Zaczęło się źle. Na granicy polsko-białoruskiej, w pociągu wyglądającym jak stary tramwaj, relacji Terespol - Brześć, słynnej kolei przemytników, podczas kontroli prowadzonej przez białoruskich pograniczników poważyliśmy się podnieść rękę na sołdata Łukaszenki. W zasadzie nawet nie rękę, a butelkę. Podczas tej kontroli ludzie przestają oddychać, a umundurowani kretyńsko panowie życia i śmierci przeszywają wzrokiem każdego. Taktyka wlepiania oczu w podłogę jest najskuteczniejsza. Wtedy, być może, unikniesz trzepania bagaży. A trzepać to oni potrafią jak nikt. Krążą legendy, że ludzie potrafili rozkręcić pół pociągu, by ukryć przemycane papierosy i złoto. Pogranicznicy za to potrafili rozkręcić cały pociąg, by znaleźć poukrywaną kontrabandę. Inne legendy mówią nawet o kobietach chowających złotą biżuterię w odbycie. Też potrafili to znaleźć...
A myśmy nie mieli nic. Nic, co chcielibyśmy przemycić. Mieliśmy za to dwa gigantyczne plecaki, wypchane do granic możliwości wszystkim, co się może przydać podczas takiej wyprawy.
Patrzyliśmy więc hardo w tępe twarze białoruskich poganiaczy przemytników. Byliśmy tak pewni siebie, że to musiało zwrócić ich uwagę. I zwróciło. Jednak wcale nie wyzywające spojrzenia, ale przypadek. Arek po polskiej stronie kupił dobrze schłodzoną gazowaną wodę. W pociągu na butelce pojawił się szron. Kiedy pogranicznik sprawdził nasze paszporty, Arek rzucił do mnie butelkę. Wyśliznęła mi się z dłoni i z hukiem upadła na podłogę. Na domiar złego nie była dobrze zakręcona. Gaz zrobił swoje. Korek wyskoczył, a gazowana woda rozbryznęła się na pół wagonu, obficie oblewając nogawki żołnierza. Wyglądał, jakby się posikał. Zaczęliśmy się dławić ze śmiechu. I to był błąd... Wojskowy rzucili się do nas, krzycząc, że to obraza munduru i za to odpowiemy. - No zajebisty początek wyprawy - powiedziałem do Arka. Ten był przerażony. Był już za naszą wschodnią granicą parę razy. Wiedział, co to może dla nas oznaczać. Ja jechałem tam pierwszy raz.
Wyprowadzili nas na tory. To wyglądało tak, jakby mieli nas tam zastrzelić. Od razu. Kulka w łeb i koniec trasy. Jednak oni nie chcieli świadków. Nie chcieli, by ich rodacy widzieli, jak im dajemy do łapy dolary, by nas puścili. Dostali po dziesięć dolców każdy i... z równie groźnymi minami wsadzili nas z powrotem do wagonu, który po kilku minutach zatrzymał się na dworcu w Brześciu.
Pociąg do Moskwy przyjechał po czterech godzinach. Wsiedliśmy do przedziału sypialnego i zadowoleni z siebie już mieliśmy kłaść się spać, gdy ktoś energicznym szarpnięciem odsunął drzwi. Zobaczyliśmy faceta około trzydziestki w spodniach garniturowych i podkoszulce na ramiączkach. Wtedy pomyślałem po raz pierwszy: - Ale to jest Russian Style. Mężczyzna wszedł do przedziału i włączył światło. W pierwszej chwili pomyślałem, że to jakiś mechanik samochodowy, który po robocie zapomniał umyć twarz. Zafascynowany przyglądałem się malowniczemu siniakowi rozlewającemu się na niemal pół jego twarzy. I wtedy stało się TO. Człowiek się uśmiechnął... Brakowało mu połowy zębów. Jednak to nie był efekt złej opieki dentystycznej. To była wina czyjejś dynamicznej akcji w kierunku szczęki naszego towarzysza. Miał po prostu wyrwę w uzębieniu po lewej stronie twarzy. Na dole i na górze brakowało po sześć zębów. W sumie ubytek jakichś dwunastu sztuk. Wyglądał jak Terminator pod koniec pierwszej części. Zaświszczał do nas coś w stylu "priwiet". Nie byłem w stanie odpowiedzieć. Zafascynowany przyglądałem się jego twarzy. A on, rosyjskim zwyczajem, zzuł buty i wskoczył na górne łóżko. Otworzył piwo, jestem pewien, że zrobił to przy pomocy pozostałych zębów, a potem zaczął coś mówić. To fakt, że mój rosyjski daleki był od ideału, ale w tym przypadku, nawet gdybym był Puszkinem, nic bym nie zrozumiał. Arek jednak zrozumiał. Zaczął nawet z ogromnym zaangażowaniem dyskutować z tym człowiekiem.
