Odtworzone z pamięci, usłyszane podczas rozmowy w knajpie: plac Bankowy w Warszawie, podają flaki z ciepłą bułeczką, niezłe, na dnie talerza kąpią się malutkie pulpeciki.
- Powinieneś pogadać z M., z C., z K., w końcu znasz ich wszystkich. Ciężka sprawa, nie śmiej się, sam to wiesz równie dobrze jak ja. Raz się ucieszą, raz znajdą wymówkę, czymś się zasłonią. Zobaczą trzecie dno tam, gdzie nie ma nawet drugiego. Ale kto z nas jest bez grzechu? Ty z pewnością nie. Ja również.
Strzępy opowieści, łaty, kawałki. Tak zszywa się tę historię, choć na półkach bibliotek stoją opasłe książki napisane przez uznanych historyków, pełne dokumentów, polskich i ukraińskich, oraz wielce prawdopodobnych tez, które badacze uzasadniają mechanizmami dziejów i zapisanym w pamiętnikach nastrojem tamtych czasów.
Ale i obecnych - przynajmniej takie mam wrażenie. Ludzie, którzy przez lata milczeli, a potem - jakby pewniejsi swego - odważyli się wylać swoją krzywdę, już odeszli lub znów wolą nie pamiętać. Dlatego noszą w tej opowieści inicjały albo tylko imiona, nawet ci jeszcze niedawno opowiadający pod nazwiskiem.
Nazwisk też będzie garść, lecz najczęściej ludzi, którym już nic zrobić nie można.
Osoby, które wolą inicjały od pełnych nazwisk, opowiadają, że dzisiaj toczą się po kole. Swoje dostali. Mają wnuki i prawnuki, rozrzucone po całej Polsce. Niektóre - zwłaszcza pokolenie urodzone w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych - nie znają nawet ojczystego języka (do tego stopnia uważali, żeby się nie wychylać). Nie był to mądry strach, bo i tak wokoło wszyscy wiedzieli, kto jest kim, przez pamięć własnych rodzin oraz niechętne pomruki pobrzmiewające w prowincjonalnych miasteczkach i wsiach. Ta niechęć szła za każdym przez całe życie.
Byli więc tymi z czarnymi podniebieniami, jakie podobno mają złe psy. Przeczekali dzięki mimikrze albo cichej wierności obyczajom, to samo zalecają swoim następcom.
- Już nie mam siły się użerać - słyszałem raz i drugi. - Chcę tego oszczędzić swoim.
Nie będę zatem ich do niczego zachęcać. Nie mam prawa.
*
Fakt - tak po II wojnie światowej (i wcześniej, gdy Europa wymyśliła ideę państwa narodowego, rozwiniętą do granic absurdu przez komunistyczny i faszystowski totalitaryzm) postępowano z ludźmi. Stalin wywoził, kogo się dało: Finów z zachodu imperium i Koreańczyków z Dalekiego Wschodu, Ukraińców, Polaków, Litwinów, Łotyszy, Estończyków, Karaczajów, Bałkarów, Czeczenów, Inguszów, Kałmuków, Tatarów, Ormian, Kurdów, Turków, Greków, Niemców z Powołża i Azerów. Ofiary szły w miliony, a przywódcy tak zwanego wolnego świata przegryzali z nim tartinki pomazane kawiorem astrachańskim w cudnej willi nad Morzem Czarnym, popijali wódkę zimną jak lód i dzielili na mapach rozwiniętych z wielkich rulonów stare kraje, których już nie było, miasta i narody, jak im akurat przyszła ochota. Zwycięzcy mogą mieć swoje kaprysy.
Czesi zatem, którzy też mieli się za zwycięzców, wywieźli Niemców z Sudetów i nikt ani mrugnął, bo wtedy, w prywatnych listach i w oficjalnych papierach, pisało się "Niemiec" małą literą; tak sobie nagrabili, grając w jednej, narodowosocjalistycznej drużynie, choć przecież nie grali wszyscy.
Podobnie ze swoimi zasiedziałymi od wieków Niemcami zrobili Węgrzy i Jugosłowianie.
Rumuni wywieźli rumuńskich Szwabów z Banatu i Sasów z Siedmiogrodu, ale też Węgrów i Serbów, wybierając dla nich najbardziej wstrętne kawałki, gdzie tylko suchy piach, słona ziemia i perz. Sowiecka Ukraina pozbyła się Czechów. I tak dalej.
