SZKOŁA
Część 1
1
JESTEM CAREM, JESTEM SIUREM
- Ej, dziwki! Myślicie, że będziecie wielkimi aktorkami?
Zanim Aleksandra usłyszy te słowa na fuksówce w szkole teatralnej, przez kilka lat będzie szlifować swój talent, by przygotować się do egzaminów wstępnych. Od dziecka mówiła wszystkim, że będzie aktorką. Jej matka prowadzi kółko teatralne dla młodzieży, Aleksandra gra w każdym przedstawieniu. Gdy kończy czternaście lat, obie dochodzą do wniosku, że już czas na lekcje aktorskie u profesjonalisty. Córka ma to "coś", a matka amatorka więcej jej nie nauczy. Trzeba znaleźć dobrego nauczyciela. Warsztaty teatralne dla dziewcząt prowadzi pewien znany i lubiany w Łodzi aktor. Tych lekcji aktorskich Aleksandra nie zapomni nigdy.
Blond piękności tylko w Warszawie
Co roku do szkół teatralnych zdaje ponad tysiąc osób. Wiele z nich próbuje po kilka razy. Sporo chętnych zaczyna przygotowania jeszcze w liceum, a nawet wcześniej, na kółkach teatralnych w podstawówce. Rytmika, taniec, śpiew, wiersz i proza. Na razie Aleksandra pewne rzeczy wie tylko z plotek. Na przykład że większość dostaje się "po warunach" (czyli według aparycji). W Krakowie lubią aktorki "histeryczne". Do Warszawy dostają się tylko blond piękności, a do Wrocławia - charakterystyczne (w typie znanej absolwentki tej szkoły Kingi Preis). Słynna Filmówka w Łodzi ma swoje plusy, bo od razu można złapać kontakt z filmowcami. Wrocław, gdzie ma swoją filię krakowska AST, dla wielu kandydatów i kandydatek jest na końcu listy marzeń. Można też próbować na Wydział Lalkarski we Wrocławiu i w Białymstoku, choć złośliwi twierdzą, że przyjmują tam tych, którzy nie dostali się na aktorstwo dramatyczne. Jest również dwuletnie studium aktorskie w Olsztynie, a w 2013 roku na mapie szkół artystycznych pojawi się jeszcze Wydział Teatru Tańca w Bytomiu. Uniwersytety w całym kraju mają swoje rankingi, więc i akademie teatralne nie są tu wyjątkiem.
Gdzie najlepiej uczyć się aktorstwa? Kraków albo Warszawa to marzenie każdego kandydata. Głównie dlatego, że w obu szkołach są wydziały reżyserii dramatu. W Krakowie przez lata uczył reżyser Krystian Lupa, guru polskiego teatru. Warszawski wydział uchodził za gorszy, ale poziom się wyrównał, gdy dziekanką została uznana reżyserka Maja Kleczewska. Dobrze być blisko młodych reżyserów i reżyserek, bo przecież nie pojadą szukać dobrego aktora do Wrocławia czy Białegostoku, skoro mają swoich pod nosem. Przyjaźnie artystyczne zawiązują się w szkole, w etiudach studentów reżyserii grają koledzy i koleżanki z Wydziału Aktorskiego. Od razu widać, kto ma jaką energię i jak pracuje. Rywalizacja między szkołami i tak jest ogromna. Ostatnio to spektakle dyplomowe z Łodzi zgarniają wszystkie nagrody.
Odpal zepsuty autobus
Na razie Aleksandra wie, że musi być dobrze przygotowana na wstępne. Jeśli się nie dostanie, to i tak będzie próbować za rok. I tak do skutku. Egzaminy to wielki stres, krążą o nich legendy. Polecenie zagrania zsiadłego mleka albo galarety to już klasyk. We Wrocławiu ktoś ma pokazać, jak to jest być pompowanym właśnie balonem. Ktoś inny na egzaminach w Warszawie znakomicie odgrywa etiudę Odpal zepsuty autobus. Zadania sprawdzają wyobraźnię ruchową, trzeba być czujnym i nie dać się zaskoczyć. Pedagodzy czasem próbują kandydata podpuścić, sprawdzić, ile w nim spontaniczności, naturalności czy poczucia humoru. Na przykład na stole stoją truskawki, komisja zachęca kandydatów, by się częstowali. Jeden odburknie: "Nie, dziękuję". A drugi rzuci się na wszystkie miski i garściami napakuje sobie truskawek w poliki. Jury pokłada się ze śmiechu. Liczy się osobowość.
Czego jeszcze boi się Aleksandra? Na egzaminach sprawdzają postawę, figurę, a nawet jakie kto ma zęby. Trzeba zrobić "aaa" jak u lekarza i pokazać zgryz. Jeśli ktoś nosi aparat ortodontyczny, to jego szanse gwałtownie maleją. Nie możesz wysunąć języka? To usłyszysz, by wrócić za rok z podciętym wędzidełkiem. Egzaminy trwają kilka dni. Komisja ocenia "warunki sceniczne". Obsadzanie "po warunach" będzie potem zmorą aktorów, a zwłaszcza aktorek ("Przez duży biust zawsze grałam matrony" - żalą się po latach).
Na razie na uczelnianym korytarzu ludzie mierzą się wzrokiem. Co jeszcze można usłyszeć? Jedna dziewczyna opowiada, że głodziła się całą klasę maturalną, bo na dniach otwartych powiedzieli jej, że jest za gruba. Mało co nie zemdlała na egzaminie z wiersza, ale przyjęli ją do łódzkiej Filmówki. Inna chodziła do płatnego studium aktorskiego, które przygotowuje do egzaminów wstępnych. Zajęcia od poniedziałku do piątku, wszyscy siedzą do nocy, ćwiczą etiudy. Dostała się do Wrocławia.
Studium chwali się na stronie, że absolwenci zdobywają około czterdziestu indeksów szkół artystycznych rocznie. Nie wszystkich jednak na takie studium stać. Ci, którzy nie mają takich możliwości, przygotowują się indywidualnie. Wierzą w to, że prawdziwy talent zawsze się obroni.
Przejdź po sali jak modelka
Egzaminy wstępne spędzają Aleksandrze sen z powiek, myśl o konkurencji jest przytłaczająca. Na warsztaty u popularnego łódzkiego aktora też było trudno się dostać.
W domu kultury w Bełchatowie Aleksandra czeka przed salą. Jest wyrazistą blondynką z mocnym głosem, urodą przypomina amerykańskie aktorki lat dziewięćdziesiątych. Ma w sobie coś z Drew Barrymore i Kim Basinger, nie boi się sceny. Przygotowała na blachę wiersz i fragmenty prozy. Dostaje tylko jedno zadanie aktorskie: przejść po sali jak modelka.
Stoi zaskoczona.
Aleksandra: - Zdziwiłam się, że nie będę mówić wiersza, ale zrobiłam, o co prosił. Przeszłam po sali jak modelka.
Zostaje przyjęta. Na zajęcia jedzie do Łodzi pociągiem. Ma piętnaście lat i to jej pierwsza w życiu samodzielna podróż.
Dorosła Aleksandra na chwilę zawiesza głos i widać, że myślami jest już na lekcji ze swoim pedagogiem. Odchyla głowę do tyłu i wzdycha.
- Jak nazywa się ten aktor? - pytam.
