Rajd samochodowy kobiet na trasie Warszawa - Gdynia - Warszawa, 1937.
BIUST SPORTSMENKI I BRUDNE KONOWAŁY
"Tajny Detektyw" 10, 23 i 24/1933 z 5 III oraz 4 i 11 VI 1933
Pacjentka po operacji leży w sali w prywatnej lecznicy; osłabiona kilkudniowymi torsjami nie jest już w stanie mówić, więc odwiedzającemu ją mężowi pisze kartki, w tym tę: Tutaj brudne konowały, toteż dlatego, że chcę żyć, wyrwij mnie stąd. Mówię Ci, że będziesz mnie miał na sumieniu, jeżeli mnie stąd nie zabierzesz. Weź mnie na razie na jeden dzień do domu, błagam bo inaczej się powieszę na pierwszej klamce.
Dwaj lekarze, wezwani przez kolegów na konsylium, orzekają "stan groźny, lecz nie beznadziejny", ale proponują przewiezienie pacjentki do - dziś upamiętnionego tylko nazwą skweru nieopodal kościoła kalwińskiego - Szpitala Ewangelickiego. Tam chora, mimo podtrzymywania akcji serca przez zastrzyki roztworu fizjologicznego soli, kamfory i kofeiny, umiera 9 czerwca 1931 roku, piątego dnia po zabiegu, który miał być zupełnie niegroźny.
Mokotowska to dziś jedna z tych warszawskich ulic, gdzie zachowało się stosunkowo dużo przedwojennej zabudowy - ale nawet na tle sąsiadek ogromna kamienica pod podwójnym numerem 51-53 robi duże wrażenie. Marian Lalewicz lubił projektować z rozmachem - za czasów carskich budował w Petersburgu i Moskwie, po czym wrócił do niepodległej Polski i, jako szanowany dziekan Wydziału Architektury Politechniki Warszawskiej, wznosił kolejne banki, gmachy państwowe i takie właśnie wielkie domy. Dziedziniec otwarty na ulicę, okolony przez dwa skrzydła, domknięty w głębi środkowym, z ciągnącymi się przez trzy kondygnacje gigantycznymi półkolumnami.
Doktorostwo Rostkowscy przyjmowali w kamienicy przy Mokotowskiej 51-53.
Dom ukończono w roku 1928 i kiedy rzecz się dzieje, jest zupełnie nowy. Tutaj właśnie w zwykłym mieszkaniu ma gabinet para lekarzy wenerologów, doktorostwo Zofia i Feliks Rostkowscy. Inżynierowa Aleksandra Ufnowska trafiła tam ponoć w innej sprawie, ale przy okazji zapytała doktora o trapiący ją problem: była zawołaną sportsmenką i automobilistką, ale po urodzeniu i karmieniu dziecka zauważyła znaczne powiększenie biustu, który przeszkadzał jej w uprawianiu sportu i prowadzeniu samochodu.
Były to czasy, kiedy młodym kobietom nie tylko wolno było, ale wręcz wypadało grać w tenisa, pływać, strzelać z łuku czy ścigać się automobilami - pokolenie nowoczesnych młodziaków miało się jak najlepiej; koszmar pierwszej wojny, niezliczone ciężkie rany od kul, poparzeń czy walących się pod bombami budynków doprowadziły do błyskawicznego rozwoju chirurgii plastycznej. Europejska medycyna na potęgę rekonstruowała żołnierzom i cywilom odstrzelone szczęki i urwane nosy, a tym samym kładła podwaliny pod rozwój nowej gałęzi chirurgii, służącej wyłącznie upiększaniu i poprawie samopoczucia. Nic więc dziwnego, że Ufnowska, słysząc od doktora, że rozrost biustu jest trwały i nie cofnie się samoistnie, zapytała go o zabieg.
Rostkowski odpowiedział, że to bagatelka, wykonywana w znieczuleniu miejscowym, a pacjentki wręcz "śmieją się w czasie operacji" - wszystko potrwa godzinę, najwyżej dwie, po czym pacjentka będzie mogła spokojnie wrócić do domu o własnych siłach. W dodatku operować będzie znany doktor - Hellin, a Rostkowski będzie mu tylko asystował. Koszt - tysiąc dwieście złotych (tyle, co miesięczna pensja wysokiego funkcjonariusza - generała czy dyrektora departamentu; pół roku dobrej pensji robotnika wykwalifikowanego w Warszawie; niemal roczna pensja łódzkiej prządki).
