rozdział_trzeci_
Bicie piany w białej Australii
Australia, ogromna wyspa na Pacyfiku, trzon Meganezji, jest słabo rozwiniętym krajem, którego pustka czasem zdumiewa, a czasem przeraża mieszkańców. Australijczycy mówią głośno, pokrzykują, jak gdyby stale musieli dodawać sobie ducha.
- Dobry! Jak tam pieprzone zdrówko! Trzym się!
Podobnie jak na wszystkich innych wyspach Oceanii lwia część ludności mieszka na brzegach i plażach, wobec czego skraj wyspy jest zabudowany, a reszta to rojąca się od owadów dzicz wyjących wiatrów i czerwonej pustyni.
Ale muchy panoszą się wszędzie.
- Australijczycy mają niestety zwyczaj mówienia przez zęby - zauważył przed pół wiekiem pewien sędzia z Sydney - jak gdyby pochodzili z kraju pełnego much i bali się otwierać usta, żeby owady nie wpadły im do gęby.
Ludzie nie zwracają uwagi na muchy, odwracają się od pustyni, objawiając wrodzoną obojętność wobec tego rodzaju niedogodności.
- Dawaj, bawmy się! - warczą przez zaciśnięte zęby.
- Kto by się tym przejmował? - pytają.
Australijczycy mówią nieco głośniej niż inni być może dlatego, że są tak oddaleni od reszty świata. Gdyby mówili ciszej, któż by ich słyszał?
Australijski kodeks grzeczności to ledwie broszurka, natomiast księga obcesowości jest potężnym tomem. Kumpelska bezceremonialność wzbudza sympatię, więc na antypodach zdobywa się przyjaciół, waląc prosto z mostu, byle odpowiednim tonem. Australijski angielski, wielka chluba Australii i najważniejsza forma sztuki w tym kraju, to język poufałości.
- Fajno! Jak leci, chłopie, może być? Jak twoje pryszcze na tyłku?
Zrozumienie idei kumplostwa jest kluczem do sukcesu w Australii, a źródłem wzajemnej sympatii między kumplami jest kpina.
Australijczycy słyną z zamiłowania do szyderstwa i samokrytyki. Nikt nie szydzi z Australii bardziej niż sami Australijczycy.
- Żyjemy na zadku świata - oznajmił w telewizji pewien Australijczyk.
Pochodził z Melbourne, przez niektórych Australijczyków przechrzczonego na Smellbourne. Wypowiadał się z okazji dwóchsetlecia kraju, rocznicy niesławnego przybycia pierwszych skazańców do Zatoki Botanicznej.
- Spójrzmy na mapę - ciągnął człowiek z Melbourne. - Czyż nasz kraj nie przypomina zadka? Proszę - wskazówką obwiódł kontury - dwa obwisłe półdupki!
Przywiozłem moją składaną łódkę na wybrzeże Australii Zachodniej, stanu wielkości Meksyku, krainy, którą ów facet z telewizji uważał za lewy półdupek zadka świata. Wylądowałem w Perth, gdzie wieje bodaj jak nigdzie indziej.
- Jesteśmy na skraju świata - oznajmiła mieszkanka pobliskiego portu Fremantle. - A wie pan, jaki inny pisarz był tutaj? - zapytała. - D. H. Lawrence. Przez dwa tygodnie.
"Australia jest poza wszystkim", stwierdza D. H. Lawrence w Kangaroo [Kangur], powieści, którą napisał w trakcie przelotnej wizyty w Australii w 1922 roku. Napisanie tej książki zajęło mu mniej czasu niż mnie jej lektura, albowiem to dzieło ciężkostrawne. Lawrence zaczął je pisać, rozczłonkowując i mitologizując Australię już w dziesięć dni po przyjeździe, a ukończył w niespełna miesiąc później. Tak oto w pięć tygodni stworzył czterystustronicową powieść. Styl kuleje, ale co tam! Tempo zaiste godne podziwu. Miejscami, opisując spienione fale albo meduzę, Lawrence przechodzi sam siebie.
Swoją podróż, rozpoczętą jako objazd promocyjny, w trakcie którego miałem odpowiadać - a w istocie wykręcać się od odpowiedzi - na pytania o moje dzieła, planowałem ukoronować wyprawą w dzicz. Perth było pierwszym z pięciu australijskich miast, gdzie zgodziłem się spotkać z czytelnikami i udzielać wywiadów. Wizyta od początku okazała się ogromnie absorbująca, bo Australia to kraj zachłannych czytelników i widzów, którzy są doskonale poinformowani i wyjątkowo ciekawi szerokiego świata, a także kraj niezwykle drapieżnych dziennikarzy, fanatyków pracy w niezliczonych gazetach, pismach, stacjach radiowych i telewizyjnych. W Australii środki masowego przekazu tak się rozwinęły, że nie są w stanie nasycić się wiadomościami krajowymi i poświęcają wiele miejsca wieściom ze świata i wydarzeniom kulturalnym, a każdy przybysz - pisarz, aktor, polityk, dziennikarz - od razu jest oblegany. Pismacy i reporterzy rzucają się na każdego, kto przyjeżdża zza Wielkiej Rafy Koralowej.
Wizyta w Australii okazała się ogromnie absorbująca również dlatego, że Australijczycy tak samo jak Amerykanie każdego przyjezdnego uważają za ewentualnego imigranta. Niektóre z najbardziej malowniczych wytworów ich kpiarskiej inwencji językowej odnoszą się do imigrantów. Imigrantów żydowskich nazywają refujews (co kojarzy się ze śmieciami), imigrantów włoskich nazywają dingbats (głupkami), eyetoes (italiańcami), spiggoties (co kojarzy się z nieznajomością angielskiego) lub spagies (makaroniarzami). Nowozelandczycy to pig islanders (mieszkańcy wyspy świń), Anglicy zaś to poms, pommies (co kojarzy się z rumianymi policzkami) lub pongos (angole). Najprawdopodobniej właśnie Australijczycy ukuli słówko chink (żółtek) jako określenie Chińczyków, a w każdym razie używali go już w 1879 roku, a więc dwadzieścia dwa lata przed jego pierwszym udokumentowanym wystąpieniem w Ameryce. Chińczyków nazywają również canaries (kanarkami), dinks (mikrusami) i chow-chows. Amerykanie to powszechnie yanks (jankesi) albo yank wogs (jankeskie brudasy), w ślad za czym i Anglików nazywają czasem pom wogs (rumianymi brudasami). Jednych i drugich odróżniają od autentycznych czarnych, których nazywają wog wogs (czarnymi brudasami). Określenia te mogą wydawać się obelżywe, ale w rzeczywistości są mylącym, bo kpiarskim wyrazem naprawdę szczerej australijskiej gościnności.
Na początek wylądowałem zatem wśród sandgropers (co oznacza obrzydliwe żyjące po ziemią pędraki z rodzaju Cylindraustralia i jest mianem, jakim reszta kraju nazywa mieszkańców Australii Zachodniej), w Perth, w nowiuteńkim, wielkim i błyskawicznie rosnącym mieście otoczonym przez pusty skrub, na wyspie wieżowców w szczerym polu, która pod względem rozmachu, optymizmu i blasku przypomina Portland. Perth wydało mi się idealnym miejscem do tego, żeby zacząć nowe życie, i rzeczywiście wielu ludzi, których tam spotkałem, najwyraźniej tak postąpiło. Przybyli z Afryki Południowej, z Europy, nawet z Ameryki.
Australia jest jedynym znanym mi bezpośrednio obcym krajem na świecie, w którym wielu Amerykanów zapuściło korzenie. Trzydzieści lat temu, kiedy kwitła polityka imigracyjna budowania "białej Australii", Amerykanie i osoby innych narodowości chętnie emigrowały do Australii właśnie dlatego, że był to kraj białych szowinistów, władze fundowały przejazd i z otwartymi ramionami witały wszystkich bladych wielkogłowych przybyszy o odstających uszach. Dzisiaj ludzie emigrują do Australii z przeciwnego powodu, bo stała się krajem bezstronnym politycznie i wolnym od uprzedzeń rasowych. Wielu Amerykanów, których poznałem w Australii, mówiło, że uważają się za Australijczyków. Przez osiemnaście lat pomieszkiwania w Wielkiej Brytanii wśród osiedlonych tam Amerykanów nie spotkałem ani jednego, który uważałby się za Brytyjczyka.
Kiedy wałęsałem się w porcie Fremantle opodal Perth, kusiło mnie, żeby wypróbować składany kajak, ale uznałem, że wiatr dmący znad Oceanu Indyjskiego jest o wiele za silny. Za strefą przyboju po grzbietach fal wielkich jak góry wspinały się i opadały osobliwie ukształtowane frachtowce do przewozu owiec. Wyglądały jak pływające dziesięciopiętrowe domy, ale były szczelnie wypełnione klatkami z tysiącami żywych owiec i brały kurs na Zatokę Perską, gdzie te zwierzęta zostaną uśmiercone według zasad halal, a więc przez podcięcie gardła, podczas gdy patrzą w stronę Mekki. W rzeczy samej większość baraniny spożywanej w krajach arabskich pochodzi z Meganezji. Australia dostarcza baraninę na pieczyste, a większość owiec hodowanych w Nowej Zelandii kończy jako surowiec na szaszłyki w Iranie i Iraku.
Moje dzieła docierały drogą morską do Australii i właśnie przywieziono dwa z nich, powieść i książkę podróżniczą. Moja wizyta w Australii była związana z ich promocją. Udzielałem więc wywiadów.
- Co pan sądzi o Chińczykach? - zapytała mnie w Perth dziennikarka jakiegoś pisma, a ja zwróciłem jej uwagę, że to wcale nie jest łatwe pytanie, ponieważ dotyczy miliarda ludzi.
- Ile czasu potrzeba na napisanie książki? - brzmiało inne pytanie, nad którym dumałem przez dłuższą chwilę, aż uznałem, że nie znam odpowiedzi.
Osoba, która mnie o to zapytała, zaraz potem zadała następujące pytanie:
- Czy szanuje pan głównego bohatera pańskiej powieści?
Nie powiem, żebym się nie zdziwił. Czy tego rodzaju pytań mam oczekiwać w Australii? Odparłem, że owszem, szanuję wszystkie postacie z moich książek, i pomyślałem: nawet ciebie, kangurze, jeżeli zostaniesz postacią.
Zdarzały się wszakże pytania, na które z łatwością potrafiłem odpowiedzieć.
- Na czym polega główna różnica między powieścią a dziennikiem podróży? - zapytał mnie podczas lunchu we Fremantle pewien facet, przystawiając mi magnetofon pod brodę.
Odniosłem wrażenie, że uprawianie dziennikarstwa w tej części Australii to bułka z masłem. Pewnego dnia we Fremantle obudzono mnie z drzemki (a śnił mi się koszmar, że choruję na raka) i pośpiesznie zawieziono do Perth do redakcji brukowca, który nosi niezapomniany tytuł "Daily Mail", a zasłynął z tego, że codziennie drukuje wielkie zdjęcie roznegliżowanego osiłka z podpisem: "Your Daily Male" [Twoje Codzienne Ciacho].
Poproszono mnie, żebym zaczekał dziesięć lub piętnaście minut, a potem zaprowadzono do sześciennego boksu, gdzie za schludnym biureczkiem siedział może osiemnastoletni chłopaczek. W tym pomieszczeniu moją uwagę od razu zwróciły wycięte ze zdjęć figurki Elvisa Presleya przyklejone do blatu biurka, do tablicy z wiadomościami, do kalendarza, a nawet do tarczy telefonu.
- Długo w Perth?
Odparłem, że nie. Dopiero co wielkim kosztem finansowym i ogromnych niewygód przyleciałem z Ameryki przez Nową Zelandię, żeby spotkać się z nim w tej klitce w wielkim biurowcu opodal Mitchell Freeway na przedmieściach Perth w Australii Zachodniej. Nie odniósł się do tego nawet słowem ani niczego nie zapisał w czystym notatniku. Wobec tego zapytałem go o Elvisa.
Uśmiechnął się, zadowolony, że okazałem ciekawość.
- Po prostu szaleję za nim - powiedział.
Omiótł spojrzeniem pożółkłe wizerunki nieszczęsnego gwiazdora amerykańskiego. Zaległo długie milczenie świadczące o tym, że miał nadzieję, iż zostanę przy tym temacie. W końcu chłopaczek spojrzał na mnie, jak gdyby przypomniał sobie, gdzie jest.
- Dobra, od czego zaczniemy? - zapytał.
Nie było to pytanie retoryczne, więc zagaiłem:
- Czytał pan coś mojego?
- Nie - odparł śmiało, jak gdyby się chwalił.
- A może widział pan film zrobiony na podstawie Wybrzeża moskitów?
- O, tak, podobał mi się - rzekł i zaczął gryzmolić w notatniku.
- Wobec tego może pan teraz przeczytać książkę! - zawołałem, ucieszony, że przełamałem lody.
- Nie, nigdy nie przeczytam tej książki. Bo film mi się naprawdę podobał. Znaczy, za bardzo mi się podobał. A co gdybym przeczytał książkę i by mi się nie spodobała?
Gapiłem się na niego zdumiony, więc pochylił się nad biurkiem, żeby podzielić się ze mną głęboką obawą.
- Wtedy i film by stracił w moich oczach - stwierdził i zabębnił palcami w notatnik. - Za duże ryzyko.
- Za duże ryzyko. Rozumiem.
Do niczego nie doszliśmy. Może po prostu nie było dokąd iść. Skierowałem rozmowę na Elvisa i pogadaliśmy o nim.
Chłopaczek odprowadził mnie do drzwi i zadał jedyne w tym tak zwanym wywiadzie pytanie dotyczące literatury.
- Skąd pan bierze bohaterów? Wymyśla ich pan?
- Czasem wymyślam - odparłem. - A czasem sami się przede mną zjawiają.
- Farciarz z pana!
Takie niezręczne spotkania sprawiały, że czułem się wyobcowany i przygnębiony. Tamtego wieczoru miałem wystąpić na uroczystej kolacji we fremantleńskim ratuszu, budowli - jak wiele innych w tym pięknie zachowanym starym porcie - dostojnej, kapiącej od złota, a wzniesionej dla uczczenia złotego jubileuszu królowej Wiktorii w 1887 roku. Kręciło mi się w głowie od bezsenności i bałem się, że wybuchnę płaczem, jeżeli ktokolwiek wspomni o mojej żonie.
- A więc przyjechał pan bez żony! - zawołał ktoś, niedługo po tym jak wszedłem do ratusza.
Umknąłem do toalety, powzdychałem, połkałem, w końcu obmyłem twarz i dołączyłem do gości siedzących przy głównym stole. W głowie tłukła mi się myśl: jestem najbardziej roztrzęsionym nieborakiem na tej sali i to właśnie ja mam wstać i przemawiać.
- W ubiegłym miesiącu gościliśmy tutaj Roalda Dahla z żoną - powiedziała kobieta siedząca po mojej lewej stronie.
Skwitowałem to milczeniem. Podano kolację. Czterysta pięćdziesiąt osób, wszyscy rozmawiają, popijają i tryskają zadowoleniem. Patrząc na nich, słysząc ich śmiechy, straciłem apetyt.
Kobieta siedząca po mojej prawej stronie powiedziała, że pracuje w księgarni i że należę do jej ulubionych pisarzy.
- Powinien pan pisać opowiadania! - zawołała.
Czy to jakiś australijski kawał?
- Napisałem trochę opowiadań - rzekłem nieśmiało.
- To czemu pan ich nie ogłasza?!
Australijczycy są znani z poufałego sarkazmu, ale mnie w mym smętnym stanie ducha stać było tylko na lakoniczną dosłowność.
- Ogłaszam.
- Mam na myśli wydanie książkowe!
- Wydałem cztery zbiory. Około osiemdziesięciu opowiadań.
Kobieta siedząca po mojej lewej stronie powiedziała, że mieszka w Perth od piętnastu lat.
- Jest pani chyba zadowolona - rzekłem. - Fremantle to bardzo ładne miasto, a Perth przypomina mi pewne miasto na północno-zachodnim wybrzeżu amerykańskim. Takie czyste powietrze.
- Nie cierpię Perth - sarknęła. - Jest jak inna planeta. Ludzie są tutaj tacy dziwni. Nawet nie potrafię tego opisać. Lepiej się czuję w Afryce, wśród Afrykanów.
Po chwili usłyszałem, jak ktoś odchrząknął głośno w mikrofon, po czym entuzjastycznie mnie zapowiedział.
Nie przygotowałem przemówienia. Wygłosiłem kilka uwag ogólnych o podróżowaniu i anegdotycznie opowiadałem o Chinach, które były tematem jednej z książek, które miałem promować. Tego rodzaju przemówienia to przykre zajęcie. Człowiek czuje się jak na przesłuchaniu, jak gdyby ubiegał się o pracę. Człowiek czuje się jak pajac gadający jak nakręcony po to tylko, żeby w końcu powiedzieli:
- Och, Fred, to naprawdę przemiły facio. Kupmy jego książkę.
W trakcie przemówienia spostrzegłem, że przy stoliku w głębi sali podnosi się zwalisty mężczyzna. Nadal trzymał w ręku kieliszek, ale odstawił go i chwiejnym krokiem ruszył przed siebie. Mierzył dobrze ponad metr osiemdziesiąt, ciężki - gruby niczym cielę, jak pewnie sam by powiedział. Ubrany był w długi płaszcz i emanował z niego gniew, kiedy szedł ku mnie - albowiem ponad wszelką wątpliwość obrał ten kierunek. W tej wielkiej sali upłynęła dłuższa chwila, zanim ktokolwiek prócz mnie go zauważył. Patrzyłem, jak kroczy ku mnie, podczas gdy mówiłem o karze śmierci w Chinach. W końcu jakaś kobieta, znacznie mniejsza od niego, złapała go za ramię i próbowała powstrzymać. Nic z tego, bez trudu wlókł ją za sobą uczepioną ramienia, co wymownie świadczyło o jego żelaznej determinacji.
Czy ma zamiar zwymiotować? Czy zamierza wrzeszczeć? Może chce mnie trzasnąć?
Zająknąłem się i zamilkłem, kiedy wyrwał się kobiecie i zaczął mi wygrażać na oczach wszystkich gości. Dźgnął palcem w moją stronę, jął charczeć i nieprzyzwoicie gestykulować, a kobieta - pewnie płonąca ze wstydu towarzyszka - uwiesiła się jego płaszcza.
- Jesteś zwykłym palantem, koleś! - krzyknął. - Pieprzonym palantem!
Rozległy się posykiwania dezaprobaty, potępiające cmokania, ale nikt się nie poderwał, żeby wyrzucić chama. Tylko ta drobna uparta kobieta interweniowała, usiłując odciągnąć go, kiedy próbował dosięgnąć mnie grubymi paluchami.
Wtedy już nie w głowie mi było kontynuowanie przemówienia i po prostu czekałem, aż awanturnik wyrwie się, uderzy mnie i udusi na oczach towarzystwa miłośników literatury we Fremantle. Modliłem się, żeby w ową dzielną niewiastę wstąpiły nadprzyrodzone siły. Moje modły zostały wysłuchane, bo kobiecie udało się odciągnąć bestię i wyprowadzić ją za drzwi. Cham zniknął. Ale nie na długo. Po chwili - niczym trup w horrorze wyskakujący z trumny, żeby nas przerazić - facet wpadł z hałasem przez drzwi.
- Ty pieprzony palancie! - wrzasnął, po czym znowu go odciągnięto.
- Właśnie tacy ludzie nazywają Chińczyków żółtkami i wytykają im brak manier - próbowałem nieporadnie improwizować. Wymamrotałem jeszcze kilka zdań, ale wkrótce się poddałem.
Potem ludzie mówili:
- Po prostu się upił.
- Pewnie nienawidzi książek.
- Jego pani zaciągnęła go na tę kolację.
- Chyba go pan nudził. Chłopina nie zdzierżył.
- Te kangury to szczere dusze - tłumaczył mi pewien świeży imigrant. - Nie wahają się powiedzieć człowiekowi, żeby spadał, jeżeli im się nie podoba. Znaczy, spojrzą i mówią: "Spieprzaj", prosto w oczy.
- Miałem oko na tego grubasa - mówił inny z gości. - Obserwowałem go. Mogłem go udupić, słowo. Trenowałem sztuki walki.
Nie miałem śmiałości wyznać, że się bałem i byłem pewny, że ten facet mnie zaatakuje. To, że miał w czubie, niewiele zmieniało w kraju, gdzie większość facetów właściwie bez przerwy wydaje się na bani.
Kiedy zasiadłem przy specjalnie przygotowanym stoliku, żeby podpisywać książki, usłyszałem jeszcze dziwniejsze rzeczy. Nie da się przewidzieć pokrętnych i nerwowych reakcji tłoczących się czytelników.
- Myślałam, że jest pan wyższy.
- Myślałam, że jest pan młodszy.
- Kiedy zgolił pan brodę?
- W przyszłym miesiącu wybieram się z mężem do Indii, czy mógłby pan nam polecić niedrogi hotel w Dardżyling?
- Powinien pan używać edytora tekstu.
- Jest pan ulubionym pisarzem mojej matki, może przyjdzie pan na jej urodziny? We wtorek.
Rozgniewana kobieta o twarzy emu zmierzyła mnie strasznym spojrzeniem, potrząsając egzemplarzem mojej książki.
- Jeszcze pana nie czytałam - rzekła. - Lepiej żeby to było dobre.
Inna kobieta spojrzała na mnie z politowaniem i zapytała:
- Czemu nienawidzi pan Australijczyków?
Kiedy jeszcze stała długa kolejka chętnych do zebrania autografu albo podzielenia się ze mną niewydarzoną refleksją, tuż za moimi plecami pojawił się mężczyzna i szeptem sączył mi do ucha:
- Jesteś pan nieźle wkurzony, co? Przyznaj pan, śmiało. Nie cierpisz pan tego robić. Nie cierpisz pan tych ludzi. Jesteś pan nie na żarty wkurzony.
Odwróciłem się do niego i powiedziałem:
- Tak zarabiam na życie, kolego.
Po wszystkim szedłem wietrznymi ulicami Fremantle i wydało mi się, że to ogromnie niepewne miejsce, kruche miasto na małej plaży chłostanej przez wielkie fale, wciśnięte pomiędzy ocean a pustynię. Biała Australia.
- Gdzie są Aborygeni - pytałem wiele osób w ciągu następnych dni.
Większość wzruszała ramionami, niektórzy wskazywali kciukiem za siebie, w stronę skrubu.
- W Woop Woop - powiedział ktoś i wyjaśnił, że tak w Australii nazywa się najgorsze zadupie.
Odtąd gdy ktoś pytał mnie, gdzie najbardziej chciałbym pojechać w Australii, odpowiadałem:
- Do Woop Woop.
Najpierw jednak musiałem odfajkować miasta. Poleciałem do Melbourne, przeszło trzy tysiące kilometrów nad australijską pustką, gdzie według Australijczyków w ogóle nie ma życia.
- Ten kawałek Collins Street nazywamy zakątkiem paryskim - usłyszałem w Melbourne. Wielu ludzi mówiło mi, że Melbourne jest bardzo europejskie, tyle w nim kościołów z rudawego piaskowca, szacowne dworce kolejowe, stacja rozrządowa, tramwaje, nawet sadza.
Ja wszakże odniosłem inne wrażenie. To miasto znacznie bardziej przestronne, znacznie młodsze, raczej w typie miast amerykańskich na Środkowym Zachodzie. Miasta europejskie zawsze mają jakieś rany i blizny. Najbardziej amerykański aspekt Melbourne polega na tym, że od razu widać, iż nigdy nie zostało zbombardowane.
Moje przygody w Perth nieco mnie stropiły, jak gdybym został ukąszony. Stałem się nieufny. Po tym wszystkim w obliczu większego zgromadzenia Australijczyków, jakiegokolwiek zbiorowiska czy tłumu, a nawet podczas wizyty w banku, w restauracji, spotkania na rogu ulicy, jazdy taksówką, w trakcie zakupów albo gdy po prostu zabijałem czas, nieodparcie ogarniało mnie uczucie - a ściślej mówiąc, lęk - że wcale nie są w stosunku do mnie uprzejmi, lecz tylko hamują się. Bez urazy. Po prostu chcą mnie trzasnąć.
Wydawało mi się, że Australijczycy tylko wyglądają na swobodnych, podczas gdy w rzeczywistości ukrywają prawdziwe uczucia i trzymają się w ryzach, bo gdyby nie ta samokontrola, zaczęliby ryczeć. Sprawiali na mnie wrażenie ludzi, którzy niedawno zostali udomowieni, którzy w gruncie rzeczy są jak nastolatki w towarzystwie dorosłych, siedzą prosto, są grzeczni i nieco sztywni, bo gdy tylko pofolgują sobie albo wypiją kufel za dużo, staną się obleśnie poufali i rozpęta się piekło. To, co uważamy za dobre maniery, bywa tylko wymuszonym, skrępowanym zachowaniem człowieka, który się hamuje. Australijczycy prezentowali na ogół owo przesadne i nieprzekonujące ugrzecznienie pijaka, który udaje trzeźwego.
Pewien mój znajomy wyemigrował w latach sześćdziesiątych do Monash niedaleko Melbourne, gdzie utworzono uniwersytet (zwany "Farmą", jak przystało na kraj lubujący się w swojskim żargonie).
- Australijczycy są agresywni i zawistni, ale w końcu każdego polubią - usłyszałem od niego.
W Melbourne zobaczyłem pierwszego Aborygena. Stał na skrzyżowaniu, nacisnął guzik na sygnalizatorze i czekał, aż się zapali zielone, żeby mógł przejść. Przyglądałem mu się z pewnej odległości i zastanawiałem się, czemu ten samotny człowiek wydaje mi się taki dziwny. Nie chodziło o gładką twarz, skołtunione włosy, krzywą postawę ani dziurawe buty. Dziwne było samo to, że stoi przy krawężniku. Bo nic nie jechało ulicą. Bo to był jego kraj. Bo ten nomada czekał na pozwolenie, żeby iść.
- Oni nienawidzą Absów, naprawdę ich nienawidzą - powiedział mi niedawno osiadły imigrant z północnej Anglii. - To, co wygadują, zdumiewa mnie, znaczy, ta nienawiść. Mnie tam wszystko jedno. Tylko czasem kiedy na nich patrzę, naprawdę mi ich jednak szkoda...
Ludzie rozmawiali o nich, ja ich wypatrywałem, ale wydawali się nie istnieć. Mniej rzeczywiści od cienia. Zagubieni w tłumie, a ci, którzy żyli w miastach, mieszkali w miejscach omijanych przez innych z daleka.
Kiedy pytałem: "Dużo tutaj Aborygenów?", odpowiadano: "Aż za dużo". Ale gdzie oni są?
Tymczasem to ja miałem odpowiadać na pytania.
- Tyle pan podróżuje, że żona pewnie tęskni?
Nawet nie chce o mnie słyszeć, wszystko skończone, pomyślałem.
- Tak, myślę, że tęskni - powiedziałem.
- Jak pan to robi, że jeżdżąc w tak egzotyczne miejsca, jest tak zdrowy?
Jeżeli chodzi o ścisłość, pewnie mam raka, pomyślałem.
- Nigdy nie piję podejrzanej wody - powiedziałem.
- Czy miał pan kiedyś biegunkę w tych krajach?
Bez przerwy, pomyślałem.
- Nie. Zwykle mam zatwardzenie - powiedziałem.
- Jest pan taki pogodny, a pana książki są miejscami przygnębiające.
Nie inaczej, bo czuję się wyobcowany i przygnębiony, zwłaszcza teraz, pomyślałem.
- Czy zamierza pan napisać książkę o Australii?
Tak, pomyślałem.
- A co ja wiem o Australii? - powiedziałem.
Okrzepłe i kulturalne Melbourne wyglądało szczególnie dostatnio przy złej pogodzie, kiedy zabudowania ciemniały od deszczu, a lśniące ulice zwielokrotniały zabiegane tłumy. Na łamach tutejszych gazet tak samo jak wszędzie indziej królowała surowa autoanaliza. Na użytek zagranicy Australijczycy przybierają pozę napuszonej pewności siebie i samozadowolenia, natomiast w kraju szerzy się dręcząca samokrytyka, ciągle wraca pytanie: "Co z nami nie tak?". Przybysz jest ustawicznie proszony o szczerą ocenę kraju. Jeżeli go pochwali, wyśmieją go i nazwą pedziem lub cioteczką (mają nie wiem ile określeń geja, choćby quince [niewieściuch], queen [ciota], spurge [cwel], pood [parówa], sonk [pedryl] lub Are you Arthur or Martha? [homo niewiadomo]). Wydaje mi się, że kiedy pytają obcych, co sądzą o Australii, w gruncie rzeczy chcieliby usłyszeć coś swojskiego i zabawnego, jak choćby:
- Wy, cholerne kangury, jesteście przaśni jak świńskie śniadanie, ale właśnie to mi się podoba!
W Melbourne wygłosiłem swoją gadkę w sali balowej teatru Regent przy lunchu dla pięciuset gości, którzy pałaszowali jagnięcinę z ziemniakami. Zastanawiałem się, czy gdziekolwiek w Ameryce dałoby się skrzyknąć tylu ludzi, którzy chcieliby słuchać mojego dukania. W Melbourne stawiła się pstra zbieranina moich australijskich czytelników, od wiekowych maniaków powieści i entuzjastów kolei, którzy zapraszali mnie na herbatę albo fundowaną przejażdżkę pociągiem, po podejrzanie wyglądających młodych ludzi z tatuażami i o palcach zażółconych od skrętów, którzy pochylając się, żeby podsunąć mi do podpisania wyświechtany groszowy egzemplarz mojej książki, cuchnęli trawką. Dwóch spośród tych młodych czytelników było muzykami. Wręczyli mi zaproszenie na swój wieczorny koncert:
Dan Loneway & Fellow Travellers.
Debiutancki koncert i promocja płyty.
Dan's Hashish Centre.
Najlepszy nepalski hasz i gandzia.
Środa. Friko.
- To takie krzepiące, że młodzi czytają - powiedział ktoś, podczas gdy Dan Loneway pakował książki do fantastycznie kolorowej balijskiej torby na ramię, po czym odpłynął na chmurze dymu.
- Chyba mam szerokie grono czytelników w tym kraju - rzekłem.
Kiedy przyszedł czas wyjazdu do Sydney, zaczął się strajk pilotów i odwołano wszystkie loty.
- Ten strajk to rzecz niesłychana - stwierdził pewien mężczyzna. - Ten kraj jest śmieszny. Schodzimy na psy.
- Jest pan wielkim podróżnikiem kolejowym - zauważył jeden z moich czytelników. - Z Perth do Melbourne powinien pan przyjechać pociągiem Indian-Pacific. No i teraz też może pan jechać pociągiem do Sydney.
Miałem dwa zastrzeżenia. Po pierwsze, przysiągłem sobie, że w Oceanii nie wsiądę do pociągu. Po drugie, nie mogłem się doczekać początku prawdziwej podróży, wędrówki w Woop Woop i wiosłowania jeszcze dalej. Nadal czytałem Życie seksualne dzikich i dumałem o tym, żeby z Australii ruszyć do Nowej Gwinei.
Sporządzałem wszakże sumienne notatki na temat osób, które przeprowadzają ze mną wywiady, a które i ja nawzajem przepytuję. Postanowiłem kreślić portrecik każdego, kto o mnie pisał. "Theroux gustuje w raczej dziwnych strojach sportowych", napisał angielski dziennikarz, osobnik ubrany w skosmacony sweter, kraciastą koszulę i zaplamiony krawat, i odtąd wolę mieć ostatnie słowo. Zastanawiałem się, co o mnie i o mojej garderobie napiszą walący prosto z mostu Australijczycy. Niektórzy pytali, co jest w tych wielkich brezentowych torbach, które stoją w moim pokoju, a gdy odpowiadałem: "Łódka", chrząkali dwuznacznie, czym budzili moją czujność. Może ten objazd promocyjny jest tylko prologiem prawdziwej podróży?
Kiedy w końcu postanowiłem jechać pociągiem, odradzano mi ten, który wybrałem, i namawiano, żebym jechał "starym pociągiem, który ma uroczy klimat". Nie powiedziałem tego, ale uważam, że stare pociągi często są najgorsze. Nie interesuje mnie klimat, od kolei wymagam komfortu i prywatności, a kiedy wsiadłem do wybranego sleepingu, poczułem się najszczęśliwszy od chwili przyjazdu do Australii.
Pociąg prowadził tego rodzaju wagon restauracyjny, jakie już prawie zniknęły w innych krajach rozwiniętych, wagon ze stołami, krzesłami, porządnymi sztućcami i kelnerami roznoszącymi na metalowych tacach talerze z potrawami. Obiad dnia składał się z zupy pomidorowej, smażonej flądry z dwoma warzywami jako dania głównego oraz bardzo gęstego puddingu na deser. Nigdy nie dostałbym czegoś równie dobrego w samolocie. Obsługiwała mnie Lidia, niska, żwawa kobietka z ołówkiem wetkniętym we włosy, która niedawno przyjechała do Australii z Polski, ale już mówiła z akcentem australijskim i proste słówko now przerobiła na tryftong. Powiedziała, że chce zostać na zawsze.
Przy sąsiednim stoliku jakiś mężczyzna podsunął synowi torebkę cukierków i zapytał:
- Chcesz jolly boins (czyli "wesołe cyce", zamiast jelly beans, "żelki")?
Mark Twain jechał tym pociągiem w 1896 roku, gdy bawił w Australii z cyklem odczytów. Chwalił doskonałe łóżka i szydził z podłej kawy, sugerując jej uszlachetnienie za pomocą odrobiny płynu do odkażania owiec. W trakcie jazdy głównie gapił się przez okno, usiłując wypatrzeć kangura lub Aborygena. Mniej więcej w tym samym czasie trasą tą z koncertu na koncert często jeździła Nellie Melba (która gdy Clara Butt poprosiła ją o rady przed planowanym tournée po Australii, miała rzec: "Śpiewaj im najgorszą szmirę"). Również w swoją ostatnią podróż, już w trumnie, Melba wyruszyła w tym pociągu, odwrotnym kursem z Sydney do Melbourne.
To zawsze była ruchliwa linia. Przed przeniesieniem stolicy do Canberry głównym ośrodkiem administracyjnym było Melbourne i starzy urzędnicy australijscy opowiadali mi, że wiele spraw wagi państwowej załatwiano w wagonach pociągów jeżdżących tą trasą. Pewien mężczyzna opowiadał, że jeszcze kilka lat wcześniej w pociągach pracowały prostytutki, które obsługiwały klientów w wagonach sypialnych. W pociągu roiło się od panienek kręcących tyłeczkami, a ich alfonsi - zwani kikantami albo kakadu - ostrzegali dziewczyny przed zbliżającymi się konduktorami.
Tak oto głową naprzód, na płask w kolebiącej się koi, gnałem osiemset kilometrów przez Euroę, Benallę, Wangarattę, Wodongę, dalej przez mokradła Millawah, rzekę Murray do Wagga Wagga, Junee, Cootamundrę, Yass, Goulburn i Mittagong. O świcie podniosłem roletę i spojrzałem w skrub - eukaliptusy o grubej włóknistej korze, eukaliptusy gałkowe i mulgi na brzegu kamienistych żółtych wąwozów. Ziemia jałowa, zerodowana, a kiedy pociąg zwolnił, zaczęły się parterowe domy, pierwsze osiedla i przedmieścia. Przemierzyliśmy Campbelltown, gdzie na przejazdach kolejowych stały długie kolejki samochodów i oczywiście roiło się od szyldów głoszących: "Więźby dachowe", potem Liverpool, Lidcombe, Homebush i w końcu wjechaliśmy do samego Sydney.
- Mam przyjemność być pana kamerdynerem, panie Theroux.
Usłyszałem to w apartamencie prezydenckim na trzydziestym ósmym piętrze hotelu Regent, skąd w kierunku wschodnim rozciągał się zapierający dech w piersiach widok na operę, wspaniały port i Morze Tasmana za nim. Mój kamerdyner był prostym jak świeca mężczyzną mówiącym ze środkowoeuropejskim akcentem, tylko nieznacznie zmienionym przez australijski. Miał na sobie prążkowane spodnie, czarny frak, śmieszny biały gors podobny do śliniaka i białą muchę. Dostarczył mój bagaż i właśnie przyniósł dwie wielkie torby ze składaną łódką.
- Czy mogę rozpakować bagaże i poukładać pana rzeczy?
Miałem ubrania turystyczne na wyprawę w Woop Woop, szorty i podkoszulki do kajaka, śpiwór, bukłak, namiot, kuchenkę turystyczną i garnki, składane wiosło, apteczkę, kompas, pompę zęzową, środek odstraszający owady i zestaw narzędzi.
- Może zacznę od tego?
Zataszczył torby z kajakiem pod szafę i zaczął majstrować przy sznurkach.
- Nie ma potrzeby niczego wyjmować - powiedziałem.
Wyprostował się i grzecznie oświadczył:
- Jestem do pana usług. Gdyby czegokolwiek pan potrzebował, proszę dzwonić.
Na stoliku w wiaderku z lodem stała butelka Dom Pérignon z miłym liścikiem od dyrektora. W salonie - apartament składał się z czterech pomieszczeń - ustawiono koszyki z owocami i kwiaty. Był barek na kółkach, a w nim szkocka, bourbon, porto, wódka, sherry i gin w karafkach opatrzonych identyfikującymi zawartość srebrnymi zawieszkami. Misa ze słodyczami, druga z orzechami. Ale najbardziej ucieszyła mnie mocna luneta.
Nakierowałem lunetę na Port Jackson, naturalny port wybiegający na wschód ku Pacyfikowi. Nigdy przedtem nie widziałem równie pięknego portu, długiego i szerokiego, roziskrzonego blaskiem słońca, mającego tyle cypli i zatoczek. Obejrzałem małe białe płytki na dachu opery, a potem kierowałem obiektyw na promy i żaglowce, wieżowce na klifach wspaniałych zatok, fale rozbijające się o czarne skały cypla North Head u wyjścia z zatoki. Pode mną, na Circular Quay, przy której cumują promy, tłumy pasażerów mieszały się z gitarzystami i sztukmistrzami, a na ławce na brzegu Sydney Cove, bliżej Harbour Bridge, ze złączonymi kolanami siedział Aborygen. Bawiłem się myślą o napisaniu drobiazgowej opowieści o Sydney i jego mieszkańcach, którą stworzyłbym, siedząc w tym apartamencie, popijając szampana i obserwując miasto przez lunetę.
Kamerdyner wchodził i wychodził, zabierając rzeczy do prania, przynosząc mi posiłki, faksy i odgrywając na użytek dziennikarzy rolę idealnego sługi, istnego Jeevesa.
- Byłam już w tym apartamencie - powiedziała jedna z reporterek. - Robiłam wywiad z lordem Lichfieldem.
Oczywiście padały typowe pytania.
- Żona nie tęskni za panem?
- Pragnę zapytać o powieść, którą napisał pan o sobie...
Wygłosiłem następne przemówienie w trakcie następnego uroczystego lunchu w następnej sali balowej, przy innych daniach i innym głównym stole, ale mimo najlepszych chęci głęboko czułem, że wolałbym po prostu siedzieć, zajadać i słuchać kogoś innego. Przeczytałem już tyle Kangaroo Lawrence'a, że chętnie podyskutowałbym o jego przesądach na temat Australii, ale ludzie wypytywali mnie wyłącznie o pociągi.
- Jestem do pana podobny - powiedział jakiś facet, kiedy podpisywałem książki.
- Naprawdę? - zapytałem.
Był to mężczyzna średniego wzrostu, w typie latynoskim, o haczykowatym nosie, przylizanych włosach i w ciemnych okularach. Spojrzał na mnie, marszcząc brwi.
- Bardzo rzadko czytam książki - podjął - ale kiedy jakieś piętnaście lat temu zobaczyłem pana zdjęcie na obwolucie jednej z pana rzeczy, uświadomiłem sobie, że jestem do pana podobny i kupiłem tę książkę. W rezultacie przeczytałem wszystko, co pan napisał. I nadal wyglądam jak pan, czyż nie?
- Wygląda pan o wiele lepiej - rzekłem.
- Może zjadłby pan ze mną lunch?
Powiedziałem, że niestety mam inne plany, a było to tylko pierwsze z wielu zaproszeń, nieraz wypisanych na wizytówkach albo na karteczkach, które ludzie wciskali mi w rękę.
- Proszę przyjść na kolację...
- Żona i ja bylibyśmy zachwyceni, gdyby pan wpadł na kieliszek...
- Jeżeli nie wie pan, co ze sobą zrobić, proszę zadzwonić do mnie...
- Pragnęłabym pokazać panu Sydney...
- Czy udzieli mi pan wywiadu w ten weekend? To może być zabawne...
- Jest pan najzabawniejszym facetem, jakiego czytałam. Nie wolno marnować takiego talentu komicznego. Niechże pan napisze o Australii...
Byli gorliwi, spontanicznie gościnni. Ja wszakże wolałem trzymać się na uboczu. Uzupełniałem sprzęt biwakowy. Chodziłem na koncerty, obejrzałem Poławiaczy pereł w operze, popijałem szampana i obserwowałem miasto przez lunetę. "Jest pan najzabawniejszym facetem..." Od czasu do czasu rozmyślałem o swoim życiu, o raku i rozwodzie, i się rozklejałem.
Apartament był moim schronieniem. Początkowo oczywiście pławiłem się w luksusach, bo któż by nie korzystał z takiej okazji. Objadałem się owocami, czekoladkami z nadzieniem miętowym, popijałem szampana, rozpakowywałem mydło, wąchałem kwiaty, wziąłem długą kąpiel z bąbelkami, wsypawszy do wody pięknie pachnące mineralne kryształki. Ale już drugiego lub trzeciego dnia miałem dosyć. Obudziłem się wcześnie i na śniadanie zamówiłem tylko owsiankę, zieloną herbatę i grejpfruta. Dzień wypełniły mi obowiązki związane z promocją ("Jak długo pisze się książkę?"), a wróciwszy do hotelu, czytałem Malinowskiego i studiowałem mapy Trobriandów. Zaznaczyłem sobie różne rzeczy w przewodnikach po Wyspach Salomona, Tonga i Vanuatu. Jakie to dziwne, myślałem, czytać o wielkich i niebezpiecznych krokodylach różańcowych w Guadalcanal i w północnym Queenslandzie, o orgiastycznych żniwach jamsu na Kiriwinie, podczas gdy siedzę w apartamencie lorda Lichfielda i popijam szampana.
Pewnego wieczoru siedziałem przy lunecie, kiedy zadzwonił telefon.
- Łączę z Londynem - poinformowała telefonistka.
- Halo - powiedziałem, ale z drugiej strony nie odwzajemniono powitania.
- Dostałam właśnie wyniki twoich badań - rzekł swojski głos, zniekształcony przez odległość i wzruszenie. - Nie masz raka.
- Bogu niech będą dzięki.
Kontury portu i wszystkiego, co się w nim znajdowało, rozmazały się przed moim przymrużonym okiem w osobliwie ciekłym świetle łez.
Urwał mi się guzik u koszuli, więc sam go przyszyłem, rozkoszując się tą przyziemną czynnością wśród otaczającego mnie luksusu. O ósmej przyszły pokojówki przygotować łóżko. Na stoliku nocnym postawiły karafkę koniaku, koniakówkę i butelkę wody mineralnej. Wypiłem wodę. Czytałem, aż zmorzył mnie sen. Obudziłem się wyczerpany przez sny.
Kamerdyner wraz ze śniadaniem przyniósł na srebrnej tacy liściki.
- Jeżeli nie wie pan, co ze sobą zrobić, proszę zadzwonić do mnie...
- Pragnę zaprosić pana na konną przejażdżkę. Stajnie mam niedaleko...
- Mąż błagał mnie, żebym skontaktowała się z panem...
Mnie wszakże wystarczała luneta i nie skorzystałem z żadnego z zaproszeń. Któregoś dnia wyszedłem z hotelu, minąłem basen i pięciogwiazdkową restaurację, zapłaciłem za leżak na plaży Bondi, po czym zjadłem rybę z frytkami, przyglądając się surferom wyczyniającym rozmaite niebezpieczne figury na wysokich falach, obserwowany przez leniuchujące ślicznotki opalające gołe biusty na oczach zdumionych japońskich turystów, którzy najwyraźniej nigdy przedtem nie widzieli takich cycków, i wysypawszy się tłumnie z wycieczkowego autobusu, strzelali dziewczynom fotkę za fotką, tak skupieni i przejęci, jak gdyby fotografowali szczególnie okazałe melony na wystawie rolniczej. Na plaży roiło się od osiłków i wielkich włochatych samców. Zdarzali się ludzie dotknięci czerniakiem. Plaża Bondi, chociaż w Australii do cna zbanalizowana, jest naprawdę piękna. Ci, którzy na nią chodzą, głoszą jej chwałę i jej bronią, natomiast ci, którzy jej nie odwiedzają, twierdzą, że jest niebezpieczna i brudna, że jeżeli człowieka nie utopi tam potężny prąd powrotny przyboju, to udusi smród ścieków.
Z ulgą wróciłem do luksusowego apartamentu na szczycie wieżowca i do mojego sprzętu turystycznego. Chociaż bowiem cały ten luksus napełniał mnie uczuciem odosobnienia, to z dala od niego ogarniało mnie dojmujące, zaiste graniczące z paranoją poczucie bezbronności. Nie mogłem się doczekać powrotu do tych malowideł, kanap, szampana, chłodnych owoców i mojej łodzi. Rozkoszowałem się komfortem i cichą samotnością. Wyuzdany komfort to jedna z najbardziej demoralizujących sił i łatwo się od niego uzależnić. Początkowo pragnąłem się nim cieszyć i dzielić, potem stał się schronieniem i pragnąłem zachować go dla siebie, a w końcu zacząłem uważać za niezbędny i bałem się utracić. Wystarczy liznąć luksusu, żeby wszystko inne straciło smak.
Najwyższy czas uciekać.
W Brisbane niemal nie mówiło się o niczym innym prócz słynnego procesu "wampirycznych morderczyń". Nazywanie przestępczyń wampirami bynajmniej nie wynikało z dziennikarskiej przesady. Świadkowie pod przysięgą zeznali, że trzy młode lesbijki, które czasem wieczorami raczyły się krwią toczoną ze swoich ramion, znudziły się tym poczciwym rytuałem i postanowiły działać śmielej. Uprowadziły mężczyznę i zadźgały go, wbijając mu nóż w plecy. Podcięły mu gardło i jedna z nich ssała jego krew.
- Piłam jego krew - zeznała przed sądem jedna z morderczyń. To była bardzo otyła dziewczyna, o policzkach jak u prosięcia, ostrzyżona na jeża. Skazano ją za zabójstwo.
Brisbane leży nad rzeką, jest wielkie i słoneczne, ale mimo że rozgrzane upałem tonęło w blasku słońca, wydało mi się bardzo smutne. Chociaż może to ja byłem smutny. Dziennikarze sprawiali wrażenie niezwykle agresywnych i obcesowych.
- Doprawdy spotyka pan strasznie dużo wariatów - stwierdził reporter. - Sądzę, że to cokolwiek nieprawdopodobne.
- Bardziej nieprawdopodobne niż książka, która niedawno się tu ukazała pod tytułem Australijscy myśliciele? - odciąłem się. - Bardziej nieprawdopodobne niż wasz miesięcznik "Smakosz Australijski"? Bardziej nieprawdopodobne niż wasze wampirki?
Popatrzył na mnie z takim wyrzutem, jak gdybym rzucił w niego zgniłym jajem. Rzeczywiście. Potrafią być tacy gruboskórni. Wystarczy wspomnieć jakąś śmieszną nazwę, jak choćby Wagga Wagga, i się jeżą.
Pewna dziennikarka starała się zadawać podchwytliwe pytania.
- Czym pan się różni od głównego bohatera pańskiej powieści?
- Cóż, on jest wyczynowcem seksualnym - odparłem.
- A skąd pan wie, że pan nim nie jest? - zapytała, odrzucając w tył włosy.
Nieraz pytali:
- Co żona sądzi o pana książce?
Trzymając nerwy na wodzy, wykręcałem się:
- A co to ma wspólnego z literaturą?
Od gadania bolało mnie gardło. Oczy opuchły i piekły. Dziennikarze nie ustawali w próbach zrobienia ze mnie idioty. Sadzali w studio cuchnącym zbutwiałym dywanem i transmitowali moje opinie do Hobart na Tasmanii. Posługacz w hotelu zwracał się do mnie per: "panie Thorax", czyli: "panie Tułów". Kiedy wyznałem jednemu dziennikarzowi, że nie mam zamiaru pisać książki o Australii, lecz tylko chcę odbyć wędrówkę w Woop Woop i popływać składanym kajakiem w północnym Queenslandzie, zawołał:
- Ha, jak nie zeżrą pana rekiny, to krokodyle na pewno!
Wszyscy w drwiący, szyderczy, besserwisserski sposób ostrzegali mnie przed niebezpieczeństwami czyhającymi na bezludziu - wężami i jaszczurkami, krwiożerczymi muchami, upałem i oślepiającym słońcem, cierniami i okropnymi bezdrożami. Wybrzeże malowali jako jeszcze straszniejsze ze względu na węże morskie, rekiny, osy morskie, trujące kostkomeduzy, jadowite szkaradnice i zapuszczające się w morze czteroipółmetrowe krokodyle. Ostrzegano mnie przed roślinami i dzikimi zwierzętami.
W Australii panuje powszechny strach przed dziką przyrodą. Nikt wszakże nie wspomina o pijakach, wszechobecnych i o niebo bardziej niebezpiecznych.
Nasłuchałem się historii o krokodylach w Cairns, ostatnim mieście, jakie odwiedziłem w białej Australii. W Cairns oczywiście roi się też od pijaków i właśnie oni najusilniej i najbarwniej przestrzegali mnie przed krokodylami.
- Musisz pan mieć strzelbę i walić bestii w nos - tłumaczył jeden pijaczyna. - Kula nie przebije pancernej skóry gada.
- Jak pan zobaczysz krokodyla, krzyknij pan na niego tak, żeby mu poszło w pięty - radził drugi.
- Jak się zanurzą, już pan nie żyjesz - stwierdził trzeci. - Nie są w stanie pana połknąć. Podpłyną pod pana, walną ogonem, chwycą zębami, wciągną pod wodę i utopią. Zjedzą pana, jak zaczniesz się pan rozkładać.
Im usilniej mnie przestrzegano, tym bardziej pragnąłem wyruszyć w dzicz, najpierw w rojące się od much pustkowie, zapamiętane z Vossa Patricka White'a i z filmu Walkabout Nicka Roega, a potem na skraj północnego Queenslandu, za Cooktown, na tę część wybrzeża, z której jest znacznie bliżej do Nowej Gwinei niż do Sydney i o której jeszcze nie pisano.
Według niektórych już Cairns to dzicz. To oczywiście przesada, bo chociaż miasto rzeczywiście leży na granicy dziczy, jest ładne. Rozparło się na skraju błotnistej delty i wydało mi się wręcz za duże. Wybujało, bo ma wspaniały klimat i jest głównym portem łodzi dowożących nurków - zarówno głębinowych, jak i używających rurki - na Wielką Rafę Koralową. Większość szyldów wypisuje się tu w dwóch językach, angielskim i japońskim. Nigdzie indziej w Australii nie widziałem tylu sklepów z T-shirtami i opalami.
Jeżeli chodzi o kampanię promocyjną, Cairns było moim ostatnim szańcem. Udzieliłem wywiadu siedemnastoletniej Sandrze z "Cairns Post". Dziewczyna aż się trzęsła ze zdenerwowania, oznajmiła, że nie czytała nic mojego, a w gazecie dopiero się wprawia.
- Jeszcze nigdy nie przeprowadzałam wywiadu - wyznała.
Nie wiedziała, o co pytać, więc rozmawialiśmy o jej rodzinie. Opowiadała, że kocha rodziców, uwielbia nowo narodzoną siostrzyczkę, dom w Cairns, swoją sypialnię oraz plakaty i płyty, które w niej ma.
- Nie chcę szukać pracy w Brisbane. Musiałabym się wyprowadzić - powiedziała.
Pomyślałem, że nie będę jej smucił opowieściami o moich podróżach. W Cairns wygłosiłem jeszcze natchnioną, jak sądziłem, mowę na kolejnym uroczystym lunchu. Kiedy grzmiałem o tym, że władze chińskie nieraz karzą śmiercią zwykłych złodziei, podpalaczy i reketierów, starsza kobieta siedząca w pierwszym rzędzie rozpromieniła się i zaczęła bić brawo.
Queensland słynie z konserwatyzmu i miłujących broń twardzieli. Pod względem sympatii politycznych przypomina głębokie Południe Stanów Zjednoczonych, z którym oprócz postaw politycznych łączą go również uprawy takie jak tytoń, trzcina cukrowa, bawełna, banany i mango. W Cairns, podobnie jak na amerykańskim Południu w czasach sprzed Martina Luthera Kinga, widuje się smętne grupki nieuczonych czarnych - dziwnie cichych, smutnych ludzi o pięknych, łagodnych oczach z długimi rzęsami. Nawet najgrubsi mają patykowate golenie, a wszyscy wydają się krzywonodzy. Każdy inny, snują się odziani w miejskie ubrania i w brudne, miękkie kapelusze o szerokich rondach, uwielbiane przez Australijczyków, a w Cairns nazywane "kołami od wozu z Cunnamulla".
Z daleka Aborygeni wyglądali tajemniczo, nawet groźnie, jak wszystko, co nieznane. Z bliska wydawali się stropieni, wystraszeni, a w każdym razie nieśmiali. Nosili dziwne ubrania, prawie nigdy niepasujące do ich postury, byli bowiem albo chudzi jak szczapy, albo bardzo otyli. Żaden nie pojawił się na moich wykładach. Nie uczestniczyli w moich spotkaniach z miłośnikami literatury. Nie wchodzili do księgarni, nawet tych, które sprzedawały aborygeńską literaturę. Nie przeprowadzili ze mną wywiadu, w ogóle o nic nie pytali. Widziałem ich, ale nie odwzajemniali spojrzenia. Jak gdyby nie istnieli. Niektórzy nie byli miejscowi, lecz pochodzili z wyspy Thursday w Cieśninie Torresa.
- Są właściwie jak wasi podopieczni - stwierdził pewien facet w Cairns, mając na myśli to, że gładkolicy mieszkańcy wyspy Thursday są podobni do czarnoskórych Amerykanów, a kiedy zapytałem, dlaczego tak sądzi, odparł: - Przecież dopiero co zleźli z drzewa, no nie?
Dotąd podróżowałem po białej Australii. Chciałem lepiej poznać ten kraj, zanurzyć się głębiej, już choćby po to, żeby wejrzeć w życie Aborygenów. Skoro skończyłem z promocją, przymusowym biciem piany, mogłem ruszyć, dokąd oczy poniosą.