Szczęśliwe wyspy Oceanii. Wiosłując przez Pacyfik - Paul Theroux

Kup ebooka

46.90 zł
36.11 zł (36,11 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.

www.czarne.com.pl

Sekretariat: ul. Kołłątaja 14, III p., 38-300 Gorlice

tel. +48 18 353 58 93, fax +48 18 352 04 75

[email protected], [email protected]

[email protected], [email protected]

[email protected]

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

[email protected]

Sekretarz redakcji: [email protected]

Dział promocji: ul. Marszałkowska 43/1, 00-648 Warszawa

tel./fax +48 22 621 10 48

[email protected], [email protected]

[email protected], [email protected]

[email protected]

Dział marketingu: [email protected]

Dział sprzedaży: [email protected]

[email protected], [email protected]

Audiobooki i e-booki: [email protected]

Skład: d2d.pl

ul. Sienkiewicza 9/14, 30-033 Kraków, tel. +48 12 432 08 52

[email protected]

Wołowiec 2017

Wydanie I

rozdział_pierwszy_

Nowa Zelandia: Kraj Długiej Białej Chmury

W angielszczyźnie brak słowa pożegnania na tak posępne okazje. Pewnego zimowego dnia w Londynie rozstałem się z żoną i obydwoje czuliśmy się podle, bo wyglądało na to, że to koniec naszego małżeństwa. W głowach kołatało się pytanie: "Co teraz?". Rozdzierający smutek. Nie wyobrażałem sobie życia bez niej. Próbowałem się pocieszać, mówiąc sobie: "To właściwie tak, jak gdybym wyruszał w podróż", bo przecież podróż, jeżeli nie pozbawia życia, to je przemienia, chociaż obawiałem się, że w trakcie tej podróży będę w istocie żył tylko w połowie.

Kiedy zostałem sam, z przyzwyczajenia spałem po lewej stronie łóżka i budząc się z pustką u boku, coraz boleśniej doświadczałem samotności. W końcu poczułem się tak okropnie, że uznałem, iż trzeba iść do lekarza.

- Ciśnienie krwi masz doskonałe - powiedziała pani doktor, u której stale się leczę - ale to mi się nie podoba.

Dotknęła przebarwienia na moim ramieniu. Użyła zwodniczo melodyjnej nazwy "melanoma". Na dźwięk tego miana pomyślałem o Melanezji, Czarnych Wyspach. Ostatecznie lekarka wycięła czarne znamię, założyła cztery szwy i powiedziała, że da mi znać, jeżeli ten skrawek skóry, biopsja wielkości hors­-d'?uvre, coś wykaże.

- To znaczy, jeżeli to złośliwe.

Dlaczego te okropieństwa mają takie ładne nazwy?

Licząc na to, że pokrzepią mnie swojskie widoki i odgłosy miejsca urodzenia, pojechałem do Bostonu, ale byłem zbyt przybity, żeby zostać. W domu bywa tak smutno. Pewnego dnia odebrałem widomość z Melbourne, w której pytano: "Czy miałby Pan czas i ochotę na trasę promocyjną po Nowej Zelandii i Australii?". Każdy pretekst jest dobry, pomyślałem. Ruszyłem więc dalej, wziąwszy namiot, śpiwór i składany kajak. Zmierzałem na zachód, samolotem, przez Chicago, San Francisco do Honolulu, gdzie, żeby się rozweselić, zdjąłem wielki bandaż chroniący szwy na ramieniu i zastąpiłem go żółciutkimi przylepcami z pudełka opatrzonego wizerunkiem kota Garfielda.

Leciałem dalej, coraz dalej w Pacyfik, dumając o tym, że samoloty są właściwie jak siedmiomilowe buty. Jutro mogę wylądować w Nowej Zelandii albo na Wyspie Wielkanocnej. Mimo to Pacyfik jest ogromny. Stanowi połowę otwartych wód świata, zajmuje jedną trzecią powierzchni Ziemi.

To więcej niż ocean, właściwie wszechświat, a jego mapa wygląda jak fotografia nocnego nieba. Ten ogrom wody przypomina niebiosa, odwrócenie ziemi i nieba, tak że wydaje się kosmosem, bezmierną pustką, w której niewydarzone wysepki migoczą niczym gwiazdy, archipelagi zaś są układami słonecznymi, a Polinezja to najprawdziwsza galaktyka.

- Byłem wszędzie na Pacyfiku - pochwalił się mężczyzna siedzący obok mnie. Mieszkał w Kalifornii, na imię miał Hap. - Bora­-Bora. Moora­-Moora. Tora­-Tora. Fudżi.

- Fidżi - powiedziała jego żona.

- I Haiti - dorzucił.

- Tahiti - poprawiła go znowu żona.

- O Boże - jęknął. - Johnston Island.

- Jak ona wygląda?

Ta złowroga wysepka, nad którą powiewa gwiaździsty sztandar, leży tysiąc trzysta kilometrów na zachód od Honolulu i kiedyś była poligonem doświadczalnym, gdzie dokonywano prób z bombą wodorową. Później wysepkę wykorzystywano do składowania odpadów radioaktywnych, gazów paraliżujących, a także bomb wodorowych. Stosunkowo niedawny wypadek spowodował radioaktywne skażenie części Johnston Island. Niewielu Amerykanów o tym słyszało. Antynuklearnie nastawieni Nowozelandczycy dobrze wiedzą, gdzie leży ta wysepka i dlaczego napawa ich przerażeniem.

- A kto powiedział, że wysiadłem z samolotu? - zapytał Hap.

- Należymy do Travelers' Century Club - powiedziała jego żona. - Warunkiem członkostwa jest odwiedzenie co najmniej stu krajów.

- A co znaczy "odwiedzenie"? Przejście przez lotnisko? Spędzenie nocy? Nabawienie się biegunki?

- Od razu widać, że nie jest członkiem! - wesoło zawołał Hap.

Turysta nie wie, gdzie był - pomyślałem. - Podróżnik nie wie, dokąd zmierza.

Świtało, wąski pas ochrowego brzasku, stratosferyczny wschód słońca oznajmił nowy dzień, ale już pojutrze. Właśnie w tym rejonie Pacyfiku, na sto osiemdziesiątym południku zaczynają się dni świata. Kiedy wylądowaliśmy w Auckland, miałem wrażenie, jak gdybyśmy usiedli na dalekiej gwieździe.

- Co to? - zapytał inspektor z urzędu imigracji i spraw etnicznych, wskazując na wielkie brezentowe pokrowce.

- Łódka - odparłem. - Składana.

- A co panu jest w ramię? Mam nadzieję, że to niezaraźliwe.

"Być może rak", chciałem powiedzieć, żeby przestał się uśmiechać.

- Witamy w Ne Zillen - powiedział spokojnie.

Była dziewiąta rano. O dziesiątej udzieliłem wywiadu ("Czy pana powieść opowiada o prawdziwych ludziach?"), o jedenastej drugiego ("Czy ta tak zwana powieść podobała się pana żonie?"), a w południe zapytano mnie:

- Jak się panu podoba Ne Zillen?

- Jestem tutaj od trzech godzin - odparłem.

- Och, śmiało.

Dobra, sami chcecie.

- To cudowny kraj, a właściwie archipelag, prawda? Nowozelandczycy na ogół chodzą w niewydarzonych kapeluszach. Często są brodaci, noszą podkolanówki. I swetry. Wznieśli okropnie dużo pomników upamiętniających wojnę.

Zaprowadzono mnie do sali balowej, gdzie wydano uroczysty obiad. Był to mój pierwszy posiłek od trzynastu godzin, ale żeby coś zjeść, musiałem wygłosić mowę. Tak, nie ma nic za darmo. Chcieli autobiografii, poczęstowałem ich chińską polityką.

Jeden ze słuchaczy zapytał:

- Czy pisze pan teraz nową książkę?

- Nie, ale chciałbym napisać o Pacyfiku - odpowiedziałem. - Może o migracjach. Jak to ludzie wędrują z wyspy na wyspę, zabierając ze sobą całą swoją kulturę, aż znajdą wyspę szczęśliwą, gdzie wszystko wypakowują, urządzając swoisty piknik, który będzie trwał do końca świata.

Wypowiedzenie tego na głos zabrzmiało jak obietnica, jak gdybym przyrzekał, że właśnie to zrobię. Potrzebowałem przyjaciela. Podróż stwarza idealną okazję do nawiązywania przyjaźni. Miejsce może nie było odpowiednie do dzielenia się tym spostrzeżeniem, ale Joseph Conrad w Tajnym agencie pisał: "czyż Alfred Wallace nie opowiada w swojej słynnej książce o Archipelagu Malajskim, jak to wśród mieszkańców Wysp Aru odkrył w pewnym starym, nagim dzikusie o skórze czarnej jak sadza osobliwe podobieństwo do kochanego przyjaciela w kraju?"[1].

Wyspy Aru leżą na południowy zachód od Nowej Gwinei, a wielki przyrodnik Wallace wyprawił się na nie w celu łowienia okazów rajskiego ptaka. I właśnie tam, jak pisał, jego uwagę zwrócił "zabawny staruszek, rozczulająco podobny do jednego z moich przyjaciół w kraju".

Nic w tym zaskakującego. Rzecz naprawdę dziwna polega na tym, że to jedyne tego rodzaju zdarzenie opisane w całej książce. Mnie takie spotkania przytrafiają się ustawicznie. W Afryce, Indiach, Ameryce Południowej, Chinach i Tybecie stale natrafiałem na tubylców, na których widok rozdziawiałem gębę, bo tak przypominali mi kolegów z Roberts Junior High School, Medford High School i z Korpusu Pokoju. Od czasu do czasu spotykam nawet osoby podobne do moich bliskich.

Nagle zapragnąłem odwiedzić niesamowicie zielone i skąpane w słońcu wyspy Oceanii, gdzie nie dotarła nowoczesność, życie toczy się leniwie i gdzie można przysiąść pod drzewem na brzegu niebieskozielonej laguny, która zaprasza do wiosłowania. Duszę miałem zbolałą, serce rozdarte, czułem się samotny. Nie chciałem widzieć następnego wielkiego miasta. Pragnąłem oczyszczenia przez wodę i dzicz. Maorysi, którzy jakiś tysiąc lat temu przybyli do Nowej Zelandii z Tahiti przez Wyspy Cooka, nazywają Pacyfik Moana­-Nui­-o­-Kiva, czyli Wielkim Morzem Błękitnego Nieba. Przypomniałem sobie rojenia z ubiegłej nocy, rojenia o Pacyfiku jako wszechświecie i o wyspach niczym gwiazdy w bezkresnej przestrzeni.

Auckland jest największym na świecie miejskim skupiskiem Polinezyjczyków. Równo połowa ludności miasta to smagli wyspiarze, a patrząc na nich, człowiek gotów pomyśleć, że wszyscy pochodzą z Krainy Grubasów. Wielu należy do gangów ulicznych o nazwach takich jak Mongrel Mob [Kundle], Black Power Gang [Czarna Siła], Tongan Crypt Gang [Tongijska Banda Krypty], United Island Gang [Banda Zjednoczonej Wyspy] i Sons of Samoa [Synowie Samoa]. A gdzie kobiety? Te, które widziałem, okazywały się brzuchatymi mężczyznami, czasem tak otyłymi, że chodząc, kolebały się na boki niczym pingwiny albo kaczki. Poszarzeli w chłodnym klimacie Nowej Zelandii. W nalanych twarzach oczy zrobiły się jak szparki, spojrzenia świdrujące. Nie wyobrażałem ich sobie wiosłujących w łodzi. Mniej więcej co dziesiąty był ­Maorysem, potomkiem ludzi, którzy przed dziesięcioma wiekami przypłynęli tu z Tahiti przez Wyspy Cooka i nazwali te ziemie Aotearoa, czyli Krajem Długiej Białej Chmury.

Powiadano, że na ogół są łagodni jak baranki, ale że wielu to prawdziwi zbóje. Każdy miał o nich swoją opinię. Powiadano, żebym tylko zobaczył uda niektórych. Żebym tylko zobaczył tatuaże. Powiadano, że Maorysi nie lubią pracować. W rzeczywistości nie są nawet Maorysami czystej krwi. To mieszańcy, półkrwi, nawet ćwierćkrwi, no i utrapieńcy, wichrzyciele. Tongijczyk to przeważnie zacny chłop, ale Samoańczyk staje się postrachem, kiedy idzie w tango. Na widok podpitego Samoańczyka najlepiej się odwrócić i zmykać. Fidżyjczycy? Spójrzmy prawdzie w oczy, to ludożercy, po prostu, a Hindusi są strasznie pracowici, tyrają jak woły. Mahometanie to inna sprawa. Przykro stwierdzić, ale to napaleni sodomici. A kobiety wyspiarzy to nimfomanki, skoro już o tym mowa. Chciałyby od rana do wieczora. Rotoruanie, Niuańczycy, mieszkańcy Wysp Cooka - o, przedziwna zbieranina, bez dwóch zdań. Niektórzy świetnie sobie radzą, jeżdżą szybkimi samochodami, mają ziemię i porządne domy. Ale pojedź pan na jedną z ich cholernych wysepek i spróbuj kupić kawałek ziemi, a zobaczysz pan, co się stanie. Roześmieją się panu w twarz.

Powiadano, że wyspiarze są religijni, że są hazardzistami i pijakami, że są oddani rodzinie, że żebrzą o zasiłki, że walczą między sobą, że są uchodźcami ekonomicznymi, że są łajdakami. W nocy odholują człowiekowi samochód, by zjawić się rano z żądaniem forsy za przyprowadzenie go z powrotem. Zajmują się wymuszeniami, ściągają haracz za ochronę, dopuszczają się rozbojów, wszczynają zamieszki na tle rasowym - i wszystko to w pastoralnej republice, gdzie na sławetnych łąkach puszcza bąki siedemdziesiąt milionów owiec.

Kiedy wszakże przybyłem do Nowej Zelandii, na pierwszych stronach gazet pisano nie o wojnach gangów wyspiarzy, lecz o premierze Davidzie Lange'u, który właśnie rzucił żonę dla asystentki piszącej mu przemówienia, panny Margaret Pope. "Matka potępia Lange'a", głosiły nagłówki. "Matka premiera oświadcza, że żałuje, iż go urodziła..." Żona pana Lange'a, ­Naomi, wypłakiwała się w radiu i w telewizji, żądała poszanowania swych praw, groziła. Doprawdy przeszedł mnie zimny dreszcz, kiedy zapowiedziała, że wkrótce ogłosi tomik poezji.

Środki przekazu trąbiły o separacji i rozwodzie, świat drżał w posadach. Postrzygacze owiec wszczęli strajk. Żądali czterdziestu sześciu nowozelandzkich dolarów za każde ostrzyżone sto owiec.

Taszcząc ze sobą składany kajak, pojechałem do Wellington, gdzie facet, który przeprowadzał ze mną wywiad telewizyjny, chełpił się, że starsza pani Lange właśnie w jego programie powiedziała, że żałuje dnia, w którym urodziła syna, że małżeństwo to rzecz święta i że wyrzeka się łajdaka, który uciekł z ladacznicą. Czy mam coś do powiedzenia o tej sprawie?

Nie, odparłem, jestem tylko przejazdem.

Inny facet, którego spotkałem, stwierdził:

- No tak, cały ten Lange. W końcu ma domieszkę krwi maoryskiej.

Wprawdzie to fałsz, ale doskonale wyjaśnia, że Lange rzucił żonę.

W hotelu czytałem Życie seksualne dzikich. Kiedy chciałem zamówić posiłek do pokoju, facet z kuchni warknął:

- A złożył pan wczoraj zamówienie?

Zdziwiony rzekłem, że nie, po co?

- Obsługę do pokoju trzeba zamawiać dzień wcześniej - oznajmił.

Cóż to za sprowadzające do parteru miasto, pomyślałem. W Wellington pełno parterowych domów, za nimi nic, tylko parterowe domy i chatynki, a żaden z tych budynków nie wyrasta nad otaczające je drzewa, wobec czego z dystansu człowiek widzi same dachy, na ogół kryte brunatnoczerwoną blachą. Poza tym nagie wzgórza i wiatr tak mocny, że zdaje się obdarzony kształtem i masą. Ten wiatr szoruje ulice, chłoszcze grafitowe morze w porcie.

Czytałem Malinowskiego. Próbowałem wyobrażać sobie Wyspy Trobrianda. Zauważyłem, że w większości sklepów w Wellington sprzedawano wyposażenie kempingowe, więc dokupiłem trochę sprzętu. Siedząc w pokoju hotelowym, patrzyłem na składany kajak i czułem się podle. Martwiłem się nawet Davidem Lange'em. Może i ja skończę jako rozwodnik chory na raka. Używałem teraz opatrunków z pudełeczka z wizerunkiem Betty Boop. Pewnej nocy, nie mając nic lepszego do roboty, doprowadziłem do porządku ramię, a mianowicie odwinąwszy opatrunek, wyskubałem szwy za pomocą jednorazowego zestawu do usuwania nici chirurgicznych.

Według Malinowskiego u Trobriandczyków "formalności rozwodowe są równie proste jak i przy zawieraniu małżeństwa. Żona opuszcza dom męża, zabiera swój dobytek i przenosi się do chaty matki lub najbliższej krewnej w linii matki. Tam zamieszkuje, czekając na dalszy rozwój wypadków, a tymczasem korzysta z pełni swobody seksualnej"[2].