Inżynierowa Ufnowska z córeczką, jedno z ostatnich zdjęć przed śmiercią.
Ufnowska zapaliła się do propozycji - mąż wprawdzie jej to odradzał i proponował, żeby w ostateczności poczekać, zebrać pieniądze i wyjechać do Paryża, gdzie taka operacja kosztowałaby pięć razy tyle. Ale ona nie chciała czekać i nie chcąc robić nadmiernych kosztów, podjęła z PKO własne pieniądze i zgłosiła się do doktora-Rostkowskiego. Inżynier, dowiedziawszy się o ustaleniu już konkretnego dnia zabiegu, udał się do Warszawy - jak podawał "Express Poranny" - lecz pociąg, którym jechał, uległ katastrofie i przybył do Warszawy z kilkugodzinnem opóźnieniem. Tymczasem tragedii już nadano bieg.
Dionizy Hellin był nie byle kim: lekarz po sześćdziesiątce, doświadczony otolaryngolog, prowadzący niegdyś klinikę w Berlinie, a także autor - stosowanego po dziś dzień na całym świecie - wzoru na liczbę naturalnych ciąż mnogich. Był również jednym z pionierów chirurgii plastycznej. Asystowali mu oboje Rostkowscy oraz doktor Tadeusz Kaszubski, który miał być tylko obserwatorem.
Istota operacji - opisuje szczegółowo "Tajny Detektyw" - polegała na półksiężycowem podcięciu skóry w fałdzie między sutką a klatką piersiową i na długiem kolistem wycięciu skóry powyżej, gdzie przeniesiona została brodawka nieodłączona od podściółki. Jednocześnie wyjęto z każdej sutki około jednego kilograma tkanki tłuszczowej. Biust znieczulono miejscowo zastrzykami z morfiny i nowokainy, po czym zaczęto zabieg. Trwał nie godzinę czy dwie, ale siedem. Doktor Kaszubski zaproponował, żeby przerwać po zoperowaniu pierwszej piersi, ale Hellin postanowił kontynuować. Było to tak wyczerpujące - nie tylko dla pacjentki, która kilkakrotnie dostała torsji, ale też dla lekarzy - że doktor Rostkowska zasłabła, a Hellin nie był w stanie wykonać kolejnego zastrzyku i do pracy musiał się włączyć doktor Kaszubski.
Nazajutrz po operacji odwiedził chorą mąż jej, inż. Wacław Ufnowski. Stan żony przeraził męża. Nieszczęsna pacjentka była blada jak kreda i znajdowała się w ciągłych torsjach. Na widok męża ledwo dosłyszalnym głosem wyszeptała: - Nie wiedziałam, że to będzie takie straszne, nigdybym się nie zgodziła... W kolejnych dniach nie była już w stanie mówić.
Po lewej prokurator Sieroszewski, obok szyldy gabinetów dr. Hellina i Rostkowskich oraz fasada Szpitala Ewangelickiego, gdzie zmarła Ufnowska.
Po śmierci żony Ufnowski bezzwłocznie zawiadomił prokuraturę, która powołała najpierw biegłych z Wydziału Lekarskiego Uniwersytetu Warszawskiego, a ci stwierdzili, że śmierć nastąpiła wskutek ostrej niedomogi mięśnia sercowego spowodowanej znieczuleniem, a także z powodu rozwijającego się zapalenia płuc. Zresztą również sekcja zwłok - jak podawał "Express Poranny" - wykazała, że nieboszczka posiadała defekty organiczne serca, których uprzednie badania za jej życia nie mogły wykryć. Lekarze działali więc właściwie. Ale już druga opinia, wydana przez biegłych z Uniwersytetu Jagiellońskiego, była miażdżąca: operacja tego rodzaju żadną miarą nie powinna była trwać tak długo, a zabieg operacyjny powinien być stanowczo odłożony po zoperowaniu pierwszego sutka. Dodano też, że gabinet nie odpowiadał wymaganiom nowoczesnej chirurgji, przyczyną śmierci nie mogły być zapalenie płuc ani "nadwrażliwość" na nowokainę, ale raczej zakażenie rany. W sytuacji takiej różnicy zdań zapytano jeszcze lekarzy z Uniwersytetu Poznańskiego, którzy zasadniczo poparli kolegów z Krakowa, uznając, że operujący nie mieli wystarczających kwalifikacji do wykonywania tak skomplikowanego zabiegu, a o śmierci przesądził szok spowodowany tak długą operacją, być może zakażenie, a także zatrucie nowokainą użytą w wielkiej ilości. Piersi dla uśmierzenia bólu ostrzykiwano również po operacji, co - zdaniem poznańskich naukowców - nawet gdyby pacjentka przeżyła, uniemożliwiałoby jej trwale karmienie dziecka i stanowiło błąd lekarski.
To chyba zasięganie kolejnych opinii sprawiło, że proces Hellina i Rostkowskiego rozpoczął się dopiero blisko dwa lata po śmierci pacjentki, w maju 1933 roku. Sprawa wzbudziła ogromne zainteresowanie publiki i warszawskiego środowiska medycznego, a na biegłych powołano liczne lekarskie sławy. Jeden z ekspertów, doktor Jan Glatzel, skorzystał nawet z tej okazji, by wygłosić filipikę przeciw kobietom dzisiejszych czasów, trzymającym się mody smukłych linij: Popyt na operacje zmniejszenia biustu jest konsekwencją jakiejś psychozy dążenia do posiadania dziewiczego biustu, który jest, wogóle, rzeczą niesłuchanie rzadką. - Niewiasty, których biust jest zresztą zupełnie nieznaczny i nierażący, uważają się za upośledzone, skoro biust nie posiada form idealnych.
Najpierw jednak wypowiedzieli się oskarżeni. Doktor Hellin, który zeznania zaczął od wzięcia całej odpowiedzialności na siebie, mówił ze spokojem, wskazywał na swoje wieloletnie doświadczenie, twierdził, że nie było podstaw do wcześniejszego przerwania operacji. Z kolei doktor Rostkowski się plątał i był tak zdenerwowany, że zagroził fotoreporterowi spoliczkowaniem, jeśli ten spróbuje zrobić mu zdjęcie. Obaj zeznali, że gabinet należycie wydezynfekowano i sprzątnięto (umyto olejne ściany i wywiórkowano posadzkę), narzędzia wysterylizowano, operację przygotowano sumiennie. Pacjentka cierpiała jednak na choroby, o których lekarze nie wiedzieli, a nadto miała osłabione nieco serce na skutek nadużywania sportu.
Inżynier Ufnowski mówił natomiast, że gabinet był brudny, narzędzia stare, niewyczyszczone, a żona miała się skarżyć, że doktor Hellin ma brudne paznokcie. Nie potrafił jednak wyjaśnić, czemu zgodził się, żeby żonę operowano w takich warunkach.
Oskarżenie twierdziło, że - choć lekarz dokonujący sekcji zwłok wykluczył zakażenie jako przyczynę śmierci - doktor Kaszubski, jako widz, asystował w niesterylizowanym fartuchu, a po zasłabnięciu Rostkowskiej przez pewien czas podawał narzędzia gołymi rękami, choć ostatecznie ustalono, że używał do tego wysterylizowanych szczypiec.
Dr Jan Glatzel wygłasza swoją opinię na sali sądowej.
Do skazania to jednak nie wystarczyło. Sąd uznał, że zbyt duże były rozbieżności zdań pomiędzy powołanymi na biegłych pięcioma profesorami medycyny, zarówno co do przyczyny śmierci, jak i odpowiedniości bądź nieodpowiedniości gabinetu do przeprowadzenia takiej operacji - i obu oskarżonych uniewinnił.
Doktorostwo Rostkowscy przeżyli wojnę i przyjmowali w tej samej kamienicy przy Mokotowskiej jeszcze w latach 50. Hellin zmarł dwa lata po procesie, Kaszubski zginął w powstaniu warszawskim, raniony odłamkiem w szpitalu polowym przy Marszałkowskiej. Inżynier Ufnowski przez lata patentował kolejne wynalazki i jeszcze w 1947 "Gazeta Ludowa" chwaliła jego urządzenie do odzyskiwania dwusiarczku węgla przy wytwarzaniu wiskozowego włókna szklanego. Cały świat eleganckich sportsmenek międzywojnia, inżynierowych jeżdżących automobilami po drogach II RP przeżył Aleksandrę Ufnowską ledwie o kilka lat.
"W trosce o linję. Grupa nowojorskich tancerek po ciężkich ćwiczeniach, mających na celu zachowanie "formy"" ("Dziennik Białostocki", 1933).
[...]