Aleksandra wymawia jego imię i nazwisko na jednym wydechu. Wpisuję je w Google. Dziś to już starszy pan, chyba nigdzie nie ma angażu. Na YouTubie wyskakuje teledysk, w którym jest przebrany za Cygankę. Peruka, damska czerwona suknia, tamburyno. Aktor śpiewa kawałek disco polo własnego autorstwa. W sieci można znaleźć kilka jego zdjęć, ktoś uchwycił go roześmianego w czarnym kapeluszu. Znajduję też informację, że kilka lat temu otrzymał nagrodę kulturalną z rąk Prezydenta Miasta Łodzi. Aleksandra drży, po chwili pyta, czy może zapalić papierosa. Zaciąga się raz, długo, z zamkniętymi oczami. Powoli wydycha dym.
Aleksandra
Przyjechał po mnie na dworzec autem. Wsiadłam, na tylnym siedzeniu były porozrzucane gazety, a w nich wywiady z nim. Jeździliśmy po mieście, bo załatwiał jakieś sprawy prywatne, potem pojechaliśmy do jego domu. Zdziwiło mnie to trochę, myślałam, że będziemy mieć zajęcia aktorskie w jakiejś sali. Weszliśmy do jego mieszkania. Wyciągnął kasetę VHS, włączył. Był to kolejny wywiad z nim, tym razem telewizyjny. Na jednej ze ścian było wielkie lustro. Zaczął grać w moim kierunku scenę, trzymając w ręku poduszkę w kształcie serca. Pomyślałam, że chyba mnie lubi. Przez tę chwilę nawet się w to wkręciłam. Potem zaproponował zabawę w rzeźbiarza, znałam to ćwiczenie. Polega na tym, że ustawiasz kogoś jak rzeźbę. On mnie zaczął ustawiać, ale ten dotyk nie był normalny. Nie rozumiałam jednak, co jest nie tak. Po chwili kazał mi siebie ustawiać. "Włóż w to czułość, delikatniej!" - mówił. A potem: "Chcesz być aktorką? Ja jestem reżyserem. W łazience są różne stroje, wybierz sobie, jaką postacią chcesz być". Poszłam do łazienki, a tam wisiały same przezroczyste materiały. Miałam piętnaście lat. Nie wiedziałam, co robić. Założyłam jedną z sukienek na swoje ubranie. On był niezadowolony: "Jak chcesz być aktorką, musisz być otwarta". Uwierzyłam w tę opowieść. Wróciłam się przebrać i wyszłam w tiulu goła pod spodem. Ponownie zaproponował grę w rzeźbiarza, dotykał mnie w taki sam niewłaściwy sposób. W końcu zdjął ze mnie ten tiul. Stałam jak wryta, całkiem naga. Uciekł do łazienki, po chwili wrócił i miał na sobie suknię księżniczki. Wtedy naprawdę się wystraszyłam. Nie wiedziałam, co mam zrobić, żeby się wywinąć. On powiedział, że teraz ja mam go "rzeźbić". Zaczęłam to robić, bałam się mu sprzeciwić. Powiedział: "Zdejmij ze mnie sukienkę". To był jeden z najgorszych momentów mojego życia.
Stanęłam za nim, próbowałam zdjąć mu tę sukienkę. Zahaczyła o sterczącego penisa. Wiedziałam, o co się zaczepiła, myślałam, że zwymiotuję. On wtedy wybiegł do łazienki i wrócił w białej, rozpiętej koszuli, z fiutem na wierzchu. Usiadł na fotelu. Ja stałam na środku nago jak słup. Nie potrafiłam nic zrobić. Mówił coś do mnie, był podniecony, dyszał: "Nie udawaj zakonnicy, nie możesz się tak zachowywać. Widzę, że masz ochotę". Nie potrafiłam się ruszyć, sparaliżowało mnie. Aż w końcu zrozumiałam, że albo teraz wejdę do łazienki, ubiorę się i ucieknę, albo mnie zgwałci. Dopadłam do drzwi, zamknęłam się w łazience i szybko się ubrałam. Zaczęłam biec, chwyciłam w biegu buty, torbę. On krzyknął za mną: "Chociaż kanapkę zrobię ci na drogę, bo będziesz głodna".
Od razu o wszystkim powiedziałam mamie, dostałam wsparcie. Mama namawiała mnie na zgłoszenie sprawy na policję, ale błagałam, żeby nigdzie nie iść. Byłam przerażona wizją rozprawy w sądzie. Miałam silne poczucie winy, jak każda ofiara, a już zwłaszcza dziecko.
Pamiętałam, że mi się to podobało, że taki wspaniały aktor bije do mnie pluszowym serduszkiem. Podejrzewam, że skrzywdził wiele dzieci. Miał przestudiowane wszystko, co robił. Do dziś mam przed oczami te przezroczyste halki na wieszakach... Znalazłam po latach jeszcze dwie dziewczyny, które skrzywdził. Planuję konfrontację z nim, chcę domknąć tę sprawę. Nie spodziewałam się, że w dorosłym życiu aż tak to na mnie wpłynie.
Dlaczego o tym opowiadam? Bo od słów, że aktorka ma pozbyć się wstydu i być odważna, zaczęła się moja edukacja teatralna. Potem dostałam się na wrocławskie lalki, ale wielka radość nie trwała długo. Przyszła fuksówka, która zabiła mnie wewnętrznie i zawodowo.
* * *
Fuksówka to kilkutygodniowe otrzęsiny w szkołach teatralnych, forma powitania studentów pierwszego roku przez starsze roczniki. W 2020 roku fuksówki zakazuje najpierw rektor Wojciech Malajkat w warszawskiej Akademii Teatralnej. Potem jego śladem idą rektorka Dorota Segda w krakowskiej Akademii Sztuk Teatralnych i władze łódzkiej Filmówki. W ten sposób znika legendarny "rytuał przejścia" do teatralnego świata, tradycja, która sięgała kilku dekad wstecz. Skąd zakaz? Coraz więcej studentów skarży się, że fuksówka przemienia się w festiwal przemocy i upokorzeń, przypomina falę i wojskowe "kocenie".
Przez wiele lat fuksówki opisywane są w mediach jako rodzaj zabawy. Zasada jest jedna: studenci pierwszego roku przez ten czas muszą być całkowicie posłuszni starszym rocznikom. Odgrywają przygotowane przez nich etiudy i scenki, na żądanie śpiewają piosenki, wykonują rozmaite skecze i zadania. Muszą też zapamiętać kilkadziesiąt długich sentencji, bo każdy starszy student życzy sobie konkretnej formy powitania. Na ulicach łatwo zauważyć fuksy ze szkoły teatralnej. Mogą być przebrani za gramofon, zegar z kukułką lub różową świnkę[1], rozmawiają między sobą wierszem lub za pomocą trudno zrozumiałych haseł i komend. W 2006 roku w białostockiej "Gazecie Wyborczej" studenci opowiadają, że bywają zmęczeni, bo kwarce trwają nawet do rana, ale fuksówka to wspaniałe doświadczenie. Dzięki niemu będą odporni i przygotowani na wszystkie trudy tego zawodu.
Przykładowy słownik fuksówkowy:
Fuks i fuksica - studenci pierwszego roku, którzy dopiero po finałowym spektaklu fuksówkowym zyskują pełnię praw studenckich. Do szkoły dostali się fuksem, czyli przez przypadek. Podczas fuksówki muszą udowodnić, że mają prawdziwy talent.