Słowem - trwała wielka wędrówka ludów, przymusowa, ale nikt się nie dziwił pociągom pełnym zesłańców i kolumnom obdartusów maszerujących noga za nogą drogami całej Europy i wielkich połaci Azji. Dlaczego Polska miałaby odstawać od ówczesnej mody?
- Ten patchwork wspomnień to syndrom przesiedlonych i wygnanych - opowiadał mi P. - Nie żartuję. Odzywa się w kolejnych pokoleniach, bez ostrzeżenia i niby bez związku z tym, co sami przeżywamy. Nagle zaczynasz patrzeć na świat jak na łamigłówkę, w której ciągle ktoś podrzuca jakieś klocki. I na dodatek we łbie wszystko ci się zgadza, bardzo pięknie się rymuje. Tylko boli jak cholera.
*
Opowie mi więc P. o pani z alzheimerem, zakopanej w dalekiej przeszłości o wiele bardziej niż w czynnościach dnia codziennego. Pani była wtedy dziewczynką - miała lat osiem, czyli nie tak wiele, by brać na siebie odpowiedzialność za młodsze rodzeństwo oraz niekiedy za dorosłych, co zdarzało się całkiem często, ponieważ tak się wówczas działo.
No więc pani pamięta, że był obok las, straszny, ale przyjazny, bo do lasu nie wchodzili Niemcy, a potem polskie wojsko. Leśni, również było ich dość, wchodzili - bez różnicy: swoi czy obcy. Niektórych znała z twarzy; mieszkali po sąsiedzku. Tych się bała, jeśli chodzili do katolickiego kościoła.
Swoich niezbyt. Ale też nie lazła w oczy, bo jak pojawiali się swoi, było wiadomo, że zaraz przyjdą obcy, kiedy swoich już nie będzie.
Było także młodsze rodzeństwo. W lesie, gdy się chowali, trzeba było za nimi patrzeć, uważać, bo się pogubią. To może być choroba wieku, utrata pamięci odbierająca jasność widzenia. Albo jakaś mgławica wspomnień. Lecz zdaje się jej, że kogoś z tych młodszych nie upilnowała. A może z dorosłych? Tyle że co to za dorośli, skoro mieli z pół setki mniej lat niż ona dzisiaj. Młodziaki, nie dał im Bóg długiego życia.
Tych w mundurach, przede wszystkim polskich, też pamięta. Źle ich pamięta. Co zrobić.
Opowie mi P. także o panu i pani (nie pamięta ich imion ani nazwiska), bidnych na pierwszy rzut oka jak kościelne myszy; lata temu tacy ubodzy byli emeryci z tak zwanego starego portfela. Ona wysoka, biodrzasta i potężna. On - drobniutka chudzina, o głowę niższy od żony. Stali obok siebie: ona zajmowała kawał przestrzeni, a on w tej krzywo zapiętej marynarce, jakby zwędził ją chłopcu klękającemu do pierwszej komunii, wygięty jakoś, zapadły w sobie, półtora nieszczęścia, musi uwiesić się baby, bo samemu nie zrobi kroku.
Ona mówi: "No podejdź, opowiedz panu. No już, nie bój się, stary".
A on szuka dziury, gdzie mógłby się schować.
- Podszedł do mnie nie od razu - opowiada P. - Było już dobrze wieczorem, po przemowach, po panichidzie, po przekąskach i po wielu kieliszkach wódki. Odważył się wreszcie. Żona, ta wielka baba, opowiadała później, że pierwszy raz w życiu się przełamał poza własną kuchnią i małżeńską sypialnią.
Miał wówczas ten zapadły w sobie mężczyzna siedemnaście lat. Drobny, niewysoki, ale żylasty, więc znakomicie pasował do wymyślonego przez bezpiekę profilu, bo młody i taki suchar; pewnie nie dojadał, jak to w lesie, i dobrze mieścił się w partyzanckiej ziemiance. Wysadzili go z pociągu w Oświęcimiu, gdzie ciągle śmierdziało palonymi ciałami, a dno Soły było grząskie od ludzkich prochów wysypywanych w nurt. Zawieźli do obozu na przesłuchanie - biło czterech, wszyscy chłopy na schwał. Gdyby nie ta kobieta w mundurze, ubeczka bez dwóch zdań, która szła korytarzem obok pokoju tortur, zajrzała do środka i powiedziała z przyganą: "Zabijecie upowskiego skurwysyna", nie wytrzymałby tych ciosów zadawanych deskami, kablami, batami, butami, łokciami, pięściami, z obcasa, z grzywy.