Nazajutrz pojechałem do Christchurch na Wyspie Południowej. Miasto sprawiało wrażenie wymuskanego i wymarłego, niczym południowe przedmieścia Londynu, które wyszydzałem w niedzielne poranki, gdy przejeżdżałem przez nie z dziećmi po drodze do Brighton, myśląc w duchu: oto angielska martwota w pełnej krasie, niewypowiedziana nuda, która wzbudza desperacką chęć ucieczki. Życie jest gdzie indziej, myślałem w Christchurch, ale bawiąc w tym czyśćcu, czułem się dziwnie i wracały wspomnienia. Gapiłem się na te straszliwe parterowe domki, na zakurzone żywopłoty, ukradkiem uchylane zasłony, aż w końcu wieczorem w Merivale za szybą California Fried Chicken Family Restaurant przy Papanui Road zobaczyłem czteroosobową rodzinę: ojca, matkę i dwóch synów, którzy w gorejącym świetle lamp ze smakiem pałaszowali kolację, żartowali, śmiali się głośno i na widok owej pełni rodzinnego szczęścia zalałem się łzami.

Nadal prawie każdy, kogo spotykałem, pytał:

- Jak się panu podoba Ne Zillen?

- Jest cudowna - odpowiadałem.

Wzruszali ramionami i zaprzeczali. Nowozelandczycy, dumni jak diabli z antynuklearnej polityki Davida Lange'a, wydali mi się ludźmi, których nie sposób skomplementować. Z iście kalwińską pokorą odrzucali wszelkie pochwały, a czynili to tak konsekwentnie, że zacząłem podejrzewać, iż tylko się droczą, wystawiając na próbę pomysłowość pochlebcy.

Kiedy pochwali się zadbane miasta, skrzywią się i powiedzą, że w gruncie rzeczy są bezładne. Kiedy powinszuje się im wysokich i ośnieżonych gór, odrzekną, że wasze są wyższe i bardziej śnieżne.

- Nowozelandczycy to zaiste fanatycy sportu dla zdrowia - rzekłem z podziwem, rozmawiając z pewnym facetem.

- To mit - stwierdził stanowczo. - Stan zdrowotny naszego narodu jest zatrważający. Straszne z nas grubasy.

Kiedy zachwycałem się dobrobytem, od razu ripostowali, że to pozory, a w rzeczywistości kraj ginie. Kiedy podziwiałem wielokulturowość Wyspy Północnej, mówili:

- Uuu, ale jakie mamy napięcia etniczne. Siedzimy na beczce prochu, tylko patrzeć, jak to wszystko piernicznie.

- Ale mówią, że u was jest o wiele lepiej niż w Australii.

- Jak cholera, tylko nie wiem, z której strony.

Nie dzieliłem się wszystkimi spostrzeżeniami. Zauważyłem, że na ogół noszą stare i niedopasowane ubrania, ale porządne buty. Używają siatek na zakupy. Zaopatrują się w sklepach o nazwach takich jak Skład Bławatny Clarka czy Skład Żelaz­ny Edwina Mouldeya. Kultura przywodząca na myśl angielskie miasteczka nadmorskie z lat pięćdziesiątych XX wieku, istne ­Bexhill­-on­-the­-Pacific, kultura życia pod dachem, zacisza domowego z osobliwie kolorowymi talerzami na gzymsie kominka (pamiątka z Cheddar Gorge), przysadzistymi fotelami i elektrycznym kominkiem wstawionym w dawne palenisko. Starsi nudni i przyzwoici, młodzi tyleż gorliwie, ile daremnie goniący za modą, a studenci - Kiwi aż po czubek żółtego dzioba - buntowniczo niechlujni i nieobyci. Tam i sam widzi się Maorysa, najczęściej za kasą sklepową. Właściciele chcą mieć takiego kasjera zapewne po to, żeby budził respekt samą posturą, ale ci w istocie zwaliści ludzie w ogóle nie wyglądają groźnie, bo rozpływają się w uśmiechach. Spośród mieszkańców Nowej Zelandii właśnie oni sprawiali na mnie wrażenie ludzi, którzy są naprawdę u siebie.

Pojechałem do Dunedin, miasta zimnego, ascetycznego i w gruncie rzeczy nędznego, gdzie na uniwersytecie zbudowanym w stylu będącym żałosną imitacją gotyku spotkałem się ze studentami.

- Są bardzo nieśmiali - uprzedzono mnie.

Czyżby? Wydali mi się głupi, zadufani w sobie i brudni. Poczułem się, jakbym zbłądził na kraj świata, a kiedy spojrzałem na mapę, okazało się, że to prawda. Znajdowałem się ledwie dwadzieścia stopni na północ od koła podbiegunowego południowego, a kiedy opuścimy południowy cypel Nowej Zelandii, następnym stworzeniem chodzącym w postawie wyprostowanej, które zobaczymy, będzie najpewniej pingwin cesarski.

Znowu w Christchurch, siedziałem w pokoju hotelowym gapiąc się na swoje stopy. Włączyłem nowozelandzką wersję This Is Your Life [Oto twoje życie], odcinek poświęcony maoryskiemu piosenkarzowi w średnim wieku, a kiedy bohater po prostu się rozpłakał na widok rodziny wchodzącej do studio, tak mnie to przygnębiło, że prawie wysuszyłem minibarek. Hotel wybudowano w stylu imitującym architekturę Tudorów, miał więc fałszywe belkowania i wielodzielne okna. Pocieszał mnie tylko widok bagażu, łodzi, którą ze sobą taszczyłem, chociaż jeszcze jej nie użyłem.

Jaki jest ten Pacyfik? Na pożyczonym rowerze pojechałem jakieś osiem kilometrów nad Sumner Bay, gdzie niczym foki wylegiwali się surferzy, a zimne i czarniawe grzywacze okazały się za wielkie, abym mógł je pokonać moją łódką. Wiedziałem, że za wzgórzem jest inny port, a mianowicie Lyttelton. Ruszyłem stromą i krętą drogą i po godzinie dotarłem nad inną zatoczkę z wysokimi falami przyboju, ale nie było to Lyttelton, lecz Taylor's Mistake.

W 1863 roku kapitan Taylor po opłynięciu świata sądził, że ma przed sobą Lyttelton, i nadział się na skałę, tracąc okręt. Ja też się pomyliłem. Wjechałem z powrotem na Port Hills i przez inne wzgórza dotarłem do Lyttelton Harbour, uroczego miasteczka z bezpiecznym portem, chińskimi sklepami i ładnymi domami. Stamtąd do Christchurch wiodła krótsza trasa, ale przez tunel pod wzgórzami, do którego nie wolno było wjeżdżać rowerem. Ociągając się z wyjazdem, krążyłem po miasteczku i minąłem zakrwawioną podpaskę, którą ktoś wyrzucił na ulicę. Ujrzawszy to obrzydlistwo, przysiągłem w duchu, że nigdy więcej tu nie wrócę.

Pedałując z mozołem, a chwilami pchając rower, wróciłem do Christchurch przez wzgórza, do cna zmordowany siedemdziesięciokilometrową jazdą i sfrustrowany, że nie znalazłem nieodległego od miasta miejsca nad Pacyfikiem, gdzie mógłbym powiosłować.

Zadzwoniłem do żony i pożaliłem się, jak to nic mi się nie układa. Obydwoje płakaliśmy. Jęknęła, że czuje się nieszczęśliwa. Powiedziałem to samo.

- Ale to dobrze, że się rozstaliśmy - dodała.

Na koniec żałośnie mnie poprosiła, żebym więcej nie ­dzwonił.

Powiedziała, że kiedy tak niespodzianie do niej dzwonię, dręczę ją i czuje się jak więzień, którego donkiszotowski strażnik poczęstował filiżanką herbaty. Ja wszakże byłem w stanie myśleć wyłącznie o sobie, jak samotnie, ze łzami w oczach pedałuję pod wiatr na rozklekotanym rowerze, wspinając się na strome wzgórza opodal Christchurch.

No i prawdopodobnie miałem raka. W obtłuczonym hotelu w stylu Tudorów spojrzałem znad Życia seksualnego dzikich i zauważyłem, że lokatorzy z sąsiedniego pokoju się wynieśli, zostawili otwarte drzwi i że w tych samych fotelach siedzą i śmieją się inni ludzie, którzy tamtych zastąpili. Właśnie takie jest życie! Przypływ przychodzi i odchodzi. Ludzie umierają, a ich miejsce zajmują inni, którzy nawet nie wiedzą, jak tamci się nazywali. Siadają w naszych fotelach, śpią w naszych łóżkach. A my przepadliśmy gdzieś na Pacyfiku - i już o nas nie pamiętają. "Ciekaw jestem, skąd to się wzięło", mówi człowiek, który pisze przy naszym pięknym biurku.

Nazajutrz, w niedzielę, kiedy nadal czułem się zbolały, a w dodatku ogłupiony słoneczną pustką, obojętnością i niewyobrażalną wprost nudą samotnego przesiadywania przed grzejnikiem wentylatorowym w Merivale, wśród wytworów przywiezionej skądinąd kultury, reprodukowanej w domach zwanych, dajmy na to, Oakleigh na przedmieściach zwanych, dajmy na to, Ponsonby, domach starych, ciasnych, zapuszczonych, niewygodnych i podłych - przy czym najbardziej przygnębiający aspekt sytuacji polegał na tym, że sami Nowozelandczycy najwyraźniej nie zdawali sobie sprawy z własnej lichoty - z wolna ogarnęło mnie poczucie nieszczęścia, jakie każe lokatorom nędznych pokoików hotelowych sprawdzić, czy zakrętka tubki pasty do zębów jest na swoim miejscu, czy krany są zakręcone, zanim popełnią samobójstwo, starając się nie zostawić po sobie za dużego bałaganu.

Zabierzcie mnie stąd! - krzyczałem w duchu. Pomyślałem, że pozostaje wyruszyć w dzicz.

rozdział_drugi_

Nowa Zelandia: przez lasy deszczowe Wyspy Południowej

Póki istnieje dzicz, póty jest nadzieja. Ruszyłem z Christchurch na południowy zachód, do Queenstown na skraju wodnego świata Fiordlandu. Nawet dzisiaj to kraina prawdziwie dzika, jedna z ostatnich na świecie. Tysiąc lat temu, przed przybyciem pierwszych ludzi, musiał to być zaiste świat sprzed Upadku.

Nie było tam drapieżników prócz jastrzębi, sokołów i orłów - żadnych innych mięsożerców. Nie było roślinożernych ssaków, żadnych w ogóle ssaków lądowych oprócz dwóch gatunków małych nietoperzy. Wszystko rosło, rozkwitało, a pogodę kształtowały ryczące czterdziestki, przynoszące w ten zakątek Nowej Zelandii rokrocznie siedem i pół tysiąca milimetrów deszczu. Nadal jest to jeden z najwilgotniejszych obszarów świata.

Ów świat był tak bezpieczny, że ptaki traciły zmysł zagrożenia i pozbawione wrogów przestawały latać - jak choćby nielotna gęś nowozelandzka czy już wymarły fiordlandzki pingwin grzebieniasty. Inne, zadowolone z siebie niczym zepsute i przekarmione dzieci, jakie widziałem w Auckland, ogromniały - jak choćby gigantyczny chruściel, mający metr wysokości, albo długoszyi suto opierzony moa, sięgający przeszło trzech metrów daleki krewny emu, strusia i Wielkiego Ptaka.

W tym dawnym raju rosła obfitość drzew, a półmetrowa warstwa mchów stanowiła doskonały rozsadnik. Większe zwierzęta żywiły się korzonkami i owadami, a nie jedne drugimi. Zieleń krzewiła się bujnie, nie będąc koszona ani przeżuwana. Fiordland, kraina stworzona przez lądolody, była zaiste Królestwem Pokoju.

Prawdopodobnie w X wieku z Wysp Cooka w tropikalnej Polinezji przybyli Maorysi, przywożąc ze sobą psy (kuri) i szczury (kiore), którymi się żywili. Wyprawiali się z północy do Fiord­landu. Uwielbiali piękne pióra i żeby je zdobyć, a także dla mięsa, wytępili wiele gatunków ptaków. Psy i szczury Maorysów polowały na nielotne ptaki. Pierwszy raz od epoki lodowcowej została zachwiana równowaga środowiska Fiordlandu. Przybycie drapieżników można uważać za ekologiczny odpowiednik grzechu pierworodnego.

Odtąd Fiordland już zawsze penetrowali łowcy skarbów, Maorysi poszukujący piór i nefrytu, pakehes (biali) poszukujący złota, ale tego rodzaju ludzie nie zostawali na zawsze. W Fiord­landzie nie było stałego osadnictwa, tylko obozowiska, przystanki, czasowe osady łowców fok i wielorybników na brzegu morza. Ludzie przyjeżdżali i odjeżdżali. Fiordland wciąż był niezamieszkany - trwał jako prawdziwie pierwotny las.

Ale ci przelotni goście zostawiali po sobie zwierzęta. Sprowadzali rozmaite gatunki już to w celach sportowych, już to żeby się nimi żywić, już to wierząc, że jeden gatunek zmniejszy pogłowie innego. Działo się tak na całym Pacyfiku. Dzisiaj dzikie kozy zżerają Tahiti, dzikie konie przeżuwają Markizy, dzikie świnie niszczą Wyspy Salomona, a na Hawajach panoszą się przywiezione przez misjonarzy przebiegłe mangusty, które wyjadają jaja. Króliki i dzikie psy wyrządzają takie szkody w Australii, że w Nowej Południowej Walii wzniesiono zaporę weterynaryjną, która jest dłuższa od Wielkiego Muru Chińskiego.

Obce zwierzęta nieodmiennie zakłócały równowagę Fiord­landu. Kiedy rozmnożyły się dzikie króliki, sprowadzono gronostaje i łasice, żeby ograniczyć pogłowie królików, ale drapieżniki zamiast zajęczaków zjadały ptaki i ptasie jaja, a plaga królików rosła w najlepsze. Każde nierodzime stworzenie powodowało takie niepożądane skutki. Wszyscy Nowozelandczycy, z którymi rozmawiałem, nie cierpieli obcych zwierząt jeszcze bardziej niż wyspiarzy, chociaż z tego samego powodu - a mianowicie z racji nieprzyzwoitej płodności, jurności i obrzydliwej zachłanności, pożerania wszystkiego wokół.

Największym zagrożeniem dla roślinności jest jeleń szlachetny. Jelenie szybko się rozmnażają i są wszędobylskie. W niedostępnych wąwozach wysoko w górach z helikopterów obserwowano stada jeleni liczące trzysta, czterysta sztuk. Szczur wędrowny, który dotarł do Nowej Zelandii na statkach, rozmnożył się okrutnie i zmniejszył pogłowie rodzimych ptaków. W Fiordlandzie żyje również jeleń kanadyjski i jest to jedyne stado tego zwierzęcia na półkuli południowej.

- Są utrapieniem - powiedział mi Terry Pellet, okręgowy inspektor ochrony przyrody w Fiordlandzie. - Mamy zastraszająco dużo egzotycznych gatunków, które lawinowo się mnożą i niszczą tutejszą florę i faunę. Oposy, kozice, zające.

Pellet stwierdził też, że Niemcy są okropni, jeżeli chodzi o opłaty kempingowe.

Dialektyka tego, co rodzime, i tego, co obce, to już wieczny problem na Pacyfiku. W Nowej Zelandii wszystko, co obce, czy to zwierzęta, czy rośliny, jest podejrzane. W Fiordlandzie można strzelać swobodnie do jeleni szlachetnych, podobnie jak do jeleni kanadyjskich. Obce drzewa uważa się za obrzydliwe chwasty, tak samo daglezje, brzozy, jak świerki, a żadne z roślin nie są bardziej znienawidzone niż zaborcze kolcolisty i żarnowce, posadzone przez sentymentalnych i trawionych tęsknotą Szkotów.

Prawie wszyscy miejscowi, z którymi rozmawiałem, wzdychali, że pragnęliby odzyskać swoje wzgórza i sprawić, żeby znowu były nagie i jasne, wolne od obcych roślin i zwierząt, i pragnęliby doprowadzić do odrodzenia się nielotnych ptaków żywiących się roślinami i owadami oraz ocalić długie doliny porośnięte rodzimymi iglakami i bukanami. Zdarzały się przyjemne niespodzianki. Na przykład już pół wieku temu uważano, że wymarł pewien ufny i prostolinijny nielot, a mianowicie krępy i obdarzony masywnym dziobem takahe, na którego polowali Maorysi. Otóż w 1948 roku odkryto stadko tych ptaków w zapadłym zakątku Fiordlandu. Takahe objęto ochroną, ale jego przyszłość jest niepewna.

Wiele gatunków fiordlandzkich ptaków nadal przejawia tak pogodne usposobienie, taką ciekawość i ufność, jak gdyby dalej żyły w raju. Za wędrowcem przemierzającym lasy deszczowe niechybnie podążą skalinek białoczelny, wachlarzówka, skalinek wielkogłowy i maleńki barglik, najmniejszy ptaszek Nowej Zelandii. Te ptaki wydają się absolutnie wolne od strachu, trzepoczą i śmigają wokół wędrowca, zjadając wypłoszone przezeń owady. Kea, górska papuga, jest tak ufna i wścibska, że aż się narzuca, skrzecząc "ki, ki", jak gdyby się przedstawiała, i dobiera się do plecaka wędrowca.

W cudownym Fiordlandzie, daleko od posępnego ascetyzmu Christchurch i jego przedmieść, ptaki niczego się nie bały, a wszelka woda nadawała się do picia. Miłośnik ptaków nie potrzebuje lornetki, a wędrowiec nie potrzebuje manierki.

Poweselałem i postanowiłem ruszyć na tydzień w góry i lasy deszczowe. Łódka może poczekać.

Najsłynniejszym szlakiem turystycznym w Fiordlandzie jest Milford, który wszakże padł już ofiarą sukcesu marketingowego, tak że hasło "najwspanialsza piesza wędrówka na świecie" jest pustym sloganem reklamowym. To szlak wydeptany, obwarowany mnóstwem przepisów i w rezultacie banalny.

Wolałem inną trasę, to znaczy szlak Routeburn, tym bardziej że w odróżnieniu od Milford, który wiedzie w zasadzie dnem dolin i ma tylko jedno ostre podejście, Routeburn biegnie powyżej granicy zarośli, okala szczyty i ofiaruje rozległe panoramy całego północno­-wschodniego zakątka Fiordlandu. Z ­Routeburn zamierzałem przejść na szlak doliny Greenstone, dzięki czemu wyprawa potrwa tydzień, a co ważniejsze - wejdę do Fiordlandu i wyjdę z niego tak, jak to ludzie czynili od wieków, czyli pieszo.

Kiedy wczesnym rankiem wyruszamy w góry, wiedząc, że w plecaku mamy wszystko, czego nam trzeba, odczuwamy elementarne, ale cudowne podniecenie. Uczucie to wypływa ze świadomości, że oto zostawiamy za sobą wszelkie rzeczy zbędne i wkraczamy w świat przyrodzonego piękna, któregośmy jeszcze nie splugawili, gdzie pieniądz nie ma żadnej wartości, a dobytek jest tylko balastem. Najbardziej wolny jest ten, kto posiada najmniej. Thoreau ma rację.

Opuściło mnie nawet uporczywe przygnębienie. Troski pierzchły, wróciła chęć do życia, i to odczuwalna w wymiarze fizycznym. Czułem się silniejszy i w ogóle nie ciążył mi nieodzowny bagaż. Od samego początku, kiedy w wieku dziewięciu czy dziesięciu lat zacząłem uprawiać piesze wycieczki, biwakowanie kojarzę z wolnością osobistą. Związana z tym rozkosz pogłębiała się z upływem lat, w miarę jak coraz lepszy i bardziej praktyczny stawał się ekwipunek. W czasach mojej wczesnej młodości sprzęt turystyczny właściwie nie różnił się od demo­bilu. Wszystko było z brezentu, wytworzone na potrzeby wojska, II wojny światowej, wojny koreańskiej. Wszystko szare, zatęchłe i bardzo ciężkie. Ledwo dźwigałem mały namiot. Śpiwór był wypełniony bawełną i kapokiem i ważył siedem kilo. Dzisiaj sprzęt jest lekki, kolorowy i właściwie szykowny.

A i wędrowcy nie są już podstarzałymi harcerzami. Na wycieczkę szlakiem Routeburn wyruszyłem w towarzystwie skrzypka, robotnika przemysłowego, początkującego aktora, foto­grafa, autora książek o kulinariach, studentki i gburowatego człowieczka mówiącego ze wschodnioeuropejskim akcentem. Sądzę, że nasza grupa była jak najbardziej reprezentatywna. Niektórzy odpadli po drodze. Fotograf został na jednym z biwaków, żeby porobić więcej zdjęć, facet, który co rusz przerywał rozmówcy, mówiąc: "A to dopiero! Co pan pofie! Chypa pan zartuje!" - na szczęście wrócił do domu, a gdyśmy doszli do końca Routeburn, tylko trzech z nas ruszyło dalej przez Greenstone. Isidore, skrzypek, przeklinał wodę, błoto i przepraszał, że jest tak kiepskim piechurem, ale miał inne zalety. Był koncertmistrzem Nowozelandzkiej Orkiestry Symfonicznej i regularnie ogrywał mnie w scrabble podczas długich nocy w biwakowych chatach na szlaku.

Wyruszyliśmy błotnistą ścieżką na północnym krańcu jeziora Wakatipu w obliczu łani i majestatycznych rogaczy.

- Doprawdy nie potrafię uznać tych zwierząt za szkodniki - powiedziałem. - Robactwo jest ostatnią rzeczą, która się kojarzy z tymi monarchami górskich wąwozów.

- Robactwo! - szyderczo syknął Isidore. Na modłę mieszkańców północnego Michigan mówił właściwie przez zaciśnięte zęby. Nieborak wkrótce odstał od grupy.

Dołączył przy lunchu, któryśmy zjedli na brzegu potoku, popijając wodą z niego. Kąsały tam pchły piaskowe, więc nie zabawiliśmy długo. Przemierzywszy płaski odcinek Routeburn, gdzie szliśmy pośród targanych wiatrem brunatnych kęp wysokich traw, stromym podejściem dotarliśmy do ścieżki, która pomiędzy starymi pokręconymi bukanami zaprowadziła nas do wodospadów Routeburn. To piętrowe katarakty w czarnej skale, z których na co najmniej sześć tarasów usłanych wielkimi głazami kaskadą spada woda.

Z tej wysokości widać wyraźnie, jak lądolód wyrzeźbił Fiordland, tworząc charakterystyczne doliny w kształcie litery U, których nagie ściany wydają się wyższe niż w rzeczywistości. Nacisk i tarcie spływających lodów wygładziły ściany dolin, ale pokrywa lodowa osiągała tutaj półtora kilometra grubości, więc szczyty gór, których nie zakrył lód, są ostre i poszarpane.

Tę noc spędziliśmy w domku kempingowym. Jak się przekonałem, domek kempingowy na szlaku Routeburn jest podszytą wiatrem chatką wzniesioną nad planszą do scrabble. Owej nocy, gdyśmy rozmawiali w chacie przy kataraktach, w dach zaczął bębnić deszcz.

- Jak Maorysi wytrzymywali taki ziąb? - dziwił się Isidore, masując kark swoimi wrażliwymi palcami skrzypka.

Wyjaśnienie, które podał James Hayward, początkujący aktor, było może niezbyt przekonujące, ale jak zawsze pamiętne.

- Maorysi się ogrzewali, łapiąc kea - oznajmił, mając na myśli górskie papugi. - Patroszyli ptaki, po czym mocowali je do nóg w charakterze kapci.

- A to dopiero! Chypa pan zartuje!

James tylko się uśmiechnął.

- Wciskasz kit, Jim - powiedział ktoś. - Na tych szlakach znajdowano maoryskie sandały.

- Na tych szlakach widuje się mnóstwo ciekawych rzeczy - odparł Jim. - W swoim czasie spotkałem na Routeburn faceta w meloniku, w garniturze w prążki, z elegancko zwiniętym parasolem, a cały ekwipunek biwakowy miał w aktówce.

Jim musiał podnieść głos, bo wiatr i deszcz przybierały na sile. Wiało i padało całą noc, najpierw rzęsisty deszcz, potem deszcz ze śniegiem. Zawierucha czyniła wielki hałas, napierając wściekle na ścianę chaty i chłoszcząc okna.

Zagrałem w scrabble z Pam, studentką. Oznajmiła, że ogrywa większość znajomych.

- Ze mną nie wygrasz - powiedziałem. - Jestem specem od słów.

Była rosłą, silną dziewczyną. Miała najcięższy plecak w naszej grupie.

- Jeżeli ze mną wygrasz, jutro przeniosę twój tobół przez przełęcz Harris.

Bez trudu mnie ograła, ale rano byłem pewny, że nie będę musiał dźwigać jej plecaka. Nadal lało. Widoczność bardzo marna. Pomiędzy wirami i ścianami deszczu ze śniegiem dostrzeg­łem, że zawierucha okryła grubą warstwą śniegu górę Momus i inne okoliczne szczyty. Z gór runęły kaskady mlecznobiałej wody, gnając spienione po licach urwistych skał.

- Idealna pogoda na przechadzkę - powiedział James.

Wąską ścieżką przy chacie płynął potok i nie przeszedłszy nawet dziesięciu metrów, przemoczyłem nogi. W nawałnicy deszczu ze śniegiem szliśmy w górę, podziwiając katarakty, z których spadało dwakroć więcej wody niż poprzedniego dnia. Po godzinie dotarliśmy nad jezioro lodowcowe umoszczone w niecce skalnej. Tak samo jak w Szkocji jezioro nazywają tutaj tarn. (Burn w znaczeniu "potok" to również szkocki pomysł). Jeszcze przez pewien czas nawałnica siekła jezioro, ale widomie słabła i wkrótce ustała. Po kwadransie wyszło słońce i majestatycznie się rozjarzyło. Nie widziałem jeszcze tak jaskrawego blasku słońca.

- Światło jest tutaj o siedemdziesiąt pięć procent silniejsze niż gdziekolwiek indziej, gdzie robiłem zdjęcia - stwierdził Ian, będący fotografem.

Najwyraźniej efekt cieplarniany da się ocenić za pomocą światłomierza.

W oślepiającym blasku słońca Pam pomogła mi założyć swój dwudziestopięciokilogramowy plecak i ruszyliśmy w górę. Przeszedłszy kilka kilometrów, dotarliśmy nad zielononiebieskie, okolone skałami jezioro Harris. Pośród karłowatych zarośli i targanych wiatrem jeżyc Aciphylla colensoi, które nazywają tutaj spaniard (hiszpan), nadal się wspinaliśmy. Uginając się pod ciężarem plecaka Pam, gramoliłem się ku przełęczy Harris (1300 metrów n.p.m.), która stanowi swego rodzaju tryumfalną bramę do Fiordlandu. Za nią otwiera się głęboka Hollyford Valley, która wije się do morza, a w dali na jej ścianie malują się piękne góry Darran. Z ich załomów pod szczytami nadal spływają lodowce, z których grani zwieszały się wtedy czapy śniegu.

Długą wspinaczkę na przełęcz Harris wynagradza roztaczająca się stamtąd w kierunku zachodnim panorama urwistych gór o wysokości ponad tysiąca sześciuset metrów, szczytów Christina, Sabre, Gifford, Te Wera, Madeline. Nigdy przedtem nie widziałem równie zwartych gór, bezkresnego przestworu ośnieżonych szczytów niczym arktyczne morze.

Nie licząc szumu wiatru w oniemiałych zaroślach, panowała cisza. Na tej wysokości, pośród majestatycznych gór poczułem, że wszystko, co liche i banalne, zostawiłem daleko za sobą i wszedłem do świata wolnego od małostkowości. W świecie tym w duszy człowieka wzbiera owo wzniosłe poczucie spełnienia, które wzbudza w istocie pokrewna pięknym górom gotycka katedra, ale tylko prawdziwa, nie zaś tego rodzaju dziewiętnastowieczna imitacja, jakich pełno w Nowej Zelandii.

Wędrując grzbietem przełęczy Harris, wspominałem niedawno opuszczony Londyn i skandale, o których się tam mówiło, a więc namiętny romans pewnej redaktor literackiej z jednym z jej młodych asystentów, a także zakrapiane przyjęcia wydawane przez słynną wdowę, zmorę pokroju Anne Hathaway, na których w oparach dymu tytoniowego kłębił się tłum pijaków, chełpiących się potem, że zostali zaproszeni. Widziałem pisarzy rozmawiających o programach telewizyjnych, pieczeniarzy i balowiczów z petem przylepionym do ust, którzy łapczywie chwytali kieliszki z kelnerskich tac, wrzeszczeli jeden do drugiego, plotkowali o redaktorce i jej młodym kochanku, po czym kompletnie pijani szli do domu.

Z perspektywy usianego dzikimi kwiatami i świeżym śniegiem górskiego szlaku ci dalecy ludzie wydawali mi się maleńcy i żałośni w swojej potrzebie pokazywania się.

- Gówno! - wrzasnąłem na wietrze, aż Isidore spojrzał na mnie z przestrachem, ale zaraz się uspokoił, spostrzegłszy, że się uśmiecham.

Najwyraźniej musiałem aż tak daleko pojechać, żeby to zrozumieć, i poczułem, że nie chcę nigdy wracać.

Wędrowanie po nowozelandzkich górach pobudzało pamięć. Chłonąłem niesamowity pejzaż, który mnie poruszał do głębi. Powiadają, że podróż to ucieczka od siebie, ale według mnie jest raczej powrotem. Nic nie wzmaga skupienia ani nie ożywia pamięci bardziej niż obcy pejzaż lub obca kultura. Wbrew opinii romantyków nie sposób się zatracić w egzotyce. Zamiast tego egzotyka wzbudzi w nas dojmującą tęsknotę, skłoni do rozpamiętywania wcześniejszych etapów życia, ofiaruje zrozumienie wielkiego błędu. Ale sama egzotyka oczywiście nie zniknie. Obcowanie z nią jest przeżyciem głębokim, a niekiedy elektryzującym właśnie dzięki kontrastowi między teraźniejszością a przeszłością - choćby dzięki oglądaniu Londynu z perspektywy przełęczy Harris.

Wysforowawszy się na czoło, ruszyłem długim trawersem po wysokiej grani doliny Hollyford, w trzygodzinny marsz bez osłony, wystawiony na wiatr, ale i piękno pasm górskich, lasów, śniegu i przebłysków Morza Tasmana w sinej dali. Znajdowałem się przeszło dziewięćset metrów nad rzeką Hollyford na dnie doliny. Szedłem ścieżką kamienistą i niebezpieczną, ale obrzeżoną górskimi roślinami, stokrotkami, śnieguliczkami, goryczką białą.

Trawers ten siłą rzeczy pokonuje się bardzo wolno, a góruje nad nim majestatyczny Ocean Peak. Nie było bardzo późno, ale te góry są tak strome, że słońce chowa się za nie wczesnym popołudniem, i natychmiast robi się bardzo zimno. Wiał południowy wiatr znad Antarktyki. Kiedy zaczęło się ściemniać, doszedłem na skraj urwiska, a w dole otwierała się inna dolina z zielonym jeziorem. Byłem tak wysoko, że zejście opadającą zygzakiem ścieżką zajęło mi godzinę.

Niżej w dolinie wszedłem pomiędzy stare drzewa i ostatnie pół godziny przed zapadnięciem ciemności przypominało spacer po zaczarowanym lesie. Drzewa były dosłownie tak stare jak góry, groteskowo pokręcone, bardzo wilgotne i wydzielały ostrą woń. Las rosnący samorzutnie od tysięcy lat, którego nikt nigdy nie kalał ani nie kształtował, jest widmowym światem nawarstwionego życia, światem wsobnym, ścieśnionym, światem pni, korzeni, gałęzi wymieszanych z głazami i mchem, gdzie wszystko, co się wzniesie nad ziemię, osnuwają wiechcie porostu zwanego "brodą starca".

Mrok i wilgoć sprawiały, że mech porastał wokół całe pnie, bo słońce właściwie nigdy ich nie dosięgało. Mech zmiękczył drzewa, zamieniając je w ogromne, znużone, niewydarzone potwory o wielkich gąbczastych ramionach. Z powodu wilgoci wszystko zdawało się wyściełane i opakowane, gałęzie miały barwę czarnozieloną, spód lasu tonął w paprociach, a każdy głaz okrywała aksamitna tapicerka mchu. Tam i sam pośród paproci i korzeni chichotał strumyk. Podążały za mną ciekawskie skalinki.

Wszystko cudownie żywe, miejscami lśniące od podziemnej wilgoci. Słowem, las z bajki, niepokalany i uroczy świat chochlików i duszków, który jest dziecięcą wersją raju - disnejowską polaną, gdzie ptaki jedzą z naszej ręki i człowiek wie, że nie spotka go nic złego.

Wrócił smak życia i wróciła nadzieja. Być może wcale nie mam raka.

Noc była zimna, a w istocie mroźna. Obudziłem się w chacie nad jeziorem Mackenzie pośród oszronionych krzaków, zmrożonych traw i pobielonych paproci. Wszystko spowite w delikatne koronki szronu, z daleka niczym szum wielkiego miasta dobiegał stłumiony łoskot wodospadu.

Kea bez ustanku skrzeczały mi nad głową, kiedy wędrowałem na czoło jeziora Mackenzie, bo właśnie tak dla samej rozkoszy obcowania z przyrodą postanowiłem spędzić tamten dzień. Kazarki rajskie protestowały przeciwko naruszaniu ich terytorium, wznosząc larum, w którym kwakanie samic mieszało się z trąbieniem samców. Maszerowałem w górę doliny, przeważnie skacząc z kamienia na kamień wzdłuż koryta wyschniętego potoku. Było stromo, kamienie miały od metra do półtora, więc szedłem wolno. Pod osłoną głazu wielkości garażu zjadłem lunch. Wiatr przybrał na sile, naganiając coraz większe chmury, które w końcu zasnuły niebo. Pociemniało i zrobiło się zimno.

Podjąłem wędrówkę, a im wyżej wchodziłem, tym głębiej czułem się wolny, doświadczając takiego samego poczucia wyzwolenia, jakie przeżyłem na przełęczy Harris na myśl o bzdurności życia w Londynie. Gdy osiągnąłem najwyższy punkt czoła doliny, rozległą półkę skalną tuż pod przełęczą Fraser, poduchy chmur pękły i zaczął sypać śnieg. Znajdowałem się w swego rodzaju kamieniołomie usianym głazami wielkości parterowych domów w Wellington. Wiał porywisty wiatr. Nie miałem czasu do stracenia. Największym zagrożeniem w tych górach nie jest upadek czy złamanie, lecz wychłodzenie. Schodziłem szybko, skacząc z kamienia na kamień, żeby pobudzić krążenie i utrzymać ciepłotę ciała. Pod koniec tego dnia, który początkowo przeznaczyliśmy na odpoczynek, dotarłem do chaty kompletnie wyczerpany.

Typowa noc biwakowania na górskim szlaku. Przy kolacji dyskutowaliśmy o kwestii kary za morderstwo, o stosunkach rasowych, AIDS, próbach nuklearnych, efekcie cieplarnianym, gospodarce krajów Trzeciego Świata, prawie Maorysów do Nowej Zelandii i o święcie Martina Luthera Kinga.

- Nigdy nie obchodzę tego święta w mojej fabryce. U mnie ludzie pracują - warknął Czech, którego nazywałem w myślach "Czechem Bez Pokrycia", bo mi się kojarzył z Robertem Maxwellem. Wyemigrował z Pragi i został przedsiębiorcą gdzieś w Kalifornii.

- Od kiedy mieszka pan w Ameryce? - zapytałem.

- Od sześćdziesiątego ósmego.

- Zna pan historię ruchu na rzecz praw obywatelskich w Stanach?

- Znam się na swojej robocie - odparł. Rzeczywiście, właściwie nie mówił o niczym innym i chełpił się, jaki to sukces odniósł w Ameryce.

- Ale działa pan w wolnym kraju - rzekłem. - Uciekłszy z Czechosłowacji, mógł pan pojechać gdziekolwiek, ale wybrał pan Amerykę. Nie sądzi pan, że wypadałoby wiedzieć choć trochę o jej historii?

- Jeżeli o mnie chodzi, Martin Luther King nie ma zna­czenia.

- To opinia ignoranta - stwierdziłem.

- Kto zagra ze mną w scrabble? - zapytał Isidore.

Ciasno było w tej chacie, gotowałem się ze złości. Wyszedłem, żeby ochłonąć. Z gęstej mgły dobiegło mnie pohukiwanie sowicy ciemnolicej: "Mor­-pork, mor­-pork!".

Nazajutrz obudziłem się wcześnie i szybko opuściłem chatę, żebym nie musiał rozmawiać z Czechem. Był zapalonym piechurem i miał hopla na punkcie sprzętu, bardzo drogiego i kolorowego.

Kiedy wyruszałem, popadywało, a na wiszącej nad ścieżką gałęzi drzewa spostrzegłem maoryskiego gołębia. To ptaki niepodobne do żadnych innych gołębi na świecie, takie tłuste, krągłe jak piłka. Człowiek się zastanawia, jak toto w ogóle utrzymuje się w powietrzu, i rzeczywiście - w locie rozpaczliwie tłuką skrzydłami. Dawniej Maorysi wędrujący tym szlakiem łowili te ptaki, nazywane przez nich kereru, i je zjadali. Potrzebowali pożywienia w trakcie poszukiwania świętego zielonego kamienia, nefrytu, z którego robili noże i siekiery, a także ładne ozdoby. Wykopywali ten rzadki kamień w różnych miejscach na szlaku Routeburn. Przemierzając trasę od jeziora Mackenzie do jeziora Howden, słyszałem też szmaragdowca zwyczajnego. Ten niezwykły i potrafiący naśladować rozmaite głosy ptak, zanim zacznie swą piosnkę, wydaje z siebie tryle przypominające dźwięk dzwonów rurowych. Jego głos zachwycał Maorysów. Kiedy rodził się im syn, piekli szmaragdowca jako rytualną ofiarę, która miała zapewnić dziecku elokwencję i piękny głos.

Poranny deszczyk przeszedł w rzęsistą mżawkę, która zamieniła ostatnie dwa kilometry szlaku Routeburn w błotnisty potok. Przeszedłem pod wodospadem Earland, gdzie woda spada na skalny szlak z wysokości przeszło stu metrów. Utonąłem w tumanie mgły i szumu, tak że przeprawa pod tym wodospadem przypominała chrzest. Dalej las ofiarował pewną osłonę przed deszczem, ale i tak do chaty nad jeziorem Howden dotarłem kompletnie przemoczony. To normalne w Fiordlandzie. Deszcz nie sprzyja fotografowaniu, więc większość zdjęć tej krainy ukazuje zalaną słońcem dzicz. Ale w rzeczywistości słoneczne chwile są rzadkie. Na przykład w rejonie jeziora Howden w ciągu roku pada przez dwieście dni i suma opadów wynosi siedem i pół metra.

Po południu nadal padało, ale i tak cieszyłem się na myśl o następnych trzech dniach wędrówki przez dolinę Green­stone nad jezioro Wakatipu. Właśnie tego rodzaju deszcz sprawia, że miłośnicy tej krainy zaczynają swoje tłumaczenia od "gdyby tylko".

- Gdyby tylko nie ta mgła, widzieliby państwo cudowne...

Cudowne góry, jeziora, lasy, skały, wodospady, granie, przełęcze i wąwozy. Wszystko to zasłonił rzęsisty deszcz. Ale mnie wystarczały czarowne lasy i ich omszałe groty. To słynna dolina, która powstała, gdy lodowiec pękł na skraju doliny Hollyford i spłynął prawie pięćdziesiąt kilometrów na południe do jeziora Wakatipu. Również tędy wędrowali maoryscy poszukiwacze nefrytu, który wydobywali choćby u szczytu jeziora. Występowanie tego minerału w pobliżu jezior i rzek utwierdzało Maorysów w wierze, że nefryt to skamieniałe ryby. Przypisywali mu wielką wartość duchową i materialną i się nim zachwycali, ponieważ tak trudno go było zdobyć.

Isidore mozolił się dalej, nucąc Brahmsa. Czech przepadł i nigdy więcej go nie widzieliśmy. Dołączyło do nas dwóch Nowozelandczyków, zakochana para, doskonali piechurzy, którzy bez ustanku podstawiali sobie nogi, popychali się, obrzucali grudkami błota, opryskiwali wodą z lodowatych strumieni, w czasie lunchu tarzali się w trawach - niczym odprawiające gody kiwi. Oprócz nich spotkaliśmy starszego prawnika z żoną, którzy przyjechali z Oregonu.

Spostrzegłszy koedukacyjną sypialnię w chacie przy szlaku, ten starszy mężczyzna zawołał:

- O, świetnie, bierzemy ją. Jest biseksualna!

Osobliwie to nazwał, ale wiedzieliśmy, o co mu chodzi.

Szlak Greenstone wiedzie doliną rzeki, nie sypał śnieg ani śnieg z deszczem. Po śniadaniu wyruszaliśmy razem, ale że każdy szedł swoim tempem, na ogół wędrowaliśmy osobno, spotykając się na popasach, na których zajadaliśmy ­scroggin (jak nazywają tam mieszankę orzechów i rodzynków), po czym ruszaliśmy dalej przez las, żeby znowu spotkać się przy lunchu, który w Greenstone zawsze ma charakter pikniku na brzegu rzeki toczącej wodę nadającą się do picia, a w końcu zmordowani docieraliśmy o zmroku do chaty. Kiedy rzeka się rozlała na kilometr lub nawet dwa, stała się głośniejsza i bardziej spieniona, a namoknięty szarogłaz, po którym płynęła, nadawał jej barwę zieloną.

Kaskady wody spadały z gór nad szlakiem, ale z tak wysoka, że wiatr rozwiewał je niczym weselne welony, zamieniając w muślinowe mgły, które znikały, zanim opadły na dno doliny. Podążały za nami ptaki, obserwowały nas jelenie, jastrzębie i sokoły. Pogoda była zbyt zmienna, a wiejące głównie z zachodu wiatry zbyt silne, żeby choć jeden dzień miał jednolicie deszczowy albo słoneczny charakter. Chmury zawsze gnały po niebie, a na tym etapie naszej wędrówki rozrywały się o szczyty gór Livingstone na skraju Fiordlandu, albowiem opuściliśmy już teren parku narodowego i przez las Wakatipu zmierzaliśmy nad jezioro.

Panujące na większych wysokościach bukany srebrne ustąpiły miejsca gęstszym i wyższym bukanom czerwonym i rosnącym na skraju lasu osobliwym młodym drzewom pseudopanaks o długich zwisających liściach niczym szczerbate miecze. Pokonywaliśmy wały dawno spadłych kamiennych lawin, przemierzyliśmy las zbielałych kikutów drzew strawionych niedawnym pożarem, przeprawiliśmy się przez głęboki wąwóz, a potem przez skalny pagór (zwany roche moutonnée), zbyt oporny, żeby lodowiec był w stanie go ruszyć, wędrowaliśmy przez chłodne omszałe lasy, brodziliśmy po kolana w lodowatych potokach - gdzie zakochana para ze śmiechem i krzykiem opryskiwała się wodą - i bez przerwy towarzyszyły nam ptaki.

Przy ostatnim wiszącym moście, który trząsł się niczym kładka inkaska, już u ujścia rzeki Greenstone, gdzie niczym amfiteatr górskich zboczy otwiera się dolina Caples, przeważały drzewa obce, europejskie, niczym gigantyczne kolby kukurydzy stały topole w złotej szacie jesieni, ciemnozielone daglezje i okryte zadziwiająco czerwonymi liśćmi buki zwyczajne - drzewa, które Nowozelandczycy uważają za chwasty i które najchętniej wyrwaliby z korzeniami.

Żałowałem, że doszliśmy oto do końca szlaku, gdyż obcowanie z dziką przyrodą działa oczyszczająco. Zanurzenie się w świecie trwającym w stanie, w którym wyłonił się po spłynięciu lodów, w świecie niepokalanym i nieujarzmionym, gdzie jedynym naszym śladem jest ścieżka tak wąska, że idąc nią, człowiek szoruje łokciami o paprocie i konary drzew, ogromnie podnosi na duchu.

Wędrowanie po tych dzikich szlakach ożywia wyobraźnię, a bezkresne pejzaże niezawodnie przywracają należyte rozumienie naszego miejsca w porządku stworzenia. Im mniejszy się człowiek czuje w obliczu przyrody, umniejszony przez góry i bezbronny wobec żywiołów, tym większy odczuwa szacunek do świata i - jeżeli tylko nie jest tępym chamem - tym mniej jest skłonny mu szkodzić. Na Pacyfiku największe szkody wyrządzają intruzi, którzy zwożą odpady radioaktywne na Johnston Island, którzy wydrążyli gigantyczną kopalnię miedzi w Pangunie na Bougainville w północnej części archipelagu Wysp Salomona, którzy rozciągają kilometry pławnic, aby chwytać i zabijać wszystkie żywe stworzenia, i którzy przeprowadzają próby nuklearne na atolu Mururoa w archipelagu Tuamotu.

A przecież to też jest Polinezja - ten las deszczowy i Alpy Południowe. Maorysi nazywają swoje góry Te Tapu Nui, czyli Górami Wielkiej Świętości.

rozdział_trzeci_

Bicie piany w białej Australii

Australia, ogromna wyspa na Pacyfiku, trzon Meganezji, jest słabo rozwiniętym krajem, którego pustka czasem zdumiewa, a czasem przeraża mieszkańców. Australijczycy mówią głośno, pokrzykują, jak gdyby stale musieli dodawać sobie ducha.

- Dobry! Jak tam pieprzone zdrówko! Trzym się!

Podobnie jak na wszystkich innych wyspach Oceanii lwia część ludności mieszka na brzegach i plażach, wobec czego skraj wyspy jest zabudowany, a reszta to rojąca się od owadów dzicz wyjących wiatrów i czerwonej pustyni.

Ale muchy panoszą się wszędzie.

- Australijczycy mają niestety zwyczaj mówienia przez zęby - zauważył przed pół wiekiem pewien sędzia z Sydney - jak gdyby pochodzili z kraju pełnego much i bali się otwierać usta, żeby owady nie wpadły im do gęby.

Ludzie nie zwracają uwagi na muchy, odwracają się od pustyni, objawiając wrodzoną obojętność wobec tego rodzaju niedogodności.

- Dawaj, bawmy się! - warczą przez zaciśnięte zęby.

- Kto by się tym przejmował? - pytają.

Australijczycy mówią nieco głośniej niż inni być może dlatego, że są tak oddaleni od reszty świata. Gdyby mówili ciszej, któż by ich słyszał?

Australijski kodeks grzeczności to ledwie broszurka, natomiast księga obcesowości jest potężnym tomem. Kumpelska bezceremonialność wzbudza sympatię, więc na antypodach zdobywa się przyjaciół, waląc prosto z mostu, byle odpowiednim tonem. Australijski angielski, wielka chluba Australii i najważniejsza forma sztuki w tym kraju, to język poufałości.

- Fajno! Jak leci, chłopie, może być? Jak twoje pryszcze na tyłku?

Zrozumienie idei kumplostwa jest kluczem do sukcesu w Australii, a źródłem wzajemnej sympatii między kumplami jest kpina.

Australijczycy słyną z zamiłowania do szyderstwa i samokrytyki. Nikt nie szydzi z Australii bardziej niż sami Australijczycy.

- Żyjemy na zadku świata - oznajmił w telewizji pewien Australijczyk.

Pochodził z Melbourne, przez niektórych Australijczyków przechrzczonego na Smellbourne. Wypowiadał się z okazji dwóchsetlecia kraju, rocznicy niesławnego przybycia pierwszych skazańców do Zatoki Botanicznej.

- Spójrzmy na mapę - ciągnął człowiek z Melbourne. - Czyż nasz kraj nie przypomina zadka? Proszę - wskazówką obwiódł kontury - dwa obwisłe półdupki!

Przywiozłem moją składaną łódkę na wybrzeże Australii Zachodniej, stanu wielkości Meksyku, krainy, którą ów facet z telewizji uważał za lewy półdupek zadka świata. Wylądowałem w Perth, gdzie wieje bodaj jak nigdzie indziej.

- Jesteśmy na skraju świata - oznajmiła mieszkanka pobliskiego portu Fremantle. - A wie pan, jaki inny pisarz był tutaj? - zapytała. - D. H. Lawrence. Przez dwa tygodnie.

"Australia jest poza wszystkim", stwierdza D. H. Lawrence w Kangaroo [Kangur], powieści, którą napisał w trakcie przelotnej wizyty w Australii w 1922 roku. Napisanie tej książki zajęło mu mniej czasu niż mnie jej lektura, albowiem to dzieło ciężko­strawne. Lawrence zaczął je pisać, rozczłonkowując i mitologizując Australię już w dziesięć dni po przyjeździe, a ukończył w niespełna miesiąc później. Tak oto w pięć tygodni stworzył czterystustronicową powieść. Styl kuleje, ale co tam! Tempo zaiste godne podziwu. Miejscami, opisując spienione fale albo meduzę, Lawrence przechodzi sam siebie.

Swoją podróż, rozpoczętą jako objazd promocyjny, w trakcie którego miałem odpowiadać - a w istocie wykręcać się od odpowiedzi - na pytania o moje dzieła, planowałem ukoronować wyprawą w dzicz. Perth było pierwszym z pięciu australijskich miast, gdzie zgodziłem się spotkać z czytelnikami i udzielać wywiadów. Wizyta od początku okazała się ogromnie absorbująca, bo Australia to kraj zachłannych czytelników i widzów, którzy są doskonale poinformowani i wyjątkowo ciekawi szerokiego świata, a także kraj niezwykle drapieżnych dziennikarzy, fanatyków pracy w niezliczonych gazetach, pismach, stacjach radiowych i telewizyjnych. W Australii środki masowego przekazu tak się rozwinęły, że nie są w stanie nasycić się wiadomościami krajowymi i poświęcają wiele miejsca wieściom ze świata i wydarzeniom kulturalnym, a każdy przybysz - pisarz, aktor, polityk, dziennikarz - od razu jest oblegany. Pismacy i reporterzy rzucają się na każdego, kto przyjeżdża zza Wielkiej Rafy Koralowej.

Wizyta w Australii okazała się ogromnie absorbująca również dlatego, że Australijczycy tak samo jak Amerykanie każdego przyjezdnego uważają za ewentualnego imigranta. Niektóre z najbardziej malowniczych wytworów ich kpiarskiej inwencji językowej odnoszą się do imigrantów. Imigrantów żydowskich nazywają refujews (co kojarzy się ze śmieciami), imigrantów włoskich nazywają dingbats (głupkami), eyetoes (italiańcami), spiggoties (co kojarzy się z nieznajomością angielskiego) lub spagies (makaroniarzami). Nowozelandczycy to pig islanders (mieszkańcy wyspy świń), Anglicy zaś to poms, pommies (co kojarzy się z rumianymi policzkami) lub pongos (angole). Najprawdopodobniej właśnie Australijczycy ukuli słówko chink (żółtek) jako określenie Chińczyków, a w każdym razie używali go już w 1879 roku, a więc dwadzieścia dwa lata przed jego pierwszym udokumentowanym wystąpieniem w Ameryce. Chińczyków nazywają również canaries (kanarkami), dinks (mikrusami) i chow­-chows. Amerykanie to powszechnie yanks (jankesi) albo yank wogs (jankeskie brudasy), w ślad za czym i Anglików nazywają czasem pom wogs (rumianymi brudasami). Jednych i drugich odróżniają od autentycznych czarnych, których nazywają wog wogs (czarnymi brudasami). Określenia te mogą wydawać się obelżywe, ale w rzeczywistości są mylącym, bo kpiarskim wyrazem naprawdę szczerej australijskiej gościnności.

Na początek wylądowałem zatem wśród sandgropers (co oznacza obrzydliwe żyjące po ziemią pędraki z rodzaju Cylindraustralia i jest mianem, jakim reszta kraju nazywa mieszkańców Australii Zachodniej), w Perth, w nowiuteńkim, wielkim i błyskawicznie rosnącym mieście otoczonym przez pusty skrub, na wyspie wieżowców w szczerym polu, która pod względem rozmachu, optymizmu i blasku przypomina Portland. Perth wydało mi się idealnym miejscem do tego, żeby zacząć nowe życie, i rzeczywiście wielu ludzi, których tam spotkałem, najwyraźniej tak postąpiło. Przybyli z Afryki Południowej, z Europy, nawet z Ameryki.

Australia jest jedynym znanym mi bezpośrednio obcym krajem na świecie, w którym wielu Amerykanów zapuściło korzenie. Trzydzieści lat temu, kiedy kwitła polityka imigracyjna budowania "białej Australii", Amerykanie i osoby innych narodowości chętnie emigrowały do Australii właśnie dlatego, że był to kraj białych szowinistów, władze fundowały przejazd i z otwartymi ramionami witały wszystkich bladych wielkogłowych przybyszy o odstających uszach. Dzisiaj ludzie emigrują do Australii z przeciwnego powodu, bo stała się krajem bezstronnym politycznie i wolnym od uprzedzeń rasowych. Wielu Amerykanów, których poznałem w Australii, mówiło, że uważają się za Australijczyków. Przez osiemnaście lat pomieszkiwania w Wielkiej Brytanii wśród osiedlonych tam Amerykanów nie spotkałem ani jednego, który uważałby się za Brytyjczyka.

Kiedy wałęsałem się w porcie Fremantle opodal Perth, kusiło mnie, żeby wypróbować składany kajak, ale uznałem, że wiatr dmący znad Oceanu Indyjskiego jest o wiele za silny. Za strefą przyboju po grzbietach fal wielkich jak góry wspinały się i opadały osobliwie ukształtowane frachtowce do przewozu owiec. Wyglądały jak pływające dziesięciopiętrowe domy, ale były szczelnie wypełnione klatkami z tysiącami żywych owiec i brały kurs na Zatokę Perską, gdzie te zwierzęta zostaną uśmiercone według zasad halal, a więc przez podcięcie gardła, podczas gdy patrzą w stronę Mekki. W rzeczy samej większość baraniny spożywanej w krajach arabskich pochodzi z Meganezji. Australia dostarcza baraninę na pieczyste, a większość owiec hodowanych w Nowej Zelandii kończy jako surowiec na szaszłyki w Iranie i Iraku.

Moje dzieła docierały drogą morską do Australii i właśnie przywieziono dwa z nich, powieść i książkę podróżniczą. Moja wizyta w Australii była związana z ich promocją. Udzielałem więc wywiadów.

- Co pan sądzi o Chińczykach? - zapytała mnie w Perth dziennikarka jakiegoś pisma, a ja zwróciłem jej uwagę, że to wcale nie jest łatwe pytanie, ponieważ dotyczy miliarda ludzi.

- Ile czasu potrzeba na napisanie książki? - brzmiało inne pytanie, nad którym dumałem przez dłuższą chwilę, aż uznałem, że nie znam odpowiedzi.

Osoba, która mnie o to zapytała, zaraz potem zadała następujące pytanie:

- Czy szanuje pan głównego bohatera pańskiej powieści?

Nie powiem, żebym się nie zdziwił. Czy tego rodzaju pytań mam oczekiwać w Australii? Odparłem, że owszem, szanuję wszystkie postacie z moich książek, i pomyślałem: nawet ciebie, kangurze, jeżeli zostaniesz postacią.

Zdarzały się wszakże pytania, na które z łatwością potrafiłem odpowiedzieć.

- Na czym polega główna różnica między powieścią a dziennikiem podróży? - zapytał mnie podczas lunchu we Fremantle pewien facet, przystawiając mi magnetofon pod brodę.

Odniosłem wrażenie, że uprawianie dziennikarstwa w tej części Australii to bułka z masłem. Pewnego dnia we Fremantle obudzono mnie z drzemki (a śnił mi się koszmar, że choruję na raka) i pośpiesznie zawieziono do Perth do redakcji brukowca, który nosi niezapomniany tytuł "Daily Mail", a zasłynął z tego, że codziennie drukuje wielkie zdjęcie roznegliżowanego osiłka z podpisem: "Your Daily Male" [Twoje Codzienne Ciacho].

Poproszono mnie, żebym zaczekał dziesięć lub piętnaście minut, a potem zaprowadzono do sześciennego boksu, gdzie za schludnym biureczkiem siedział może osiemnastoletni chłopaczek. W tym pomieszczeniu moją uwagę od razu zwróciły wycięte ze zdjęć figurki Elvisa Presleya przyklejone do blatu biurka, do tablicy z wiadomościami, do kalendarza, a nawet do tarczy telefonu.

- Długo w Perth?

Odparłem, że nie. Dopiero co wielkim kosztem finansowym i ogromnych niewygód przyleciałem z Ameryki przez Nową Zelandię, żeby spotkać się z nim w tej klitce w wielkim biurowcu opodal Mitchell Freeway na przedmieściach Perth w Australii Zachodniej. Nie odniósł się do tego nawet słowem ani niczego nie zapisał w czystym notatniku. Wobec tego zapytałem go o Elvisa.

Uśmiechnął się, zadowolony, że okazałem ciekawość.

- Po prostu szaleję za nim - powiedział.

Omiótł spojrzeniem pożółkłe wizerunki nieszczęsnego gwiazdora amerykańskiego. Zaległo długie milczenie świadczące o tym, że miał nadzieję, iż zostanę przy tym temacie. W końcu chłopaczek spojrzał na mnie, jak gdyby przypomniał sobie, gdzie jest.

- Dobra, od czego zaczniemy? - zapytał.

Nie było to pytanie retoryczne, więc zagaiłem:

- Czytał pan coś mojego?

- Nie - odparł śmiało, jak gdyby się chwalił.

- A może widział pan film zrobiony na podstawie Wybrzeża moskitów?

- O, tak, podobał mi się - rzekł i zaczął gryzmolić w notatniku.

- Wobec tego może pan teraz przeczytać książkę! - zawołałem, ucieszony, że przełamałem lody.

- Nie, nigdy nie przeczytam tej książki. Bo film mi się naprawdę podobał. Znaczy, za bardzo mi się podobał. A co gdybym przeczytał książkę i by mi się nie spodobała?

Gapiłem się na niego zdumiony, więc pochylił się nad biurkiem, żeby podzielić się ze mną głęboką obawą.

- Wtedy i film by stracił w moich oczach - stwierdził i zabębnił palcami w notatnik. - Za duże ryzyko.

- Za duże ryzyko. Rozumiem.

Do niczego nie doszliśmy. Może po prostu nie było dokąd iść. Skierowałem rozmowę na Elvisa i pogadaliśmy o nim.

Chłopaczek odprowadził mnie do drzwi i zadał jedyne w tym tak zwanym wywiadzie pytanie dotyczące literatury.

- Skąd pan bierze bohaterów? Wymyśla ich pan?

- Czasem wymyślam - odparłem. - A czasem sami się przede mną zjawiają.

- Farciarz z pana!

Takie niezręczne spotkania sprawiały, że czułem się wyobcowany i przygnębiony. Tamtego wieczoru miałem wystąpić na uroczystej kolacji we fremantleńskim ratuszu, budowli - jak wiele innych w tym pięknie zachowanym starym porcie - dostojnej, kapiącej od złota, a wzniesionej dla uczczenia złotego jubileuszu królowej Wiktorii w 1887 roku. Kręciło mi się w głowie od bezsenności i bałem się, że wybuchnę płaczem, jeżeli ktokolwiek wspomni o mojej żonie.

- A więc przyjechał pan bez żony! - zawołał ktoś, niedługo po tym jak wszedłem do ratusza.

Umknąłem do toalety, powzdychałem, połkałem, w końcu obmyłem twarz i dołączyłem do gości siedzących przy głównym stole. W głowie tłukła mi się myśl: jestem najbardziej roztrzęsionym nieborakiem na tej sali i to właśnie ja mam wstać i przemawiać.

- W ubiegłym miesiącu gościliśmy tutaj Roalda Dahla z żoną - powiedziała kobieta siedząca po mojej lewej stronie.

Skwitowałem to milczeniem. Podano kolację. Czterysta pięćdziesiąt osób, wszyscy rozmawiają, popijają i tryskają zadowoleniem. Patrząc na nich, słysząc ich śmiechy, straciłem apetyt.

Kobieta siedząca po mojej prawej stronie powiedziała, że pracuje w księgarni i że należę do jej ulubionych pisarzy.

- Powinien pan pisać opowiadania! - zawołała.

Czy to jakiś australijski kawał?

- Napisałem trochę opowiadań - rzekłem nieśmiało.

- To czemu pan ich nie ogłasza?!

Australijczycy są znani z poufałego sarkazmu, ale mnie w mym smętnym stanie ducha stać było tylko na lakoniczną dosłowność.

- Ogłaszam.

- Mam na myśli wydanie książkowe!

- Wydałem cztery zbiory. Około osiemdziesięciu opo­wiadań.

Kobieta siedząca po mojej lewej stronie powiedziała, że mieszka w Perth od piętnastu lat.

- Jest pani chyba zadowolona - rzekłem. - Fremantle to bardzo ładne miasto, a Perth przypomina mi pewne miasto na północno­-zachodnim wybrzeżu amerykańskim. Takie czyste powietrze.

- Nie cierpię Perth - sarknęła. - Jest jak inna planeta. Ludzie są tutaj tacy dziwni. Nawet nie potrafię tego opisać. Lepiej się czuję w Afryce, wśród Afrykanów.

Po chwili usłyszałem, jak ktoś odchrząknął głośno w mikrofon, po czym entuzjastycznie mnie zapowiedział.

Nie przygotowałem przemówienia. Wygłosiłem kilka uwag ogólnych o podróżowaniu i anegdotycznie opowiadałem o Chinach, które były tematem jednej z książek, które miałem promować. Tego rodzaju przemówienia to przykre zajęcie. Człowiek czuje się jak na przesłuchaniu, jak gdyby ubiegał się o pracę. Człowiek czuje się jak pajac gadający jak nakręcony po to tylko, żeby w końcu powiedzieli:

- Och, Fred, to naprawdę przemiły facio. Kupmy jego ­książkę.

W trakcie przemówienia spostrzegłem, że przy stoliku w głębi sali podnosi się zwalisty mężczyzna. Nadal trzymał w ręku kieliszek, ale odstawił go i chwiejnym krokiem ruszył przed siebie. Mierzył dobrze ponad metr osiemdziesiąt, ciężki - gruby niczym cielę, jak pewnie sam by powiedział. Ubrany był w długi płaszcz i emanował z niego gniew, kiedy szedł ku mnie - albowiem ponad wszelką wątpliwość obrał ten kierunek. W tej wielkiej sali upłynęła dłuższa chwila, zanim ktokolwiek prócz mnie go zauważył. Patrzyłem, jak kroczy ku mnie, podczas gdy mówiłem o karze śmierci w Chinach. W końcu jakaś kobieta, znacznie mniejsza od niego, złapała go za ramię i próbowała powstrzymać. Nic z tego, bez trudu wlókł ją za sobą uczepioną ramienia, co wymownie świadczyło o jego żelaznej determinacji.

Czy ma zamiar zwymiotować? Czy zamierza wrzeszczeć? Może chce mnie trzasnąć?

Zająknąłem się i zamilkłem, kiedy wyrwał się kobiecie i zaczął mi wygrażać na oczach wszystkich gości. Dźgnął palcem w moją stronę, jął charczeć i nieprzyzwoicie gestykulować, a kobieta - pewnie płonąca ze wstydu towarzyszka - uwiesiła się jego płaszcza.

- Jesteś zwykłym palantem, koleś! - krzyknął. - Pieprzonym palantem!

Rozległy się posykiwania dezaprobaty, potępiające cmokania, ale nikt się nie poderwał, żeby wyrzucić chama. Tylko ta drobna uparta kobieta interweniowała, usiłując odciągnąć go, kiedy próbował dosięgnąć mnie grubymi paluchami.

Wtedy już nie w głowie mi było kontynuowanie przemówienia i po prostu czekałem, aż awanturnik wyrwie się, uderzy mnie i udusi na oczach towarzystwa miłośników literatury we Fremantle. Modliłem się, żeby w ową dzielną niewiastę wstąpiły nadprzyrodzone siły. Moje modły zostały wysłuchane, bo kobiecie udało się odciągnąć bestię i wyprowadzić ją za drzwi. Cham zniknął. Ale nie na długo. Po chwili - niczym trup w horrorze wyskakujący z trumny, żeby nas przerazić - facet wpadł z hałasem przez drzwi.

- Ty pieprzony palancie! - wrzasnął, po czym znowu go odciągnięto.

- Właśnie tacy ludzie nazywają Chińczyków żółtkami i wytykają im brak manier - próbowałem nieporadnie improwizować. Wymamrotałem jeszcze kilka zdań, ale wkrótce się poddałem.

Potem ludzie mówili:

- Po prostu się upił.

- Pewnie nienawidzi książek.

- Jego pani zaciągnęła go na tę kolację.

- Chyba go pan nudził. Chłopina nie zdzierżył.

- Te kangury to szczere dusze - tłumaczył mi pewien świeży imigrant. - Nie wahają się powiedzieć człowiekowi, żeby spadał, jeżeli im się nie podoba. Znaczy, spojrzą i mówią: "Spieprzaj", prosto w oczy.

- Miałem oko na tego grubasa - mówił inny z gości. - Obserwowałem go. Mogłem go udupić, słowo. Trenowałem sztuki walki.

Nie miałem śmiałości wyznać, że się bałem i byłem pewny, że ten facet mnie zaatakuje. To, że miał w czubie, niewiele zmieniało w kraju, gdzie większość facetów właściwie bez przerwy wydaje się na bani.

Kiedy zasiadłem przy specjalnie przygotowanym stoliku, żeby podpisywać książki, usłyszałem jeszcze dziwniejsze rzeczy. Nie da się przewidzieć pokrętnych i nerwowych reakcji tłoczących się czytelników.

- Myślałam, że jest pan wyższy.

- Myślałam, że jest pan młodszy.

- Kiedy zgolił pan brodę?

- W przyszłym miesiącu wybieram się z mężem do Indii, czy mógłby pan nam polecić niedrogi hotel w Dardżyling?

- Powinien pan używać edytora tekstu.

- Jest pan ulubionym pisarzem mojej matki, może przyjdzie pan na jej urodziny? We wtorek.

Rozgniewana kobieta o twarzy emu zmierzyła mnie strasznym spojrzeniem, potrząsając egzemplarzem mojej książki.

- Jeszcze pana nie czytałam - rzekła. - Lepiej żeby to było dobre.

Inna kobieta spojrzała na mnie z politowaniem i zapytała:

- Czemu nienawidzi pan Australijczyków?

Kiedy jeszcze stała długa kolejka chętnych do zebrania auto­grafu albo podzielenia się ze mną niewydarzoną refleksją, tuż za moimi plecami pojawił się mężczyzna i szeptem sączył mi do ucha:

- Jesteś pan nieźle wkurzony, co? Przyznaj pan, śmiało. Nie cierpisz pan tego robić. Nie cierpisz pan tych ludzi. Jesteś pan nie na żarty wkurzony.

Odwróciłem się do niego i powiedziałem:

- Tak zarabiam na życie, kolego.

Po wszystkim szedłem wietrznymi ulicami Fremantle i wydało mi się, że to ogromnie niepewne miejsce, kruche miasto na małej plaży chłostanej przez wielkie fale, wciśnięte pomiędzy ocean a pustynię. Biała Australia.

- Gdzie są Aborygeni - pytałem wiele osób w ciągu następnych dni.

Większość wzruszała ramionami, niektórzy wskazywali kciukiem za siebie, w stronę skrubu.

- W Woop Woop - powiedział ktoś i wyjaśnił, że tak w Australii nazywa się najgorsze zadupie.

Odtąd gdy ktoś pytał mnie, gdzie najbardziej chciałbym pojechać w Australii, odpowiadałem:

- Do Woop Woop.

Najpierw jednak musiałem odfajkować miasta. Poleciałem do Melbourne, przeszło trzy tysiące kilometrów nad australijską pustką, gdzie według Australijczyków w ogóle nie ma życia.

- Ten kawałek Collins Street nazywamy zakątkiem paryskim - usłyszałem w Melbourne. Wielu ludzi mówiło mi, że Melbourne jest bardzo europejskie, tyle w nim kościołów z rudawego piaskowca, szacowne dworce kolejowe, stacja rozrządowa, tramwaje, nawet sadza.

Ja wszakże odniosłem inne wrażenie. To miasto znacznie bardziej przestronne, znacznie młodsze, raczej w typie miast amerykańskich na Środkowym Zachodzie. Miasta europejskie zawsze mają jakieś rany i blizny. Najbardziej amerykański aspekt Melbourne polega na tym, że od razu widać, iż nigdy nie zostało zbombardowane.

Moje przygody w Perth nieco mnie stropiły, jak gdybym został ukąszony. Stałem się nieufny. Po tym wszystkim w obliczu większego zgromadzenia Australijczyków, jakiegokolwiek zbiorowiska czy tłumu, a nawet podczas wizyty w banku, w restauracji, spotkania na rogu ulicy, jazdy taksówką, w trakcie zakupów albo gdy po prostu zabijałem czas, nieodparcie ogarniało mnie uczucie - a ściślej mówiąc, lęk - że wcale nie są w stosunku do mnie uprzejmi, lecz tylko hamują się. Bez urazy. Po prostu chcą mnie trzasnąć.

Wydawało mi się, że Australijczycy tylko wyglądają na swobodnych, podczas gdy w rzeczywistości ukrywają prawdziwe uczucia i trzymają się w ryzach, bo gdyby nie ta samokontrola, zaczęliby ryczeć. Sprawiali na mnie wrażenie ludzi, którzy niedawno zostali udomowieni, którzy w gruncie rzeczy są jak nastolatki w towarzystwie dorosłych, siedzą prosto, są grzeczni i nieco sztywni, bo gdy tylko pofolgują sobie albo wypiją kufel za dużo, staną się obleśnie poufali i rozpęta się piekło. To, co uważamy za dobre maniery, bywa tylko wymuszonym, skrępowanym zachowaniem człowieka, który się hamuje. Australijczycy prezentowali na ogół owo przesadne i ­nieprzekonujące ugrzecznienie pijaka, który udaje trzeźwego.

Pewien mój znajomy wyemigrował w latach sześćdziesiątych do Monash niedaleko Melbourne, gdzie utworzono uniwersytet (zwany "Farmą", jak przystało na kraj lubujący się w swojskim żargonie).

- Australijczycy są agresywni i zawistni, ale w końcu każdego polubią - usłyszałem od niego.

W Melbourne zobaczyłem pierwszego Aborygena. Stał na skrzyżowaniu, nacisnął guzik na sygnalizatorze i czekał, aż się zapali zielone, żeby mógł przejść. Przyglądałem mu się z pewnej odległości i zastanawiałem się, czemu ten samotny człowiek wydaje mi się taki dziwny. Nie chodziło o gładką twarz, skołtunione włosy, krzywą postawę ani dziurawe buty. Dziwne było samo to, że stoi przy krawężniku. Bo nic nie jechało ulicą. Bo to był jego kraj. Bo ten nomada czekał na pozwolenie, żeby iść.

- Oni nienawidzą Absów, naprawdę ich nienawidzą - powiedział mi niedawno osiadły imigrant z północnej Anglii. - To, co wygadują, zdumiewa mnie, znaczy, ta nienawiść. Mnie tam wszystko jedno. Tylko czasem kiedy na nich patrzę, naprawdę mi ich jednak szkoda...

Ludzie rozmawiali o nich, ja ich wypatrywałem, ale wydawali się nie istnieć. Mniej rzeczywiści od cienia. Zagubieni w tłumie, a ci, którzy żyli w miastach, mieszkali w miejscach omijanych przez innych z daleka.

Kiedy pytałem: "Dużo tutaj Aborygenów?", odpowiadano: "Aż za dużo". Ale gdzie oni są?

Tymczasem to ja miałem odpowiadać na pytania.

- Tyle pan podróżuje, że żona pewnie tęskni?

Nawet nie chce o mnie słyszeć, wszystko skończone, pomyślałem.

- Tak, myślę, że tęskni - powiedziałem.

- Jak pan to robi, że jeżdżąc w tak egzotyczne miejsca, jest tak zdrowy?

Jeżeli chodzi o ścisłość, pewnie mam raka, pomyślałem.

- Nigdy nie piję podejrzanej wody - powiedziałem.

- Czy miał pan kiedyś biegunkę w tych krajach?

Bez przerwy, pomyślałem.

- Nie. Zwykle mam zatwardzenie - powiedziałem.

- Jest pan taki pogodny, a pana książki są miejscami przygnębiające.

Nie inaczej, bo czuję się wyobcowany i przygnębiony, zwłaszcza teraz, pomyślałem.

- Czy zamierza pan napisać książkę o Australii?

Tak, pomyślałem.

- A co ja wiem o Australii? - powiedziałem.

Okrzepłe i kulturalne Melbourne wyglądało szczególnie dostatnio przy złej pogodzie, kiedy zabudowania ciemniały od deszczu, a lśniące ulice zwielokrotniały zabiegane tłumy. Na łamach tutejszych gazet tak samo jak wszędzie indziej królowała surowa autoanaliza. Na użytek zagranicy Australijczycy przybierają pozę napuszonej pewności siebie i samozadowolenia, natomiast w kraju szerzy się dręcząca samokrytyka, ciągle wraca pytanie: "Co z nami nie tak?". Przybysz jest ustawicznie proszony o szczerą ocenę kraju. Jeżeli go pochwali, wyśmieją go i nazwą pedziem lub cioteczką (mają nie wiem ile określeń geja, choćby quince [niewieściuch], queen [ciota], spurge [cwel], pood [parówa], sonk [pedryl] lub Are you Arthur or Martha? [homo niewiadomo]). Wydaje mi się, że kiedy pytają obcych, co sądzą o Australii, w gruncie rzeczy chcieliby usłyszeć coś swojskiego i zabawnego, jak choćby:

- Wy, cholerne kangury, jesteście przaśni jak świńskie śniadanie, ale właśnie to mi się podoba!

W Melbourne wygłosiłem swoją gadkę w sali balowej teatru Regent przy lunchu dla pięciuset gości, którzy pałaszowali jagnięcinę z ziemniakami. Zastanawiałem się, czy gdziekolwiek w Ameryce dałoby się skrzyknąć tylu ludzi, którzy chcieliby słuchać mojego dukania. W Melbourne stawiła się pstra zbieranina moich australijskich czytelników, od wiekowych maniaków powieści i entuzjastów kolei, którzy zapraszali mnie na herbatę albo fundowaną przejażdżkę pociągiem, po podejrzanie wyglądających młodych ludzi z tatuażami i o palcach zażółconych od skrętów, którzy pochylając się, żeby podsunąć mi do podpisania wyświechtany groszowy egzemplarz mojej książki, cuchnęli trawką. Dwóch spośród tych młodych czytelników było muzykami. Wręczyli mi zaproszenie na swój wieczorny koncert:

Dan Loneway & Fellow Travellers.

Debiutancki koncert i promocja płyty.

Dan's Hashish Centre.

Najlepszy nepalski hasz i gandzia.

Środa. Friko.

- To takie krzepiące, że młodzi czytają - powiedział ktoś, podczas gdy Dan Loneway pakował książki do fantastycznie kolorowej balijskiej torby na ramię, po czym odpłynął na chmurze dymu.

- Chyba mam szerokie grono czytelników w tym kraju - rzekłem.

Kiedy przyszedł czas wyjazdu do Sydney, zaczął się strajk pilotów i odwołano wszystkie loty.

- Ten strajk to rzecz niesłychana - stwierdził pewien mężczyzna. - Ten kraj jest śmieszny. Schodzimy na psy.

- Jest pan wielkim podróżnikiem kolejowym - zauważył jeden z moich czytelników. - Z Perth do Melbourne powinien pan przyjechać pociągiem Indian­-Pacific. No i teraz też może pan jechać pociągiem do Sydney.

Miałem dwa zastrzeżenia. Po pierwsze, przysiągłem sobie, że w Oceanii nie wsiądę do pociągu. Po drugie, nie mogłem się doczekać początku prawdziwej podróży, wędrówki w Woop Woop i wiosłowania jeszcze dalej. Nadal czytałem Życie seksual­ne dzikich i dumałem o tym, żeby z Australii ruszyć do Nowej Gwinei.

Sporządzałem wszakże sumienne notatki na temat osób, które przeprowadzają ze mną wywiady, a które i ja nawzajem przepytuję. Postanowiłem kreślić portrecik każdego, kto o mnie pisał. "Theroux gustuje w raczej dziwnych strojach sportowych", napisał angielski dziennikarz, osobnik ubrany w skosmacony sweter, kraciastą koszulę i zaplamiony krawat, i odtąd wolę mieć ostatnie słowo. Zastanawiałem się, co o mnie i o mojej garderobie napiszą walący prosto z mostu Australijczycy. Niektórzy pytali, co jest w tych wielkich brezentowych torbach, które stoją w moim pokoju, a gdy odpowiadałem: "Łódka", chrząkali dwuznacznie, czym budzili moją czujność. Może ten objazd promocyjny jest tylko prologiem prawdziwej podróży?

Kiedy w końcu postanowiłem jechać pociągiem, odradzano mi ten, który wybrałem, i namawiano, żebym jechał "starym pociągiem, który ma uroczy klimat". Nie powiedziałem tego, ale uważam, że stare pociągi często są najgorsze. Nie interesuje mnie klimat, od kolei wymagam komfortu i prywatności, a kiedy wsiadłem do wybranego sleepingu, poczułem się najszczęśliwszy od chwili przyjazdu do Australii.

Pociąg prowadził tego rodzaju wagon restauracyjny, jakie już prawie zniknęły w innych krajach rozwiniętych, wagon ze stołami, krzesłami, porządnymi sztućcami i kelnerami roznoszącymi na metalowych tacach talerze z potrawami. Obiad dnia składał się z zupy pomidorowej, smażonej flądry z dwoma warzywami jako dania głównego oraz bardzo gęstego puddingu na deser. Nigdy nie dostałbym czegoś równie dobrego w samolocie. Obsługiwała mnie Lidia, niska, żwawa kobietka z ołówkiem wetkniętym we włosy, która niedawno przyjechała do Australii z Polski, ale już mówiła z akcentem australijskim i proste słówko now przerobiła na tryftong. Powiedziała, że chce zostać na zawsze.

Przy sąsiednim stoliku jakiś mężczyzna podsunął synowi torebkę cukierków i zapytał:

- Chcesz jolly boins (czyli "wesołe cyce", zamiast jelly beans, "żelki")?

Mark Twain jechał tym pociągiem w 1896 roku, gdy bawił w Australii z cyklem odczytów. Chwalił doskonałe łóżka i szydził z podłej kawy, sugerując jej uszlachetnienie za pomocą odrobiny płynu do odkażania owiec. W trakcie jazdy głównie gapił się przez okno, usiłując wypatrzeć kangura lub Aborygena. Mniej więcej w tym samym czasie trasą tą z koncertu na koncert często jeździła Nellie Melba (która gdy Clara Butt poprosiła ją o rady przed planowanym tournée po Australii, miała rzec: "Śpiewaj im najgorszą szmirę"). Również w swoją ostatnią podróż, już w trumnie, Melba wyruszyła w tym pociągu, odwrotnym kursem z Sydney do Melbourne.

To zawsze była ruchliwa linia. Przed przeniesieniem stolicy do Canberry głównym ośrodkiem administracyjnym było Melbourne i starzy urzędnicy australijscy opowiadali mi, że wiele spraw wagi państwowej załatwiano w wagonach pociągów jeżdżących tą trasą. Pewien mężczyzna opowiadał, że jeszcze kilka lat wcześniej w pociągach pracowały prostytutki, które obsługiwały klientów w wagonach sypialnych. W pociągu roiło się od panienek kręcących tyłeczkami, a ich alfonsi - zwani kikantami albo kakadu - ostrzegali dziewczyny przed zbliżającymi się konduktorami.

Tak oto głową naprzód, na płask w kolebiącej się koi, gnałem osiemset kilometrów przez Euroę, Benallę, Wangarattę, Wodongę, dalej przez mokradła Millawah, rzekę Murray do Wagga Wagga, Junee, Cootamundrę, Yass, Goulburn i Mittagong. O świcie podniosłem roletę i spojrzałem w skrub - eukaliptusy o grubej włóknistej korze, eukaliptusy gałkowe i mulgi na brzegu kamienistych żółtych wąwozów. Ziemia jałowa, zerodowana, a kiedy pociąg zwolnił, zaczęły się parterowe domy, pierwsze osiedla i przedmieścia. Przemierzyliśmy Campbelltown, gdzie na przejazdach kolejowych stały długie kolejki samochodów i oczywiście roiło się od szyldów głoszących: "Więźby dachowe", potem Liverpool, Lidcombe, Homebush i w końcu wjechaliśmy do samego Sydney.

- Mam przyjemność być pana kamerdynerem, panie Theroux.

Usłyszałem to w apartamencie prezydenckim na trzydziestym ósmym piętrze hotelu Regent, skąd w kierunku wschodnim rozciągał się zapierający dech w piersiach widok na operę, wspaniały port i Morze Tasmana za nim. Mój kamerdyner był prostym jak świeca mężczyzną mówiącym ze środkowoeuropejskim akcentem, tylko nieznacznie zmienionym przez australijski. Miał na sobie prążkowane spodnie, czarny frak, śmieszny biały gors podobny do śliniaka i białą muchę. Dostarczył mój bagaż i właśnie przyniósł dwie wielkie torby ze składaną łódką.

- Czy mogę rozpakować bagaże i poukładać pana rzeczy?

Miałem ubrania turystyczne na wyprawę w Woop Woop, szorty i podkoszulki do kajaka, śpiwór, bukłak, namiot, kuchenkę turystyczną i garnki, składane wiosło, apteczkę, kompas, pompę zęzową, środek odstraszający owady i zestaw narzędzi.

- Może zacznę od tego?

Zataszczył torby z kajakiem pod szafę i zaczął majstrować przy sznurkach.

- Nie ma potrzeby niczego wyjmować - powiedziałem.

Wyprostował się i grzecznie oświadczył:

- Jestem do pana usług. Gdyby czegokolwiek pan potrzebował, proszę dzwonić.

Na stoliku w wiaderku z lodem stała butelka Dom Péri­gnon z miłym liścikiem od dyrektora. W salonie - apartament składał się z czterech pomieszczeń - ustawiono koszyki z owocami i kwiaty. Był barek na kółkach, a w nim szkocka, bourbon, porto, wódka, sherry i gin w karafkach opatrzonych identyfikującymi zawartość srebrnymi zawieszkami. Misa ze słodyczami, druga z orzechami. Ale najbardziej ucieszyła mnie mocna luneta.

Nakierowałem lunetę na Port Jackson, naturalny port wybiegający na wschód ku Pacyfikowi. Nigdy przedtem nie widziałem równie pięknego portu, długiego i szerokiego, roziskrzonego blaskiem słońca, mającego tyle cypli i zatoczek. Obejrzałem małe białe płytki na dachu opery, a potem kierowałem obiektyw na promy i żaglowce, wieżowce na klifach wspaniałych zatok, fale rozbijające się o czarne skały cypla North Head u wyjścia z zatoki. Pode mną, na Circular Quay, przy której cumują promy, tłumy pasażerów mieszały się z gitarzystami i ­sztukmistrzami, a na ławce na brzegu Sydney Cove, bliżej Harbour Bridge, ze złączonymi kolanami siedział Aborygen. Bawiłem się myślą o napisaniu drobiazgowej opowieści o Sydney i jego mieszkańcach, którą stworzyłbym, siedząc w tym apartamencie, popijając szampana i obserwując miasto przez lunetę.

Kamerdyner wchodził i wychodził, zabierając rzeczy do prania, przynosząc mi posiłki, faksy i odgrywając na użytek dziennikarzy rolę idealnego sługi, istnego Jeevesa.

- Byłam już w tym apartamencie - powiedziała jedna z reporterek. - Robiłam wywiad z lordem Lichfieldem.

Oczywiście padały typowe pytania.

- Żona nie tęskni za panem?

- Pragnę zapytać o powieść, którą napisał pan o sobie...

Wygłosiłem następne przemówienie w trakcie następnego uroczystego lunchu w następnej sali balowej, przy innych daniach i innym głównym stole, ale mimo najlepszych chęci głęboko czułem, że wolałbym po prostu siedzieć, zajadać i słuchać kogoś innego. Przeczytałem już tyle Kangaroo Lawrence'a, że chętnie podyskutowałbym o jego przesądach na temat Australii, ale ludzie wypytywali mnie wyłącznie o pociągi.

- Jestem do pana podobny - powiedział jakiś facet, kiedy podpisywałem książki.

- Naprawdę? - zapytałem.

Był to mężczyzna średniego wzrostu, w typie latynoskim, o haczykowatym nosie, przylizanych włosach i w ciemnych okularach. Spojrzał na mnie, marszcząc brwi.

- Bardzo rzadko czytam książki - podjął - ale kiedy jakieś piętnaście lat temu zobaczyłem pana zdjęcie na obwolucie jednej z pana rzeczy, uświadomiłem sobie, że jestem do pana podobny i kupiłem tę książkę. W rezultacie przeczytałem wszystko, co pan napisał. I nadal wyglądam jak pan, czyż nie?

- Wygląda pan o wiele lepiej - rzekłem.

- Może zjadłby pan ze mną lunch?

Powiedziałem, że niestety mam inne plany, a było to tylko pierwsze z wielu zaproszeń, nieraz wypisanych na wizytówkach albo na karteczkach, które ludzie wciskali mi w rękę.

- Proszę przyjść na kolację...

- Żona i ja bylibyśmy zachwyceni, gdyby pan wpadł na kieliszek...

- Jeżeli nie wie pan, co ze sobą zrobić, proszę zadzwonić do mnie...

- Pragnęłabym pokazać panu Sydney...

- Czy udzieli mi pan wywiadu w ten weekend? To może być zabawne...

- Jest pan najzabawniejszym facetem, jakiego czytałam. Nie wolno marnować takiego talentu komicznego. Niechże pan napisze o Australii...

Byli gorliwi, spontanicznie gościnni. Ja wszakże wolałem trzymać się na uboczu. Uzupełniałem sprzęt biwakowy. Chodziłem na koncerty, obejrzałem Poławiaczy pereł w operze, popijałem szampana i obserwowałem miasto przez lunetę. "Jest pan najzabawniejszym facetem..." Od czasu do czasu rozmyślałem o swoim życiu, o raku i rozwodzie, i się rozklejałem.

Apartament był moim schronieniem. Początkowo oczywiście pławiłem się w luksusach, bo któż by nie korzystał z takiej okazji. Objadałem się owocami, czekoladkami z nadzieniem miętowym, popijałem szampana, rozpakowywałem mydło, wąchałem kwiaty, wziąłem długą kąpiel z bąbelkami, wsypawszy do wody pięknie pachnące mineralne kryształki. Ale już drugiego lub trzeciego dnia miałem dosyć. Obudziłem się wcześnie i na śniadanie zamówiłem tylko owsiankę, zieloną herbatę i grejpfruta. Dzień wypełniły mi obowiązki związane z promocją ("Jak długo pisze się książkę?"), a wróciwszy do hotelu, czytałem Malinowskiego i studiowałem mapy Trobriandów. Zaznaczyłem sobie różne rzeczy w przewodnikach po Wyspach Salomona, Tonga i Vanuatu. Jakie to dziwne, myślałem, czytać o wielkich i niebezpiecznych krokodylach różańcowych w Guadalcanal i w północnym Queenslandzie, o orgiastycznych żniwach jamsu na Kiriwinie, podczas gdy siedzę w apartamencie lorda Lichfielda i popijam szampana.

Pewnego wieczoru siedziałem przy lunecie, kiedy zadzwonił telefon.

- Łączę z Londynem - poinformowała telefonistka.

- Halo - powiedziałem, ale z drugiej strony nie odwzajemniono powitania.

- Dostałam właśnie wyniki twoich badań - rzekł swojski głos, zniekształcony przez odległość i wzruszenie. - Nie masz raka.

- Bogu niech będą dzięki.

Kontury portu i wszystkiego, co się w nim znajdowało, rozmazały się przed moim przymrużonym okiem w osobliwie ciek­łym świetle łez.

Urwał mi się guzik u koszuli, więc sam go przyszyłem, rozkoszując się tą przyziemną czynnością wśród otaczającego mnie luksusu. O ósmej przyszły pokojówki przygotować łóżko. Na stoliku nocnym postawiły karafkę koniaku, koniakówkę i butelkę wody mineralnej. Wypiłem wodę. Czytałem, aż zmorzył mnie sen. Obudziłem się wyczerpany przez sny.

Kamerdyner wraz ze śniadaniem przyniósł na srebrnej tacy liściki.

- Jeżeli nie wie pan, co ze sobą zrobić, proszę zadzwonić do mnie...

- Pragnę zaprosić pana na konną przejażdżkę. Stajnie mam niedaleko...

- Mąż błagał mnie, żebym skontaktowała się z panem...

Mnie wszakże wystarczała luneta i nie skorzystałem z żadnego z zaproszeń. Któregoś dnia wyszedłem z hotelu, minąłem basen i pięciogwiazdkową restaurację, zapłaciłem za leżak na plaży Bondi, po czym zjadłem rybę z frytkami, przyglądając się surferom wyczyniającym rozmaite niebezpieczne figury na wysokich falach, obserwowany przez leniuchujące ślicznotki opalające gołe biusty na oczach zdumionych japońskich turystów, którzy najwyraźniej nigdy przedtem nie widzieli takich cycków, i wysypawszy się tłumnie z wycieczkowego autobusu, strzelali dziewczynom fotkę za fotką, tak skupieni i przejęci, jak gdyby fotografowali szczególnie okazałe melony na wystawie rolniczej. Na plaży roiło się od osiłków i wielkich włochatych samców. Zdarzali się ludzie dotknięci czerniakiem. Plaża Bondi, chociaż w Australii do cna zbanalizowana, jest naprawdę piękna. Ci, którzy na nią chodzą, głoszą jej chwałę i jej bronią, natomiast ci, którzy jej nie odwiedzają, twierdzą, że jest niebezpieczna i brudna, że jeżeli człowieka nie utopi tam potężny prąd powrotny przyboju, to udusi smród ścieków.

Z ulgą wróciłem do luksusowego apartamentu na szczycie wieżowca i do mojego sprzętu turystycznego. Chociaż bowiem cały ten luksus napełniał mnie uczuciem odosobnienia, to z dala od niego ogarniało mnie dojmujące, zaiste graniczące z paranoją poczucie bezbronności. Nie mogłem się doczekać powrotu do tych malowideł, kanap, szampana, chłodnych owoców i mojej łodzi. Rozkoszowałem się komfortem i cichą samotnością. Wyuzdany komfort to jedna z najbardziej demoralizujących sił i łatwo się od niego uzależnić. Początkowo pragnąłem się nim cieszyć i dzielić, potem stał się schronieniem i pragnąłem zachować go dla siebie, a w końcu zacząłem uważać za niezbędny i bałem się utracić. Wystarczy liznąć luksusu, żeby wszystko inne straciło smak.

Najwyższy czas uciekać.

W Brisbane niemal nie mówiło się o niczym innym prócz słynnego procesu "wampirycznych morderczyń". Nazywanie przestępczyń wampirami bynajmniej nie wynikało z dziennikarskiej przesady. Świadkowie pod przysięgą zeznali, że trzy młode lesbijki, które czasem wieczorami raczyły się krwią toczoną ze swoich ramion, znudziły się tym poczciwym rytuałem i postanowiły działać śmielej. Uprowadziły mężczyznę i zadźgały go, wbijając mu nóż w plecy. Podcięły mu gardło i jedna z nich ssała jego krew.

- Piłam jego krew - zeznała przed sądem jedna z morderczyń. To była bardzo otyła dziewczyna, o policzkach jak u prosięcia, ostrzyżona na jeża. Skazano ją za zabójstwo.

Brisbane leży nad rzeką, jest wielkie i słoneczne, ale mimo że rozgrzane upałem tonęło w blasku słońca, wydało mi się bardzo smutne. Chociaż może to ja byłem smutny. Dziennikarze sprawiali wrażenie niezwykle agresywnych i obcesowych.

- Doprawdy spotyka pan strasznie dużo wariatów - stwierdził reporter. - Sądzę, że to cokolwiek nieprawdopodobne.

- Bardziej nieprawdopodobne niż książka, która niedawno się tu ukazała pod tytułem Australijscy myśliciele? - odciąłem się. - Bardziej nieprawdopodobne niż wasz miesięcznik "Smakosz Australijski"? Bardziej nieprawdopodobne niż wasze wampirki?

Popatrzył na mnie z takim wyrzutem, jak gdybym rzucił w niego zgniłym jajem. Rzeczywiście. Potrafią być tacy gruboskórni. Wystarczy wspomnieć jakąś śmieszną nazwę, jak choćby Wagga Wagga, i się jeżą.

Pewna dziennikarka starała się zadawać podchwytliwe pytania.

- Czym pan się różni od głównego bohatera pańskiej powieści?

- Cóż, on jest wyczynowcem seksualnym - odparłem.

- A skąd pan wie, że pan nim nie jest? - zapytała, odrzucając w tył włosy.

Nieraz pytali:

- Co żona sądzi o pana książce?

Trzymając nerwy na wodzy, wykręcałem się:

- A co to ma wspólnego z literaturą?

Od gadania bolało mnie gardło. Oczy opuchły i piekły. Dziennikarze nie ustawali w próbach zrobienia ze mnie idioty. Sadzali w studio cuchnącym zbutwiałym dywanem i transmitowali moje opinie do Hobart na Tasmanii. Posługacz w hotelu zwracał się do mnie per: "panie Thorax", czyli: "panie Tułów". Kiedy wyznałem jednemu dziennikarzowi, że nie mam zamiaru pisać książki o Australii, lecz tylko chcę odbyć wędrówkę w Woop Woop i popływać składanym kajakiem w północnym Queenslandzie, zawołał:

- Ha, jak nie zeżrą pana rekiny, to krokodyle na pewno!

Wszyscy w drwiący, szyderczy, besserwisserski sposób ostrzegali mnie przed niebezpieczeństwami czyhającymi na bezludziu - wężami i jaszczurkami, krwiożerczymi muchami, upałem i oślepiającym słońcem, cierniami i okropnymi bezdrożami. Wybrzeże malowali jako jeszcze straszniejsze ze względu na węże morskie, rekiny, osy morskie, trujące kostkomeduzy, jadowite szkaradnice i zapuszczające się w morze czteroipółmetrowe krokodyle. Ostrzegano mnie przed roślinami i dzikimi zwierzętami.

W Australii panuje powszechny strach przed dziką przyrodą. Nikt wszakże nie wspomina o pijakach, wszechobecnych i o niebo bardziej niebezpiecznych.

Nasłuchałem się historii o krokodylach w Cairns, ostatnim mieście, jakie odwiedziłem w białej Australii. W Cairns oczywiście roi się też od pijaków i właśnie oni najusilniej i najbarwniej przestrzegali mnie przed krokodylami.

- Musisz pan mieć strzelbę i walić bestii w nos - tłumaczył jeden pijaczyna. - Kula nie przebije pancernej skóry gada.

- Jak pan zobaczysz krokodyla, krzyknij pan na niego tak, żeby mu poszło w pięty - radził drugi.

- Jak się zanurzą, już pan nie żyjesz - stwierdził trzeci. - Nie są w stanie pana połknąć. Podpłyną pod pana, walną ogonem, chwycą zębami, wciągną pod wodę i utopią. Zjedzą pana, jak zaczniesz się pan rozkładać.

Im usilniej mnie przestrzegano, tym bardziej pragnąłem wyruszyć w dzicz, najpierw w rojące się od much pustkowie, zapamiętane z Vossa Patricka White'a i z filmu Walkabout Nicka Roega, a potem na skraj północnego Queenslandu, za Cooktown, na tę część wybrzeża, z której jest znacznie bliżej do Nowej Gwinei niż do Sydney i o której jeszcze nie pisano.

Według niektórych już Cairns to dzicz. To oczywiście przesada, bo chociaż miasto rzeczywiście leży na granicy dziczy, jest ładne. Rozparło się na skraju błotnistej delty i wydało mi się wręcz za duże. Wybujało, bo ma wspaniały klimat i jest głównym portem łodzi dowożących nurków - zarówno głębinowych, jak i używających rurki - na Wielką Rafę Koralową. Większość szyldów wypisuje się tu w dwóch językach, angielskim i japońskim. Nigdzie indziej w Australii nie widziałem tylu sklepów z T­-shirtami i opalami.

Jeżeli chodzi o kampanię promocyjną, Cairns było moim ostatnim szańcem. Udzieliłem wywiadu siedemnastoletniej Sandrze z "Cairns Post". Dziewczyna aż się trzęsła ze zdenerwowania, oznajmiła, że nie czytała nic mojego, a w gazecie dopiero się wprawia.

- Jeszcze nigdy nie przeprowadzałam wywiadu - wyznała.

Nie wiedziała, o co pytać, więc rozmawialiśmy o jej rodzinie. Opowiadała, że kocha rodziców, uwielbia nowo narodzoną siostrzyczkę, dom w Cairns, swoją sypialnię oraz plakaty i płyty, które w niej ma.

- Nie chcę szukać pracy w Brisbane. Musiałabym się wyprowadzić - powiedziała.

Pomyślałem, że nie będę jej smucił opowieściami o moich podróżach. W Cairns wygłosiłem jeszcze natchnioną, jak sądziłem, mowę na kolejnym uroczystym lunchu. Kiedy grzmiałem o tym, że władze chińskie nieraz karzą śmiercią zwykłych złodziei, podpalaczy i reketierów, starsza kobieta siedząca w pierwszym rzędzie rozpromieniła się i zaczęła bić brawo.

Queensland słynie z konserwatyzmu i miłujących broń twardzieli. Pod względem sympatii politycznych przypomina głębokie Południe Stanów Zjednoczonych, z którym oprócz postaw politycznych łączą go również uprawy takie jak tytoń, trzcina cukrowa, bawełna, banany i mango. W Cairns, podobnie jak na amerykańskim Południu w czasach sprzed Martina Luthera Kinga, widuje się smętne grupki nieuczonych czarnych - dziwnie cichych, smutnych ludzi o pięknych, łagodnych oczach z długimi rzęsami. Nawet najgrubsi mają patykowate golenie, a wszyscy wydają się krzywonodzy. Każdy inny, snują się odziani w miejskie ubrania i w brudne, miękkie kapelusze o szerokich rondach, uwielbiane przez Australijczyków, a w Cairns nazywane "kołami od wozu z Cunnamulla".

Z daleka Aborygeni wyglądali tajemniczo, nawet groźnie, jak wszystko, co nieznane. Z bliska wydawali się stropieni, wystraszeni, a w każdym razie nieśmiali. Nosili dziwne ubrania, prawie nigdy niepasujące do ich postury, byli bowiem albo chudzi jak szczapy, albo bardzo otyli. Żaden nie pojawił się na moich wykładach. Nie uczestniczyli w moich spotkaniach z miłośnikami literatury. Nie wchodzili do księgarni, nawet tych, które sprzedawały aborygeńską literaturę. Nie przeprowadzili ze mną wywiadu, w ogóle o nic nie pytali. Widziałem ich, ale nie odwzajemniali spojrzenia. Jak gdyby nie istnieli. Niektórzy nie byli miejscowi, lecz pochodzili z wyspy Thursday w Cieśninie Torresa.

- Są właściwie jak wasi podopieczni - stwierdził pewien facet w Cairns, mając na myśli to, że gładkolicy mieszkańcy wyspy Thursday są podobni do czarnoskórych Amerykanów, a kiedy zapytałem, dlaczego tak sądzi, odparł: - Przecież dopiero co zleźli z drzewa, no nie?

Dotąd podróżowałem po białej Australii. Chciałem lepiej poznać ten kraj, zanurzyć się głębiej, już choćby po to, żeby wejrzeć w życie Aborygenów. Skoro skończyłem z promocją, przymusowym biciem piany, mogłem ruszyć, dokąd oczy poniosą.

rozdział_czwarty_

Wędrówka w Woop Woop

Zapytajcie białego Australijczyka, czym jest wędrówka Aborygenów, a odpowie, że to kompletne wariactwo, nagłe porzucenie pracy albo nędznej chaty i marsz, gdzie oczy poniosą. Przymusowa ucieczka, napad szaleństwa, w którym człowiek goni za własnym ogonem. Ale czy to prawda?

Wróciwszy do Sydney, rozglądałem się za Aborygenami, żeby ich o to zapytać.

- Niech pan nie nazywa ich Absami - przestrzegano mnie, chociaż ani ich tak nie nazywałem, ani nie miałem zamiaru ich tak nazywać, a przestrzegali mnie ludzie, którzy prywatnie używali z dziesięciu, jeżeli nie więcej obelżywych określeń Aborygenów, choćby takich jak boong (brudas), bing (śmieć) i murky (czarnuch). Przyznam tylko, że ci bigoteryjni Australijczycy byli absolutnie bezstronni, bo per "brudas w butach" mówili o Japończykach, a per "jankeski brudas" o czarnych Amerykanach.

Poszukiwanie Aborygenów w Australii przypomina obserwowanie ptaków. Ptaki są wszędzie, ale tylko prawdziwi miłośnicy ptaków widzą je wyraźnie. Znawca ptaków ni stąd, ni zowąd pochyla się lekko, sztywnieje i szepce: "Bilbil ubogi", a my widzimy tylko trzepoczące liście. W podobnym duchu, dokładając starań, dążąc do osiągnięcia wprawy, zacząłem wypatrywać Aborygenów. Nieraz kryli się pod eukaliptusami albo w półmroku. Często trwali nieruchomo, zwykle w cieniu, choćby w parku miejskim, prawie zawsze pod drzewem. Odkryłem, że jest ich wielu.

- Tacy biedni - głosi obiegowe powiedzonko - że zlizują farbę z płotu.

Może widzieli ich wszyscy, ale nawet jeżeli tak było, Australijczycy nie dawali tego poznać po sobie. Doszedłem do wniosku, że Aborygenów widzą tylko ci, którzy ich szukają. Niczym miłośnik ptaków skrzętnie notowałem swoje obserwacje.

W 1895 roku Mark Twain spędził w Australii przeszło miesiąc i ubolewał, że przez cały ten czas nie zobaczył kangura ani Aborygena.

"Widzieliśmy ptaki, ale żadnego kangura - pisał w jednym z rozdziałów poświęconych Australii w dzienniku podróży dookoła świata, zatytułowanym Following the Equator [W stronę równika] - żadnego emu, żadnego dziobaka, żadnego wykładowcy i żadnego tubylca. Kraj w rzeczy samej wydawał się pozbawiony dzikiej zwierzyny. Ale niewłaściwie użyłem słowa "tubylec". W Australii odnosi się ono wyłącznie do urodzonych w tym kraju białych. Powinienem był rzec, że nie widzieliśmy żadnego Aborygena - ani jednego "czarnego brata". Prawdę mówiąc, do dzisiaj nie widziałem Aborygena".

Pod koniec podróży przez Australię Twain westchnął: "Przeszedłbym pięćdziesiąt kilometrów, żeby zobaczyć choćby wypchanego Aborygena".

Odnosiłem wrażenie, że ci ludzie są nieosiągalni i nie ma na to rady. W La Perouse nad Zatoką Botaniczną niedaleko lotniska w Sydney wybudowano porządne osiedle dla Aborygenów. Pewnego dżdżystego popołudnia wybrałem się tam w towarzystwie mieszkańca stolicy Nowej Południowej Walii, który mi o tym osiedlu powiedział. Widzieliśmy ze sto domów z prefabrykatów, ciągnących się wzdłuż Elaroo Avenue do Adina Avenue i dalej aż do Goolagong Place. Bardzo niewielu mieszkańców było na dworze, spostrzegliśmy grupkę Aborygenów stojących przy motocyklach, ale na nasz widok dosiedli maszyn i z rykiem odjechali, ukazując rozgniewane lub może tylko zmarszczone od wiatru oblicza.

- To dziwni ludzie - stwierdził Tony, Włoch z pochodzenia. Był prawdziwym konusem, o jakich Australijczycy mawiają, że muszą stanąć na głowie, żeby wsadzić stopę w strzemię. Powiedział, że nie nienawidzi Aborygenów, ale że mu ich szkoda i ich nie rozumie. - Niczego nie naprawiają. Jeżeli coś się im popsuje, zostawiają to popsute. Jeżeli wybiją ząb, nie przychodzi im do głowy, żeby wstawić sobie nowy.

Rzeczywiście jakiś mroczny fatalizm otaczał wielu Aborygenów, których spotkałem. Czasem wydawali się przez to smutni, a czasem - niezniszczalni.

- Tu nie ma kłopotów - mówił Tony. - Inaczej niż w Redfern, gdzie tłuką się z policją.

Aborygenów z dzielnicy Redfern piętnowano jako strasznych niechlujów.

- Brudni jak świnie - mówili biali Australijczycy, choćby przybyli przed miesiącem Turcy albo osiedleni przed rokiem Sycylijczycy, albo napuszeni autochtoni szczycący się rodowodem sięgającym pierwszych skazańców, i na podstawie obserwacji zachowania tej garstki biedaków, którzy zeszli na psy w mieście, dokonywano uogólnień na temat wszystkich Aborygenów. Aborygeni wzbudzali litość lub obrzydzenie, wyzwalali agresję lub szyderstwo. Żartowano z nich, co czyniły zwłaszcza dzieci.

- Dlaczego w Redfern kubły na śmieci są szklane?

- Żeby Absi też mieli wystawy.

- Jak się nazywa Abs z patykiem w tyłku?

- Lód czekoladowy.

- Jak się nazywa Abs w limuzynie?

- Złodziej.

Każdy miał zdanie, nikt nie miał rozwiązania.

Próbowałem skontaktować się z Patrickiem White'em, największym żyjącym pisarzem australijskim, który głośno i stanowczo bronił praw Aborygenów. W powieści Wóz ognisty stworzył niezapomniany portret Aborygena Alfa Dubbo - jego wędrówki, jego przejmujących malowideł, jego zagubienia, szoku kulturowego, picia i męczeństwa. Co znaczy "wędrówka" jako nagła wyprawa donikąd, chciałem go zapytać. Co znaczy Walkabout, klasyczny film Nicolasa Roega, będący obok powieści pana White'a jedynym źródłem, z którego przedtem czerpałem wiedzę o Australii. Nie rozumiałem znaczenia tego słowa i pragnąłem porzucić białą Australię na rzecz owego bezludzia i pustkowia, którego symbolem jest Woop Woop. Czułem, że Patrick White mi pomoże. Z należną i właściwą podeszłemu wiekowi pewnością siebie wypowiadał się niemal na każdy temat.

- Nie spotkam się z Paulem Theroux. Jestem zbyt chory, żeby spotykać się z celebrytami - odpowiedział mieszkający na przedmieściach Sydney noblista.

Zmarł dwa dni później - skoro mowa o nagłych wyprawach donikąd - i do dzieła zabrali się autorzy nekrologów. Nic tak nie uwydatnia cech narodowych jak wygrana w uprawianej na całym świecie dyscyplinie sportu albo śmierć wybitnego obywatela. Autorzy nekrologów poniewierali trupa Patricka White'a od Maggoty Gully do Cootamundra. Praktycznie nic nie świadczyło o tym, że którykolwiek z nich naprawdę przeczytał chociaż jedną książkę zmarłego. Mściwi filistrzy z narodowej gazety Ruperta Murdocha "The Australian" na pierwszej stronie zamiast zdjęcia Patricka White'a zamieścili portret jego zaciekłego wroga A. D. Hope'a, a w kilku innych gazetach White'a przedstawiano jako uprzykrzonego starego pedzia[3].

Tak, powieści raczej nie miały znaczenia, a pamiętano mu wszystkie te straszne rzeczy, które mówił o Australii. Rzeczywiście, pod tym względem był niezrównany.

"Kiedy wróciłem do tego kraju - opowiadał pan White - jednym z najbardziej swojskich odgłosów, jakie mnie przywitały, był głośny chlupot australijskich bredni".

W publicznym wystąpieniu nazwał premiera Boba Hawke'a "jednym z największych picerów w dziejach", a jego fryzurę zaliczył do stylu "na kakadu". Nie miał respektu dla brytyjskiej rodziny królewskiej, mówił o "królowej Elce" i "królewskich matołach". Szydził z dame Joan Sutherland.

Niemniej 2 października 1990 roku, kiedy laureat Nagrody Nobla jeszcze stygł w trumnie w Centennial Park, La Stupenda (jak Sutherland nazwali Włosi) tryumfowała spowita serpentynami, jakie rzuca się w trakcie karnawałowej zabawy. Zachwycona publiczność puszczała serpentyny ze wszystkich rzędów widowni opery w Sydney, tak że postawna La ­Stupenda wyglądała wkrótce niczym fregata pod pełnymi żaglami. Odbierała owację po występie w Hugenotach Meyerbeera, przeraźliwej ramocie religijnej, którą ktoś żartem nazwał The Huge Nuts (czyli "Wielkimi jajami"). Stwierdziwszy, że zawsze czuła się dumna z tego, że jest Australijką, Sutherland zaśpiewała na bis Home! Sweet Home!, po czym oznajmiła, że nigdy więcej już nie zaśpiewa. Wkrótce wróciła do swej posiadłości w Szwajcarii. To tyle, jeżeli chodzi o nagłe zniknięcia w tamtym tygodniu.

Przypominając sobie szczegóły filmu Walkabout, wykorzystałem go jako swego rodzaju przewodnik po Sydney, a także po pustkowiu, ponieważ właśnie tak rozwija się fabuła tego filmu.

Żaden z ludzi poznanych przeze mnie w Australii - a i gdziekolwiek indziej - którzy widzieli Walkabout, nie zapomniał siły tego filmu ani nie przeczył, że był nim urzeczony. Po wejściu na ekrany w 1971 roku film szybko zniknął i nigdy nie wrócił do kin. Nigdzie w świecie nie pojawił się w wersji wideo. Nigdy nie pokazano go w telewizji. Stał się przedmiotem walk wewnętrznych w Hollywood i marnieje w posępnej i pełnej żółci otchłani sporów sądowych.

Niemniej ten film żyje w pamięci kinomanów, jest donios­łym tematem rozmów zaczynanych pytaniem: "A widziałeś...?", i trwa w tradycji ustnej entuzjastów kina, ponieważ bardzo łatwo da się opowiedzieć jego fabułę. Ci, którzy widzieli Walkabout, zawsze opowiadają swoje ulubione sceny, choćby początek, w którym widzimy biały jak sól apartamentowiec z basenem na samym brzegu Port Jackson, potem obłędny piknik na pustyni, gdzie ojciec nieskutecznie usiłuje zabić dwoje dzieci, po czym popełnia samobójstwo przy płonącym volkswagenie; zrozpaczone dzieci w obliczu bezkresnej pustyni; dziewczyna (grana przez osiemnastoletnią Jenny Agutter) zdejmująca szkolny mundurek; ujęcie mrówki, która wydaje się ogromna w porównaniu z uchwyconymi w dalekim planie dziećmi; wszelkiego rodzaju inne stworzenia żyjące w dziczy, węże, jaszczurki, ptaki, chrząszcze, kangury, koala, wielbłądy; odkrycie wody pod drzewem sandałowca, po czym mordęga zamienia się w pielgrzymkę do raju, podczas gdy wszyscy pływają nago w stawach, które odkrywają w słonecznych oazach; niebezpieczna zabawa z nagimi dzikusami; zrujnowany dom i jego osobliwości; taniec owładniętego miłością Aborygena uwieńczony samobójstwem; dandysowaty wariat w wymarłym mieście wrzeszczący na dzieci: "Niczego nie dotykajcie!" - i żadnego ocalenia, uchwytnego zakończenia, tylko podszyty żalem powrót do białego apartamentowca z basenem (najwyraźniej kilka lat później).

I to właściwie wszystko, co jest w tym filmie, prócz uroku, który na mnie rzucił. W na pozór ascetyczny sposób ten film ogarnął całość Australii - prawie wszystkie typy pejzażu, niezrównane światło, pijaków i desperatów, wszelkie robactwo i wszystkie manie - od najpiękniejszego miasta w kraju po jego rude gorące serce. Dzieło sztuki, a zwłaszcza film lub powieść, przesycone umiłowaniem danego miejsca wchłania jego ­esencję i staje się sumą i wiecznym jego symbolem w wyobraźni.

Reżyser Nicolas Roeg jest niespokojnym duchem, który rozkoszuje się trudnościami i improwizacją związanymi z kręceniem filmu w terenie. Walkabout to jego zwycięstwo nad błotem, kurzem, deszczem, upałem, nieprzejezdnymi drogami i dezercjami członków ekipy.

- Kilku dostało świra w środku nocy i niszczyli sprzęt - opowiadał mi. - Nie wytrzymali odosobnienia. Jeden z najtwardszych elektryków zdezerterował. Kierownik planu sfiksował. Kucharz zwariował pewnej nocy, wymknął się i usiadł na krzesełku przy lotnisku polowym. Kręciliśmy na pustkowiu. Odleciał bez słowa. Bał się tych pustych przestworzy.

Moim zdaniem Walkabout zawiera esencję Australii, nawet owo osobliwe sztubackie poczucie humoru, które najsilniej dało o sobie znać w scenie w opuszczonym miasteczku górniczym, w kompletnej głuszy, gdzie został tylko jakiś pomyleniec, który w na wpół zrujnowanym domu, ubrany w fartuszek, prasuje spodnie.

- Nie pokazałem Ayers Rock - mówił Roeg. - Wszyscy tego oczekiwali. Pragnąłem zrobić film w australijskiej głuszy, w którym nie będzie Ayers Rock. Ale jest w nim wszystko inne.

W dodatku to pierwszy film fabularny, w którym jedną z głównych ról zagrał Aborygen. David Gulpilil nie miał przygotowania aktorskiego, a chyba nigdy przedtem nawet nie oglądał filmu. Miał jakieś siedemnaście lat i był tancerzem w rezerwacie Aborygenów gdzieś na północy, na Ziemi Arnhema.

Pragnąłem wejrzeć w aborygeńską Australię. Pójście szlakiem Walkabout, w Woop Woop - głuszę głusz - oznaczało wędrówkę w aborygeńskim sensie tego słowa, wyprawę na poszukiwanie starożytnych wizji i świętych miejsc.

Nietrudno znaleźć ogród botaniczny w Sydney, gdzie można usiąść pod tym rozłożystym drzewem, obok którego w jednej z początkowych scen chłopiec śpieszył ze szkoły ku Woolloomooloo. Trudniej wszakże zlokalizować dom chłopca, ów biały apartamentowiec z basenem na brzegu portu. Pamiętałem, że stał nad samą wodą i że w dali mignął Harbour Bridge, ale nie przypominałem sobie innych punktów orientacyjnych.

Sądząc, że ten apartamentowiec może się znajdować na końcu portu, popłynąłem promem do Manly i po drodze uważnie lustrowałem brzeg portu, najpierw południowy, a potem, w trakcie rejsu powrotnego, północny. Każdemu odwiedzającemu Sydney polecam rejs promem do Manly wkrótce po przyjeździe, bo to pozwala wyrobić sobie obraz ukształtowania terenu. Ten rejs jest dość długi i wcale niedrogi, a prowadzi przez cały port w Sydney, od Circular Quay do Manly - edwardiańskiego nadmorskiego miasteczka, pełnego palm i herbaciarni, które jest odwrócone tyłem do portu, a zwrócone ku pięknej zatoce oceanicznej z jej wspaniałymi falami.

Wymuskane wille w Manly noszą nazwy takie jak "Camelot" czy "Woodside". Miasteczko nazwano na cześć jednego z pierwszych osadników, który uważał miejscowych Aborygenów za piękne okazy człowieczeństwa. Ale dzisiaj próżno szukać tam Aborygenów. Manly w sensie municypalnym jest kwintesencją australijskiego dobrobytu, symbolizowanego przez przytulną nadmorską willę z palmą w ogrodzie okolonym ligustrowym żywopłotem.

Tu i tam na plaży Manly zdychały delikatne meduzy, małe, błękitne, trzepoczące na piasku i tak cienkie, świetliste i pięknie ukształtowane, że wydawały mi się motkami chińskiego jedwabiu. Za nimi na falach ślizgali się chłopcy, co uznałem za obrazek jak najbardziej stosowny, ponieważ pierwszych ślizgów w Australii - naturalnych, a więc bez użycia deski - około 1890 roku dokonał właśnie tutaj pewien wyspiarz z Nowych Hebrydów. (Deska pojawiła się w Australii dopiero w 1915 roku, kiedy sposób jej używania zademonstrował wielki sur­fer hawajski i olimpijczyk w pływaniu Duke Kahanamoku).

Mieszkańcy Manly dojeżdżający do pracy w centrum mają to, co najlepsze w obydwu światach, więc zrozpaczony ojciec z Walkabout zapewne nie był jednym z nich. Przemierzyłem Manly wszerz i wzdłuż i nie znalazłem białego apartamentowca. Żadnego podobnego wieżowca nie spostrzegłem też w żadnej z zatoczek portu.

- To szukanie igły w stogu siana - powiedziała kobieta siedząca na ławce przy kei wśród kołyszących się żaglówek, z którą zagaiłem rozmowę pewnego dnia, gdy wypatrywałem apartamentowca bliżej centrum miasta.

Kobieta rozwinęła tę myśl. Przez dwadzieścia lat od czasu powstania filmu Sydney niebywale rozkwitło i się wzbogaciło. Mnóstwo w nim teraz stylowych wieżowców i basenów na brzegu morza. Tamten dom mógł zostać zburzony. Rzeczywiście, pomyślałem, inny swoisty aspekt filmu przenikniętego umiłowaniem pejzażu polega na tym, że taki film ucieleśnia epokę, która jest przeszłością.

Grahame Jennings, producent filmowy z Sydney, który pracował przy Walkabout, powiedział mi, że filmowy apartamentowiec znajdował się przy Yarmouth Point za Rushcutters Bay.

Taksówkarz, który mnie wiózł, był Kambodżaninem przybyłym wprawdzie do Australii jako uchodźca polityczny już przed sześciu laty ("Pojechałbym gdziekolwiek z wyjątkiem Chin"), ale dopiero od niecałego roku prowadził. Długo się biedził, żeby zdać egzamin na prawo jazdy. Słabo znał ulice w Sydney. Przyznał, że nie bardzo się nadaje na taksówkarza. Australijscy pasażerowie nieraz go rugali.

- Wrzeszczą: "Ty cholerny matole!", ale ja się tylko uśmiecham. Mam to gdzieś. To świetny kraj.

Włóczyłem się bocznymi uliczkami w porcie i kiedy szedłem długą Yarranabee Road, nagle zobaczyłem swojski wieżowiec, ten z filmu, trochę przebudowany, a u jego stóp na samym skraju zatoki zielononiebieski basen pływacki. Pogratulowałem sobie dobrej roboty detektywistycznej, ale pomyślałem też, jakie szczęście mają wszyscy ci, którzy mieszkają na obrzeżach portu w Sydney. Dzięki niebywale poszarpanej linii brzegowej to jeden z najwspanialszych terenów mieszkalnych na świecie.

Taksówkarz, który zabrał mnie z Rushcutters Bay, był emigrantem ekonomicznym z Pakistanu. Rozmawialiśmy o islamie, o podobieństwach między opowieściami starotestamentowymi o Józefie i Jonaszu i opowieściami koranicznymi o Jusufie i Junusie.

- Jeszcze nigdy nie miałem okazji rozmawiać z pasażerem o religii - powiedział taksówkarz, promieniejąc z zadowolenia.

Ale z mojej strony był to tylko wstęp, i to chytry. Przystąpiłem do rzeczy i zapytałem, czy słyszał o Salmanie Rushdiem.

- Salman Rushdie zasłużył na karę śmierci - wyrecytował z monotonnie śpiewnym akcentem pakistańskim.

- Nie zgadzam się z panem - stwierdziłem i pochyliłem się nieco w stronę kosmatych uszu kierowcy. - I nikt w tym uroczym i miłującym prawo kraju się z panem nie zgadza.

- Rushdie jest złym człowiekiem, diabłem, to miałem na myśli.

- A wie pan, dlaczego Australijczycy się z panem nie zgadzają?

Ciągle coś mamrotał, ale ucichł, gdy odpowiedziałem na to pytanie.

- Bo nie są fanatykami.

Kościste ręce taksówkarza zacisnęły się na kierownicy, a gdy wysiadałem, obrzucił mnie złym spojrzeniem.

- Walkabout wszedł na ekrany po cichu - opowiadał Grahame Jennings. - Zbierałem recenzje. Wśród trzydziestu kilku z całego świata negatywne były cztery. Trzy z tych czterech napisali krytycy australijscy.

- Australijczycy? Czemu? - zdziwiłem się.

- Syndrom wybujałego maku.

Mak, który wybujał nad inne. Tak, nawet podczas stosunkowo krótkiej wizyty w Australii człowiek niezawodnie usłyszy to śmieszne wyrażenie, które po prostu znaczy, że kiedy ktoś w jakikolwiek sposób się wybije, zawistni rodacy zadbają, żeby ze szczęścia nie przewróciło mu się w głowie. Używają nawet śmiesznego czasownika, tall­-poppy, który oznacza przycinanie tych, którzy wyrośli nad innych. Tak oto Patrick White - chociaż dostał Nobla, a właściwie dlatego, że go dostał - spotykał się z pogardą i był traktowany jak pozbawiony znaczenia zgryźliwy stary pedzio. Ta okropna przywara narodowa sprawia, że wielu utalentowanych Australijczyków emigruje do krajów, gdzie są - przynajmniej według nich - należycie doceniani.

Jeden z krytyków pytał: "Co uprawnia tego cudzoziemca do robienia filmu o Australii?".

"To śmieszne!"

Inny wytykał niezliczone jego zdaniem niekonsekwencje topograficzne i twierdził, że nie da się dotrzeć w dzicz, jadąc z Sydney.

Otóż da się. Może to zrobić zdesperowany alkoholik mieszkający przy Yarranabee Road, który zapakuje dzieci do samochodu, bo ma dosyć życia i chce zgładzić siebie i dzieci, i może to zrobić turysta odwiedzający Sydney, który zatęskni za otwartymi przestrzeniami i wynajmie samochód. W obydwu przypadkach pojedziemy George Street i przemierzymy miasto, kierując się na Parramattę. Jadąc przez niekończące się zagony wyprażonych słońcem parterowych domów, z których każdy ma swoje jaszczurki, swój wyschnięty żywopłot i lantanę o sobie właściwym zapachu (chociaż w tej okolicy cały skrub śmierdzi kotem), mijając wielkie sklepy dyskontowe, podłe hoteliki, budy z alkoholem, komisy samochodowe ozdobione łopoczącymi na wietrze tandetnymi chorągwiami, przemierzając Blacktown, a potem Emu Plains - skąd widać już pierwsze lesiste stoki Gór Błękitnych - zrozumiemy nutę obrzydzenia, która pobrzmiewa w głosie mieszkańców Sydney, gdy przez zaciśnięte zęby mamroczą o zachodnich przedmieściach.

Wspinając się serpentynami ku Katoombie, przemierzałem inne pejzaże, górzyste, chłodne, zielone, pocięte rozpadlinami i wąwozami, gdzie eukaliptusy ustąpiły przed sosnami. Za tymi wzgórzami zaczął się długi, łagodny zjazd ku Lithgow i już po parunastu kilometrach odniosłem wrażenie, że zaiste jestem "w krainie zachodzącego słońca", jak nazywają tam głęboką prowincję. I rzeczywiście, opodal Wallerawang, po niespełna dwóch godzinach od wyjazdu z Sydney, zobaczyłem wymowny dowód tego, a mianowicie leżące na poboczu Great Western Highway brązowe truchło wielkiego kangura.

Dubbo, skąd być może pochodził Aborygen Alf, bohater Wozu ognistego, jest o dwie lub trzy godziny jazdy dalej, a Bourke o cztery lub pięć. Niemniej już tu na zachodzie Nowej Południowej Walii, choćby na rozstaju dróg, z których jedna wiedzie do Bourke, a druga do Wilcannii, można uznać, że osiągnęliśmy cel polegający na jednodniowej wyprawie z Sydney w autentyczną dzicz.

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.