Kwarc - spotkania fuksówkowe, podczas których odgrywane są etiudy i scenki. Kwarce mogą trwać do rana. O zakończeniu kwarcu decyduje car fuksówki lub nestorzy.
Szanowne matki, szanowni ojcowie, nestorzy, nestorki, mistrzowie, arcymistrzowie - studenci i studentki starszych roczników (zazwyczaj trzeciego roku, ale zdarza się, że fuksują też absolwenci), którym fuksy muszą się bezwzględnie podporządkować.
Car fuksówki - wybierany przez starsze roczniki szef fuksówki, do którego należy rozstrzyganie sporów i ostatnie słowo.
Dusza - specjalna deseczka lub tektura na sznurku, którą noszą na szyi fuksy. Fuks i fuksica muszą zapisać na duszy swoje nowe imię (na przykład Profanacja albo Z dyni)[2], które będzie obowiązywało podczas otrzęsin.
Siur - osoba, która przerwała fuksówkę. Siurowi nie można podać ręki, przywitać się z nim ani odzywać się do niego. Siur za zerwanie fuksówki jest karany milczeniem przez cały następny miesiąc po jej zakończeniu. W skrajnych przypadkach siur jest traktowany jak powietrze przez kolejne lata studiów.
Siurówka - miejsce, do którego trafiają siury wyklęte ze społeczności studenckiej. Siurówka to też grupa na Facebooku, do której dołącza się po zerwaniu fuksówki.
Siurowisko - impreza, na której bawią się siury, fuksy i reszta studentów starszych roczników.
Aleksandra
Jestem siurem, przerwałam fuksowanie. Latami niosłam bagaż, przez który nie mogłam się otworzyć, nawet nie wiedziałam, czy mam prawo nazywać się aktorką. Dziś jako dorosła kobieta potrafię połączyć pewne wydarzenia w całość. Wiem, dlaczego na fuksówce starałam się za wszelką cenę zacisnąć zęby. Wydawało mi się, że nic gorszego niż warsztaty aktorskie u znanego aktora z Łodzi mnie nie spotka. Że jeśli tamto przetrwałam, to wszystko przetrzymam.
Myliłam się.
Fuksówkę zerwałam po trzech dniach i już nigdy nie miałam swojego miejsca w szkole. Jak to wyglądało? Pierwszy tak zwany kwarc, czyli spotkanie fuksów ze studentami starszych roczników. Ostrzegano nas, że będzie trudno. Myślę sobie: dobra, idę w to. Stoimy całym rokiem na scenie i słyszymy: "Kurwo, suko, co wy tu robicie, pierdolone fuksy? Zmywać makijaż, jebane dziwki, natychmiast się rozbierać!".
Zaczęłyśmy się rozbierać, dostałam kawałek materiału, który założyłam na bieliznę. Studenci pozakrywali nam oczy, stłoczyli osiemnaście osób w pomieszczeniu dwa metry na dwa. Wyprowadzali po dwie osoby i wlewali nam do gardła wódkę na chama. Wtedy pierwszy i ostatni raz piłam czystą. Kazali nam stanąć na stołach. Oni wokół stołu, my, fuksice, na stołach, w tych materiałach pozawijanych, by zakryć trochę ciała. I mówią: "Jebane dziwki, dawać striptiz!". Nieśmiało zaczęłyśmy tańczyć i nagle ten materiał ze mnie spadł.
Zostałam w samej bieliźnie.
Studenci zaczęli śmiać się z mojego ciała, z bielizny. Miałam czerwone koronkowe majtki z dziurą z boku. Szydzili, że fuksica nie ma pieniędzy. Mówili, że jestem gruba, obrzydliwa, że mi wszystko obwisa. W końcu pozwolili nam się ubrać w prywatne ciuchy.
Wyszliśmy przed szkołę na deszcz, oni zostali pod dachem. Naszym zadaniem było stać na baczność i się nie ruszać. Pilnowali nas, ktoś co pół godziny sprawdzał, czy stoimy, trwało to do piątej rano. O ósmej zaczynaliśmy zajęcia.
Wróciłam do domu, wykąpałam się i z powrotem do szkoły. Od rana znów słyszałam: "Ty kurwo, ty dziwko", klepanie w dupę było na porządku dziennym. Potem był kolejny kwarc wieczorem. Zabrali nas do knajpy, pili. Każdy z nas miał wyjść na środek. Byliśmy oceniani. "Patrz, jakie ma chujowe buty, jaka brzydka, jaka gruba, na pewno ma mokre sny i się masturbuje". Dowiedzieli się, że mam chłopaka. Wyprowadzili mnie na środek i drwili z tego, że na pewno pragnę wielkiej miłości.
Potem klęczeliśmy w rzędzie przed nimi. Jeden ze studentów stanął przede mną, moja głowa była na wysokości jego krocza. Zadał mi etiudę pod tytułem Zrób mi loda. Rozwaliło mnie to na łopatki, miałam na wysokości oczu jego penisa. Rozpłakałam się. Wzięli mnie za fraki i włożyli mi głowę do kosza na śmieci. Powiedzieli: "No dobrze, fuksico, to teraz zagraj nam prawdziwą rozpacz".
Tak, był to prawdziwy kosz z tej sali i prawdziwe śmieci.
Potem dwie dziewczyny z drugiego roku wzięły mnie na stronę, dały mi ciasteczko. Mówiły: "To jest gra, zabawa dla waszego dobra, gorsze rzeczy będziesz słyszała. Musicie być twardzi, nam też jest trudno tak was traktować".
Pamiętam moment, w którym podjęłam decyzję, że rezygnuję. Zorientowałam się, że chodzi o kłamstwa i ściemy. Przewróciłam się na schodach i jeden z fuksujących podpowiedział mi na ucho, żebym wykorzystała tę sytuację, bym udała, że skręciłam kostkę, i dzięki temu będę miała kilka dni odpoczynku w domu bez żadnych konsekwencji. Dotarło wtedy do mnie, że nie dość, że to wszystko jest straszne, to jeszcze chodzi o oszukiwanie. Wiedziałam, że wszystko, co tam się dzieje, jest złe, jest upadlaniem. Powiedzieli, że jestem tchórzem, nie nadaję się do tego zawodu. Nikt nie mówił mi potem nawet "cześć". Traktowali mnie, jakby mnie nie było. Na zajęciach nikt nie chciał ze mną pracować.
Pamiętam, jak ówczesny rektor Jerzy Stuhr dawał nam indeksy. Studenci starszych roczników siedzieli na widowni, my wychodziliśmy na środek, rozlegały się brawa, fanfary, krzyki: "Trzymamy kciuki za fuksa!". Jak Stuhr wyczytał mnie, zapadła na sali głucha cisza. Powiedział mi na ucho: "Życzę ci dużo siły. Będzie ci teraz potrzebna". Wtedy myślałam, że mnie tak pięknie wsparł, dziś jestem na niego wściekła. Pedagodzy doskonale wiedzieli, jakie rozmiary to przybiera, nawet rodzice się skarżyli. Na studiach było mi strasznie ciężko. Miałam zakodowane, że nie mam prawa być aktorką, nie wolno mi tam być. Jestem tchórzem i się nie nadaję.