Kobieta w mundurze: tak, tak, właśnie ta od "upowskiego skurwysyna", ocaliła mu - jak wierzył - życie. Ciągle był jej wdzięczny.
No a teraz dotarł tu z żoną: jechali pekaesem kilkadziesiąt kilometrów. Pomodlił się, powspominał, wypił, że aż palą go policzki, więc - opowiada P. - chce podziękować, że doczekał takich spotkań. Powie dwa słowa i zaraz sobie pójdzie. Co mają go zobaczyć tu, w Jaworznie, gdzie zbiera się wiadomo kto?
Nie. Tam, gdzie mieszka, nikt nigdy nie wiedział, co przeżył, kim jest i skąd przyszedł. Żona, ta wielka baba, która za młodu była jeszcze silniejsza - ma się rozumieć, że Polka i katoliczka rzymska - kiedy deportowanym już było mniej więcej wolno jeździć po kraju, zabrała go jak najdalej od miejsca zsyłki. A skoro tyle przejechali, to chyba nie po to, żeby wszystko od razu się wydało. Dlatego woli milczeć, niż mówić.
*
P. przypomni sobie historię pani K. Gdy ją poznał, K. przygięła się już do ziemi. Też odsiedziała swoje w tym obozie, a kiedy wyszła i wyjechała na północ, aż pod ruską granicę, milczała zawzięcie, nawet przed dziećmi rodzonymi i wnukami.
Nadeszła wreszcie wolność, a wtedy znaleźli się tacy, którzy chcieli wszystko (albo prawie wszystko) wybebeszać i rozkopywać, wyszukiwać po przysypanych kurzem archiwach, w imię - jak powiadali - sprawiedliwości i pojednania. Prawdy im się zachciało; naiwni idealiści, choć byli między nimi ludzie mądrzy i doświadczeni, bardzo poważni i wpływowi.
W takich okolicznościach do pani K. przysłano urzędowe pismo z kilkoma pieczątkami, że ma się stawić w siedzibie ważnego urzędu i przed prokuratorem, który, w jej najlepiej pojętym interesie, przesłucha, pozna, zbada oraz wyjaśni. Takie pisma, jak K. sięgała pamięcią, nigdy nie wróżyły dobrze. A jednak pani K. pojechała przed oblicze prokuratora, bo niby jak inaczej, skoro wzywają.
Ten prokurator - młody chłopak, jak jej własny wnuczek prawie, wyznaczony do zbadania dawnych zdarzeń i krzywd - usadził ją za stołem, sam siadł z drugiej strony, otworzył wielki notatnik, wyjął z kieszeni długopis i zapytał, co K. wie o zbrodniach na narodzie polskim.
K. poczuła się, jakby znów miała kilkanaście lat i głowę pełną płochych marzeń, lecz przede wszystkim strachu: właśnie zabrali ją z rodzinnej wsi, tłukła się bydlęcym wagonem kilka dni i nocy, a teraz przed sobą ma śledczego z ciężkim kablem w ręku, obok niego protokolanta notującego każde słowo, w powietrzu wisi swąd ciał spalonych ledwie dwa lata wcześniej. Jest w obozie, gdzie wcześniej hitlerowcy trzymali więźniów wykorzystywanych do niewolniczej pracy przy wydobyciu węgla. Przed chwilą widziała wokół siebie łagodne pagórki, jeszcze zimowe, bo wiosna ledwie przyszła, ciemnozielone od świerków i sosen. W szyję dyszał jej jakiś młodziutki żołdak, który chciał "coś sobie wziąć" (tak mówiła), ale nie umiał albo nie mógł, więc koledzy się z niego śmiali. Już mu nawet darowała to, co w końcu zrobił.
- Najbardziej boli krzywda ludzi - mówi P. - których można skopać, bo jest się silniejszym, mądrzejszym, lepiej wyuczonym, można ukrzywdzić absolutnie dowolnie. Dlaczego ukrzywdzić? Bo tak.
Chyba na tym polega echo czasów minionych, które słyszę zawsze i wszędzie, kiedy tylko dotknę tego tematu. To krzywda dla krzywdy i strach, który wraca, a już dawno powinien zniknąć.
