Można generalnie powiedzieć, że po zmianie systemu politycznego
odwrócono kierunek pracy o 180 stopni i już. Oczywiście przeprowadzone
były zmiany organizacyjne. Z II Zarządu Sztabu Generalnego i Wojskowej
Służby Wewnętrznej (WSW) powstały Wojskowe Służby Informacyjne (WSI).
Wywiad i część kontrwywiadowcza II Zarządu zostały połączone z kontrwywiadem WSW, tworząc WSI (z reszty WSW powstała Żandarmeria
Wojskowa). Niezależnie od tego, że trzeba było dostosować zadania nowej
służby do ochrony armii ze strony niedawnego sojusznika i jego baz
wojskowych leżących głównie w zachodniej części Polski (chociaż też w Rembertowie pod Warszawą), to trzeba było też zbudować sprawne kadry
złożone z żołnierzy reprezentujących dwie różne kultury pracy, kulturę
organizacyjną i filozofię działania. Oficerowie wywiadu oskarżali
kolegów z "kontry" o brak finezji, a specjaliści od bezpieczeństwa
wewnętrznego zarzucali szpiegom lawiranctwo.
W Ministerstwie Spraw Wewnętrznych (MSW) zlikwidowano z kolei
pozostałości po departamentach III,IV, V i VI, będących częścią Służby
Bezpieczeństwa. Dla wyjaśnienia: "trójka" zajmowała się sprawami
społecznymi i politycznymi (tzw. nadbudowa, czyli zarówno opozycja
pozaparlamentarna, jak i frakcje w PZPR); "czwórka" - Kościołem, została
rozwiązana po morderstwie księdza Jerzego Popiełuszki; "piątka" -
gospodarką (także Solidarnością w zakładach pracy); "szóstka" -
rolnictwem. W miejsce struktur liczących kilka tysięcy funkcjonariuszy
powstało Biuro Analiz i Informacji liczące około trzystu pracowników,
posługujące się wyłącznie metodami białego wywiadu i całkowicie
pozbawione prawa do pracy operacyjnej czy śledczej.
W gruncie rzeczy podstawowe kierunki pracy były ustrukturyzowane tak jak
w PRL. Kolejne plany roczne były de facto odwzorowaniem tych z poprzednich lat. Nawet w trakcie najpoważniejszych reorganizacji, takich
jak przekształcenie Urzędu Ochrony Państwa (UOP) w Agencję
Bezpieczeństwa Wewnętrznego (ABW) i Agencję Wywiadu (AW), a później WSI
w Służby Kontrwywiadu Wojskowego (SKW) i Służby Wywiadu Wojskowego
(SWW), nic nie wskazuje na to, aby przeprowadzono jakieś fundamentalne
analizy zagrożeń. Przekształcenia były raczej wynikiem presji
politycznej, na zasadzie "trzeba coś zmienić", a przy okazji wymienić
kadry kierownicze, niż efektem dopasowania zadań służb do polskiej racji
stanu. Podobnie z utworzeniem Centralnego Biura Antykorupcyjnego (CBA),
które w zamyśle miało być narzędziem kontroli elit. A w końcu okazało
się zwykłą policją polityczną.
Być może tylko jedna z najważniejszych decyzji organizacyjnych była
przemyślana i zarazem dostosowana do zmian w otaczającym świecie. To
utworzenie Centrum Antyterrorystycznego (CAT) w 2008 roku w perspektywie
planowanych wówczas na 2012 rok mistrzostw Europy w piłce nożnej w Polsce i w Ukrainie. Zarazem warto nadmienić, że uwaga opinii publicznej
skierowana była wówczas w stronę terroryzmu islamskiego. Tymczasem w opinii ekspertów CAT największe zagrożenie było związane z organizacją
Combat 18, silnie połączoną ze środowiskami kibicowskimi lub innymi
ultraprawicowymi bojówkami.
Zagrożenia, których nie doceniliśmy
Z obecnej perspektywy widać wyraźnie, o czym nie pomyśleliśmy w latach
1990 i 1991. Później również, pomimo wprowadzania różnych reform, nie
analizowano niestety zmieniających się kierunków zagrożeń.
Korupcja
Już na samym początku lat dziewięćdziesiątych widać było, że reforma
gospodarcza, prywatyzacja i wprowadzanie wolnego rynku nie oznaczają
likwidacji najpoważniejszej przestępczości gospodarczej. I to w skali, w jakiej powinna się nią zająć nie policja, tylko służba odpowiedzialna za
bezpieczeństwo państwa. Zwłaszcza że najbardziej dotkliwe przypadki
nadużyć (FOZZ, Art-B, Telegraf, prywatyzacja central handlu
zagranicznego, reprywatyzacja) działy się na styku biznesu i polityki, w atmosferze sugerującej ewidentną korupcję.
Co znamienne, niektóre środowiska biznesowe i polityczne przeceniały
zaangażowanie i możliwości UOP w przeciwdziałaniu i ściganiu przestępstw
na styku administracji rządowej i przedsiębiorców. Grupy polityczne,
które usiłowały pozyskać środki na działanie, starały się przekonać
przedstawicieli biznesu, że mogą im stworzyć preferencyjne warunki
działania. Mając jednak świadomość, że ujawnienie tego rodzaju relacji
mogłoby być dla nich kompromitujące, bardzo się obawiały ewentualnej
ingerencji ze strony UOP lub WSI. Stąd brały się regularnie
rozpowszechniane pogłoski o tym, że służby inwigilują środowiska
polityczne. Kulminacją tych insynuacji było ogłoszenie przez Jarosława
Kaczyńskiego instrukcji o strukturze i metodach pracy Biura Analiz i Informacji UOP nr 0015/92 w styczniu 1993 roku. Pomimo że instrukcja nie
dawała żadnych uprawnień inwigilacyjnych (co było przedmiotem dociekań w kilku procesach o zniesławienie), ze względu na specyficzny język dobrze
nadawała się do różnych oskarżeń metodą "na złodzieju czapka gore".
Afera z instrukcją 0015/92 spowodowała spowolnienie działań UOP na rzecz
wypracowania skutecznych metod przeciwdziałania przestępstwom
korupcyjnym na wiele lat, z obawy o kolejne zarzuty o inwigilację
środowisk politycznych. Co gorsza, zatrzymała niektóre wątki w sprawach
o nadużycia i korupcję w tych miejscach, w których występowali niektórzy
politycy. Zadziałał "efekt mrożący". Lepiej odpuścić aferzystom, niż
narazić służbę na kolejne ataki o rzekome zaangażowania polityczne.
Radykalizm
Niestety kwestia styku polityki i biznesu to niejedyna sfera zagrożenia
przeoczona przy konstruowaniu UOP i późniejszych jego reorganizacjach. Z całą pewnością niedocenione (także z powodu obaw o zarzucenie
inwigilacji politycznej) było zagrożenie ze środowisk skrajnie
prawicowych. Patrzono na nie bardziej jak na rodzaj folkloru niż
ekstremizmu. Zainteresowanie tymi środowiskami rosło - gwałtownie, ale
na krótko - kiedy dochodziło do najbardziej drastycznych zdarzeń, takich
jak zasztyletowanie młodego anarchisty w Warszawie w 1991 roku przez
skina, zwolennika poglądów neofaszystowskich, lub zamordowanie dwóch
bezdomnych i ciężkie pobicie około trzydziestu w ramach akcji
"sprzątanie śmieci" we wrześniu 1995 roku w Legionowie. Sprawcami
zabójstw i pobić byli trzej członkowie organizacji Polski Front Narodowy
założonej przez Janusza Bryczkowskiego, do zajść doszło kilka dni po
zakończeniu obozu szkoleniowego zorganizowanego na Mazurach w posiadłości założyciela partii.
Brak zrozumienia dla zagrożeń związanych z poglądami skrajnie narodowymi
spowodował, że służby państwowe z bardzo dużym opóźnieniem zaczęły
przyglądać się grupom nazi-skinów i im podobnych i z tego powodu
przeoczyły także stopień skryminalizowania środowisk kibicowskich, w ramach których powstawały zorganizowane grupy przestępcze. Brak poważnej
analizy tego zagrożenia był o tyle dziwny, że lata dziewięćdziesiąte to
okres dobrej współpracy ze służbami brytyjskimi, które od 1992 roku
obserwowały zaangażowanie środowisk w struktury Combat 18. Podobne
procesy były widoczne również w Niemczech, w których rozpoznawanie
środowisk neofaszystowskich było jednym z priorytetów Federalnego Urzędu
Ochrony Konstytucji (BvF), a błędy popełnione przez administrację
spowodowały wzrost liczebności struktur organizacji skrajnej prawicy
deklarujących gotowość do stosowania przemocy kilkudziesięciu tysięcy
członków.