Dziś jestem już po trzydziestce i dopiero wychodzę z tej traumy. Jak przeczytałam Twój reportaż, uświadomiłam sobie, że obrażanie studentów było w szkole normą, a ja nawet tego nie zauważałam. Pani od impostacji mówiła mi, że jestem niepełnosprawna, pani od baletu, że jestem za gruba. Myślałam sobie: okej, to boli, ale dam radę. Cztery lata bagna, walki o każdy oddech i nienawiść do siebie, która pogłębiała się każdego dnia. Tak wspominam szkołę. Co poczułam, jak dowiedziałam się, że zakazali fuksówek? Długo płakałam.
Po latach złożyłam zawiadomienie do prokuratury w sprawie aktora z Łodzi. Znalazłam też inne kobiety, które skrzywdził, gdy były nastolatkami. Sprawę umorzono z powodu przedawnienia. Umówiłyśmy się, że skonfrontujemy się z nim osobiście, miałyśmy zaczaić się na niego pod domem. Na spotkanie przyszłam tylko ja. Czekałam na niego, chciałam spojrzeć w twarz człowiekowi, który zniszczył mi dzieciństwo. Podeszłam do niego i wygarnęłam mu. Jak zareagował? Krzyczał, że nic takiego się nie stało, że mnie nie pamięta. Uciekł.
Jestem z siebie dumna.
Rok Michała Żebrowskiego protestuje
W latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku w krakowskiej Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej (dziś AST) studenci pierwszego roku Wydziału Aktorskiego mieli trzy dni na przygotowanie powitalnego spektaklu - prawdopodobnie z tego zwyczaju wyewoluowała fuksówka.
- Fuksówki znam tylko ze słyszenia. Za moich czasów fuksówka była obowiązkiem przygotowania jakiegoś pokazu przez "pierwszoroczniaków" celem przedstawienia się pozostałym rocznikom. Kończyła się małym bankietem. Późniejsze wieści o fuksowaniu zbliżonym do fali w wojsku były dla mnie całkiem niewyobrażalne i nawet pamiętam, że wysłaliśmy protest w tej sprawie. Poborowi jadą do domów i gdzieś pracują, aktor będzie tworzył z fuksowanymi zespół. Jeśli idzie o mobbing, dawniej nazywano to, eufemistycznie mówiąc, zanikiem kultury osobistej - mówi Maciej Englert, były dyrektor warszawskiego Teatru Współczesnego.
W 1991 roku głośno jest o studentach pierwszego roku Wydziału Aktorskiego warszawskiej PWST. Student pierwszego roku Michał Żebrowski buntuje się przeciwko fuksówce, reszta roku również odmawia udziału w otrzęsinach. Protest dwadzieściorga siedmiorga studentów i studentek opisuje "Gazeta Wyborcza", wspiera ich ówczesny rektor PWST Jan Englert. Po raz pierwszy w historii szkół teatralnych fuksówka zostaje odwołana. Po latach Żebrowski we wpisie na Instagramie wspomina, że wówczas fuksówka trwała nawet kilka miesięcy, a do samej idei otrzęsin studenci odczuwali prawdziwy wstręt[3].
Michał Żebrowski: - My byliśmy bardzo zdeterminowani, by nie poddać się temu chamskiemu obyczajowi. Wielkim dla mnie zaskoczeniem i wsparciem dla naszego roku było to, że wszyscy profesorowie nas poparli. Nikt do nas nie przychodził i nie mówił: "Nie wygłupiajcie się, nie zrywajcie, tylko bawcie się, przyjmijcie tę konwencję". Nas interesowało nie poddawanie się jakimś upiornym zwyczajom, tylko zwykła nauka. Po prostu nauka. Chcieliśmy być wyspani, chcieliśmy przychodzić na zajęcia gotowi, a nie umordowani do szóstej rano, bo kolega, który jest dwa lata starszy na studiach i ma kompleksy, wysyła wszystkich po wódkę do Rzepichy, słynnego na placu Bankowym sklepu nocnego. Ci wszyscy podpici studenci, którzy mieszkali w dziekance albo spali pokotem gdzieś w kulisach Akademii Teatralnej, wyżywali się na tych zrozpaczonych młodych ludziach, którzy przyjechali często do Warszawy z małych miast i byli zahukani. Najczęściej obrywały dziewczyny. A im dziewczyna była ładniejsza, tym bardziej ją męczono. Nas, chłopaków z jajami, było na roku kilku. Powiedzieliśmy wszystkim: "Spadajcie. Jak nie umiecie się przyzwoicie zachować, to nie będziemy się z wami bawić". Pamiętam do dziś, jak jeden z kolegów mówił, że nigdy nie znajdziemy pracy, bo zrywamy ten zwyczaj. Fuksówka mogłaby być przecież cudownym zwyczajem, mądrą zabawą, gdzie uczymy się własnych imion, nazwisk, kto jest jakim profesorem, znamy topografię szkoły. Tymczasem to były wyzwiska i prześladowania. Nasz rok na długo zapamiętano w szkole, bo było na nim dużo indywidualności, zresztą do dziś te osoby grają, są w zawodzie. Mieliśmy bardzo silne osobowości i nie daliśmy się kolegom złamać.
Zdanie na temat fuksówki jest w środowisku teatralnym podzielone i nie ma tu kompromisów. Dla jednych fuksówka to wspaniałe, formujące doświadczenie, dla innych - tortura. Jedni uważają, że fuksówka powinna zostać i być lepiej kontrolowana przez władze uczelni, drudzy oddychają z ulgą, że zniknęła.
Aktor Łukasz Byczek, absolwent krakowskiej PWST z 2007 roku, chwali fuksówkę: - Jedyne, co było dla mnie trudne, to rozkaz trzymania drewnianej tabliczki w zębach przez godzinę. Carem fuksówki był Tomasz Cymerman i pilnował, by wszystko odbywało się w jak najlepszej atmosferze. Ale był dzień, kiedy pod swoje skrzydła wzięły nas roczniki dyplomowe, i tam były przekroczenia. Cymer, jak się o tym dowiedział, to się wkurwił i odbyła się na ten temat rozmowa z rocznikiem wyżej. Już nic podobnego się potem nie pojawiło. Fuksówka miała też pozytywny aspekt. Paweł Tomaszewski odpytywał nas w pierwszym tygodniu szkoły ze znajomości imion wszystkich pracowników w szkole, portierów, pań sprzątających. A nie wszyscy wynieśli z domu szacunek do człowieka bez względu na to, jaką pracę wykonuje. Tu musieli się tego nauczyć.
Julian Świeżewski, absolwent warszawskiej AT, mówi, że dziś nie wypada głośno powiedzieć, że jednak trochę tej fuksówki szkoda: - A mógłby to być fajny zwyczaj, gdyby zachować pewne zasady, opierające się na wzajemnym szacunku i bezpieczeństwie. Ale to chyba marzenie. Nasza fuksówka z 2010 roku była dla mnie pozytywnym doświadczeniem, nie mam traumy. Wiem jednak, że nie każdy może to powiedzieć. Jeśli na fuksówkach nadal dochodziłoby do nadużyć i aktualny zakaz chroni kolejne osoby przed przemocą, to trudno, trzeba się z fuksówką pożegnać - twierdzi.
Piotr Sieklucki, aktor i dyrektor Teatru Nowego Proxima, był jednym z pierwszych studentów krakowskiej PWST, który w 2000 roku powiedział "nie" fuksówce: - Takie zachowanie to była rzadkość, już do końca studiów spotykałem się z ostracyzmem. Dlaczego zrezygnowałem? Koledzy zaprowadzili nas na krakowski Kazimierz i ustawili w rządku pod lokalem Alchemia. Starsza koleżanka krzyknęła do fuksicy: "Klękaj, suko!", było też coś o czyszczeniu butów. A ja do niej: "Ale co ty odpierdalasz?". Uciszali mnie, więc odwróciłem się na pięcie i już na kwarce nie wróciłem.
W kolejnych rocznikach coraz więcej osób rezygnuje z fuksówki.
- U mnie przerwała fuksówkę połowa roku. Dałem sobie z tym spokój, gdy zobaczyłem, jak kolega wrzeszczy na koleżankę centymetr od jej twarzy tak głośno, że aż na nią pluje. W siurówce była nas spora grupa, więc bawiliśmy się w swoim gronie i nie obchodziło nas, co reszta o nas myśli - opowiada Konrad Stein, absolwent krakowskiej AST z 2019 roku.
Fuks z wybitymi zębami
W 2007 roku w dzienniku "Polska. The Times" Konrad Dulkowski i Dorota Kowalska opisują historię Błażeja Piotrowskiego, fuksa z Akademii Teatralnej w Białymstoku, który maluchem wjeżdża na czołówkę i z poważnymi obrażeniami trafia do szpitala[4]. Ma wybite zęby, rozciętą twarz i problemy z pamięcią. Dziennikarze docierają do informacji, że zmęczony student przez wiele dni był fuksowany i do rana siedział na kwarcach. Zderzył się czołowo z busem, bo prawdopodobnie zasnął za kierownicą (student nie wiąże jednak wypadku z fuksówką). Na uczelni pęka jednak zmowa milczenia, studenci opowiadają dziennikarzom o upokarzających praktykach i fali, w którą zamieniły się otrzęsiny. Fuksy są przebrane za muchy, a wszystkie etiudy dotyczą gówna (Zagraj kupę!) i bzykania (Mucha bzyka!)[5]. Nie śpią po nocach, stoją na apelach, reflektory świecą im w twarz. Jeśli ktoś nie przygotuje obiecanych prezentów dla nestorów, to wszystkie fuksy muszą robić za karę plaściu-plaściu, a więc zjeżdżać po schodach na nogach (na udach zostają wielkie siniaki). Śpiewają piosenkę "Mam takiego małego" albo "Moja macica tańczy od rana do nocy, ty też możesz mieć macicę taką jak ja". Muszą pisać do nestorów listy erotyczne, markować masturbację. Jedna fuksica upada w trakcie ćwiczenia i trafia do szpitala ze wstrząśnieniem mózgu. Nestorzy przyznają, że fuksują mocno, bo w przeszłości im też się dostało.
Reportaż wywołuje skandal, oświadczenie wydają władze Akademii Teatralnej w Warszawie (oddział białostocki to filia tej uczelni). Ówczesny rektor Lech Śliwonik obiecuje szczegółowo i do końca wyjaśnić to, co wydarzyło się podczas otrzęsin. Wskazuje też, że fuksówka to tradycja, która istnieje w szkołach teatralnych od czterdziestu lat i do tej pory była raczej dobrze oceniana przez studentów.
Władze uczelni rozpoczynają dyskusję: zakazać fuksówki czy nie? Po posiedzeniu rady wydziału samorząd studencki decyduje: fuksówka powinna zostać. Uczelnia stawia jednak pewne warunki: zobowiązuje studentów do stworzenia statutu, fuksówka ma się odbywać w godzinach 8-22 i tylko na terenie uczelni[6], ma być zabawą, a nie polowaniem na "koty". Czy studenci wyciągają z tej historii jakieś wnioski? Rok później w mediach znów będzie głośno o fuksówce, tym razem we Wrocławiu.
Czułam się, jakbym była bita
Agata Siwiak to kulturoznawczyni, kuratorka i producentka projektów performatywnych, wykładowczyni akademicka i coachka. W praktyce artystycznej szczególnie interesuje ją demokratyzacja i polityczność sztuki. Na UAM w Poznaniu stworzyła pierwszą w Polsce specjalizację dla kuratorów i producentów teatralnych. Obecnie jest etatowo związana z Akademią Teatralną w Warszawie. Po liceum chciała być aktorką i zajmować się teatrem formy. Zrezygnowała ze studiów przede wszystkim przez to, czego doświadczyła podczas fuksówki.
Agata
Do szkoły zdawałam z myślą, że wchodzę w piękny świat sztuki, wolny od zła i przemocy. Nie wiedziałam, że istnieje coś takiego jak fuksówka. To, co się tam wydarzyło, było dla mnie szokujące. Potem usłyszałam, że fuksówka na wrocławskim Wydziale Lalkarskim była najbardziej brutalna ze wszystkich.
Na fuksówce dostałam ksywę Świr, bo ciągle płakałam. Apele, w trakcie których miałyśmy_mieliśmy stać bez ruchu oświetlone_oświetleni reflektorami wycelowanymi w nasze twarze, czasem trwały do czwartej rano. W ich trakcie dostawałyśmy_dostawaliśmy różne zadania. Szczególnie brutalni byli mężczyźni, którzy już skończyli szkołę i nie mieli pracy, tak zwani arcymistrzowie. Bywało, że przesiadywali z nami całe noce. W trakcie jednego z kwarców kazali nam zawiązać oczy i rozebrać się do bielizny. Chodzili wzdłuż naszego apelowego szeregu i obraźliwie komentowali nasze ciała. Pamiętam na przykład takie zdania: "Ta ma wyjątkowo grubą dupę", "Ta ma chyba dwadzieścia lat, a już cycki do pasa". Nie wiedziałyśmy, kto to mówi ani o kim. Stałam w tych reflektorach i czułam się, jakbym była bita.
Kilka lat temu jednego ze sprawców tego zdarzenia zobaczyłam na deskach łódzkiego teatru. Uroczy, delikatny, dojrzały już mężczyzna. Był jednym z najbardziej okrutnych arcymistrzów, potwornie się go bałam. Patrząc na niego po latach, zastanawiałam się, kim był wtedy człowiek, którego teraz oglądam. Czy cokolwiek z tego pamięta? Czy pomyślał kiedyś, że to, co robił, było złe?
W czasie fuksówki słyszałam, że jestem idiotką i betonem, który nie umie się bawić. Pamiętam, jak fuksujący zamknęli mnie w metalowej szafce i walili w nią. Nie wiem, ile to trwało. Dla mnie to była wieczność, myślałam, że się uduszę. Kiedyś późnym wieczorem studenci wyższego roku wzięli mnie do pokoju, miałam siedzieć nieruchomo przez kilka godzin, a oni patrzyli na mój profil, bo im się podobał. Upalali się przy tym trawą. Najgorsze było dla mnie to, że wiele osób wchodziło w role fuksów, starało się wykonywać te głupie, poniżające zadania. Zależało im, żeby rozbawić fuksujących, bo zabawny fuks był najbardziej cenny. Raz arcymistrzowie wymyślili nam tor przeszkód w holu szkoły. Miałyśmy_mieliśmy zawiązane oczy, znów byłyśmy_byliśmy tylko w bieliźnie. Ktoś oblewał nas wodą, ktoś nas czymś upaćkał, ktoś dotykał mojego nagiego brzucha i ud, "pomagając" mi przejść kolejne przeszkody. Oczywiście nasze ciała były poddawane ciągłej upokarzającej ocenie.
Mój organizm był wycieńczony, zdarzyło się, że ze zmęczenia zasłabłam i spadłam z krzesła w trakcie zajęć. Wykładowca nawet na to nie zareagował. Grożono mi, że jak zerwę fuksówkę, to w szkole, a później w teatrze, będę nikim, że w ogóle będę nikim. Wiedziałam, że Kinga Preis i jeszcze jeden chłopak zerwali fuksówkę, ale mówiono mi, że Preis w przeciwieństwie do mnie była zdolna. Straszono nas tym, że profesorowie nie będą dawać nam zadań, a koledzy nas zaszczują, nasze życie w szkole już na starcie będzie skończone Powtarzano nam to każdego dnia. Już wtedy wiedziałam, że to była prawdziwa, a nie udawana przemoc. Byłam na nią wrażliwsza, bo wychowałam się w przemocowym domu, w którym matka mnie dotkliwie biła. Zastanawiałam się, w jaki sposób poniżanie ma mnie uodpornić jako aktorkę, dlaczego mam sankcjonować te mechanizmy. Tak jak nie potrafiłam stawić jej oporu, tak nie potrafiłam zakończyć fuksówki. Profesorowie wiedzieli, co się dzieje, przecież siedzieliśmy w szkole do rana. Dlatego nie przyszło mi do głowy, żeby pójść do nich na skargę. Byli częścią systemu.
Dotrwałam do końca fuksówki. Po fuksówce nie rozumiałam, dlaczego ludzie, którzy przed chwilą mnie niszczyli, teraz pozorują coś w rodzaju wielkiej teatralnej rodziny. Zachowują się tak, jakbyśmy byli świetnymi kumplami, i dają buziaka na "dzień dobry". Myślałam: jeśli to ma być teatr, to ja nie chcę w tym uczestniczyć. Odeszłam ze szkoły trzy miesiące po świetnie zaliczonej sesji, w ten sposób chciałam sobie udowodnić, że jestem wystarczająca. Co oczywiste, nie udowodniłam. Przez kolejny rok czułam się kompletnie bezwartościowa, miałam depresję i silne stany lękowe. Wiedziałam jednak, że podjęłam dobrą decyzję. Uważam, że aktorzy i aktorki to jedna z najbardziej brutalnie traktowanych grup zawodowych w teatrze.
Zawód kuratorki i producentki daje mi większą emocjonalną ochronę i poczucie sprawczości. Nie oznacza to jednak, że pracując w tym zawodzie, nie doświadczałam i nadal nie doświadczam przemocy i kryzysów. Wiem też, że sama nie jestem wolna od przemocowych zachowań - zrozumiałam to w osobistym procesie terapeutycznym. Internalizujemy system, który nas kształtuje, staram się bardzo uważnie pracować z tą wiedzą.
Teraz, gdy autoryzuję moją wypowiedź, jestem w końcowej fazie kryzysu wypalenia zawodowego i kilkanaście miesięcy po procesie teatralnym, w którym osoby artystyczne przekroczyły granice, których przekraczać nie wolno. Kolejne trudne doświadczenia zawodowe naruszyły moją psychikę i ciało, ale sprawiły też, że szukałam narzędzi, które pozwolą mi lepiej pracować. Blisko trzy lata temu rozpoczęłam naukę coachingu zawodowego, w tym grupowego i zespołowego - zdobyłam bardzo konkretne i przebadane narzędzia, których szukałam. Dzielę się nimi z osobami studiującymi. Ubolewam nad tym, że - poza strukturami feedbackowymi - coaching nie jest dobrze rozpoznany w teatrze, podczas gdy na przykład w Muzeum Sztuki Nowoczesnej sesje coachingowe są dostępne dla osób pracowniczych.
Szymborska nie ma siły charakteru
W 2008 roku "Gazeta Wyborcza" opisuje bunt fuksów we Wrocławiu, którzy odmawiają mistrzom wykonywania różnych głupich poleceń[7]. Na przykład skandowania od siódmej rano: "Fuksy Józefa Bez Ręki żegnają magistra sztuki, mistrza, wicemistrza!". Studenci żalą się, że nie mogą jeść i pić, od rana stoją na apelach, a kwarce kończą się po północy. Dziennikarz Jerzy Sawka chwali buntowników: "Odwaga to nie bezmyślny skok na oślep, to pokonanie strachu. (...) Jeśli szkoła od lat ma problem z tą dziś zdegenerowaną tradycją, to powinna zaprzestać jej kultywowania"[8].
Barbara
Już na egzaminach słyszeliśmy, że wrocławska fuksówka jest najgorsza i najbardziej brutalna ze wszystkich. Pamiętam strach pomieszany z ekscytacją. I przestrogę, że jeśli przetrwam fuksówkę, to i tak nie wiadomo, czy zostanę w szkole, bo czeka nas jeszcze selekcja. Kogoś po sesji zimowej na pewno wyrzucą.
Na egzaminach miałam długą sukienkę indyjską w kwiaty, rozpuszczone włosy. Od razu wymyślili mi ksywę Szymborska. Wołali też na mnie Julia. Pierwszego dnia fuksówki staliśmy w rzędzie z tabliczkami na szyi. Musiałam się przedstawić, podać datę urodzenia, znak zodiaku, przezwisko, hobby. Staliśmy na baczność, musieliśmy recytować przezwiska. Gdy ktoś się pomylił, była kara. Zakaz jedzenia albo marsz, musieliśmy wykonywać obsceniczne gesty i słuchać wyzwisk. Jedna z dziewczyn wzięła nas do toalety i papierem kazała nam ścierać makijaż.
Mistrzowie, a więc koledzy z czwartego roku, wymyślali absurdalne tematy etiud. Dostałam taki: Nie chce mi się, nie chce mi się, chyba się podrapię w pisię. Im głupiej to graliśmy, tym lepiej. Bardzo się stresowałam, chciałam dobrze wypaść, ale brakowało mi polotu i wypadałam źle. Reagowali na to wyzwiskami i rykiem, że to, co robię, jest banalne i sztampowe. Krzyczeli z widowni: "Mów to tak, jakbyś była po dobrym seksie". Podszedł do mnie jeden z absolwentów, chyba wyglądałam na przerażoną. Posadził mnie sobie na kolanach, źle się z tym czułam. Etiudy trwały do późnej nocy. Wszyscy pili alkohol, palili papierosy, w sali czuć było smród wódki i odór spoconych ciał.
Było też oczko. Zaprowadzono nas do parku nad staw, była musztra, odgrywanie etiud i stanie do rana. Jeśli ktoś nie dawał rady, to słyszał wyzwiska.
Po dwóch dniach zdecydowałam, że rezygnuję z fuksówki. Wzięli mnie do palarni i straszyli, że to będzie źle widziane przez profesorów, że będę na marginesie społeczności i nikt nie będzie ze mną pracował.
Pochodzę z rodziny filmowej, od dziecka spędzałam czas w teatrze, chodziłam z mamą na plan zdjęciowy. Nie dałam więc zrobić sobie prania mózgu. Potem fuksówkę zerwały jeszcze dwie koleżanki, a po tygodniu była to już połowa roku. Jeden z pedagogów stwierdził, że najwyraźniej brak nam siły charakteru.
Miałyśmy być ponętnymi służącymi
Fuksówka w Krakowie przeszła do historii z powodu interwencji policji i zatrzymania w izbie wytrzeźwień popularnego aktora młodego pokolenia Mateusza K.