*
- Przywieźli nas na murowaną stację - opowiada Nadzieja. - Po wielu dniach. Byliśmy głodni i zmęczeni, przestraszone zwierzęta ryczały. To nie wyglądało jak Polska: inne domy, pagórki niższe niż u nas, torów dużo, wysokie perony, tylko lasy podobne, gęste, wysokie. Po jednej stronie było miasto, zdawało się, że ogromne, a przecież to tylko Giżycko. Po drugiej woda, po horyzont, świeciła się w słońcu. Wiedziałam, że na świecie jest coś takiego jak morze, ale nigdy nie widziałam tyle wody. Pewnie więc mi się zdawało, że to właśnie morze, szerokie, groźne, granatowe od głębin. Pytaliśmy siebie nawzajem, po co nas tu wieźli. Utopić chcą, bez dwóch zdań, bo jak inaczej. Pogonią z wagonów i wegnają w te błyszczące fale. Chyba nikt pływać nie umiał, u nas była tylko struga jak dla kaczek. Ale tylko wysadzili, kazali czekać na peronie, a potem pognali dalej, piechotą. Należało nam się - tak mówili. Za co się należało? Nie wiedziałam.
*
Pojechaliśmy na północ, pod ruską granicę, poprowadzoną niemal przez środek gospodarstw - tak sztucznie, jak tylko mogła to wymyślić powojenna Sowiecja - ku sercu krainy zwanej kiedyś Prusami Wschodnimi. Czarne chmury czepiały się koron wyłysiałych drzew, siąpiło; tu pogoda zgrywa się niezawodnie z porą roku: jeśli nad świtem panuje mroczny listopad, to jest to listopad jak ta lala. Golutkie, czarne i mokre od deszczu, świeżo przeorane jesienne pola kryły się we mgle. Smutno jakoś, płaczliwie, bo i z czego się tu cieszyć?
Droga - gładziutka, ze świeżo odmalowanymi liniami (za pieniądze Unii Europejskiej, co oznajmiały tablice ze złotymi gwiazdkami na niebieskim tle) - wiła się wzdłuż linii lasów i łąk, wymuszając niespieszną jazdę. Im bliżej granicy, tym bardziej robiła się dziurawa, aż wreszcie spod ponadgryzanego asfaltu pokazał się stary granitowy bruk, a potem były już tylko błoto, wykroty i znów błoto. Gdzieś mignął rozpadający się wiekowy folwark: zapadnięte dachy obór i stajni, zamiast podwórka między budynkami jedna wielka kałuża, upstrzona nieśmiertelnymi butelkami z plastiku na znak, że cywilizacja tu jednak dotarła. Gdzie indziej odremontowane na wysoki połysk skrzydło dawnego dworu, jakiś kikut ceglanego komina, kawałek muru, samotna chałupa.
Kiedyś były tu bauerskie i dworskie pola. Mówiono po niemiecku, hodowano mleczne krowy i szlachetne rasy koni. Odbywały się rauty, bale i polowania, a pod koniec dziejów tej krainy spiskowano przeciwko Hitlerowi, którego wcześniej tłumnie popierano w wyborach, goszczono przy kominkach w obszernych salonach i balowych pokojach strojnych pałaców, wychwalano pod niebiosa jego umysł, talent oratorski i polityczno-wojskowy geniusz (choć po cichu drwiono z jego prostactwa), póki nie zdano sobie sprawy, że sprowadza na pruskie wsie i majątki nieodwracalne nieszczęście.
Jechaliśmy więc na północ, a w końcu dziurawa, potem brukowana jezdnia - aż chciałoby się napisać - nagle przestała się wić. Bo już nie była to droga, lecz wydeptany w ziemi trakt, istniejący grubo ponad pół wieku, nieumiejący jednak nikomu wyjaśnić swojej przydatności. Na Kanale Mazurskim kilku robotników remontowało most, dlatego ostatnia prawdziwa i w miarę przyzwoita droga łącząca Bajory z resztą świata była przerwana do odwołania.
Bajory Małe: kilka poniemieckich domów, rozrzuconych bez ładu i składu między łagodnymi pagórkami, ceglane ściany, ryża dachówka, małe okienka na poddaszach, gdzieniegdzie w miarę świeży tynk. Nigdy nie było tu kościoła ani zboru, bo i po co stawiać Pański przybytek dla kilkudziesięciu dusz. Aż nagle w jednej z solidnych, choć nadgryzionych czasem chałup erygowano cerkiew. Od kilkudziesięciu lat nie ma tu już pruskich ewangelików, nigdy nie było rzymskich katolików. Na krańcu świata, pod ruską granicą, zamieszkali sami Ukraińcy.
Dojechaliśmy tu wczesnym popołudniem; gdzie indziej o tej listopadowej porze zapalano by pierwsze żarówki. Chciałem z kimś pogadać, lecz tutaj, w Bajorach, wszystkie okna były czarne. Między domami rozsiadła się doskonała cisza, przerywana okrzykami robotników drogowych łatających przeprawę na kanale. Cerkiew zamknięta, choć otynkowana - takie sprawia wrażenie - ledwie przedwczoraj, zadbane domy, mimo że bieda, kilka zwalonych stodółek, ale poniemieckie dachówki leżące na ziemi w pierwszorzędnym stanie (tylko niektóre popękały od upadku). Chmury nad polami, mżawka zmieniająca się w rzęsistą ulewę. Coś (lub ktoś) tu powinno być. Ale nie było. Wjechaliśmy w błotnistą drogę i wio, aby dalej od tego miejsca wyglądającego jak nawiedzone.
Wróciłem do Bajorów późną wiosną. Nie było wiele więcej: gdzieś za płotem dziobiące kurki, wystrzyżona trawa na podwórku oraz pani - kwiecisty fartuch ze sztucznego materiału, chustka na głowie, lekka opalenizna i uśmiech wiele lat młodszy od wieku.
Kawa będzie sypana, w szklankach. Niski sufit, jak kiedyś budowano, piec ze starych kafli, gdzieś z oddali dochodzi wibrujący głos piły tarczowej - najważniejszy dźwięk polskiej wsi.
Weszliśmy do tej kuchni, bo nie odmawia się takiego zaproszenia. Oraz by przekonać się, że nie jest to wieś widmo. Bo kiedyś Bajory - Małe i Wielkie - to może nie było centrum świata, ale jednak coś. Sklep, szkoła (pełne osiem klas), każdy skrawek ziemi zaorany, od Srokowa asfaltowa droga prowadząca przez fantastycznie wysoki, stary las; ogromne świerki, prawie jak rusińskie, z dawno odebranych gór. Mowa zaś wszędzie ta sama, ukraińska; niby osiedlano tu jeszcze przed 1947 rokiem, ale zdaje się, że polskie nadziały chałup i pól ominęły Bajory. Gdyby było inaczej, pobudowano by tu kościół, a nie cerkiew, zamieniając stary parobczański czworak w skromną świątynię, do której zjeżdżają wierni aż z Reszla i Kętrzyna.
Nie ma już w Bajorach sklepu, nie ma szkoły, nie ma przystanku pekaesu. Jest odnowiony most przez Kanał Mazurski i są nowe dziury w starej drodze. Niedaleko ktoś hoduje bydło rasy limousine, najlepsze na rostbefy i steki, stoi także znak zakazu wjazdu przed budynkami starego folwarku. W Kałkach, które w porównaniu z Bajorami prezentowały się jak środek niczego, odnowiono elewację dziewiętnastowiecznego dworu i kawałeczek ogromnej stodoły (na remont czekają jeszcze dwie, wielkie jak hale targowe). A w Bajorach cicho i tylko w niedziele słychać cerkiewny śpiew.
- Jak mam się dobrze, latem, bo zimą zabierają mnie stąd moje dzieci, które mieszkają w mieście, to idę na mszę - słyszymy nad sypaną kawą. - Jak gorzej, stanę przy drodze i patrzę na chałupę. Kto ją weźmie, jak mnie zbraknie? Nikomu ten dom już niepotrzebny. Może to grzech wielki, ale modlę się o koniec. Pan młodziutki, nie rozumie, co starej znaczy mieszkać w takiej wsi.
Gdy ich przywieźli w 1947 roku, w czworakach nie było okien, a ziemia nieobsiana. Jeśli jaki sąsiad z oddali coś dał, to było. Jak nie dał, to nie było, tylko jagody w lesie i grzyby. Dawali ci, którzy przyszli z Wileńszczyzny i od dzisiejszej Białorusi. