Szczegóły znaczące - Hanna Krall

Kup ebooka

34.90 zł
27.22 zł (27,22 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

SCE­NY Z UDZIA­ŁEM A.B.

"Jak wia­do­mo, Bóg nie po­dej­mu­je dys­ku­sji na te­mat swo­jej spra­wie­dli­wo­ści, ale na ta­kie za­ła­twia­nie ze sobą po­ra­chun­ków nie może się nie go­dzić".

(Ma na my­śli po­ra­chun­ki z Bo­giem Mar­ka Edel­ma­na).

"...po­zor­nie blu­źnier­cze sło­wa nie są blu­źnier­stwem".

(Ma na my­śli po­zor­ne blu­źnier­stwa Mar­ka Edel­ma­na).

Więc Zdążyć przed Pa­nem Bo­giem nie jest blu­źnier­czą ksi­ążką. Do­bra wia­do­mo­ść, pra­wie jak roz­grze­sze­nie.

Wcho­dzi do ho­te­lo­wej re­stau­ra­cji.

Roz­gląda się.

Kła­nia się.

Po­wie­dzia­no mi, że pani cze­ka na mnie dzi­siaj wie­czo­rem w Ho­te­lu Fran­cu­skim. Oto je­stem.

Wy­so­ki, przy­stoj­ny. Wie, na co Bóg nie może albo może się go­dzić, i nosi czar­ne sztruk­so­we wran­gle­ry. Ory­gi­nal­ne, żad­na ba­za­ro­wa pod­rób­ka.

Pyta, czy nie jest źle wi­dzia­ne, że ksi­ęża mnie chwa­lą.

Nie jest.

Śle­dzą go. Ostat­nio je­ździ­li za nim, spy­tał, o co cho­dzi, uda­wa­li głu­pie­go. Już prze­sta­li. Cze­goś mu te­raz bra­ku­je.

Ka­len­da­rium ży­cia Ka­ro­la Woj­ty­ły pió­ra A.B.

Po­grzeb, ślub, ró­ża­niec, chrzest, dró­żki kal­wa­ryj­skie, wi­zy­ta u cho­re­go, pie­sza wędrów­ka, opła­tek, cho­ra na raka wi­ęźniar­ka Ra­vens­brück, ostat­nie na­masz­cze­nie, ro­dzi­ce z bez­wład­nym dziec­kiem na rękach na war­szaw­skim lot­ni­sku, zno­wu szpi­tal... Nie­do­brze mieć nad­miar ce­lów. Czło­wiek po­trze­bu­je jed­no­li­to­ści... Po­grzeb, ślub, wi­zy­ta u naj­bied­niej­szych. Trze­ba he­ro­icz­nie my­śleć...

Inny język. Inne daty, ryt­my, cier­pie­nia i hie­rar­chia wa­żno­ści.

Inny świat.

Ty­si­ąc sie­dem­set na­zwisk w in­dek­sie osób. Na stro­nie 725 - Tar­now­ski, Tejch­ma.

A Taub?

Sa­mu­el Taub, woj­sko­wy le­karz. Pro­wa­dził ci­ążę Emi­lii Woj­ty­ło­wej. Po­dob­no za­gro­żo­ną. Po­dob­no inny wa­do­wic­ki le­karz ra­dził tę ci­ążę usu­nąć.

Patrz pani, gdy­by nie Taub, nie by­ło­by na­sze­go kar­dy­na­ła, mó­wi­ła pani Ta­ta­ro­wa, po­ło­żna z za­wo­du, do pani Ka­czo­ro­wej, do­brej zna­jo­mej pani Emi­lii.

Gdy­by Sa­mu­el Taub był sta­li­now­skim śled­czym albo sędzią ska­zu­jącym na śmie­rć pol­skich pa­trio­tów, wie­dzie­li­by o nim wszy­scy. A jak dzi­ęki ży­dow­skie­mu le­ka­rzo­wi uro­dził się przy­szły pol­ski pa­pież, to naj­wy­żej pani Ta­ta­ro­wa z pa­nią Ka­czo­ro­wą wspom­ną go z uzna­niem i wdzi­ęcz­no­ścią.

Z Rzy­mu (Via Cor­si­ca, Pa­dri Ma­ria­ni).

Pyta, co przy­wie­źć. Mamy pi­sać kon­kret­nie. Jak go pro­szą o gum­kę do maj­tek, igłę do ma­szy­ny albo część do sa­mo­cho­du, to jest mu ła­twiej.

Z Rzy­mu.

Nie pi­sał ostat­nio. Nie lubi, kie­dy ktoś po dro­dze czy­ta jego li­sty.

Z Rzy­mu.

Pró­bu­je pi­sać dla "Ty­go­dni­ka", ale wszyst­ko wy­da­je mu się ja­kieś głu­pa­we. "Ty­go­dnik" ma taki ton jak roz­mo­wy przy łó­żku ci­ężko cho­re­go. On wpa­da jak po po­wro­cie z wy­ciecz­ki, jak ktoś, kto nie wie­dział o cho­ro­bie w domu. "Nowy język po­wsta­je beze mnie".

Nie po­trze­bu­je już na­szych spi­na­czy. Kie­dyś czy­ścił nimi faj­kę, du­ży­mi dru­cia­ny­mi spi­na­cza­mi do pa­pie­ru. Nie było ich w skle­pach, przy­no­si­ło się z re­dak­cji. Te­raz ma ele­ganc­ki wy­cio­rek, w Rzy­mie so­bie ku­pił.

Pod cho­in­kę kła­dzie pre­zen­ty w ko­lo­ro­wym, błysz­czącym pa­pie­rze, kunsz­tow­nie prze­wi­ąza­ne wstążecz­ką. Leżą koło sier­mi­ężnych sznur­ków i pa­pie­ru do pa­ko­wa­nia.

W kuch­ni na Ur­sy­no­wie roz­ma­wia ze Zbysz­kiem Bu­ja­kiem, ści­ga­nym li­stem go­ńczym. Trwa­my, za­wia­da­mia go Bu­jak. I będzie­my trwa­li aż do ko­ńca. To samo mó­wił rząd lon­dy­ński, za­uwa­ża A.B. I na­dal mówi. Bu­jak za­sta­na­wia się, czy po­wi­nien być dum­ny z po­rów­na­nia. Do­cho­dzi do wnio­sku, że tak. Na prze­kór wszyst­kim będzie­my trwa­li, za­pew­nia rzym­skie­go go­ścia.

Jest noc, parę mi­nut po trze­ciej, rzym­skie lot­ni­sko. A.B. jest nie­ogo­lo­ny, nie­wy­spa­ny i zły. Nie uśmie­chaj się, stro­fu­je, tym kre­ty­ńskim pol­skim uśmie­chem. Wszy­scy was po tych uśmie­chach tu po­zna­ją. Że tacy szczęśli­wi je­ste­ście. Że­ście się na tę wol­no­ść wy­rwa­li. I nie za­czy­naj mi opo­wia­dać, ja­kim cu­dem do­sta­łaś pasz­port, bła­gam cię.

Ależ, dro­gi A., ja nie uśmie­cham się ze szczęścia. Po­patrz na ba­rek, tam, w ko­ńcu sali. Wi­dzisz be­czu­łkę? "Cam­pa­ri" pi­sze. Wi­dzia­łeś kie­dyś, żeby cam­pa­ri z becz­ki le­cia­ło?

Będziesz piła cam­pa­ri o czwar­tej nad ra­nem? - upew­nia się A.B.

Dla­cze­góż by nie...

Ogro­dy Wa­ty­ka­ńskie, Gro­ta z Lo­ur­des. Bia­ła, nie­du­ża fi­gur­ka spo­wi­ta zie­lo­nym blusz­czem. Wscho­dzi sło­ńce. Jest pi­ęk­nie.

Syn Emi­lii Woj­ty­ło­wej od­pra­wił mszę. Pod­no­si się z ko­lan, pod­cho­dzi do A.B. i osób w po­bli­żu.

Nie wie jesz­cze, że będzie świ­ętym.

Nie wie, że ze­chcą go świ­ęto­ści po­zba­wić.

Nie wie, że będzie wie­dział, ale może nie wie­dział.

Mówi: - Ksi­ądz Adam wie o mnie wi­ęcej, niż sam o so­bie wiem.

Przy­szli po­ga­nie, żeby po­kło­nić się Je­zu­so­wi. Przy­szli tedy do Fi­li­pa i pro­si­li go: pa­nie, chce­my Je­zu­sa wi­dzieć. Sze­dł Fi­lip i po­wie­dział An­drze­jo­wi, a An­drzej za­się i Fi­lip po­wie­dzie­li...

Da­lej jest o ziar­nie psze­nicz­nym, któ­re ob­umie­ra, i o tym jest ka­za­nie A.B. O po­ga­nach nic, ani sło­wa. Po­kło­ni­li się w ko­ńcu? I dla­cze­go do Fi­li­pa cho­dzi­li?

Nie wiem, mówi A.B.

Jak to nie wiesz. Chcą do Je­zu­sa, a do Fi­li­pa idą. Pew­nie trud­no było do Je­zu­sa się do­stać. Może się bali.

Nie było trud­no i się nie bali, za­pew­nia A.B. A ty oczy­wi­ście uwa­żasz, że to nie­praw­da.

Na od­wrót. W nie­praw­dzie wszyst­ko jest sta­ran­nie po­ukła­da­ne. Jak mó­wią bez sen­su i nie wia­do­mo dla­cze­go, to mó­wią praw­dę. Gdy­bym była re­por­ter­ką w tam­tych cza­sach i Jan by mi tak opo­wia­dał, wie­dzia­ła­bym, że nie zmy­śla.

Coś w tym jest - po­wie­dzia­ła­bym w re­dak­cji na­czel­ne­mu.

Ojca za­bra­li pi­ąte­go stycz­nia.

By­łem naj­star­szy, mia­łem dzie­si­ęć lat. Naj­młod­szy miał dzie­si­ęć mie­si­ęcy.

Wie­dzia­łem, że go nie zo­ba­czy­my.

Nie wiem skąd. Wie­dzia­łem.

Mama po­je­cha­ła do War­sza­wy. Za­częli­śmy od­ma­wiać no­wen­nę. Dzie­wi­ęć razy dzien­nie przez dzie­wi­ęć dni mo­dli­li­śmy się o po­wrót ojca. Do Judy Ta­de­usza, pa­tro­na spraw bez­na­dziej­nych.

Dzie­wi­ąte­go dnia, po na­szej osiem­dzie­si­ątej pierw­szej mo­dli­twie, wró­ci­ła mama. No­si­ła czar­ny ka­pe­lusz i dłu­gi czar­ny we­lon.

Na­zwi­ska roz­le­pio­no na mu­rach War­sza­wy trzy­na­ste­go stycz­nia 1944 roku.

Mi­chał Fre­dro-Bo­niec­ki był jed­nym z dwu­stu pi­ęćdzie­si­ęciu roz­strze­la­nych.

I dzie­wi­ąte­go dnia, na wi­dok mamy w ża­ło­bie, nie utra­ci­łeś wia­ry w Boga? To dziw­ne.

Utra­ta wia­ry...

Od­zy­ska­nie wia­ry...

To za­wsze jest do­syć dziw­ne. I ta­jem­ni­cze.

Smo­tri, mal­czik, mówi ofi­cer i si­ęga do tor­by. Szu­ka cze­goś. Wyj­mu­je ołó­wek. Wkła­da ko­niu­szek do ust i śli­ni, na war­dze zo­sta­je nie­bie­sko­si­ny ślad.

Wi­dzisz? - mówi z dumą. - Będzie ci na nie­bie­sko pi­sał.

Uro­czy­ście, pra­wie z na­masz­cze­niem, wręcza pre­zent A.B.

A.B. jest do­brze wy­cho­wa­nym chłop­cem, grzecz­nie dzi­ęku­je i cho­wa pre­zent.

A.B. już nie pi­sze ołów­kiem, na­wet sta­lów­ką nie pi­sze. Na Gwiazd­kę do­stał praw­dzi­we wiecz­ne pió­ro i Win­cen­ty Du­dek, ksi­ądz, któ­ry co­dzien­nie przy­cho­dzi do pa­ła­cu i uczy go wszyst­kich przed­mio­tów, po­zwa­la mu tym pió­rem od­ra­biać lek­cje.

Szcze­rze mó­wi­ąc, A.B. my­śli o ra­dziec­kim ofi­ce­rze z lek­kim po­li­to­wa­niem i po­czu­ciem wy­ższo­ści.

Być może ma to coś wspól­ne­go z tym ich dwu­stu­let­nim pa­ła­cem. Albo z ro­dzi­ną, o któ­rej pierw­sza wzmian­ka jest u Dłu­go­sza.

Albo nie. Może po pro­stu cho­dzi o ko­pio­wy ołó­wek, któ­ry A.B. zna od daw­na. Pi­sa­ło się ta­ki­mi ołów­ka­mi li­sty do wu­jów i stry­jów, do ofla­gu.

Ar­mia Czer­wo­na za­cho­wu­je się tak­tow­nie. Mamę na­zy­wa cha­ziaj­ką - go­spo­dy­nią, nie wcho­dzi do pa­ła­co­wych po­ko­jów, pyta, czy może za­bić ko­lej­ną świ­nię albo gęś (cza­sa­mi pyta już po za­bi­ciu), sprząta śla­dy woj­ny: nie­miec­ki czo­łg i nie­miec­kie zwło­ki. Bawi krót­ko i od­cho­dzi na za­chód.

Ob­ra­zy zo­sta­wi­li u ksi­ędza, me­ble są u lu­dzi na wsi.

Sie­dzą na fur­man­ce.

Ko­nie ru­sza­ją.

Mi­ja­ją bra­mę wjaz­do­wą. A.B. wie, że coś się ko­ńczy na za­wsze. Nie jest to smut­ne. Cie­ka­we jest. Coś się dzie­je, coś się za­cznie za­raz.

Mat­ka nie sia­da na fur­man­ce.

Tu­łacz nie je­ździ, tu­łacz idzie.

Mat­ka, wy­gna­niec, idzie pie­cho­tą.

Za­pra­sza­my do za­ku­pu pe­łnej wer­sji ksi­ążki

KO­LE­GA RE­POR­TER

I. Nar­ty

Ha­nuš, ko­le­ga re­por­ter, szu­kał so­cja­li­sty. Kręcił film - so­cja­li­ści w obo­zie - i przy­sze­dł mu do gło­wy były pol­ski pre­mier. Wie­dział o nim nie­jed­no. Na­wet o ręce wie­dział, któ­rą były pre­mier chciał od­rąbać, gdy­by pod­nio­sła się na wła­dzę lu­do­wą. Trud­no, mó­wił Ha­nuš, wa­żne, że so­cja­li­sta. Rze­czy­wi­sty, przed­wo­jen­ny i był w Au­schwitz. Spy­taj - pro­sił ze Sztok­hol­mu - czy zgo­dzi się na roz­mo­wę.

Spy­ta­łam, zgo­dził się.

Po­szłam ze szwedz­ką eki­pą do Ob­ro­ńców Po­ko­ju (pre­mier eme­ryt bro­nił ak­tu­al­nie po­ko­ju świa­to­we­go).

Mó­wił o pod­ziem­nej PPS, jej wiel­ką tro­ską w Oświ­ęci­miu byli mło­dzi wi­ęźnio­wie. W obo­zie ła­two zdzi­czeć - ła­two być za­bi­tym, ale i za­bić ła­two. Ta ła­two­ść może być za­ra­źli­wa, chcie­li­śmy prze­strzec przed nią mło­dych lu­dzi.

O wa­żnych rze­czach im mó­wił, a na ko­niec zwró­cił się do Ha­nu­ša: - Orien­tu­je się pan za­pew­ne, czym był Au­schwitz.

Orien­tu­ję się, po­wie­dział Ha­nuš.

Po­dzi­ęko­wał by­łe­mu pre­mie­ro­wi i za­czął zwi­jać ka­ble.

Na­gra­nie się sko­ńczy­ło, ale były pre­mier nie prze­sta­wał opo­wia­dać o Oświ­ęci­miu. Mnie tym ra­zem, bez ka­mer. Ma­rzył o jed­nym. O nar­tach. Je­śli prze­ży­je, to nar­ty będą naj­pierw. I baby. Baby i nar­ty to było jego oświ­ęcim­skie ma­rze­nie.

Pierw­szej po­wo­jen­nej zimy wje­chał na Ka­spro­wy Wierch. Miał mar­ne wi­ąza­nia i przed Ko­tłem Gąsie­ni­co­wym od­pi­ęła mu się nar­ta. Schy­lił się, po­pra­wił wi­ąza­nie i po­je­chał da­lej.

Przy­sze­dł do nie­go do Ob­ro­ńców Po­ko­ju obcy mężczy­zna. Nie­po­zor­ny, nie­mło­dy. Nie przed­sta­wił się. Chciał coś opo­wie­dzieć. Nie za­bio­rę panu dużo cza­su, obie­cał.

Pa­mi­ęta pan Ka­spro­wy Wierch pierw­szej zimy? Miał pan ochro­nę, ale je­ździł pan sam.

Nie umie­li je­ździć na nar­tach, przy­świad­czył były pre­mier.

Wie­dzie­li­śmy, że nie umie­ją i że sam pan będzie. I nar­ta się panu od­pi­ęła, pa­mi­ęta pan? A ka­mień? Na lewo od pana, w stro­mej części, przed Ko­tłem.

Le­ża­łem za tym ka­mie­niem.

Mia­łem pana za­ła­twić.

Nie­ste­ty.

Mi­nął mnie pan i nie zdąży­łem.

Po­tem się pan za­trzy­mał, schy­lił się i zo­ba­czy­łem ple­cy.

I wie pan co?

Nie chcia­ło mi się w ple­cy strze­lać.

Ja­koś mi się nie chcia­ło.

Po­my­śla­łem, że nada­rzy mi się jesz­cze oka­zja. Nie nada­rzy­ła się. Trud­no.

Ni­cze­go nie chciał. Na­wet ko­nia­ku się nie na­pił. Po­że­gnał się i po­sze­dł.

Nar­ty po Oświ­ęci­miu...

Uwa­ża­łam, że Ha­nuš mó­głby jesz­cze raz włączyć ka­me­rę.

Nie włączył.

Nie­strze­la­nie w ple­cy... Nie­złe, ale za pol­skie. Kto w Szwe­cji zro­zu­mie - dla­cze­go się strze­la­ło i dla­cze­go nie chcia­ło się strze­lać.

Nie to nie. Może i ra­cja.

Orien­tu­je się pan, czym był... - upew­niał się były pre­mier.

Ha­nuš się orien­to­wał.

Jego mat­ka i brat zgi­nęli w Oświ­ęci­miu.

II. Wie­ga­la

Gra­ła na man­do­li­nie i na gi­ta­rze, pi­sa­ła dla dzie­ci pio­sen­ki i wier­sze.

Mia­ła męża i dwóch sy­nów, Ha­nu­ša i To­ma­sa. Miesz­ka­li na Mo­ra­wach. Kie­dy Hi­tler za­jął Cze­cho­sło­wa­cję, wy­sła­ła star­sze­go syna do Sztok­hol­mu.

De­por­to­wa­no ich do Te­re­zi­na, do get­ta. Pra­co­wa­ła w nocy, w szpi­ta­lu dzie­ci­ęcym, w dzień pi­sa­ła wier­sze i pio­sen­ki. Śpie­wa­ła je dzie­ciom, gra­jąc na gi­ta­rze, za­bra­ła ze sobą gi­ta­rę do Te­re­zi­na.

Na­pi­sa­ła sze­śćdzie­si­ąt wier­szy. Wil­li, jej mąż, za­ko­pał je w zie­mi. Uda­ło mu się - był w get­cie ogrod­ni­kiem. Prze­żył woj­nę i po­je­chał do Te­re­zi­na. Pa­pie­ry były nie­tkni­ęte.

Lu­bi­ła ko­ły­san­ki, jed­ną zwłasz­cza, Wie­ga­lę. Wiatr grał w niej trzci­nom na li­rze, sło­wik śpie­wał swo­ją pie­śń, a ksi­ężyc na ciem­nym nie­bie był jak la­tar­nia. Spo­glądał na świat, w świe­cie była ci­sza. Ża­den dźwi­ęk nie za­kłó­cał jego spo­ko­ju...

Ka­żda zwrot­ka za­czy­na się od wie­ga­la, ale nie wia­do­mo, co to jest. Nie ma ta­kie­go sło­wa po cze­sku ani po nie­miec­ku.

Może mia­ła na my­śli waj­ge­lę?

Ro­śli­nę, krze­wusz­kę z ró­żo­wy­mi kwia­ta­mi. Lu­bi­ącą sło­ńce, ale od­por­ną na mróz. Na­zwa­ną na cze­ść nie­miec­kie­go bo­ta­ni­ka.

Pi­ęćdzie­si­ąt lat po woj­nie Ha­nuš do­stał list. Pi­sał czło­wiek, któ­ry był w Te­re­zi­nie, po­tem w Au­schwitz ob­słu­gi­wał ko­mo­rę ga­zo­wą.

Któ­re­goś je­sien­ne­go dnia przy­je­chał trans­port, pi­sał czło­wiek. Zo­ba­czył gro­mad­kę dzie­ci. Była z nimi ko­bie­ta, po­znał ją - śpie­wa­ła w Te­re­zi­nie pio­sen­ki. I ona go pa­mi­ęta­ła, i ucie­szy­ła się.

Za­uwa­ży­ła prysz­ni­ce. Spy­ta­ła: - Czy mogę wy­kąpać dzie­ci po pod­ró­ży?

Nie chcia­łem jej oszu­ki­wać, pi­sał mężczy­zna Ha­nu­šo­wi.

Po­wie­dział: - To nie są prysz­ni­ce, tędy będzie le­ciał gaz.

Słu­chaj mnie te­raz uwa­żnie, dam ci radę. Po­sta­raj­cie się tam we­jść jak naj­prędzej. Usi­ądź z dzie­ćmi na podło­dze i za­cznij im śpie­wać. To, co śpie­wa­łaś w Te­re­zi­nie. Wszy­scy śpie­waj­cie. Wchło­nie­cie dzi­ęki temu wi­ęcej gazu, wszyst­ko po­trwa kró­cej i będzie ła­twiej­sze.

Za­cho­wa­ła się dość dziw­nie, za­ko­ńczył mężczy­zna swój list.

Uśmiech­nęła się i po­wie­dzia­ła: - Więc nie wy­kąpię dzie­ci po pod­ró­ży.