Jest rok 2010, w budynku przy ulicy Warszawskiej trwa fuksowanie. Nagle wszystko wymyka się spod kontroli. Policję wzywają studenci trzeciego roku, bo pijany kolega rzuca się na jedną z fuksic.
Sprawę opisuje "Dziennik Polski". Zatrzymany tłumaczy, że udawał pijanego i była to forma performance'u, a koledzy nie znają się na tradycji[9]. Władze uczelni (rektorką była wówczas Ewa Kutryś, a dziekanem Wydziału Aktorskiego był Jacek Romanowski) deklarują, że na takie zachowania nie ma w szkole miejsca. Fuksówka zostaje przerwana, ale fuksy mogą zagrać finałowe przedstawienie.
Incydent wpływa na kształt kolejnych fuksówek w krakowskiej szkole. Alkoholu leje się dużo mniej, profesorowie mają baczniejsze oko na studentów, a fuksom przekazywana jest "tarcza ochronna" jako symbol odwagi w przeciwstawianiu się przemocowym zachowaniom.
Joanna
Gdybym mogła wybrać drugi raz, może nie poszłabym na Wydział Aktorski.
Z fuksówki zostałam wyrzucona. Byłam chora, nie dałam rady fizycznie. Pojechałam na weekend do rodziców się wykurować. Trzy dni przed końcem mistrzowie mnie wykluczyli. Na początku wymyślili nam zabawę: "Dzień studenta". Fuksy miały przebrać się za mistrzów i ich sparodiować. Dziewczyna, którą miałam zagrać, mówiła do mnie: "Ty kurwo, jak wyglądasz! Jak dziwka!". Pierwszy raz usłyszałam takie słowa, i to jeszcze od kobiety. Popłakałam się, nie chciałam jej parodiować i bałam się jej. Wybiegłam z sali.
Bardzo chciałam należeć do grupy, więc zmuszałam się do wykonywania zadań, na przykład stania w rzędzie i powtarzania etiud bez końca. Mistrzowie komentowali to jednym słowem: "chujowo". Nie spaliśmy do piątej nad ranem, a o ósmej musieliśmy być na zajęciach. Czułam, jak opadam z sił, organizm zaczął mi szwankować.
Były też kwarce tematyczne, na przykład "Markiz de Sade". Koledzy zabierali nas do swoich domów, miałyśmy być ich służącymi. Rozkazywali: "Fuksico, zrób mi herbatę". Stałyśmy całą noc we trzy w salonie pod grzejnikiem, miałyśmy być ponętne i ich uwodzić. Wybierali sobie dziewczyny, które im się podobały. Robiłyśmy to, bo bałyśmy się, że zostaniemy odsunięte.
Był raz jeden dzień na fuksówce, kiedy mistrzowie pozwolili nam zamienić się z nimi rolami. Mieliśmy kwadrans, żeby się na nich wyżyć. Nie miałam takiej potrzeby, ale w oczach innych fuksów zapaliły się ogniki. Zaczęli robić to samo, co tamci, wyżywać się. Potem długo o tym myślałam. Ofuksowało się w końcu tylko dziesięć osób.
To zabawne, ale wszyscy mówili nam, że fuksówka przygotuje nas do pracy w teatrze. Tylko że w teatrze w nocy wszyscy raczej śpią, każdy patrzy na zegarek, żeby próba się nie przeciągała, drugi aktor traktuje mnie jak partnerkę. Nikt też nie powie ci w twarz, że nie masz talentu.
A na ostatnim roku w szkole po spektaklu dyplomowym przeszłam załamanie nerwowe. Wylądowałam na terapii, myślałam o sobie, że jestem zerem, miałam niską samoocenę. Szkoła bardzo wciąga, nie ma czasu na nic innego. Gdy skończyły się zajęcia, została pustka. Czułam się jak zagubione dziecko, koledzy i koleżanki też sobie z tym nie radzili. Wpadali w ciągi alkoholowo-narkotykowe.
W szkole braliśmy wszystkie projekty, żeby mieć doświadczenie, po nocach robiliśmy etiudy. Jakie było zaskoczenie, że nic nam to nie przyniosło, poza murami szkoły nikt na nas nie czekał.
Byłem carem, przepraszam
Gdy w marcu 2021 roku głośno jest o przemocy w środowisku artystycznym, a media informują o kolejnych nadużyciach w szkołach teatralnych i teatrach, aktor Bartosz Bielenia publicznie przeprasza za fuksówkę. Pisze na swoim Facebooku: "Jestem sprawcą przemocy. Brałem udział w wielu fuksówkach. Jako "car", a następnie jako mniej lub bardziej bierny świadek, bądź gość "kwarców". Jestem bardziej niż pewien, że w ciągu tych kilku lat skrzywdziłem ludzi, którzy dopiero co stawiali kroki w tym zawodzie. (...) Przepraszam"[10].
Pod wpisem Bieleni ludzie teatru gratulują mu odwagi przyznania się do błędu. Reżyser Jakub Skrzywanek zwraca uwagę, że na uczelnianych radach trudno było przekonać i studentów, i pedagogów, że fuksówka w agresywnej formie powinna zniknąć. Aktorka Aleksandra Popławska przyznaje, że chciała fuksówkę przerwać, ale dziekan kazał jej wytrzymać do końca. Maja Ostaszewska dodaje, że najbardziej liczy się słowo "przepraszam".
Bartosz
Jestem częścią tego systemu, dołożyłem się do tej przemocy. Mam poczucie winy. Długo chodziłem z gulą w gardle i zbierałem się w sobie, żeby opublikować ten wpis na Facebooku. Nie dziwię się tym, co fuksówkę przerwali. Wcześniej rozmawiałem o tym ze swoją partnerką, która jest fotografką i scenarzystką. Spotkała naszą wspólną znajomą aktorkę, którą kiedyś fuksowałem. Mówiła, że nie potrafi myśleć o mnie jako o dobrym człowieku. Musiałem się z tym skonfrontować i opowiedzieć mojej dziewczynie o tym, czym jest fuksówka i co robiłem.
Z perspektywy czasu jest mi wstyd, nie rozumiem tego, nie wiem, dlaczego nie miałem odwagi się temu przeciwstawić. Pomyślałem, że czas się z tym rozliczyć. Nie w prywatnej rozmowie z koleżanką, która miała do mnie żal, ale publicznie. Był moment, że się zawahałem. Bo ludzie powiedzą, że chcę się wybielić, nikt tego nie zrozumie. Ale potem uznałem, że skoro dolewałem oliwy do ognia jako car fuksówek, to teraz zrobię to samo, by podtrzymać falę walki z przemocą w teatrze.
Wiem, że trudno stanąć przed lustrem. Nigdy nie usłyszałem od żadnego profesora, by stanął przed studentami i powiedział: tak, robiłem tak, przepraszam, spróbujmy robić to inaczej. Czasem ktoś rzucił "sorry", ale natychmiast próbował znaleźć w swoim zachowaniu czy okolicznościach coś dobrego. Nie zamierzam tego robić.
Ostatnio koleżanka przypomniała mi coś, co mnie zasmuciło. Jeszcze przed rozpoczęciem studiów pojechaliśmy do Lanckorony, żeby się bliżej poznać. Studenci opowiadali nam, co nas czeka na fuksówce, dostaliśmy zadania. Najgłośniej krzyczałem, że musimy się zbuntować, że nie musimy tego robić. Że wystarczy, jak starsze roczniki przygotują z nami powitalny spektakl. Gdzie to się potem rozpuściło? Nie wiem.
