwy. Oba wypadki zrelacjonowali jednak bardzo szczegółowo, minuta po minucie. Omówili każdą podjętą decyzję, opowiedzieli o swoich emocjach, wahaniach, strachu i zawodzie, jaki ich spotkał ze strony tych, którzy akurat ich poświęcenie powinni rozumieć.
Opisane zdarzenia są wstrząsające, a w dodatku niepokoi refleksja granicząca niemal z pewnością, że do podobnej tragedii może dojść ponownie.
"Owszem, uważamy, że taka historia może się powtórzyć", przyznaje naczelnik Jan Krzysztof, myśląc o masowym wypadku, a Sebastian Szadkowski dodaje: "Nie wiem, co nas czeka w przyszłości. W tej chwili eksploracja jaskiń jest tak daleko posunięta i prowadzona w ekstremalnie ciasnych i odległych rejonach jaskiń, że - trzeba to sobie jasno powiedzieć - być może nie pomożemy każdemu, bo zwyczajnie nie starczy nam umiejętności".
Ta brutalna prawda oznacza jedno - nie każdy z Tatr wróci. Dlatego tematem przewodnim książki jest śmierć. Śmierć górska, która najczęściej odbiera życie młodym, zawsze pogrążając w rozpaczy tych, którzy zostają.
Książka, którą oddaję w Państwa ręce, jest inna niż poprzednie. Pełna strachu, smutku i bólu. Niewiele w niej nadziei, za to wiele pytań, w tym tych najważniejszych: Czy można narażać kilka istnień, ratując jedno życie? Czy można narażać jedno życie, ratując wiele? Jak daleko powinni posuwać się ratownicy i kiedy mają prawo powiedzieć: "Dość".
Beata Sabała-Zielińska