Dzika lustracja
Nie do przewidzenia był problem szkód politycznych, społecznych i dla
funkcjonowania służb powodowanych lustracją. Ale już po tym, jak się
zaczęła, możliwe byłoby przyjęcie regulacji, które zapobiegłyby dzikiej
lustracji, zabezpieczyłyby dane osobowe funkcjonariuszy i współpracowników zdolnych do aktywnego działania i ustrzegłyby polskie
służby przed międzynarodową kompromitacją spowodowaną publikowaniem list
agentów, funkcjonariuszy i danych o środkach i metodach pracy.
Pranie pieniędzy
Bardzo słabo wygląda sprawa przeciwdziałania praniu pieniędzy. Na mapach
publikowanych przez międzynarodowe organizacje policyjne (OLAF, Europol,
Interpol) co kilka miesięcy pokazujących mapy powiązań struktur
piorących lewą kasę, Polska jest ciemna lub znajduje się na niej kilka
punktów, a w innych krajach jest takich punktów po kilkadziesiąt lub
nawet kilkaset. Tymczasem wydaje się niemożliwe, aby międzynarodowe
organizacje przestępcze nie wykorzystywały polskich instytucji
finansowych do prania pieniędzy. Postępowań wszczętych na wniosek
generalnego inspektora informacji finansowej (GIIF) lub Komisji Nadzoru
Finansowego (KNF) na podstawie analiz własnych (czytaj: zawiadomień od
służb policyjnych i specjalnych) jest kilkanaście, może kilkadziesiąt
rocznie. Podobne postępowania wszczynają same służby, kiedy nie mogą
ugryźć jakichś "białych kołnierzyków", bo przestępstwo "bazowe" jest
zbyt skomplikowane, ale takich działań jest pewnie nie więcej niż
kilkanaście rocznie. Zresztą są to raczej przypadki odrębne, raczej w ramach "optymalizacji podatkowej" niż profesjonalnych siatek
specjalizujących się w money laundering. Wniosków adresowanych do GIIF
przez służby specjalne (ABW, SKW i CBA) jest między sto a dwieście
rocznie. I tylko niektóre z nich dotyczą prania pieniędzy. To także
bardzo mało jak na kraj o aktualnym poziomie wzrostu gospodarczego.
Liczba kantorów i ich obroty czy wielkość kapitału spekulacyjnego
wpływającego na warszawską giełdę i do różnych funduszy inwestycyjnych
zamkniętych (FIZ) sugerują, że w Polsce prane mogą być ogromne sumy, a polskie służby nie chciały lub nie mogły stworzyć odpowiednich struktur
i metod działania, żeby temu przeciwdziałać.
Handel bronią
Wśród oficerów służb specjalnych krąży taka anegdota, że największą
tajemnicą polskiego przemysłu zbrojeniowego jest to, że nie ma tam
żadnych tajemnic. Niewątpliwie coś jest na rzeczy, niemniej jednak nie
powinno to oznaczać, że polskie przedsiębiorstwa pracujące na rzecz
armii nie powinny mieć ochrony kontrwywiadowczej w ogóle. W latach
dziewięćdziesiątych ze względu na to, że firmy zbrojeniowe, aby
przetrwać na rynku, musiały rozpocząć produkcję cywilną - samochody i ich części, elektronika, sprzęt kempingowy - wydawało się, że tego
rodzaju wyroby nie wymagają ochrony WSI, a co najwyżej oka służb
cywilnych na zasadach takich jak cała wolnorynkowa gospodarka. Okazało
się to błędem. O korupcji, niedozwolonym lobbingu i nietrafionych
zamówieniach ze strony armii krążą legendy. Wybuchło co najmniej kilka
poważnych afer, z aferą karabinową w początkach lat dziewięćdziesiątych
na czele. Ze spraw, które wypłynęły, to także próby zakupu broni
(niektóre udane) w Polsce przez organizacje terrorystyczne, a już po
2010 roku: afera korupcyjna związana z wygraniem przez Bumar przetargu
na modernizację zaplecza indyjskich wojsk pancernych, a także ze
sprzedażą czołgów do Malezji.
Nieumiejętność stworzenia skutecznego programu sprzedaży produktów
przemysłu zbrojeniowego to także sprawa niezrozumienia roli, jaką
zaczęła odgrywać polityka w handlu międzynarodowym. Szczególnie wtedy,
kiedy jednym z najważniejszych graczy okazały się Chiny. To właśnie ChRL
uniemożliwiła sprzedaż czołgów do Peru. Bo przemysł zbrojeniowy jest
szczególnie wrażliwy na argumenty polityczne. Nie jestem pewien, czy
powinno to być zadanie dla służb. Ale jeżeli nikt inny się tym w administracji rządowej nie zajął, to może wywiady powinny. Z jednej
strony wolna konkurencja w ramach Światowej Organizacji Handlu (WTO)
pomogła wielu państwom w rozwoju. Z drugiej - łamanie jej zasad przez
Chiny doprowadziło do upadku całych sektorów przemysłu w Europie i w Polsce. Można się obawiać, że dostęp zarówno do rynków, jak i do
technologii, przy odtwarzającej się polaryzacji świata, stanie się coraz
bardziej skomplikowany. Czy służby rysują mapę świata pod tym kątem?
Czemu rząd brnął w kategoryczny sprzeciw wobec Nord Stream 1 i 2, jeżeli
było do przewidzenia, że pozostałe państwa Unii Europejskiej i Stany
Zjednoczone nie widzą z tej strony poważnego zagrożenia. Czy służby
partnerskie tego nie syg-nalizowały?
Terroryzm
Gołym okiem widać, że polskie służby mają problem z prawidłową oceną
zagrożenia terrorystycznego. Regularnie wydają oficjalne i nieoficjalne
komunikaty o ewentualnym ataku islamskim, a zarazem zachowują się tak,
jakby nie zauważały od lat rosnących środowisk skrajnie prawicowych. Ale
o tym już było. Szczególnie denerwujące jest jednak to, że każde
zatrzymanie osoby o ciemniejszym kolorze skóry, każda aktywność osób
wyznających islam, noszących kufi, ghutry, nikaby czy hidżaby, jest
interpretowana jako rosnące zagrożenie radykalizmem islamskim.
Jednym z najbardziej spektakularnych "zamachów" miały być planowane w 2003 roku ataki na kościoły w trakcie pasterki. Podobno wytypowane były
cztery kościoły, a sprawcy współpracowali z przynajmniej jednym
obywatelem Polski. Zorganizowano akcję pod kryptonimem Miecz.
Zmobilizowano sporo policji i oczywiście stawiającą wówczas pierwsze
kroki ABW. Największym sukcesem tego alertu było chyba to, że informacja
na ten temat nie wyciekła do mediów. Według późniejszych deklaracji
Pawła Prószyńskiego, ówczesnego wiceszefa agencji, "odstraszono"
potencjalnych zamachowców, a ewentualne aresztowania miały miejsce na
terenie innych państw. Niektórzy oficerowie, znający bliżej tę sprawę,
mówią, że cała akcja "Miecz" była zupełnie bez sensu, bo źródło
informacji było niewiarygodne i nawet nie można wykluczyć inspiracji
innych służb.
Sprawa została ujawniona przez generała Prószyńskiego jedenaście lat
później. Wywołała sporo zamieszania, interpelacje poselskie itp.
Komentowano bezpieczeństwo czterech największych kościołów, które
miałyby być celem ataków. Także to, że rozpoznanie terrorystów było
prowadzone przez ludzi udających turystów. Nagłośnienie w mediach
spowodowało, że Polacy prawdopodobnie odnieśli wrażenie, że zagrożenie
atakiem terrorystycznym, i to w tak wrażliwych miejscach jak katedry w największych miastach, jest całkowicie realne, a nawet bliskie.
Tymczasem przypomnienie zdarzeń sprzed jedenastu lat miało raczej na
celu odwrócenie uwagi od sensacji, jaką było wówczas ujawnienie więzień
CIA w Europie Wschodniej i w Polsce oraz poniekąd uzasadnienie decyzji o tak bliskiej współpracy z wywiadem amerykańskim, która uzasadniała nawet
łamanie elementarnych praw człowieka.
Mafia
Patrząc z dalszej perspektywy, poważnym błędem, szczególnie łatwo
popełnianym w okresie zmian, było złudzenie, że istotne działania
operacyjne można prowadzić w oparciu o współpracę ze zorganizowanymi
grupami przestępczymi lub przynajmniej niektórymi z liderów świata
przestępczego. Przy czym nie dotyczy to przypadków zbierania informacji
od tajnych współpracowników, tylko robienia z nimi interesów. Nie ma
tutaj żadnego sensu przywoływanie afer "Żelazo" czy "Zalew", bo to były
inne czasy i inny ustrój niż przeze mnie opisywany. Warto jednak o nich
wspomnieć, bo pokazują, jak łatwo służby ulegają pewnym pokusom.
Niestety wszystkie znane publicznie przypadki tego rodzaju działań już
po 1990 roku zakończyły się niepowodzeniem lub wręcz katastrofą: FOZZ,
Światowe Centrum Handlu ze Wschodem, "Zielone Bingo", handel paliwem,
Art-B, handel bronią. Jeżeli przynajmniej niektóre oceny zakupu
respiratorów przez handlarza bronią w 2020 roku są prawdziwe, to byłby
to najnowszy klasyczny przykład tego rodzaju "symbiozy". Nawet nie
kwestia moralna jest tu najważniejsza. Problemem jest dewaluacja
reputacji służby, wpojenie funkcjonariuszom przekonania, że dzięki
tajności ujdzie im na sucho, jeżeli od czasu do czasu urwą sobie coś na
boku.
Zarazem zapewnienie bezkarności przestępcom, jeżeli działają na rzecz
bezpieczeństwa państwa, nie jest wysoką ceną. Problem polega jednak na
tym, że ponadpaństwowe procedury, bazy danych i międzynarodowa
współpraca policyjna powodują, że coraz trudniej jest znaleźć grupę
przestępczą, której członkowie nie są znani organizacjom policyjnym, a więc mogliby podejmować działania w sposób tajny.
Za to dzieje się coś wręcz przeciwnego. Niektórzy przedstawiciele
półświatka sugerują lub nawet twierdzą wprost, że współpracują ze
służbami specjalnymi. Te obiecują bezkarność i bezpieczeństwo swoim
współpracownikom i kontrahentom. Bywa, że są wspierani przez
sprzedajnych funkcjonariuszy lub byłych funkcjonariuszy. Trudno sobie
wyobrazić działanie bardziej szkodliwe i bardziej niszczycielskie dla
zaufania ze strony obywateli, które jest niezbędne dla funkcjonowania
służb specjalnych w demokratycznym państwie prawa.
Cyberzagrożenia
Wydarzenia polityczne lat 2015 i 2016 pokazały, jak bardzo służby
państwowe nie były przygotowane na zagrożenia w cyberprzestrzeni. W mniejszym stopniu dotyczy to zabezpieczenia mienia, np. w bankach, bo te
radzą sobie na własną rękę, czy bezpieczeństwa infrastruktury
krytycznej, bo na to państwa położyły nacisk trochę wcześniej. Problemem
jest manipulacja, dezinformacja, mowa nienawiści i inspiracje w internecie: w niektórych portalach i serwisach, a przede wszystkim
mediach społecznościowych. Gdyby służby specjalne informowały o zagrożeniach odpowiednio wcześniej, być może państwa nałożyłyby takie
warunki prawne na dystrybutorów treści, aby sami operatorzy tych
systemów skutecznie realizowali zakaz rozpowszechniania fałszywych,
agresywnych, dyskryminacyjnych i nienawistnych treści.
Służby specjalne znają się na dezinformacji, manipulacji i inspiracjach
od dziesiątków lat, jeżeli nie jeszcze dłużej. Mają z tym do czynienia
od samego początku swojego istnienia. Nawet jeżeli same nie
rozpowszechniały dezinformacji (co trudno sobie wyobrazić chociażby w trakcie towarzyszących konfliktom zbrojnym wojnom psychologicznym), to
na pewno spotkały się z nią ze strony któregoś z przeciwników.
Dlaczego więc nie zrozumieliśmy odpowiednio szybko, że farmy trolli,
specjaliści od włamań przez back doory, influencerzy różnej maści,
agenci wpływu, "pożyteczni idioci" czy wreszcie notoryczni kłamcy i megalomani są niebezpieczni nie tylko dla dobrych obyczajów i popularyzacji badań naukowych, lecz także dla bezpieczeństwa państw i sojuszy międzynarodowych?