Po kwadransie słuchania dziwnych świstów w narzeczu niepodobnym do niczego postanowiłem iść spać. Wyciągnąłem się na łóżku, które wygodą ustępowało nawet materacowi bez powietrza, i wtedy mój przyjaciel zaczął szturchać mnie w ramię. Pomyślałem, że urządzę go jak ktoś tego z górnego łóżka, ale Arek z oczami okrągłymi jak spodki od filiżanek powiedział:
- Musimy ustalić dyżury, kto, kiedy śpi, a kto czuwa...
- Stary, Bóg Cię opuścił? - odrzekłem rezolutnie. Jednak Arek nie żartował.
- O co chodzi, człowieku? - spytałem trochę jednak zaniepokojony.
- Słuchaj, on mówi, że jest żołnierzem specnazu, który uciekł z frontu, z Afganistanu. I że musi teraz się przespać, ale jeśli wydamy go mundurowym, to zdąży nam podciąć gardła.
Arek był serio przerażony. Od tego momentu ja też. Koleś z wybitymi zębami wyglądał jak ostatni zakapior, a Arek upierał się, że widział, jak gość wkłada pod poduszkę nóż, wielki jak chiński miecz.
Tej nocy nie zmrużyłem oka. Gdy nad ranem dojeżdżaliśmy do Moskwy, staliśmy w wyjściu z wagonu gotowi do desantu, jeszcze na przedmieściach rosyjskiej stolicy. Gdy tylko pociąg stanął, już nas w nim nie było. Spieprzaliśmy biegiem, z plecakami ważącymi po czterdzieści pięć kilogramów. Jak się potem miało okazać, to nie był nasz ostatni sprint z tym balastem.
Moskiewski poranek był piękny. Do odjazdu naszej Kolei Transsyberyjskiej mieliśmy około dwunastu godzin. Postanowiliśmy iść w miasto. Jakby mało było nam kłopotów...
Marszruta zakładała standardowe atrakcje turystyczne, z McDonaldem przy Twerskiej na czele. Do tego jeszcze wrócę. Jednak najpierw plac Czerwony. Objuczeni jak odkrywcy Amazonii poszliśmy z dworca kolejowego na najbliższą stację metra. Moskiewska podziemna kolejka to relikt. Stacje utrzymane w konwencji socrealizmu straszą ze ścian chłoporobotnikami. Z drugiej strony aż "kapią" minionym przepychem. Wciąż wzbudzają podziw rozmachem, ale jednak zmuszają do refleksji nad światem Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich, za którym tak wielu Rosjan tęskni. Pamięć ludzka jest piekielnie krótka i jeszcze bardziej wybiórcza. Ludzie zostawiają sobie w głowach tylko te obrazy, które dają poczucie nasycenia, spokoju, błogości. Dla człowieka postradzieckiego to obraz potęgi ZSRR. A tak naprawdę to obraz iluzji potęgi, bo Związek Radziecki zawsze był kolosem na glinianych nogach. Wydmuszką, która na użytek wewnętrzny i zewnętrzny prężyła sflaczałe muskuły. Dzisiaj rosyjska siła to bogactwa naturalne. I legendarny wywiad ze szpiegami na całym świecie. No i armia. Reszta to tylko puszenie się jak paw.
Metro jest dokładnie takie samo, napuszone do granic możliwości. I do granic możliwości zatłoczone. No, ale nie o godzinie 6.12 rano.
Dotarliśmy na plac Czerwony, od strony placu Maneżowy, jeszcze przed siódmą. Był pusty. Skąpany w sierpniowym, porannym słońcu wyglądał po prostu bajecznie. Jeśli ktoś szuka rosyjskich snów o potędze, to znajdzie je właśnie w tym miejscu. Ponad dwadzieścia trzy tysiące metrów kwadratowych historii otoczonych najważniejszymi budynkami Rosji. Z jednej strony sobór Wasyla Błogosławionego. Podobno Iwan Groźny kazał wydłubać oczy twórcy tego architektonicznego cudu, tak żeby nigdzie indziej już nie powstała równie piękna budowla. To taki klasyczny Russian Style...
Z drugiej strony placu są sobór Kazańskiej Ikony Matki Bożej i potężny czerwony budynek Państwowego Muzeum Historycznego. Disney by się nie powstydził... A w środku wszystko, co dla mateczki Rosji najważniejsze - dwa i pół miliona eksponatów. Coś jak muzea watykańskie. Dwie pozostałe ściany tego placu to Kreml i jedno z najdroższych miejsc świata - GUM, czyli Gławnyj Uniwiersalnyj Magazin. Udekorowany lampkami jak na święta, trójkondygnacyjny dom towarowy. Sklep jak muzeum. Drogo, że oczy bolą.
A zaczęło się tu tak niewinnie. Kiedyś to było targowisko otoczone drewnianymi budynkami. Jeszcze pod koniec XV w. architekturę drewnianą zastąpiła murowana, a plac zaczął zyskiwać na znaczeniu. Stał się na tyle ważny, by to właśnie na nim koronować carskie głowy albo urządzać defilady zwycięstwa. Dlaczego Czerwony? Przez nieporozumienie. Tak naprawdę nazywał się Krasnyj, co w rdzeniu języków słowiańskich oznaczało Piękny. No ale Rosja zawsze musi inaczej, więc u nich "krasnyj" zmienił znaczenie na "czerwony" i tak najsłynniejszy plac Rosji z "pięknego" stał się "czerwony". Bez konotacji politycznych.
Tyle że później polityka i historia zawładnęły tym miejscem na wieki. Zaczęli carowie, a po nich pałeczkę przejęli komuniści. Przecież do dzisiaj najdłuższe kolejki ustawiają się do Mauzoleum Lenina. Ohydna kostka, niemal przyklejona do kremlowskiego muru, ma tylko jedną atrakcję - mumię wodza Wielkiej Rewolucji Październikowej. Niby ta nowoczesna Rosja tak bardzo stara się udowodnić światu, że sowiecka słabość do czterdziestu ośmiu tomów "Dzieł" Lenina to przeszłość, a zarazem wciąż nie ma w sobie odwagi, by zamknąć ten niesmaczny cyrk.
O godz. 7 rano, gdy postawiliśmy swoje stopy w tym miejscu, kolejki do Mauzoleum jeszcze nie było. GUM też był zamknięty. W sumie nikogo tam nie było. A w każdym razie tak nam się zdawało. Zrzuciliśmy nasze wielkie plecaki z ramion, na samym środku placu. Serio, były wielkie. Do tego oba miały przytroczone śpiwory i karimaty oraz ciężkie buty do wędrówki po górach. Z boków wystawały kije do flag naszych sponsorów. Mieliśmy z nimi umowę, że w ważnych miejscach flagi wyjmujemy, machamy nimi i strzelamy foty. Plac Czerwony? Dobra miejscówka na sesję. Wzięliśmy nasze proporce i szykujemy plan zdjęciowy. Arek, głęboko wierzący, że jest polskim George'em Michaelem, nigdy nie stawał do zdjęć bez poprawienia urody. Czekałem więc na efekt tych starań. Właśnie wtedy zobaczyłem młodą parę pozującą na tle czerwonej cegły muru kremlowskiego. Pognałem więc do nich. Chciałem mieć to na zdjęciu. Panna młoda wystrojona w długą białą suknię typu beza i pan młody w nienagannym garniturze pozują na tle Kremla. Lepszego tła w całej Moskwie nie było. Gdy zziajany dobiegłem do nich, dostrzegłem, że mają azjatyckie rysy twarzy. Zgłupiałem. Chińczycy sobie tu sesję zrobili? Uznałem, że muszę wznieść się na moje lingwistyczne wyżyny i dowiedzieć się, o co chodzi. Na Arka liczyć nie mogłem, bo warował przy plecakach, z flagą sponsora w ręku, na drugim końcu placu. Wydukałem więc coś po rosyjsku, co miało znaczyć:
- A wy skąd tu przyjechaliście?