Zaczęła się fuksówka, którą jedni zerwali, a inni przeszli. Ja przeszedłem, pamiętam, że były świetne momenty, w których płakaliśmy ze śmiechu. Do dziś przyjaźnię się z ludźmi, z którymi siedziałem na domowych kwarcach. Jednak dopiero po latach zdałem sobie sprawę, że to doświadczenie było dla nas wszystkich traumatyzujące. Dostaliśmy do ręki pewne narzędzia, ale później nie powiedzieliśmy "nie" i już jako mistrzowie prowadziliśmy fuksówkę w ten sam sposób. Przeniesienie zachowań przemocowych w czasie fuksówek na kolejne roczniki to według mnie w dziewięćdziesięciu procentach mechanizm działania sekty. Noszenie opasek przez fuksy, czyli deprywacja sensoryczna, odłączenie od środowiska, neutralizacja wyglądu, zajęcie całego czasu przez natłok obowiązków i zadań, stwarzanie sytuacji zagrożenia i obietnica wielkiej nagrody. To wszystko znamy z sekt.
Fuksówka miała swoją precyzyjną strukturę. To nie była chaotyczna fala, w której nie wiadomo, co ma się wydarzyć. Wszystko było dokładnie zaplanowane z kalendarzem i zegarkiem w ręku. Na przykład mistrzowie nagle zrywali fuksówkę za jakieś przewinienie fuksów. Wiedzieliśmy, kiedy to zrobić, i wiedzieliśmy, że fuksy będą nas prosić o reaktywację otrzęsin. To głęboko działające psychomanipulacje, oczywiście wszystko pod płaszczykiem tradycji. Czy były jakieś pozytywne zadania? Oczywiście, musi być trochę miodu. Na przykład "Sen fuksa", kiedy w nocy idzie się do szkoły, kładziesz się w sali i przy dźwięku tybetańskich mis szepczą ci do ucha, że jesteś wspaniały. Albo masują, oczywiście za zgodą i z poszanowaniem granic intymności. Są kary, ale i nagrody. To wszystko było elementem gry. Ważny był przekaz, że to jest inicjacja, że za chwilę będziesz częścią wielkiej rodziny. Ostatni tydzień to przygotowania do pokazu fuksówkowego, robienie etiud, dżingli, piosenek. Osoby, które fuksówkę przerwały, były stygmatyzowane. Z siurami się nie gada.
Spotykałem się z tym, że w ludziach był żal, że nie przeszli fuksówki. Domyślam się, skąd te emocje. Ostatnim etapem był wielki pokaz fuksówkowy, święto jak pierwsza komunia. Przychodzili na nią wszyscy, ofuksowani i pedagodzy, największa sala prób była wypakowana po brzegi. Fuksy wychodziły przy gromkim aplauzie, a po każdej etiudzie słyszały wiwaty, brawa i gwizdy. Nigdy potem nie będziesz miał tak oddanej widowni. Była w tym jakaś euforia, potem oglądaliśmy filmy ze swojej fuksówki, z tego momentu, gdy wkraczaliśmy w pełni akceptowani do naszej teatralnej rodziny. Później przez kilka tygodni profesorowie opowiadali o swoich fuksówkach, że kiedyś to było! Tylko jeden rocznik krakowskiej szkoły się nie fuksował, bo akurat zmarł jeden z profesorów. A tak to każdy aktor, którego widzisz w teatrze, filmie czy serialu, przeszedł fuksówkę. Chłoniesz więc to i jesteś w tym trybie, pragniesz tam być.
Dlaczego byłem carem? Dlaczego bywałem brutalny? Czytałem reportaż o kobiecie porwanej do indyjskiego burdelu, która dzisiaj jest tam najbardziej wpływową osobą i werbuje kolejne. Może zostajesz po drugiej stronie, jeśli system cię nie łamie? I właśnie wtedy wspierasz go jak najmocniej? Miałem do tego ogromne predyspozycje, bo spędziłem lata w strukturach kościelnych.
Dostałem się do szkoły, gdy miałem dziewiętnaście lat. Uwielbiałem to, kochałem harcerstwo i musztry do rana, fuksówka nie była więc pierwszą strukturą hierarchiczną, w to mi graj. Wcześniej w Białymstoku oglądałem pokazy fuksówkowe, bo moja ciocia wykłada na AT. Grałem też w teatrze amatorskim, który stworzył świetny zakwas pod te doświadczenia. Słuchałem tam o tym wspaniałym inicjacyjnym doświadczeniu, którym będzie fuksówka. Był to obraz zromantyzowany jak dobra nowina: "Przyjdź do nas, przekraczamy tam siebie". Wierzyłem w to. A potem byłem uwiedziony tą formułą i przekazywałem ją z zaangażowaniem neofity. Nie miałem natury buntownika, raczej zgłaszałem się pierwszy do zadań.
Napisałem w poście, że nie czuję się skrzywdzony moją fuksówką. Byłem na nią uzbrojony. Wiedziałem, że to wszystko nie jest skierowane do mnie, wiedziałem, jak reagować i że to się skończy. Najgorzej, gdy ktoś nie umiał się w tych mętnych zasadach poruszać, nadmiernie się buntował albo nie przyjmował tego, co wszyscy powtarzali: że to taka "konwencja". To wzmagało w mistrzach i mistrzyniach agresję. Dla mnie to była zabawa. Nie byłem Bartkiem Bielenią, tylko "Wiocha-fuksem roku zerowego". Jest taki moment odwrócenia, gdy fuksy ustawiają się w rzędzie i mogą zamienić się z mistrzami rolami. Robisz innym to samo, też właśnie kogoś przefuksowałeś. Kończy się kwarc i idziesz do domu z poczuciem winy. Myślisz: zdecydowałem się na to i teraz mam z tego zrezygnować? A potem sam niesiesz kaganek przemocy, jak w patologicznej rodzinie. Zresztą profesorowie często to powtarzali: "Jesteśmy rodziną, co prawda patologiczną, ale rodziną". Fuksówka to był zresztą dopiero przedsionek kolejnych przemocowych doświadczeń w szkole, coś jak spulchnienie gruntu i powyrywanie chwastów.
Wtedy jeszcze nie docierało do mnie, że to wszystko było przemocą. Jak biskup miałem zawsze gotową odpowiedź, racjonalizowałem i bagatelizowałem te zachowania. Dopiero niedawno zacząłem to wszystko do siebie dopuszczać, było mi wstyd, że koleżanki mnie źle wspominają i że dołożyłem kamyczek do czyjegoś odejścia ze szkoły. Wykonałem nad sobą ogromną pracę wewnętrzną, przyglądałem się sobie, a mimo to wciąż swoją rolę na fuksówkach wypierałem. Gdy w końcu opublikowałem ten wpis, moja dziewczyna powiedziała: "No nareszcie!".
Ostatnio rozmawiałem z koleżanką o pracy nad spektaklem, w którym oboje graliśmy. Była ogromna presja czasu, presja ze strony reżysera. Drukowaliśmy sceny jak drukarka 3D. Jadłem obiad i uczyłem się tekstu w godzinę, zero narzekania, improwizacje wymyślone na pstryk, wszystko hula. Postawiliśmy dobry spektakl, choć byliśmy wykończeni, wypompowani. I wiesz, co jest najsmutniejsze? Stwierdziliśmy, że to fuksówka dała nam narzędzia do robienia takich cudów.
[...]