Wczasie rozmów z kolejnymi urzędnikami, ministrami, politykami i oficerami BOR usłyszałam kilka bardzo mocnych obyczajowych historii.
Długo zastanawiałam się, czy w ogóle jest sens je przytaczać, ale w pewien sposób oddają one to, co mówili od początku moi rozmówcy. Pałac
prezydencki jest jak dwór, żyje swoim własnym życiem, oderwanym od
zewnętrznej rzeczywistości. W pałacu dzieją się rzeczy ludzkie, nie
tylko urzędowe.
Usłyszałam więc opowieść o tym, że był kiedyś prezydent, który miał
wyjątkową słabość do jednej ze swoich urzędniczek. Ta słabość była
powszechnie znana, chociaż nigdy nie traktowano jej w kategoriach innych
niż polityczne. Aż do chwili, w której pierwsza dama bez zapowiedzi
weszła do prezydenckiego gabinetu. Urzędniczka dość szybko po tym
wydarzeniu pożegnała się z urzędem.
Usłyszałam historię o pierwszej damie, którą szczególna więź łączyła z oficerem ochrony. Więź jednostronna, bo prezydentowa nie przekroczyła
nigdy granicy oficjalnej zażyłości. Jednak historia skończyła się
tragicznie. Funkcjonariusz zmarł. Oficjalna przyczyna śmierci to
niewydolność serca. Nieoficjalnie plotkowano, że prosił o zwolnienie ze
służby, ale go nie dostał.
Usłyszałam historię o prezydencie, który miał wyjątkową słabość do
kobiet. Niezwykle lubił ich towarzystwo. Czasem za bardzo i za często.
Usłyszałam historię o wysoko postawionym urzędniku prezydenckiej
kancelarii, który sprawiał poważne problemy, bo składał propozycje
seksualne osobom z obsługi pałacu. Urzędnik został, a osoby skarżące się
na jego zachowanie dostały propozycję innej pracy.
Usłyszałam historię o pierwszej damie, która przeżyła fascynację osobą
ze swojego gabinetu. Fascynacja trwała dłuższy czas, a prezydent miał
jej świadomość. Po prostu nie miał wyjścia i przymykał oko, bo
prezydentowa nie chciała z tej znajomości zrezygnować.
Usłyszałam także o prezydencie, którego zażyłość z jedną z kobiet bardzo
istotnych dla jego środowiska politycznego stała się powodem jego
olbrzymich kłopotów politycznych.
Usłyszałam również, że był minister, który dzień zaczynał co prawda od
kawy, ale już o dziesiątej sięgał po pierwszą whisky, nie czekając nawet
do trzynastej. I o trzynastej nie kończąc.
Usłyszałam, że jedna z par prezydenckich nie rozmawiała ze sobą całymi
tygodniami, oboje uśmiechali się tylko do zdjęć i zagranicznych gości.
Usłyszałam o prezydentowej, która w awanturach ze swoim małżonkiem nie
gryzła się w język i klęła jak cała armia szewców, a funkcjonariuszom
BOR więdły uszy.
Usłyszałam, że jeden minister śledził innych, żeby mieć na nich haki i donosić prezydentowi, kto z kim spotyka się na mieście i kto może być
źródłem przecieków zza pałacowego muru.
Usłyszałam, że jeden prezydent miał tendencje do robienia takich
awantur, że nie tylko uszy więdły, ale przede wszystkim wyrzucał z pracy
trzy razy w tygodniu te same osoby, bo nie pamiętał, kogo już zwolnił.
Usłyszałam, że jeden z prezydentów przed objęciem fotela prezydenta miał
z dziennikarką romans, który trwał jeszcze przez długi czas po
zatrzaśnięciu się za nim drzwi przy Krakowskim Przedmieściu.
Usłyszałam, że jeden z urzędników musiał pożegnać się z pracą, bo
pozwolił sobie na zbyt bliskie kontakty z osobą z najbliższego kręgu
prezydenta.
