Zakończenie
- No, naprzód! Spróbuj jeszcze raz. Dokładnie tutaj. Mięciutko. Czujesz,
jakie wytwarzają wibracje? To twoja energia. Jest otępiała, właśnie się
budzi.
Młody szeregowiec wojsk pogranicznych Federacji Rosyjskiej Aleksiej
Zarubin zanurza posłusznie ręce w niebieskobiałym śniegu. Komendant kiwa
głową, mruczy z zadowoleniem jak niedźwiedź.
- Rozumiesz już? - pyta. - Możesz leczyć swoimi rękami innych żołnierzy.
Trzy razy dziennie ładujesz dłonie w śnieg i już. Byłem w Tybecie i tamtejsi mnisi tak trenują. Dzięki tej metodzie uleczysz dowolną
chorobę, dowolną kontuzję. To bardzo proste. Ludzie po prostu o tym nie
wiedzą. W człowieku jest zgromadzona taka energia...
1
Żołnierze są tylko na ekranie. Ja jestem w Tomsku. Siedzę w akademiku na
Komsomolskim Prospekcie. Spisuję i przekładam na język polski
kilkadziesiąt godzin surowca, z którego powstanie film Michała Marczaka
Koniec Rosji. Dokument ma opowiadać o pogranicznikach strzegących
niepotrzebnej nikomu bazy za kołem podbiegunowym. Równolegle z tłumaczeniem piszę o religijności mieszkańców miast syberyjskich. Co
jakiś czas wyskakuję do Krasnojarska. Albo do Buriacji. Do tego: do
Moskwy w tygodniu, do Petersburga na weekend. Potem znów wracam do
akademika. Ładuję się z plecakiem do zimnego, przestronnego pokoju,
położonego na parterze zakalcowatego gmaszyska. Pokoju ozdobionego
kartonowymi kwiatami i wzruszającym napisem "Welcome in Tomsk", który
każdego dnia po piątej rano rozświetlany jest przez reflektory
śmieciarki parkującej na wprost okna. A kiedy w końcu wynurzę się z zakratowanego pokoju, wsłuchuję się w uliczne rozmowy. Czuję jednak, że
stępiał mi słuch. Coraz bardziej tu osiadam. Twardnieję jak miejscowi,
zmęczeni wilgocią i mrozem. Burczę. Czasem krzyczę na kierowców busów,
którzy przepuszczają przystanki. Zwykle jednak milczę. Piszę. Śpię.
Niebawem zacznę śnić o Europie. Tęsknić za zachodnią muzyką, za niskimi
krawężnikami, pasami na jezdni, tanimi biletami Ryanaira i winem z Lidla.
Tak. Można się przesycić plastikiem dansowych melodii z syberyjskiego
bistro. A nawet charyzmatycznym Wiktorem Cojem i elektryzującym
hip-hopem.
2
Można też przywyknąć do morza skórzanych kurtek i lasu wszechobecnych
obcasów (najwyższych z możliwych). Do bazarowych kłótni z Centralnego
Rynku i przekomarzań przechodniów sunących nieśpiesznie prospektami
Marksa i Lenina.
Na razie jednak Tomsk ciągle jeszcze zadziwia. Pewne rzeczy nie
powszednieją. Na przykład wrażenie, że religia wycieka tu każdą szparą,
wślizguje się do rozmowy w najdziwniejszych, najmniej oczekiwanych
sytuacjach. Tak jak w tłumaczonych właśnie dialogach pograniczników.
Albo podczas kilkudniowych rozmów w Kolei Transsyberyjskiej. Czy
wreszcie: w czasie wywiadów i spotkań z naukowcami i miejscowymi
dziennikarzami. Wszystko to pasuje do koncepcji odmienności kulturowej
obszaru Syberii, przesycenia codzienności duchowością. Religia nie jest
tu po 1991 roku spychana tak chętnie jak w Europie do sfery prywatnej.
Ezoteryka ciągle wylewa się z półek księgarń. Mieszają się nurty i ruchy. Intymna duchowość zderza się z cyberreligiami i potężnymi
produkcjami medialnymi. To tu przecież odtwórca rosyjskiej podróbki Dr.
House'a głosi na stadionach kazania prawosławno-patriotyczne. Z kolei w popularnym reality show Bitwa jasnowidzów mierzą się ze sobą wróżki,
wiedźmy i pstrokato odziani szamani. Przy odrobinie szczęścia można
nawet trafić na program publicystyczny, w którym spiera się kilku
proroków i każdy dowodzi, że to właśnie on jest kolejnym wcieleniem
Chrystusa.
3
No więc Chrystusy i szamani. Sekty, denominacje, Kościoły, wyrachowani
telekaznodzieje, szaleńcy o miękkich sercach. I śnieg, rozłożony po
mieście na wieczność. Chyba się ta zima nigdy nie skończy. Śnieg
roziskrzony w słońcu, pachnący ołowianą benzyną i bezkresem. Za oknem
śnieg, ja w środku, wśród kartonowych różyczek. "Welcome in Tomsk" się
coraz bardziej przekrzywia, a ja wiszę tu ciągle między światem archiwów
i podbiegunową bazą wojskową. Czytam o religijnych represjach, słucham
żołnierzy, czasem wynurzam się po skrawki suszonego mięsa kupowane na
bazarze, po łagman serwowany u Kazachów, w niedzielę idę do miejskiej
łaźni, w poniedziałek oglądam dworcową tablicę, patrzę, dokąd pojechać.
Zwykle nie jadę nigdzie. Ale mógłbym. Byle nie przekroczyć granicy
Federacji. Tylko tego nie wolno.
Tak więc siedzę tu na najtłustszym z możliwych naukowym stypendium,
opływam w euro. Od nikogo nie zależę, nikomu nic w mieście nie załatwię,
za nikim się nie wstawię, nikogo nie wygryzę. Nikt nie ma nade mną
władzy, ja też nikogo nie kontroluję.
Jestem w Tomsku przezroczysty. Jestem szczęśliwy jak nigdy.
Żyję wśród freaków, gburów i gawędziarzy. Gadam z nimi, kiedy mi
przyjdzie ochota. Modlę się, kiedy przyjdzie potrzeba. Bluźnię, kiedy mi
tak lepiej. Śpię, ile chcę. Głoduję lub jem, zależy jak lżej i przy czym
lepiej pisać. Piję, jeśli wódka ma naprawdę dobry smak. Mam karty
stałego klienta do najdroższych knajp. I znajomych w najtańszych
spelunach. A jednak ta dziwna ssąca tęsknota. Przeczucie końca. Strach
przed przestrzenią i oddaleniem. Lęk przed roztopami.
Na razie jeszcze jest mroźny bezczas.
Tomsk. Weekend
4
Łażę po bibliotekach, wracam do akademika, pływam po necie. Składam w całość rozdział historyczny, który poprzedzi wywiady z respondentami.