Można twierdzić, że to przypadek nie tylko polskich służb. Prawie
wszystkie państwa, pewnie oprócz Chin i Rosji, są w tej dziedzinie
spóźnione. Ale wydaje się, że Polska szczególnie. Tym bardziej że są
eksperci, którzy twierdzą (skądinąd na bardzo wątpliwych podstawach), że
polski wywiad był kiedyś jednym z najlepszych na świecie. Profesjonalizm
polega także na prawidłowym przewidywaniu zagrożeń. Dlaczego więc
polskie służby nie miałyby być jednymi z pierwszych, a nie ostatnich?
Może powinny zacząć od tego, żeby rzadziej korzystać ze sprzętu Huaweia?
Co robić?
Żeby jednak poważnie zastanowić się nad strategicznymi kierunkami
działania, konieczne jest w pierwszej kolejności odpolitycznienie służb,
począwszy od powołania szefów wybranych według kryteriów kompetencji, a nie politycznej zależności. Kolejnym zadaniem jest próba odpowiedzi na
pytania: komu mają podlegać służby specjalne, aby nie stały się
zakładnikiem administracji rządowej, i kto może im wyznaczać zadania, a następnie z nich rozliczać? Wyznaczanie zadań i rozliczanie z nich to
nie to samo co podległość instytucjonalna. Jeżeli służby mają odpowiadać
za różne aspekty bezpieczeństwa, to zrozumiałe, że wpływ na ich plany
pracy powinny mieć różne resorty: obrony, spraw zagranicznych, spraw
wewnętrznych, ale także gospodarki, finansów i infrastruktury. Do tej
pory miało się tym zajmować Kolegium ds. Służb Specjalnych, ale wydaje
się, że to nie bardzo wychodzi, bo przyjęto metodę ręcznego sterowania
bardziej niż planowania.
W następnej kolejności trzeba przemyśleć, co zrobić, aby służby zaczęły
odzyskiwać zaufanie społeczne. Poczucie upolitycznienia,
nieuzasadnionego używania techniki operacyjnej wobec przeciwników
politycznych, faktyczne lub mityczne wciąganie służb do prywatnych
interesów i porachunków, areszty wydobywcze, to wszystko powoduje, że
obywatele zamiast szanować służby i mieć do nich zaufanie, unikają ich,
jak mogą, i okazują wobec nich nieufność.
Najlepszym wyjściem wydaje się wykorzystanie rekomendacji zespołu
działającego przy rzeczniku praw obywatelskich w latach 2019 i 2020.
Efektem jego prac jest raport "Osiodłać Pegaza". W jego opracowaniu
uczestniczyli byli oficerowie służb specjalnych, przedstawiciele
organizacji zajmujących się prawami człowieka, a także prokuratorzy,
sędziowie, policjanci i osoby pełniące wcześniej różne funkcje w Kolegium ds. Służb Specjalnych i MSW. To z punktu widzenia nadzoru nad
służbami wydaje się kierunek najważniejszy. W raporcie jedną z rekomendacji jest powołanie niezależnej od rządu instytucji uprawnionej
do kontroli praworządności działania służb. Na wzór podobnych
organizacji działających w Unii Europejskiej i państwach anglosaskich.
Jedną z kluczowych gwarancji zapewnienia apolityczności służb jest
zmiana sposobu powoływania szefa. Według obecnych procedur są oni
faktycznie powoływani przez premiera, a opinie prezydenta czy sejmowej
Komisji ds. Służb Specjalnych nie są wiążące. Taka zależność szefów od
prezesa Rady Ministrów powoduje, że szef rządu bardziej opiera się na
interesie partii politycznej, która go desygnowała, niż na obiektywnych
przesłankach bezpieczeństwa państwa.
Dość rewolucyjną propozycję przedstawił w tej sprawie Adam Szłapka,
wieloletni członek sejmowej Komisji ds. Służb Specjalnych. Zaproponował
on, aby szefowie służb byli powoływani za porozumieniem Sejmu i Senatu.
W podobnym trybie jak np. rzecznik praw obywatelskich. Dzięki takiemu
rozwiązaniu udało się bowiem powołać rzecznika według kryterium
fachowości, a nie politycznej lojalności. Propozycja ta przez niektórych
komentatorów uznana została za egzotyczną. Tylko że wcale taka nie jest.
Przede wszystkim sprawdza się wobec innych organów powoływanych przez
Sejm i Senat, a udział którejś z izb parlamentu jest przewidziany np.
przy powoływaniu szefów najważniejszych służb w niektórych państwach
NATO.
Wchodząc w szczegóły, trzeba też postawić pytanie: czy służb specjalnych
(a dokładniej: służb uprawnionych do czynności
operacyjno-rozpoznawczych) nie jest w Polsce zbyt wiele (w drugiej
połowie 2021 roku jest ich jedenaście). Niektórzy politycy i obrońcy
praw człowieka twierdzą, że za dużo. Nie wiem, skąd to przekonanie.
Model, w którym służb ma być mało, ale o ogromnych kompetencjach, to
model radziecki. W państwach zachodnich jest to bardziej skomplikowane.
W Stanach Zjednoczonych jest kilkanaście agencji federalnych o kompetencjach służb specjalnych. Łącznie służb specjalnych i policyjnych
mogących werbować agentów i zakładać podsłuchy jest tam ponad
sześćdziesiąt. Co istotne, osoby kierujące najważniejszymi ze służb
powoływane są przez prezydenta za zgodą Senatu. W Wielkiej Brytanii jest
dziesięć instytucji uważanych za służby specjalne i przynajmniej trzy
jednostki wojskowe i policyjne, które je wspierają. W Niemczech jest
dziewięć służb federalnych i co najmniej szesnaście służb landowych. We
Francji jest dziesięć służb uznawanych za specjalne.
Jeżeli służb wywiadowczych, kontrwywiadowczych i policyjnych jest więcej
niż kilka, to koordynacja między nimi nie jest łatwa. Chociaż także w Polsce udało się pokazać, jak to zrobić. Myślę o Centrum
Antyterrorystycznym w ABW, które pracuje na okrągło, a spora część
personelu to łącznicy z innych służb państwowych. Nie da się obecnie
uniknąć konieczności wypracowania skutecznych mechanizmów koordynacji
między służbami. To kwestia kultury współpracy, umiejętności tworzenia
zespołów zadaniowych i zwalczenie zwyczaju "podkradania" spraw. To są
umiejętności niezbędne, niezależnie od tego, czy służb specjalnych jest
trzy, pięć czy piętnaście.
Pracując przez wiele lat jako ekspert sejmowej Komisji ds. Służb
Specjalnych, zauważyłem, że dużo łatwiej jest otrzymać rzetelną opinię
czy wiarygodną, kompletną relację od szefa małej niż dużej służby.
Zaczynając od tego, że w dużej służbie z dużym budżetem łatwiej jest
ukryć jakieś nieprawidłowości czy "działanie na skróty". Szczególnie że
w dużej służbie szef nie jest w stanie znać wszystkich ważnych
szczegółów. Przychodził więc z jednym z dyrektorów, który relacjonując
sprawę, zerkał spod oka na szefa, czy przypadkiem nie mówi za dużo. Dużo
łatwiej jest kontrolować służbę o węższej specjalizacji i z mniejszym
budżetem.
W ostatnich kilku latach sejmowa Komisja ds. Służb Specjalnych, która
nigdy nie była rozpieszczana przez premiera i ministra koordynatora,
została całkowicie zmarginalizowana. Bardzo niesłusznie. Jeżeli komisja
ma w sposób wiarygodny opiniować kandydatów na szefów, to musi wiedzieć
coś o ich rzeczywistych sukcesach i porażkach. Jej dostęp do wiedzy
powinien być szerszy, a i opinie w wielu przypadkach wiążące. Oprócz lat
2005-2007, kiedy z Sejmu wyciekały informacje (przede wszystkim z różnych komisji śledczych), nie było większych problemów z dochowaniem
przez posłów tajemnicy. Nie ma co nadużywać argumentów tajności. Zresztą
w sprawie kontroli komisji parlamentarnej nad służbami bardzo ważne są
postawy i kompetencje jej członków. Kiedy członkiem komisji, a rotacyjnie jej przewodniczącym, był Konstanty Miodowicz, były szef
kontrwywiadu, człowiek asertywny i dociekliwy, nie dawał się zbywać byle
wymówką. Wiedząc, jak służby działają od środka i nieźle znając
osobiście członków ich kierownictwa, potrafił dotrzeć do niewygodnych
dla służb faktów. Na jego wniosek doszło do, precedensowego wówczas i jedynego do tej pory, odrzucenia przez KSS rocznego sprawozdania służby,
w której komisja doszukała się licznych nieprawidłowości. Niestety nie
spowodowało to reakcji premiera, który ze względów politycznych uważał,
że szef tej służby powinien pozostać. Służbą było CBA, a jej szefem
Mariusz Kamiński.