Intrygi, romanse, kłótnie, rękoczyny, przy okazji polityczne rozgrywki i próby budowania się ministrów jako samodzielnych polityków. To wszystko
działo się w pałacu przez ostatnie trzydzieści pięć lat. Po tych
wszystkich rozmowach i spotkaniach jedno dla mnie nie ulega wątpliwości
- charakter prezydenta i jego pozycja ma kluczowe znaczenie dla tego,
jak działa pałac prezydencki. A pałac jest emanacją stanu, w jakim
znajduje się głowa państwa. Prezydent chaotyczny jak Lech Kaczyński
sprawiał, że pałac trząsł się od intryg, prezydent bez politycznego
znaczenia jak Andrzej Duda, że dworzanie kombinowali wyłącznie, jak
ustawić się tak, żeby jednak zyskać jakąś polityczną podmiotowość, a prezydent budujący zaplecze nie tylko polityczne, ale także biznesowe
jak Aleksander Kwaśniewski spowodował, że o biznesie myśleli wszyscy w jego otoczeniu.
* * *
Pałac prezydencki to prawdopodobnie najbardziej zamknięte środowisko w Polsce. Nie ma tu ludzi przypadkowych, nie ma niewiernych, nie ma
niesprawdzonych. Przynajmniej na początku kadencji. To środowisko, które
doskonale odcina swojego pryncypała od rzeczywistości i sprawia, że
staje się on politykiem obracającym się wyłącznie wśród swoich. Premier
ma przynajmniej od czasu do czasu okazję do politycznego starcia z sejmową opozycją, od czasu do czasu na swojej drodze spotyka
niezadowolonych wyborców albo wyborców, którzy nigdy nie byli z niego
zadowoleni. Prezydent do Sejmu przyjeżdża tylko dwa albo trzy razy w roku, spotyka się jedynie z przywódcami innych państw, często mającymi
podobnie jak on znaczenie głównie reprezentacyjne. W każdej niemal
kampanii prezydenckiej na drugą kadencję było widać potężne zaskoczenie
głowy państwa, że spotyka się z krytyką, a czasami nawet z agresją
elektoratu. Po prostu przez pięć lat w pałacu zapomina się, że
rzeczywistość nie jest ani różowa, ani słodka.
Prezydent ma w Polsce jednocześnie bardzo silny mandat i bardzo małe
znaczenie polityczne. Oczywiście może próbować rozgrywać z rządem
polityczne szachy, ale z góry stoi na przegranej pozycji. Oczywiście
może nie podpisać ustawy, nie powołać sędziego, generała, ambasadora czy
(co zapewnił sobie PiS) prokuratora. Ale, jak udowadnia praktyka, rząd
może sobie bez prezydenta poradzić, a jeśli jest sprawniejszy i lepiej
potrafi budować narrację, to prezydent wychodzi na człowieka, który nie
tylko nie umie odłożyć politycznych sympatii, ale także jest zwyczajnie
kłótliwy i małostkowy. A od małostkowego człowieka do małego człowieka
jest już bardzo niedaleko.
Prezydenci - niezależnie od tego, czy udawało im się rządzić w czasach,
kiedy ich partia miała władzę, czy akurat zdobyli ją polityczni
przeciwnicy - szarpali się między poczuciem dumy (zasłużonym), że
zdobyli potężny mandat i sympatię większej liczby wyborców niż
którykolwiek partyjny lider, a przekonaniem, że dla partii właśnie stali
się politycznymi emerytami, z którymi nie wiadomo co zrobić, jak już
skończą kadencję. Do tego dochodzi strach, że nie potwierdzą swojej
pozycji w następnym rozdaniu. Ten niepokój to stała składowa życia
polityka, ale w przypadku prezydenta jest chyba najbardziej dotkliwa. Te
wszystkie emocje prezydentowi towarzyszą przez większość kadencji i sprawiają, że coraz bardziej zamyka się on we własnym otoczeniu, które
gwarantuje mu spokój i bezpieczeństwo. A przede wszystkim docenia jego
wielkość. W pałacu jest naprawdę kimś.
Jeden z pracowników pałacu opowiadał mi, że mechanizm odrywania się
prezydenta od rzeczywistości za każdym razem wygląda tak samo. Wchodzi
do pałacu człowiek otwarty, przyjazny, uśmiechnięty, a potem z miesiąca
na miesiąc coraz bardziej się zamyka. Zaczyna rozumieć kilka rzeczy
jednocześnie. Przede wszystkim że wszyscy czegoś od niego chcą. Zjawia
się cała masa ludzi, poczynając od dawnych prywatnych znajomych, a na
politycznych towarzyszach kończąc, którzy uważają, że przecież jak
zadzwonią, to on im załatwi. A często zwyczajnie on nic nie może. Ale
oni dzwonią. Potem są sprawy poważniejsze jak biznes, który też coś cały
czas chce. A następnie dociera do niego, że wszyscy w jego otoczeniu tak
naprawdę chcą załatwiać tylko dla siebie, że dawno przestało chodzić o jakieś wielkie sprawy.
* * *
Nie ma drugiego tak zamkniętego miejsca jak gmach przy Krakowskim
Przedmieściu. Żaden inny urząd w Polsce nie odcina od rzeczywistości aż
tak. Premier, ministrowie, posłowie, chociaż też żyją w bańkach własnego
otoczenia, to jednak czasem przynajmniej wracają do domu i muszą iść do
osiedlowego po chleb. Prezydent przez pięć albo i dziesięć lat nawet
mleka sam nie kupuje. Wszystko, czym żyje, to pałacowe gierki, dramy
między ministrami, polityczne warcaby i konflikty wewnątrz dworu. To go
wciąga trochę jak codzienny reality show i urasta do rangi spraw
istotnych. Zamiast zajmować się rzeczami wagi państwowej, oddaje się
kwestiom wagi dworskiej. W dodatku to, kto kogo i dlaczego w jego
otoczeniu próbuje podkopać, ma realny wpływ na sprawy kraju. Kto jest
pierwszy w kolejce do ucha prezydenta, ma kolosalne znaczenie dla jego
polityki.
Do tego przestaje mieć prawo do prywatności do tego stopnia, że nawet
brak mu odwagi, aby pokłócić się z własną żoną, żeby nic nie przeciekło
do mediów. Nieustannie boi się skandalu, ale nudzi się tak bardzo, że
chciałby od czasu do czasu przeżyć jeszcze coś ekscytującego. Jakiś
romansik, przygoda, fascynacja. Albo chociaż impreza, która nie będzie
wymagała krawata i garnituru. Każdy z nich chociaż czasem chciałby
przestać być prezydentem.
Przy ich boku przeważnie są kobiety, które miały swoje życie, swoich
przyjaciół, zawód, firmę, i z dnia na dzień tracą to na rzecz siedzenia
w miejscu i stania za plecami męża. Spotykają się z organizacjami
społecznymi i pozarządowymi, ale nawet te spotkania to tylko kurtuazja,
bo pierwsza dama może jedynie wyrażać swoje wsparcie i nie ma żadnego
wpływu na politykę. Tak, są spotkania z małżonkami innych prezydentów,
ale trudno je zaliczyć do życia towarzyskiego. Nie ma się co dziwić, że
pierwsza dama zamknięta w czterech, nawet dostojnych, ścianach ma czasem
dość i chce się uwolnić. Właściwie każda prezydentowa była największą
przeciwniczką startu swojego męża na drugą kadencję. Jolanta Kwaśniewska
i Agata Kornhauser-Duda publicznie mówiły, że bardzo chciały wrócić do
normalności, ale musiały się pogodzić z decyzją męża. To też powoduje
napięcia między mieszkańcami pałacu.
* * *
Kiedy prezydent już opuszcza pałac na dobre, czeka go zimny prysznic, bo
z jednej strony nie odzyskuje własnego życia i na zawsze będzie byłym
prezydentem. A z drugiej okazuje się, że przez czas, kiedy zajmowały go
tylko dworskie rozgrywki, układy wewnątrz jego środowiska politycznego
są już zupełnie inne i obecni gracze ani nie czują się onieśmieleni jego
dawną pozycją, ani nie zamierzają mu niczego oddać. Nie wraca do partii
jako bohater. Przeważnie nie wraca w ogóle. Nikt go nie oklaskuje, nikt
mu nie dziękuje.
To jest dodatkowo bolesne, bo sam były prezydent wciąż czuje, że z jego
pozycją, głosami, które kiedyś zdobył, zaufaniem społecznym, jakie miał
aż do samego końca, każde partyjne stanowisko jest dla niego za małe.
Nie będzie przecież startował do Sejmu, żeby chodzić po domach z ulotkami i siedzieć w drugim rzędzie za ludźmi, którzy niczego nie
dokonali, a teraz chcą wydawać mu polityczne polecenia. Polskie partie
zostały przez swoich twórców zbudowane tak, że żaden były prezydent nie
ma szans w wyborach z liderem, a zatem eksprezydenci nie startują też na
szefów swoich formacji. Zakładanie nowych również do tej pory się nie
sprawdziło. Jedyne, co może zrobić były prezydent, to odsunąć się na
pozycję komentatora rzeczywistości i wspominać dawną wielkość.