Czytam o tym, że 20 stycznia 1918 roku wszystkie organizacje religijne
zostają pozbawione osobowości prawnej. Z kon?cem stycznia grupa pijanych
z?ołnierzy morduje prawosławnego metropolite? Kijowa -
Władimira1. Do maja podczas procesji religijnych ginie prawie
700 oso?b2. Do 1920 roku - 32 biskupo?w prawosławnych, ponad 100
prawosławnych ksie?z?y parafialnych, ponad 150 diakono?w i prawie 100
mnicho?w i mniszek, kto?rzy przed us?mierceniem byli ro?wniez? poddawani
torturom (oblewanie zimna? woda? na mrozie, kastrowanie, krzyz?owanie,
zakopywanie z?ywcem)3. Liczba zamordowanych wiernych
prawosławnych niebiora?cych zbrojnego udziału w wojnie domowej
przewyz?sza do kon?ca 1921 roku 10 tysie?cy oso?b4. 1922-1923 -
pierwsze pro?by organizacji antyreligijnego "komsomolskiego narodzenia".
Eksperyment jest na tyle obiecuja?cy, z?e organizuje się także
"komsomolską paschę", rozumianą jako "święto słon?ca, wiosny"5.
Trafiam na scenariusze dla "młodziez?y mahometan?skiej, uwzględniające
wszystkie ich specyficzne warunki bytowe"6, oraz dla młodziez?y
z?ydowskiej. Instrukcje nakazują, by w czasie obchodów opro?cz wykłado?w
z diapozytywami organizowac? ro?wniez? inscenizacje? oraz cze?s?c?
humorystyczna? ("bufonada, czastuszki, wiersze, pietruszki"), a całos?c?
skorelowac? z propaganda? darwinizmu7. Należy "podkres?lac?
kontrast mie?dzy s?wie?tem religijnym (te?pota, pokora, oczekiwanie
kro?lestwa niebieskiego, wrogos?c? wobec walki klasowej) a s?wie?tem
proletariackim (walka o socjalizm, heroizm rewolucyjny, romantyzm walki
proletariackiej)"8. Romantyzm ten ma byc? akcentowany
ro?wniez? w teatrzykach prezentuja?cych scenki "podziemnych obchodo?w
pierwszomajowych, organizowanych w ukryciu przed policja?". Przed
publicznos?cia? wyste?pują ro?wniez? nobliwi aktywis?ci wspominaja?cy,
"jak zostałem bezboz?nikiem"9. Tym sposobem - jak to
ujmuje Adam Daniel Rotfeld - ateizm i rewolucyjna wiara zostają
"podniesione w ZSRR do rangi religii". Rotfeld, buduja?c alegoryczny
opis ZSRR, tłumaczy:
Teoretycznie ustro?j komunistyczny miał przeciez? prowadzic? do zaniku
pan?stwa, a stało sie? w praktyce cos? dokładnie odwrotnego. Po s?mierci
Lenina pełnie? władzy obja?ł Stalin, kto?rego rozumienie s?wiata było
ukształtowane w dziecin?stwie i wczesnej młodos?ci w seminarium
duchownym w Tyflisie. [...] Z tymi włas?nie wyobraz?eniami młody fanatyk
zwia?zał sie? z ruchem rewolucyjnym i po s?mierci wodza rewolucji
postanowił przeorac? sposo?b funkcjonowania rosyjskiego mocarstwa. Za
wzo?r i model przyja?ł wiedze? wyniesiona? z seminarium duchownego. W jego uproszczonej wizji klasycy marksizmu - Marks i Engels - uosabiali
Boga Ojca. Lenin po s?mierci został podniesiony do rangi Syna
Boz?ego-Chrystusa, kto?ry powierzył Stalinowi (jak Chrystus Piotrowi)
zbudowanie na skale nowego pan?stwa. Stalin otoczył sie? grupa?
apostoło?w - dawnych bliskich wspo?łpracowniko?w Lenina, ws?ro?d
kto?rych przewaz?ali "judasze". [...] Swoich "judaszy" Stalin bez
przerwy eliminował, a ro?wnoczes?nie budował pan?stwo oparte na terrorze
i strachu. "Zakon", jakim była partia, odznaczał sie? tym, z?e moz?na
było do partii wsta?pic?, ale wyjs?cie oznaczało w istocie pie?tno nie
do wymazania. Nie było gorszej kary niz? usunie?cie z partii. W totalitarnej rzeczywistos?ci wszystkie publikacje były redagowane na
wzo?r dzieł teologicznych: zawsze nalez?ało sie? odwołac? do klasyko?w
marksizmu, Lenina i Stalina - nawet jes?li były to prace na temat fizyki
ciała stałego czy tez? ksia?z?ki kucharskie10.
5
Wynurzam się z pokoju. Przed akademikiem urosła sterta zimnych
niedopałków. Na przystanku widać nowy zużyty tramwaj, skasowany w Moskwie i posłany w darze na prowincję. Wagony spadają w dół, staczają
się po zarośniętej zmrożoną trawą ulicy. Młodziutka motornicza pręży się
przed deską rozdzielczą, patrzy w napięciu na szyny, gotowa do skoku
niczym syberyjski kot. Przyuczająca ją instruktorka leży w kabinie,
wygięta dziwacznie, jak na rzymskiej uczcie, wsparta o boczną szybę.
Poruszane łańcuchem drzwi tramwaju suną wzdłuż karbowanej burty, po czym
się zatrzaskują. Wysiadam na Sowieckiej. Miejska bania numer 4.
Gorąco straszliwie, bardziej niż w rozmieszczonych na parterze
rodzinnych pokojach z oddzielnym basenem. Tu jednak nie ma zabawy. To
nie rodzinny piknik, to prawdziwa sauna dla mężczyzn.
W samej bani nie pije się sprzedawanego w kasie piwa (konsumpcja tylko w szatni). Wszędzie drewno, wielkie stopnie, jak w amfiteatrze. Tylko
scena jest na górze - tam na drewnianych dechach biczownicy odgrywają
swoje monodramy i zbiorowe widowiska. Gdy ludzie wchodzą do
pomieszczenia, ustawiają się zmyślnie jak w taniej plackarcie
pozbawionej przedziałów, każdy wie, jak nie przeszkadzać innym, którą
zająć ławkę. Rózgi trzaskają po spoconej skórze, listki lecą na podłogę.
Biją się witkami całe rodziny, ojciec - synów, potem okładają się
wzajemnie smukli czarnowłosi bracia. Patrzy na nich siedzący tuż koło
pieca komandos, twarz ma ogorzałą, oczy bezludne, bez życia, jak dwa
bieguny. Niżej, tuż przy wyjściu, na schodach, dziarski dziadek biczuje
się po nogach, biodrach, bokach ("Wypierdalaj suko, wypierdalaj" -
krzyczy do wewnętrznej zarazy). Potem ucieka do łaźni.
W łaźni wielkie kamienne ławy stoją pośrodku pomieszczenia. Krzepcy
starcy zlewają je wrzątkiem, a później na nich zasiadają w godnych
pozach. Obok srebrne misy. Z okaflowanych ścian sterczą kulowe zawory z gorącą i zimną wodą, którą na przemian trzeba się oblewać.
W łaziennej szatni rozmowy o Czeczenii, o pofrontowych traumach. A także
o Żydówce - szatniarz, lekko cyknięty i mądry staruszek, nie wie, czy
być z nią czy nie. Ktoś żartuje delikatnie z judaizmu. Ktoś - z chochołów11. A potem otwierają zabytkową drewnianą szafkę,
łykają gwałtownie płyn z aluminiowego kubeczka, wracają znów w ukrop.
Starzec uderza coraz mocniej, bez litości. Czasem po dobroci się po
prostu nie da. W końcu suka posłusznie wychodzi.
Niedziela. Centralny Rynek. Starcie Kaukazczyków z wózkami.
- Kurwa jego mać, pierdol się, nie będziemy ważyć, który cięższy. Ja się
nie cofnę, czemu się mam cofać?
Ingusz forsuje wózek oponenta, tryska gniewem. Inni cmokają, upominają
wojownika.
- Nie wolno tak.
- Niech się pierdoli, mówiłem mu grzecznie, żeby się cofnął.
- Nie wolno tak. Na bazarze się tak nie postępuje. Trzeba mu to było
powiedzieć w taki sposób, żeby człowiek zrozumiał.
Ingusz burczy coś pod nosem, odstawia wózek, idzie do "Kupieckiej" (tam
pozbędzie się negatywnej energii).
Cicho. Gdzieś daleko majaczy zamknięty kilka lat temu port rzeczny, z którego wypływało się na północ. Z drugiej strony parkują trolejbusy,
buczą ciepło i wypluwają kolejnych klientów. Ludzie stoją między
straganami, bazarzą leniwie o życiu. Tylko kobieta na stoisku z walonkami zawodzi: "Ja już muszę do domu, tak mi trzeba do domu". Obok -
na straganie z futrami - ludowy slogan przestrzega poniewczasie
klientów: "Sanie szykuj latem". Karczma "Kupiecka" znajduje się na samym
skraju targu, bliżej torów tramwajowych i nieprzyzwoicie drogiego
multipleksu 5D. Lokal oferuje trzy rodzaje piwa lanego, trzydzieści
butelkowego. W chłodni zakonserwowały się sałatki rybne, kalmary i kawior. Na ladzie pirożki, samsa, parówki w cieście. Można również
zamówić pielmieni, łagman, manty. Jest wino z Kubania, jest wódka: na
kieliszki dla mruków i wędrowców, na butelki - dla kobiet, spotykających
się tu po pracy na babskie pogaduchy, i dla bazarowych par, ściskających
się za ręce, rozżarzających spojrzeniami stojącą między nimi karafkę.
Jest wreszcie ormiański koniak w kilku gatunkach - zapewne na specjalne
okazje, na małżeńskie rocznice i pieczętowanie przełomowych dla bazaru
transakcji.
Kaukazczyk krzyczy do telefonu. Najpierw o tym, że wyruszy dziś do
Nowosybirska po towar, o ile bracia pozwolą: "Jak dadzą pozwolenie, to
do Nowosybu wyjadę o dwudziestej drugiej, a wrócę jutro rano, o jedenastej. Mówię, żebyś nie stała na bazarze od dziewiątej, bo nie ma
po co. No, ale jeszcze dam dziś znać. No jak to? Ja też jestem konkretny
człowiek. Mi też można ufać. Najlepiej niebieską... Trudno mi tak mówić,
ja jestem wstydliwy. No, różne są kolory bielizny, ale niebieski to dla
mnie kolor najrajcowniejszy. No oczywiście, że ja też będę ściągać. To
nie może być takie hop-hop-koka-kola. Mogę być i bez niczego. No,
jeszcze zobaczymy, kto z kogo. Jestem bardzo wstydliwy, ale mogę
zaproponować różne warianty. Tak, najważniejsze jest wzajemne
zrozumienie. Współodczuwanie, chwytanie swych słów w locie. I my się
rozumiemy. Pojmujemy, w czym rzecz. Najważniejsze, by połączyć przyjemne
z pożytecznym. I my to połączymy. Idziesz się teraz kąpać? Ale za
godzinę chyba wyjdziesz? No to za półtorej, za półtorej powiem ci, czy
dali pozwolenie. Jak dali, to jadę do Nowosybu. Poczekaj, kiedy
wyjedziesz? Nie zrozumiałem. Że jak co zrobię, to stąd na zawsze
wyjedziesz? Powiedz wyraźniej".
Ona się rozłącza. On dzwoni do braci, mówi w jednym z języków Kaukazu,
mówi bardzo krótko. Sypie sól do piwa, sypie wściekle, co rusz. Pije.
Wychodzi. Z głośników wali syberyjskie country, wokalista śpiewa
zachrypniętym basem:
A gdzie jutro będę - nie wiem.
Rwie przez śnieg mój wściekły kamaz.
Czy to my tyczymy trasę?
Czy też droga wciąga nas?
Jest coraz później. Znikają handlarze. Do "Kupieckiej" wchodzi
orientalny smukły pan z czarną kitką. Zamawia kawę, wyciera usta
chusteczką, wpatruje się w zadumie w wirującą kulę. Znikły rosyjskie
melodie. Do lokalu wkradają się arabskie rytmy. Później do knajpianej
kuchni wpada sąsiad. Wszczyna dziką awanturę o odpadki.
- Skąd ja mam wiedzieć, kto to wyrzuca? Kirgizi albo Uzbecy, a więc wy.
Widziałem ich dobrze, Kirgizja im z twarzy wychodziła. Co mam, kurwa,
zdjęcie im zrobić?
- To nie my, nie nasze - bronią się właściciele "Kupieckiej". - Jak
rany, nie nasze.
- Jak rany to ja was podpierdolę. Dzisiaj to zrobię, nawet zaraz, w każdej chwili mogę to zrobić, nie rozumiecie? Zamówcie własny kontener
zamiast srać do mojego.
Nocny Tomsk. Ulicami pędzą rozśpiewane mikrobusy. Dziewczęta z potężnym
znakiem drogowym skubniętym z prospektu Lenina proszą, by przeprowadzić
je przez nadrzeczny, mroczny park. Na rozstaju dróg, pod mizernym,
obsypanym fabrycznym pyłem jaworem, przejmują je studenci wielcy jak
dęby. Gasną kafeszki. Kierunek wskazują już tylko latarnie nielicznych
bufetów dla taksówkarzy. Jutro poniedziałek.
Czarna dezercja
6
Wracam do filmu. Tłumaczenie, dzień po dniu. Żołnierze, armia, armia,
żołnierze.
Poniedziałek. Próba nowego, nocleg za bazą.
Komendant upewnia się, czy wszystko jasne. Najważniejsze: być twardym,
być mężczyzną, wytrzymać. Ogieniek w igloo rozpalić, drewienka porąbać
na drzazgi. Klocuszek ma starczyć na dobę. Nie panikuj, Młody, nie
stękaj. Ja w Pamirze spałem na dworze przy minus czterdzieści, tak
szczękałem, że jednym zębem w drugi trafić nie mogłem, w pizdę zimno.
Ale wytrzymałem. Ty też wytrzymasz. A wtedy to już wszystkie dziewuchy
będą twoje. Ale to potem. Dopiero jak wyjedziesz, jak wrócisz na ląd, bo
tu sam lód, więcej nic, nikogo nie spotkasz, sześćset kilometrów pustki
i Ocean Północny.
Wtorek. Żołnierze Uszaty i Brodacz na patrolu, rozmawiają o Młodym.
- Nowy ma szczęście. Wypas. Ciepło - rzuca Uszaty.
- A jak ty w igloo siedziałeś, to ile było? - pyta Brodacz.
- Minus dwadzieścia pięć. Słuchaj, po co są właściwie te nasze patrole?
I komu my tu jesteśmy potrzebni na tej strażnicy? Z kim ta granica? Z biegunem? Nie wiadomo nawet, czy nam żywności starczy. Jemy, a ja myślę,
że helikopter tu bywa tylko raz-dwa razy do roku.
- Lepiej na takie tematy nie rozmyślaj - ucina Brodacz. - Będziesz
spokojniejszy.
- Tak, tak, znam to, mniej wiesz, mocniej śpisz. U nas wszystko od dupy
strony. Nic tam, dociągniemy wyrok do końca i do domu. Jesteśmy tu jak
zesłańcy.
Środa. Komendant wysyła Anatolija do igloo. Ma sprawdzić kondycję
Młodego.
- Żyjesz, Młody?
- Żyję. Leżałem przy świeczce, nogami stukałem, zębami szczękałem. A teraz dobrze.
- Twoja próba niedługo się zakończy - pociesza Anatolij. - Wszyscy są z tobą. Myśl o sensie życia. W porządku?
- W porządku.
- No to objaśnij mi, na czym sens życia polega?
- Sens życia tkwi w samym życiu. Przeżyć. Przeżyć dobrze. Dla własnej
przyjemności i dla dobra innych.
- Dobrze. Pamiętaj: jak tylko poczujesz, że zamarzasz, od razu wstawaj i się ruszaj. To egzamin, rozumiesz? Ty teraz zdajesz egzamin z wytrzymałości. Z cierpliwości. Z męstwa. Bo armia daje ogromne
doświadczenie. Cierpienie, pokora, męstwo. Takie oto cechy armia
kształtuje. Jest w nas wiele egoizmu, a tu człowiek zmienia się
pozytywnie.
- Dziękuję, towarzyszu starszy lejtnancie.
Czwartek. Brodacz z Uszatym na kolejnym patrolu. Uszaty zły, znów
wyrzeka na armię. Że trzeba dymać na piechotę, buran jak zwykle nie
odpalił, męczymy się, kurwa, na próżno, na buranie lepiej by było, a tak
- patrol z dupy. Tyle że pogadać chociaż można. O Młodym na przykład,
Młody to zagadka, nie wiadomo, czy go nie będzie trzeba prostować, nie
wiadomo, skąd się wziął tutaj, może to kabel, może papla, ma jakieś
wtyki na pewno, bo skąd wytrzasnąłby skarpety, skoro wszyscy dostają
onuce? Mówię ci, on nie wie nawet, jak onuce owijać. Na froncie miałby
po kwadransie buty pełne krwi. A i tak by mu się pewnie krzywda nie
stała. Odesłaliby go do milutkiego lazaretu z tymi nogami. Brodacz
recytuje, z nim Uszaty:
Gdybym nie był ja kaleką,
Jakbym tylko z łóżka w dół...
To by ten po lewej stronie
Miał już gardło przegryzione.
Błagałby, by mu pokazać,
Co też z niego pozostało.
Żyłby za to sąsiad z prawej.
Piątek. Koniec próby Młodego.
- Pobudka! - krzyczy Komendant. - Opowiadaj, synku, co ci się śniło.
- Same brednie - burczy Młody.
- Dom ci się nie śnił?
- Dom-2.
7
Mój dopisek: "Skąd tu nawiązanie do rosyjskiego programu tv???".
8
Urywam się z miasta nad Bajkał. Do Ułan Ude mam półtora dnia drogi. W wagonie plackarty cicho jak w sanatorium poza sezonem. Na dworze coraz
chłodniej. Szadź mruga w słońcu, obłazi suche drzewa, las ciągnie się
godzina za godziną, pnie błyskają zimnym światłem, tajga wygląda jak
dział Ikei z oświetleniem wnętrz. A potem leci nowy śnieg, przykrywa
płoty, krzywe dachy, miażdży najsłabsze domostwa, więźba pęka pod
ciężarem zimy. Zaspy przy torach, zaspy na podwórkach, zaspy
przygniatające skwery, sklamrowane sztachetami.
Ułan Ude wygląda jak kiedyś. Buuzy są tak samo smaczne i tanie. W tramwaju automat wypluwa przez megafon zapętlone komunikaty: "Rodzice,
tylko surowa kontrola i czuła opieka nad dziećmi uchroni je przed
tragedią". Ogłoszenia na przystankach niezmiennie przestrzegają przed
szalejącą gruźlicą. Centrum handlowe nadal przygnębia sloganem: "Wasze
idee, nasz beton". Fabryka lokomotyw próbuje pocieszyć pasażerów hasłem:
"Mój zakład produkcyjny - moja radość".
W centrum, zaraz naprzeciwko odciętej od szyi monstrualnej głowy Lenina,
spotykam się z Wiktorem Szono, znajomym czarnym szamanem, który rozmawia
z duchami głównie w nocy. Jest w moich badaniach jednym z najlepszych
informatorów. Opowiada, że próbuje uwolnić się od duchów przodków, że
obrzędy go niszczą, sprawiają, że staje się zwierzęcy. Że w Buriacji
kamła się za pomocą alkoholu, alkohol jest diablo skuteczny, pozwala
wbić się w inny wymiar, nawiązać kontakt ze światem nadziemnym i podziemnym, ale te podróże niosą ze sobą konsekwencje. Wiktor ma dość.
Chce tworzyć, chce się poświęcić sztuce, zamierza podpisać w Hollywoodzie kontrakt (naprawdę). Najpierw jednak należy się dogadać z duchami, a te nie lubią dezercji. Duchy bywają okrutne. Gadamy, za oknem
już ciemno. Jak na dłoni widać, że o ile dla czarnych szamanów wieczór
to czas pracy i zastrzyk życiodajnej energii, o tyle zwykłym Buriatom
mrok nie służy. Co silniejsi rozprawiają jeszcze o szaszłykach, suwach,
kowalach i talizmanach, słabsi więdną od razu. Niektórzy resztką sił
wpatrują się w aparaty komórkowe, które drgają w pijanych dłoniach, jak
ostatni żywy listek. Niektórzy podrygują, wrzeszczą, ktoś kogoś kopie,
sam się przewraca, obija o odjeżdżający tramwaj.
Do hotelu robotniczego, w którym wynająłem pokój, docieram na piechotę.
Idę wśród łysych krzewów, które na noc rozbłysły krwawo kristmasowymi
światełkami. W budynku czuć weekend. Po schodach stacza się drobniutki
pijany chiński robotnik. Na półpiętrze mała draka, ktoś jest komuś
krewny ruble. Przez cienkie skrzydła drzwi słychać przestylizowane,
sztuczne jęki fatalnie opłacanych seksworkerek. W pokoju nie tak źle:
czysta pościel, brokat na ścianach, kineskopowy telewizor, szczelne
okno. Za to w toalecie na korytarzu nie ma światła ani wody. Jest sterta
kału, wielka jak szczyty Sajanu.
Idąc do płatnej kabiny prysznicowej, widzę przystojną skośnooką
prostytutkę. Stoi w otwartych drzwiach. W głębi numeru chrapie brzuchaty
klient w gaciach oplecionych wokół kostek. Film mu się urwał, zanim
dotarła. W szarych oczach dziewczyny płonie furia, pod nią wstręt i lodowata rozpacz.
Zasypiam przed syczącym ekranem. W telewizji TNT Bitwa jasnowidzów: w dzisiejszym odcinku walczą szamanka o czarnych paznokciach i aseksualna
blondyna, podzwaniająca talizmanami. Potem nowy reality show: przetrwaj
w warunkach wojny. Ponętne żołnierki i krzepcy żołnierze przeskakują
ogniste obręcze. Ich ubrania zajmują się ogniem, ci nic sobie jednak z tego nie robią. Wygarniają serie z kałacha i rozsiadają się wygodnie w czołgach, by pośpiewać wspólnie piosenki z czasów stalinowskich.
Kolejnego dnia spotykam buddystów z Iwołgińskiego Dacanu. Opowiadają mi
o lamie, który zmaterializował się na dachu łagru. Katolicy mówią z kolei o księdzu, również osadzonym w łagrze, któremu strażnicy rzekli:
"Jak nie znajdziemy na tobie ani jednej wszy, uwierzymy w Boga". Może i wszy na nim były, w każdym razie żadnej nie znaleziono. Następnie
słucham rzymskokatolickiej siostry, która opowiada o samozadowoleniu
polskich księży, pysze Polaków w ogóle, no i o tym, że katolicyzm musi
się tu nauczyć wszystkiego od nowa.
Wreszcie w podziemiach kościoła spotykam Wołodię Tychiejewa.
Wszyscy przyjaciele Wołodii
Jaka jest moja historia? Taka jak całej Rosji. Bo Rosja obrała bardzo
specyficzną drogę. Urodziłem się w Buriacji, w rejonie dżydińskim, w Pietropawłowsku - pasiołku typu miejskiego. Mama pracowała w szpitalu.
Ojciec - w KGB. Odpowiadał za wywiad w Mongolii. Mongolia była w zasadzie częścią ZSRR, nie sprawiała większych problemów. Tata pisał
jakieś teksty o ogólnej sytuacji kraju, słał ciągle raporty do Moskwy.
Bezstresowa praca. W domu nie czułem zupełnie, że mam ojca w bezpiece.
Gdyby zajmował się Chinami, wtedy byłoby krucho, bo relacje z Chinami
mieliśmy napięte, wręcz wrogie. A Mongolia była dla
kagebisty-podpułkownika kojąca.
Jako dziecko czułem więc, że świat jest dobry, by nie powiedzieć:
cudowny. A jednak właśnie wtedy dopadły mnie pierwsze doznania
mistyczne. One były infernalne, szły spod spodu. Śnił mi się czasem
straszny sen. Budziłem się z niego z uczuciem bezgranicznej, śmiertelnej
tęsknoty. Śniło mi się... No właśnie NIC mi się śniło. Śniła mi się
światłość pozbawiona krztyny cienia, choćby plamki mroku. Uczucie
nieskończoności, okrutna świadomość, że bezgraniczna tęsknota będzie
trwać już zawsze, nieuchronna i niemożliwa do ugaszenia. Straszne
doznanie. Piekielna męka. Ten sen przychodził do mnie bardzo często. Za
ową nieugaszoną tęsknotą, nieludzką jasnością ciągnęły różnorakie
strachy, kształty koszmarnych myśli, nakładające się na nicość. Za nimi
z kolei wlokły się buriackie duchy przodków. A kiedy się budziłem -
byłem znów w typowej radzieckiej rodzinie.
Uczyłem się dobrze. W każdym razie do czwartej-piątej klasy. A potem
dopadły mnie problemy psychiczne. Pojawiło się jąkanie, które mam do tej
pory. Rodziców niosła tymczasem fala sukcesu. Mieliśmy samochód - ładę
kopiejkę, rzadko kto wtedy jeździł w Buriacji własnym autem. Tata
otrzymywał w komitecie bezpieczeństwa tłuste pobory, mamusia pracowała
jako ordynator. Byli bogaci i silni, nie ustępowali sobie wzajemnie
pola, potężnie się kłócili, dom aż trzeszczał od napięć. Ja nie
rozumiałem, co się ze mną dzieje, ale oplatał mnie strach. Bałem się o rodziców, że się im coś stanie. Kiedy spędzałem wakacje u babci,
czytałem wszystkie nekrologi, lękając się, że się dowiem z gazety o śmierci mamusi, która była mi tak droga, bądź o zgonie ojca. W tym
czasie w telewizji mówili od rana do wieczora o groźbie wojny jądrowej.
To było realne zagrożenie i jako dziecko strasznie przeżywałem, że
imperialiści chcą rozpętać wojnę. Ten strach mnie wręcz prześladował. Do
niego dołączył lęk przed innymi ludźmi, pogłębiająca się niechęć do
szkoły, bo to było złe miejsce, kipiące od agresji, a i ja sam się w niej nurzałem, korzystając z byle okazji, by kogoś poniżyć, pobić
słabszych. Z czasem zacząłem się uznawać za nie lada zucha. Prałem
innych, wierząc, że gdyby wszyscy byli tacy, jak ja jestem - wszędzie
zapanowałby prawdziwy komunizm.
Zostałem pionierem. Konsumowałem surogat religii. Patrzyłem na czerwony
sztandar i drżałem w sakralnym uniesieniu. Wierzyłem głęboko w nadejście
komunizmu. Na przeszkodzie owego spełnienia stali jedynie źli ludzie.
Szkoda, że wszyscy nie są podobni do mnie - powtarzałem nadal ze
smutkiem.
Kiedy nadeszła pieriestrojka, zacząłem mieć wątpliwości. Gdy krytykowali
Stalina, mówiąc, że wypaczył Leninowską ideę, to jeszcze pół biedy. Ale
kiedy wsiedli również na Lenina - zagwizdałem ze zadziwienia. A więc
świat okazał się zupełnie inny, niż nam go opisywano! Tak oto w wieku
piętnastu lat zostałem antykomunistą i wiernym słuchaczem Głosu Ameryki.
Mama - kiedy usłyszała, jaką nastawiłem stację - wpadła w histerię:
- Twój ojciec pracuje w KGB, pociągniesz nas wszystkich w otchłań.
Ja wszedłem już w okres buntu, odpowiedziałem więc po prostu:
- Pluję na to.
Do Komsomołu nie wstąpiłem. Ojciec zachował spokój. Był bystrym
człowiekiem, on przecież od dawna powtarzał, że Afganistan to to samo co
Wietnam, śmiał się z Breżniewa, rozumiał, że pieriestrojka jest
nieunikniona. Niemniej rodzice byli zdezorientowani. Jak wszyscy.
Odebrano im wiarę. Jedyne, co ludziom pozostało, to instynkt
przetrwania. Reformy ekonomiczne sprawiły, że ceny wzrosły
dziesięciokrotnie.
W 1990 roku wyjechałem do Tomska na studia. Głodowaliśmy. Zbieraliśmy
spleśniały chleb ze śmietników. Ochłapy pieniędzy, jakie mieliśmy,
przepijaliśmy i wydawaliśmy na trawsko. Świetlana wizja czerwonej
przyszłości rozprysła się na tysiąc kawałków, nie wierzyliśmy już w nic.
Wiedzieliśmy jedynie, że żyje się nam parszywie, podczas gdy na
Zachodzie żyje się dobrze.
Przyszła rewolucja sierpniowa i jeszcze większe rozczarowanie, bo miało
być demokratycznie, a ceny poszły znów do góry, zawyło bezrobocie, zdało
się, że teraz racjonalnego wyjścia z tej kabały już nie ma.
Wtedy właśnie rozpłynął się po kraju okultyzm. Wszyscy moi znajomi
wczytywali się w Carlosa Castanedę, wyciskając spomiędzy linijek
ezoteryczny miąższ - ten, co między nimi tkwił w istocie, i ten, który
włożyli w te wersy dopiero w trakcie lektury. Czytali nauki Indian,
dyskutowali, rozżarzeni do białości, o drodze wojownika. Koncepcja owej
drogi urzekła i mnie, postanowiłem nią podążać. Żeby jednak wstąpić na
wojowniczy szlak, musiałem się uzbroić. Chemia, narkotyki - sami
rozumiecie. Tradycji nie należy przecież odrzucać, tym bardziej tak
pociągającej. Zresztą Związek Radziecki sam w sobie stał się wtedy
bardzo indiański. A wszystko przez ukaz antyalkoholowy. Nie było czego
pić, ludzie zwrócili się więc masowo w stronę anaszy. No więc marihuana
zyskała armię nowych, ale jakże karnych konsumentów. Trawa była wtedy
tańsza niż spiryt. Alkohol na czarnym rynku osiągał niebotyczne ceny. Ja
również zmieniłem segment konsumencki - ceny wódki rozczarowały mnie tak
bardzo, że wszedłem do wspólnoty hipisów. Już wtedy poszukiwałem sensu
życia. Związek Radziecki coraz mocniej wchodził w orbitę astrologii i czarnej magii. Pod ateistyczną powłoką coraz silniej słychać było
czarodziejskie szmery i pomruki. Kiedy teraz to wspominam, rozumiem, że
to, w czym się nasz kraj zanurzył, było doprawdy niebezpieczne, złe, że
te wszystkie poszukiwania okultystyczne i ezoteryczne, dające szansę na
ucieczkę od sowieckiej codzienności, były destruktywne dla osobowości.
Imperium się waliło, a w naszych duszach coraz głośniej coś skowyczało.
Rozsypały się wartości, popękały różnorakie - mniej i bardziej spójne -
wizje. Byliśmy przecież do tej pory przekonani, że żyjemy w najlepszym
miejscu na ziemi, prawdziwie radzieckim, że posiedliśmy już ontologiczną
prawdę. Ja tak w każdym razie do pewnego momentu sądziłem, bo naprawdę
wierzyłem, że nadchodzi raj. Tym bardziej, że przed rokiem 1990 i wielkim krachem pojawiły się zwodnicze znaki zwiastujące rychłe
nadejście czerwonej arkadii. Poziom życia się zaiste podnosił. Mieliśmy
już kryzys, a mimo to pensje wzrastały, w domach pojawiał się nowy
sprzęt AGD, elektronika, zaczęto budować więcej mieszkań, bloki
wystrzeliły do góry, cały las nowostrojek, betonowy bór woniejący
świeżym cementem... Czarujący zapach, mówię wam. Do władzy doszedł
Gorbaczow i obiecał, że w roku 2000 każdy bez wyjątku będzie posiadać
własne mieszkanie. I większość mu uwierzyła: że nastanie teraz
pieriestrojka, że wszystko będzie już dobrze.
Studiowałem na fakultecie radiofizycznym. Postanowiłem nagle zdać na
filozofię, sam nie wiem dlaczego, bo filozofia uważana była za dziedzinę
niebezpieczną, pograniczną, od studiowania filozofii do szaleństwa
dzieli cię już tylko krok, studiowanie filozofii może być pierwszym
objawem schizofrenii... Hulałem wtedy z pewnym subtelnym pobratymcem z Buriacji. Tankowaliśmy codziennie, bezustannie nastawialiśmy nowy
zacier. Potem poderwaliśmy się z bimbrowego zalewu i jęliśmy coraz
częściej szybować na anaszy. To działo się właśnie w okolicach rewolucji
sierpniowej. Na radiofizyce wziąłem dziekankę, bo codzienne jaranie,
poszukiwanie sensu życia, pijaństwo, filozofia i zaawansowane wzory
matematyczne to już doprawdy za dużo, musiałem jeden element z owego
życiowego algorytmu usunąć.
Kiedy dostałem się na filozofię, dzieliłem pokój z pewnym hipisem, zwali
go Mitieńką. Prawdziwy, długowłosy kontrkulturowiec. Przypadliśmy sobie
do serca. Słuchaliśmy wtedy wszyscy Wiktora Coja, Alisy, Akwarium. Ten
ostatni zespół był dla mnie nieco za trudny, ale słuchać musiałem,
zależało mi na pozostaniu w grupie. Cóż bym bez nich począł? W mieście
nie było prawdziwych kontrkultur, grupy przestępcze podzieliły się
między sobą dzielnicami. Byłem Mitieńką po prostu zauroczony. On
otworzył przede mną absolutnie świeży, tajemniczy świat. Powiedział mi,
że Chrystus był pierwszym punkiem. Dlatego właśnie złapał bicz i wygnał
ze świątyni kupców. Inni tomscy hipisi byli również religijni, pociągał
ich jednak głównie buddyzm zen. Rozumieli go w dość osobliwy sposób: nic
nie robić, nikomu nie wadzić, kontemplować, palić trawę, weselić się i słuchać muzyki. Owe komponenty miały dopełnić sensu życia.
Zawaliłem filozofię. Taka widać wola Boża. Wróciłem na radiofizykę.
Ciężko było rano zwlec się z łóżka, kace stawały się nieznośne. Wylali
mnie. Do armii absolutnie nie chciałem. Tam szalała fala. Poprosiłem
więc pobratymców w akademiku, by mnie z całych sił obili po głowie.
Jeden z nich trenował boks, przyszedł więc z rękawicą i bił, bił długo i sumiennie, wkoło było wiele osób, ktoś się śmiał, ktoś doradzał. Wszyscy
rozumieli, że bić trzeba, nie było wyjścia. A potem pogotowie zawiozło
mnie do szpitala studenckiego, gdzie przeleżałem miesiąc ze
wstrząśnieniem mózgu. Wytłumaczyłem im, że "szedłem, szedłem i upadłem",
to taka stała fraza, wszyscy ją znali. W szpitalu słuchałem na okrągło
Grażdanskiej Oborony. Gr. Ob. podbiła wtedy Rosję, dla mnie oznaczało
głos wolności, głos Boga. To były prawdziwe lekcje religii, bo punk
dowodził niezbicie, że istnieje kolosalna, nieodkryta sfera,
niezmierzone połacie, na które człowiek wchodzi w poszukiwaniu Pana, w poszukiwaniu sensu życia. Słowa z kaset były mi bliskie do bólu, tuliłem
je w sobie, znalazłem się bowiem w sytuacji granicznej: skreślony ze
studiów, pozbawiony wartości, z których do tej pory próbowałem klecić
obraz świata, do tego unurzany w bimbrze.
W szpitalu próbowałem jeździć na psychotropach. Odłożyłem lekarstw, ile
się dało, i w końcu wypiłem wszystko naraz. Obudziłem się dwa dni
później, ósmego marca. Byłem sam w pokoju, wszystkich wypuścili na Dzień
Kobiet do domów. Przede mną stała lekarka, zadawała mi jakieś pytania,
ale ja słyszałem muzykę: w głowie grała mi Gr. Ob. Potem powiedziano mi,
że niby nie mają jakiegoś aparatu diagnostycznego i muszą mnie przewieźć
do innej kliniki. Zgodziłem się, bo czemuż by nie? Takim sposobem
trafiłem do psychiatryka. Strasznie mi tam brakowało magnetofonu. Kasety
miałem ze sobą, ale cóż mi po nich? Prosiłem lekarza o sprzęt grający,
ten przepisał mi zamiast tego lekarstwo, paskudne, miałem po nim
duszności. Tak przeleżałem w wariatkowie dwie doby. Było mi źle. Trudno
odnaleźć w tych doznaniach choćby krztynę przyjemności. A potem pojawiła
się mama. Biedna mamusia odszukała mnie, przyleciała samolotem,
wydostała mnie stamtąd.
Co miałem teraz robić? Mieszkałem nadal w akademiku. Wszedłem do paczki
filozofów, którym przewodził legendarny Wujaszek TEN - główny hipis
miasta Tomska. Niezwykle barwny człowiek, charyzmatyczny, energiczny,
przede wszystkim zaś - dobry. Prodziekanem Wydziału Filozofii był
tymczasem dwudziestoczteroletni Nikołaj Nikołajewicz Karpicki - pierwszy
prawosławny człowiek, którego spotkałem w swym życiu. On również
mieszkał w akademiku, miał osobny pokój. Mówiono, że chce w ten sposób
być blisko studentów. A może nie miał po prostu gdzie się podziać? Cała
nasza paczka filozoficzna stanowiła nader ciekawe zjawisko. Wszyscy
mieszkaliśmy na kupie w dwóch sąsiednich pokojach. Najpierw zajęliśmy
pierwszy, później stopniowo wykurzyliśmy wszystkich grzecznych studentów
z drugiego, głównie za pomocą konopi i wielogodzinnych abstrakcyjnych
rozmów o religii oblanych punkrockową muzyką, syczącą z przegrywanych
taśm. Tak oto po raz pierwszy przeniosłem się na jawie w wymiar
mistyczny. Odczuwałem to wejście całkowicie fizycznie. Nie chodzi o haluny, raczej o bezustanne czytanie Castanedy i wkroczenie na drogę
wojownika. Zaiste - ekscytujący marsz. Do tej pory wierzę, że ci ludzie
odkryli przede mną duchowość, nic nie dzieje się przypadkowo, wszystko
może służyć rozwojowi, albowiem Boży zamysł jest we wszystkim i wszystko
przenika, nawet krainy tak mroczne jak te, w które się zapuszczaliśmy.
Przecież usiłowaliśmy się stać lepszymi. We wspólnocie żyłem około roku.
Nie robiłem nic: ani się nie uczyłem, ani nie pracowałem. Byli moimi
przyjaciółmi, dlatego mnie wytrzymywali. Taka była zresztą ogólna
zasada: hipis hipisowi powinien zawsze pomagać. Obawiam się, że ta
reguła przestała już obowiązywać. Wtedy dzieliliśmy się, czym się dało.
Wszyscy wierzyliśmy w reinkarnację, wszyscy rozumieliśmy, że każdy z nas
ma swoją karmę. Byłem w tym czasie naprawdę szczęśliwy. Dowiedziałem
się, że sens życia istnieje.
Aleksieja najpierw usłyszałem. Śpiewał pieśni w domu kultury. Śpiewał je
pięknie, na wskroś rosyjskie, bezkresne. Od razu się rozpoznaliśmy, bo
on również wyruszył duchowym szlakiem. Przypadliśmy sobie do gustu,
zaczęliśmy razem jarać blanty. Był tak światły, tak czysty. Tak wielu
hipisów płakało potem na jego pogrzebie. Jeden z nich ryczał naprawdę
potężnie, musiał wygiąć się w przód, bo łzy zalewały odzież, a zimno
było, trzaskał mróz.
Zostaliśmy z Aleksiejem wyznawcami herezji albigeńskiej. O jej istnieniu
dowiedzieliśmy się z czasopisma "Nauka i Religia". To bardzo znany
tytuł, który w założeniu miał krzewić propagandę antyreligijną. Ale
czasy się zmieniły, odbyły się zupełnie oficjalne obchody chrztu Rusi,
zmiękczono kurs, a czasopismo zaczęło opowiadać o różnorakich ruchach,
łącznie z czarną magią. Słyszeliście o albigensach? Zorganizowano
przeciw nim krucjatę. Wedle ich nauczania świat stworzył diabeł, a właściwie - zły duch, zły bóg stworzył materię, i człowieka też, a dokładniej - jego ciało. Innymi słowy - cała nasza cielesność pochodzi
od Złego. Mnie i mojego przyjaciela (bardzo światłego człowieka)
całkowicie owa nauka uwiodła. Światły Aleksiej doszedł do wniosku, że
skoro świat został stworzony przez diabła, to by dotrzeć do Boga, należy
ów świat opuścić. I poszedł za tą straszliwą myślą. Poszedł dosłownie, w najprostszym rozumieniu. Podczas mojej ostatniej z nim rozmowy
powiedziałem mu, że czytałem Nowy Testament. On sam nie miał Biblii,
pamiętajcie, że to był 1993 rok. Ja swoją zdobyłem dzięki ogłoszeniu w gazecie - niemieccy protestanci rozdawali ją w filharmonii, bardzo
zresztą krzykliwi, rozedrgani... W Ewangelii według świętego Jana
przeczytałem: wasz ojciec jest diabłem. No więc powiedziałem mojemu
przyjacielowi Aleksiejowi, że sam Chrystus powiedział, iż nasz ojciec to
czort. Musicie zrozumieć, co to dla nas oznaczało. Chrystusa nie
uważaliśmy za Boga, lecz za jednego z najsilniejszych, najwyższych
eonów. Modliłem się do Niego, byłem bowiem spragniony nowych doznań, a wiedziałem, że - skoro już zdecydowałem się podążać chrześcijańskim
szlakiem - wzywanie Chrystusa otworzy mi w końcu dostęp do wyższej
świadomości. Przyzywałem Go więc w momentach smutku, strachu, egzaminów,
chorób, nocnej samotności. Przetestowałem tę metodę, jej wdrożenie
okazało się nader efektywne - modlitwa dawała na studiach wymierne
korzyści.
Aleksiej wcielił myśl w śmierć. Zadyndał, by wytańczyć diabła, wytańczyć
zły świat i odnaleźć litość po drugiej stronie.
Pędziliśmy z dwoma kumplami na pociąg, podmiejski skład miał nas powieźć
na pogrzeb. Śpieszyliśmy na elektryczkę i przechodziliśmy koło parku
miejskiego, gdzie otwarto chram Troicki. I wtedy poczułem właśnie, że
trzeba mi wejść do środka, bo ta świątynia śniła mi się dwa tygodnie
wcześniej - widziana z tego samego punktu, bliźniacze ujęcie. A działo
się to wszystko siedemnastego listopada. I powiedział do kumpli: "Należy
tam wejść". Znajdowaliśmy się w odmiennym stanie świadomości. To znaczy
ja żeglowałem codziennie po bezmiernych alko-akwenach (wódka była już w legalnym obrocie, kosztowała tyle co półtora bochna chleba, sklepy
kusiły likierami, barwnymi jak tropikalne ryby, mulistym winem i zamorskim, amerykańskim spirytusem sprzedawanym w litrowych butelkach).
Stałem chwiejnie na swoim mostku, zalewał mnie akcyzowy sztorm, do tego
jak zwykle przyjarałem anaszę. Trudno właściwie powiedzieć, by ten stan
był dla mnie odmienny, ja byłem raczej w codziennym stanie świadomości.
Jakkolwiek by to nazwać - było mi dobrze. Było mi błogo, niosła mnie
chemiczna podróż, a jednocześnie widziałem ze swojej łupinki ląd,
widziałem siebie na brzegu, byłem w szoku, kąsało mnie straszliwie
poczucie winy, nie rozumiałem jeszcze, jak głęboko we mnie się wgryzie i na jak długo zagości w moich trzewiach. Dwie sprawy pojąłem jednak od
razu. Powiedziałem bliźniemu, że nasz ojciec jest diabłem. On,
usłyszawszy to, popadł w ostateczną rozpacz i się obwiesił.
Jakkolwiek by to obracać, jakkolwiek interpretować - takie właśnie były
fakty. Wiedząc to wszystko - wszedłem do chramu. Stanąłem przed samym
krzyżem i nagle poczułem do szpiku kości, całkowicie fizycznie,
cieleśnie, że Jezus Chrystus nie jest jakimś tam prorokiem, nie jest też
eonem, pośrednikiem. Poczułem, że stoję przed Stwórcą. Serce szczeknęło,
coś w nim wyprysło, ja już nie myślałem, nie wiedziałem, a byłem. Stałem
się cały uczuciem, które mówiło: On naprawdę jest Stwórcą, On zna
każdego z nas, zna mnie. Zna Aleksieja. Dopiero niewyobrażalna,
nieobjęta miłość do ludzi dała Bogu siłę do przyjęcia bezgranicznego
cierpienia, na które w istocie my, nie zaś On, zasługujemy. Później
powędrowałem dalej, w kolejny stan. Wszystko znikło, była tylko myśl,
ostra, niemożliwa do dalszej obróbki: "Ten straszliwy krok można
odkupić. Wszystko można naprawić". Myśl owa przyszła bezpośrednio od
Boga, który dał mi odczuć przez mgnienie istotę swojej miłości, czystej,
nierozcieńczonej, nieprzepakowywanej, niemodyfikowanej przez
pośredników. Stałem przed krzyżem i wiedziałem, że tam naprawdę wisi
Boży Syn. Potem zacząłem widzieć to, co wkoło mnie. Lądowałem powoli i pomyślałem, że w tej świątyni są chrześcijanie i że to jednak inna grupa
od albigensów, których gorzkim tropem próbowałem podążać. Spotkanie z Bogiem chrześcijańskim poraziło mnie tak bardzo właśnie dlatego, że
pojąłem, iż On jest samą miłością. Dwa tygodnie później ochrzciłem się.
I wszystko zostało mi odpuszczone. Przez pierwsze dwie doby byłem w raju. Myślałem, że wszystkie cierpienia są już poza mną, że na zawsze
pozostanę już w tej słodkiej błogości. Potem to oczywiście minęło.
Zostałem akolitą. Kiedy prowadzą nowego cerkiewnego prysłużnika pierwszy
raz przed ołtarz, każą mu się pokłonić trzy razy. Nie tłumaczą jednak,
że tam jest Chrystus, że to realna obecność, że to przed Nim chylisz
kark. Nie ma tej świadomości i ludzie przed ołtarzem zachowują się
bardzo bezpośrednio: mogą nawet o czymś gaworzyć, opowiadać kawały. W prawosławiu odczuwa się z tego powodu pewien rodzaj dumy, satysfakcji,
że katolicy sobie coś wymyślili, ale nas to nie dotyczy. Bo my wierzymy,
że Bóg jest wszędzie, więc i wszędzie możesz się mu kłaniać. A tajemnice
to po prostu droga do oczyszczenia. Właśnie z powodu tej różnicy po
jedenastu latach pracy dla cerkwi Pokrowskiej wszedłem do katolickiego
kościoła. Wtedy przeżyłem strach po raz drugi. Bo chodzenie do cerkwi
jest dziwne, ale chodzenie do katolickiego kościoła to już znacznie
więcej niż dziwactwo - to zdrada, zasilenie wrogiego obozu.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
G. Szubtarski, Antykos?cielne ustawodawtstwo w ZSRR za rza?dów Włodzimierza Lenina (1917-1923), "Kos?ciół i Prawo" 2013, nr 2 (15), s. 68. [wróć]
Tamże, s. 70. [wróć]
Tamże, s. 71. [wróć]
O.J. Wasiljewa, Pierwyje diekriety pobiediwszej własti, [w:] Russkaja prawosławnaja cerkow' i kommunisticzeskoje gosudarstwo. 1917-1941. Dokumienty i fotomatieriały pod red. J.N. Szczapowa, O.J. Wasiljewoj , Moskwa 1996, s. 12. Dmitrij Pospiełowski podaje liczbę 12 tysięcy wiernych, którzy zginęli w obronie Cerkwi do 1921 r. (D. Pospiełowskij, Totalitarizm u wieroispowiedanije, Moskwa, s. 356). [wróć]
Protokoł No 1 sowieszczanija po prowiedieniju "komsomolskoj paschi", [w:] Russkaja prawosławnaja cerkow' i kommunisticzeskoje gosudarstwo..., s. 172. [wróć]
Tamz?e, s. 174-175. [wróć]
Płan prowiedienija kampanii "komsomolskoj paschi", [w:] Russkaja prawosławnaja cerkow' i kommunisticzeskoje gosudarstwo..., s. 178. [wróć]
Priłożenije No 3. Kłubnyje wieczera, [w:] Russkaja prawosławnaja cerkow' i kommunisticzeskoje gosudarstwo..., s. 181. [wróć]
Tamże. [wróć]
P. Brysacz, J. Morawiecki, Ani z?adnej wyspy. Rozmowy o Rosji i Ukrainie, Białystok 2016, s. 253-254. [wróć]
Pobłażliwa nazwa Ukraińców, którą po 2014 roku zaczęło wypierać pogardliwe określenie: ukry. [wróć]