* * *
Wydawać by się mogło, że kiedy prezydent ma po drugiej stronie partnerów
z własnego środowiska, jest mu łatwiej. Cenią go, fetują, pytają o zdanie, konsultują się z nim. Nic bardziej mylnego. Gdy jeszcze jest w pałacu, partia przeważnie pokazuje mu, że nie ma żadnego znaczenia, że
nie będzie jej ustawiał polityki i wpływał na partyjne decyzje. Kiedy
przegrywa wybory, zostaje z tą przegraną sam.
Ale nawet wygrana nie pomaga i nie zapewnia miejsca w bieżącej polityce.
Aleksander Kwaśniewski odchodził, mając wciąż bardzo wysokie poparcie -
w październiku 2005 roku zadowolonych z jego prezydentury było
sześćdziesiąt pięć procent Polaków. Prawdopodobnie gdyby mógł startować
na trzecią kadencję, to i ją by wygrał. Ale po prezydenturze okazało
się, że nikt nie ma na niego żadnego pomysłu. Nie stworzono żadnego
miejsca, gdzie były prezydent mógłby się sprawdzić. Parę razy pojawiały
się pomysły, że Senat mógłby być takim ciałem doradczym, gdzie odnajdą
się byli prezydenci. Ale na dyskusjach się skończyło.
Już pierwsze powszechne wybory w 1990 roku, a potem prezydentura Lecha
Wałęsy i wszystkie zagrożenia, które niesie za sobą umacnianie urzędu
głowy państwa, wprowadziły niezwykłe zamieszanie w naszym systemie
politycznym. Jednoczesne działanie rządu skupiającego niemal całą władzę
polityczną i prezydenta z niezwykle silnym mandatem i ambicjami musi
prowadzić do tarć. To jest zwyczajnie nieuniknione. Lech Wałęsa z jego
żądzą władzy i przekonaniem, że może rozegrać sam całą politykę i odebrać władzę kolejnym premierom - pokazał wyborcom, że władza skupiona
w jednym ręku jest bardzo niebezpieczna. Następny prezydent sam sobie
ukręcił bicz na własną władzę, bo Aleksander Kwaśniewski był jednym z twórców konstytucji, która bardzo skutecznie ograniczyła prezydencką
rolę.
Przerwana kadencja Lecha Kaczyńskiego pokazała, że póki prezydent i premier się dogadują, to wszystko gra, a kohabitacja to mit i legenda.
Tuż przed katastrofą smoleńską, która tragicznie przerwała tę
prezydenturę, sondaże pokazywały, że Lech Kaczyński może liczyć na
dwadzieścia parę procent wyborców i druga kadencja byłaby cudem. W połowie marca 2010 roku spotkałam jednego z kluczowych spin doktorów
PiS, który wtedy mówił otwarcie: - Trzeba przegrać jak najwyżej, żeby
zbudować narrację na wybory parlamentarne w 2011 roku.
Bronisław Komorowski z kolei był prezydentem w stylu, który po pięciu
latach okazał się dla wyborców zbyt męczący, zbyt spokojny, a nawet
usypiający. Stało się jasne, że wyborcy chcą czegoś więcej. Kogoś, kto
nie zasypia na własnych uroczystościach i kto na nartach nie jeździ już
pługiem. Jedyną właściwie w oczach wyborców zaletą prezydentury
Komorowskiego był święty spokój, jaki zapanował między małym a dużym
pałacem. Premier bywał w Belwederze - lubił to zwłaszcza latem - na
cygarach, ale prezydent nie utrudniał premierowi życia. W końcu to on
posadził go pod żyrandolem.
Chyba trochę z tego powodu wyborcy postawili na Andrzeja Dudę. Wiadomo
było, że PiS przejmie władzę, i wyborcy najwyraźniej uznali, że kolejne
wojny nie są im potrzebne. Wybrali zatem prezydenta całkowicie zależnego
od swojego politycznego pryncypała.
Po każdej prezydenturze jesteśmy - my, wyborcy - świadkami festiwalu
frustracji odchodzącej głowy państwa. Lokatorzy pałacu prezydenckiego
nie są w stanie znaleźć dla siebie miejsca na scenie politycznej, a jeszcze nie są gotowi odejść na dobre z polityki. Mają poczucie, że
dostali od wyborców mandat, którego nie ma nikt inny. Dziesięć milionów
głosów to potężny kapitał. Wchodzą na Krakowskie Przedmieście z przekonaniem, że będą w końcu poważnymi graczami, ludźmi, z którymi
każdy będzie musiał się liczyć. Trzeba przyznać, że mają powód, żeby tak
myśleć, ale za każdym razem zderzają się z politycznym murem partii,
która ich do pałacu sprowadziła. Po kolei więc frustrują się i zaczynają
skupiać na tenisie, nartach czy rautach. To z kolei sprawia, że partie
coraz mniej liczą się z ich zdaniem i nie traktują ich poważnie. Jedno
prowadzi nieuchronnie do drugiego.
Monumentalny budynek, największy pałac w Warszawie. Dwanaście
tysięcy metrów kwadratowych, z których oczywiście najwięcej zajmuje
część reprezentacyjna i urzędnicza. Wnętrza przywodzą na myśl teatralne
dekoracje. Lokatorzy gmachu przy Krakowskim Przedmieściu nie mogą
urządzić się tam po swojemu. Żadne współczesne meble nie pasują do
prywatnych apartamentów prezydenckiej rodziny, bo wnętrza są za duże, za
wysokie i w dodatku większość pomieszczeń w pałacu jest zbudowana w amfiladzie. I to nie tylko w części reprezentacyjnej, ale także właśnie
w apartamentach mieszkalnych.
Do pałacu prezydenckiego wchodzi się trzema drogami - w zależności od
tego, kim się jest. Wejście główne, za pomnikiem księcia Józefa
Poniatowskiego, przed które podjeżdżają przywódcy innych państw i przedstawiciele rządu, to oficjalne wejście do pałacu. Tam już nie ma
budki oficerów Służby Ochrony Państwa i maszyny do prześwietlania
bagażu. Za ogromnymi drzwiami jest najbardziej oficjalny pałacowy hall,
nazywa się Sień Wielka. Tu prezydent wita najważniejszych gości. Sień
Wielka jest chyba najbardziej zimnym pomieszczeniem w gmachu. Kamienna
posadzka, kiedyś czynny kominek w rogu po lewej stronie od wejścia i chorągiew z białym orłem na wprost.
Z tego pomieszczenia można pójść w trzech kierunkach. I jak zawsze w pałacu prędzej czy później i tak trafi się w to samo miejsce.
Wejście w prawo prowadzi do Sali Orderu Orła Białego, gdzie wystawione
są najważniejsze polskie odznaczenia. To najnowsza sala w pałacu i ma
najbardziej nowoczesny charakter. Zmieniono posadzkę, która jest teraz
marmurowa, czarna z białymi fugami, co nadaje przestrzeni bardzo
nowoczesny charakter. Na białych ścianach wiszą odznaczenia w prostych
czarnych ramach. Podświetlone chłodnym światłem dają bardzo elegancki
efekt. Ale takie rozwiązanie to w pałacu ewenement, bo przeważnie
wszystko jest w ramach ciężkich i złoconych.
Stąd jest wejście do pałacowej kaplicy. Kaplica jest prosta, to wnętrze
zdominowane przez utrzymane w niebieskiej kolorystyce witraże, które
pierwsze rzucają się w oczy. W mszy odprawianej w kaplicy może wziąć
udział dwadzieścia, trzydzieści osób.
Jak wspominałam, większość pomieszczeń w pałacu jest zbudowana w amfiladzie, co oznacza, że z jednego przechodzi się do kolejnych. Z kaplicy można zatem wejść do reprezentacyjnych sal, do których prowadzą
także drzwi wprost z Sieni Wielkiej. To sale: Rokoko, Biała, Niebieska i jadalnia. Sala Rokoko, nazywana także salą Damską, wygląda jak rokokowy
salonik. Tu kończy się czarno-biała elegancja. Meble mają sporo złotych
elementów, a pod lustrem, które oczywiście umieszczono w złotych ramach,
stoi złoty zegar. Na pierwszy rzut oka widać, że to miejsce pasuje
bardziej do picia kawy niż do prowadzenia politycznych negocjacji. Skąd
sala Damska? Stąd, że tutaj na zakończenie oficjalnych rozmów oczekują
małżonki innych przywódców, o ile nie mają własnego programu wizyty.
Wszystkie sale na tym poziomie gmachu mają łukowe sufity, a ich okna,
poza Sienią Wielką, wychodzą na ogród.
Z sali Rokoko drzwi prowadzą do sali Białej, czyli Bankietowej. Na co
dzień jest ona właściwie pusta, bo spotkania, które się tu odbywają, są
wstępem do rozmów. Tu częstuje się gości lampką szampana i prowadzi
small talki. Obok jest jadalnia. Tu pewne zaskoczenie, bo stół w jadalni
jest dość niewielki, a samo pomieszczenie też nie jest imponujące. Do
jadalni zapraszani są na lunch goście prezydenta. To raczej intymne
spotkania w cztery oczy. W jadalni nie wydaje się kolacji dla całej
delegacji ani wielkich przyjęć, tylko przyjmuje gościa na bardziej
swobodną rozmowę.
Następne przejście i jesteśmy w sali Niebieskiej, gdzie przy wielkim
stole prowadzone są oficjalne rozmowy i negocjacje. To chyba najdłuższy
stół w pałacu. Na jego środku, tyłem do okien, jest miejsce dla
prezydenta. Po drugiej stronie stołu - są miejsca dla gości. To
strategiczne usadzenie, bo nie ma ryzyka, że słońce nagle oślepi
prezydenta.
Nazwy sal pochodzą od koloru ścian albo od elementów ich wystroju. Z sali Niebieskiej przechodzimy do sali Chorągwianej, której ściany zdobią
różne polskie sztandary i chorągwie, łącznie ze sztandarem Solidarności
i chorągwiami Wojska Polskiego.
W ten sposób obeszliśmy dookoła oficjalną część zerowego poziomu pałacu,
bo z sali Chorągwianej można przejść z powrotem do Sieni Wielkiej albo
na schody, które doprowadzą nas na górę do najbardziej znanej sali
pałacu.
Szerokimi marmurowymi schodami pokrytymi czerwonym dywanem kierujemy się
na pierwsze piętro. Na półpiętrze znajdziemy dość skromne jak na pałac
drzwi. A za nimi znacznie skromniejsze schody prowadzące na samą górę do
prywatnych apartamentów, a jeśli zrobimy kilka kroków na półpiętro, to
znajdziemy tam niewielką siłownię, w której ćwiczą funkcjonariusze SOP.
Chociaż podobno ostatnio korzystali z niej także prezydent Duda i szef
jego gabinetu. Wracamy na marmury. Schody kończą się w pomieszczeniu,
które ma nazwę Antyszambra. Słowo trudne, ale określa po prostu
przedpokój. Taki większy przedpokój, bo stojący w rogu fortepian nie
wydaje się dominować nad pomieszczeniem. I znowu dwie pary drzwi. Na
wprost i w lewo. Na wprost wchodzimy do doskonale znanej z transmisji
telewizyjnych sali pałacu.
To sala Kolumnowa. Nazwa pochodzi od otaczających ją kolumn z zielonego
marmuru. Jeśli patrzymy na pałac od strony Krakowskiego Przedmieścia, to
okna sali Kolumnowej znajdują się w centralnej części gmachu. To te
największe, ale także te mniejsze nad nimi. Sala Kolumnowa jest
najwyższą salą w pałacu. Chociaż wszystkie pomieszczenia są zdecydowanie
wyższe niż standardowa wysokość w polskim mieszkaniu, to ta sala jest
wyjątkowo wysoka.
Na samym środku wisi kryształowy żyrandol. Ten żyrandol, którego
strażnikiem Donald Tusk uczynił Bronisława Komorowskiego. Były prezydent
strzegł prawie pół tony kryształów, bo żyrandol waży czterysta
dwadzieścia kilogramów i składa się z trzech tysięcy sześciuset
kryształów. Obręcze, na których zostały przymocowane, są pokryte
dwudziestodwukaratowym złotem. Specjalny mechanizm opuszcza żyrandol raz
w roku, żeby można było go umyć i sprawdzić, czy wszystko działa. Albo
wymienić jedną ze stu pięćdziesięciu sześciu żarówek. Żyrandol zapala
się na specjalne okazje z głównej tablicy elektrycznej albo bardzo
prozaicznie pilotem przy drzwiach wejściowych do sali Kolumnowej.
A teraz wyobraźmy sobie, że jesteśmy świeżo zaprzysięganym członkiem
rządu. Stoimy tyłem do wychodzących na Krakowskie Przedmieście okien. Po
lewej stronie widzimy dziennikarzy i kamery. Po prawej koledzy przy
niewielkim stoliku podpisują swoje akty powołania. Na wprost prezydent,
jego ministrowie, marszałek Sejmu. Zaraz otworzą się drzwi po prawej i wejdziemy razem z innymi do sali Obrazowej na lampkę szampana. Tu także
organizuje się bankiety. Sala Obrazowa dlatego, że tutaj na każdej
ścianie wiszą dzieła sztuki polskiej. Przeważnie to klasyka, czyli sporo
wsi sielskiej, anielskiej, zaśnieżonych pól i pędzących koni, ale także
płócien Januarego Suchodolskiego, który malował surowsze krajobrazy i sceny batalistyczne. Sala Obrazowa jest zdecydowanie bardziej przytulna
niż Kolumnowa przede wszystkim dlatego, że jest zdecydowanie niższa i mniejsza. Na podłodze leży dębowa mozaika i dywan w czerwone wzory.
Z sali Obrazowej schody prowadzą do ogrodu Zimowego. To jedyne
dobudowane do bryły pałacu pomieszczenie. Jeszcze dwadzieścia lat temu
był tu nieużywany taras. Ogród Zimowy utrzymany jest w zieleni podobnie
jak sala Kolumnowa. Posadzka to zielony, prążkowany marmur. Całą
wychodzącą na pałacowy ogród ścianę zajmują okna. Po przeciwnej stronie
są natomiast kolorowe witraże pod tytułem "Cztery pory roku".
Pomieszczenie zwieńczone jest szklaną kopułą. Tutaj podaje się kawę i desery w czasie liczniejszych spotkań.
Z sali Obrazowej skromne drzwi prowadzą także do znacznie mniej
reprezentacyjnej klatki schodowej i całego lewego skrzydła pałacu. Tutaj
znajdują się gabinet pierwszej damy i biura niektórych ministrów.
Pomieszczenia, w których pracuje małżonka prezydenta, wyglądają jak
wygospodarowane "na tymczasem". Trochę jak salonik, trochę jak gabinet.
Nawet drzwi wyglądają tutaj jak w przedwojennej willi, bo chyba jako
jedyne są oszklone. Ale przynajmniej normalnej wielkości. Wszystkie
pozostałe to typowe pałacowe monstra, w których klamka jest umieszczona
na wysokości półtora metra od ziemi, co wybitnie irytowało kilku
prezydentów. Bo do tej pory żaden nie był wysokim mężczyzną.
Z sali Obrazowej "od tyłu" dostaniemy się do gabinetu prezydenta.
Najpierw trzeba przejść przez bibliotekę i pokój wypoczynkowy.
Biblioteka jest przyciężka. Utrzymana w brązach. Bardzo klasyczna. Szafy
na książki zajmują wszystkie ściany. Są też zamykane witryny na
cenniejsze egzemplarze i biurko do pracy. To pomieszczenie także zostało
urządzone dopiero za prezydentury Aleksandra Kwaśniewskiego.
Z biblioteki można wejść do pokoju wypoczynkowego. Tu stały sławne sofy,
na których Lech Kaczyński przyjmował swoich ministrów i gości winem.
Tylko tamte kanapy były jasne, a w ostatniej kadencji są niebieskie. Tu
także można zapalić w kominku z czarnego marmuru. Jedne drzwi z pokoju
prowadzą z powrotem do sali Kolumnowej, a drugie wprost do oficjalnego
gabinetu prezydenta.
Gabinet, w którym prezydent pracuje, jest dość typowy. Urządzony w całości - poza fotelem - meblami pasującymi do pałacowych wnętrz, a więc
jest złoto, barokowo i klasycznie. Na ścianie na wprost prezydenckiego
biurka znajduje się masywny kominek z czarnego marmuru z białymi
rzeźbami cherubinów. Mamy tu też wielkie lustro wmurowane w ścianę i otoczone złotym zdobieniem. Nad nim widnieją dwie złote litery R i P.
Gabinet prezydenta jest bardzo jasny. Światło dzienne wpada do niego
przez trzy wielkie okna, z których jedne prowadzą na balkon. To jedyny
balkon w pałacu. Z tego pomieszczenia nie ma przejścia bezpośrednio do
sali Kolumnowej. Drzwi obok kominka prowadzą do sekretariatu.
To pomieszczenie jest wspólne dla prezydenta i szefa jego kancelarii
albo szefa gabinetu. Zależy, kto akurat jest bliżej serca i ucha głowy
państwa. To chyba najbardziej biurowe z pomieszczeń w reprezentacyjnej
części pałacu. Biurko co prawda mogłoby stać gdzieś w gabinecie prezesa
banku przed wojną, ale wygląda prawie zwyczajnie. Są też prawie
zwyczajne szafy na dokumenty i zupełnie zwyczajny bałagan
informatyczno-telekomunikacyjny, bo na biurku stoi kilka aparatów
telefonicznych i przynajmniej jeden komputer.
Z sekretariatu jest także wejście do gabinetu najbliższego
współpracownika głowy państwa. To też olbrzymia przestrzeń, w której
dobrze wyglądają tylko potężne ciężkie meble. Również tutaj na ścianie
jest wmurowane wielkie lustro w złotej ramie, ale - w przeciwieństwie do
gabinetu prezydenta - nie ma tu kominka. W rogu, za biurkiem, są
zupełnie zwyczajne białe drzwi, które prowadzą do pomieszczenia
przeznaczonego dla osobistego asystenta. Tutaj z dala od wszystkich i od
utartych pałacowych ścieżek wisiała słynna zaginiona "Gęsiarka" -
dziewiętnastowieczny obraz, który z pałacu wyniósł jeden z kelnerów.
Z sekretariatu można ponownie dostać się do Antyszambry i na klatkę
schodową. Znowu wszystko w kółko. Nic dziwnego, że jednemu z prezydentów
udawało się tu jeździć na hulajnodze.
Wszystkie pomieszczenia w głównej, reprezentacyjnej części pałacu są po
prostu przytłaczające. Potężne, masywne, ciężkie meble, złote zdobienia,
grube dywany, marmury, mozaiki i zajmujące całe ściany obrazy. Wszystko
tu krzyczy "władza!" i żaden z prezydentów nie odcisnął na tych
wnętrzach żadnego swojego śladu. Co prawda każdy kupił sobie fotel czy
kanapy, jednak do tak szczególnych wnętrz one też nie mogły być w stylu
tych ze szwedzkiego sklepu meblowego.
Ale wejdźmy teraz do pałacu innymi drzwiami. Przeznaczonymi dla
dziennikarzy, pracowników, wycieczek i gości, których głowa państwa nie
będzie podejmować ze specjalnymi honorami. To skromne drzwi od strony
kościoła Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny i Świętego Józefa. Jeśli
pójdziemy parę kroków w kierunku świątyni, to zobaczymy też kutą bramę,
która prowadzi na niewielki parking dla pracowników pałacu.
Wchodzimy do pałacu. Tu już jest ochrona SOP i "heinemann" - urządzenie
do prześwietlania toreb i gości. Za miejscem pracy ochrony jest
niewielka szatnia. Z tej pałacowej sieni wchodzi się do sali, w której
od paru lat stoi okrągły stół. Tak, ten okrągły stół. Z krzesłami,
mikrofonami oraz tabliczkami z nazwiskami uczestników obrad. Przez lata
stał w sali Kolumnowej, ale został przeniesiony.
Teraz prawym skrzydłem pałacu idziemy w kierunku części
reprezentacyjnej. Czeka nas spore zaskoczenie, bo korytarz prowadzący
przez całe skrzydło jest wyjątkowo wąski. Miejsca tu jest tak niewiele,
że dwie osoby nie mogą iść obok siebie. Po prawej stronie ciągnie się
rząd drzwi, które prowadzą do pomieszczeń biura prasowego, biura
fotografów, pokoju kierowców oraz kilku pokoi zajmowanych przez oficerów
Służby Ochrony Państwa. Po lewej stronie znajdziemy przejście, które
kiedyś prowadziło do pracowniczego bufetu, ale przedostatnia szefowa
kancelarii uznała, że bufet jest niepotrzebny. Może dlatego że parę razy
nie było w nim ulubionych pierogów szefowej. Na górę do biur ministrów
można się dostać windą i zupełnie niereprezentacyjną klatką schodową.
Biura w pałacu to najmniej pałacowe pomieszczenia. Wszystko trochę w stylu urzędu gminy, a nie pałacu.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki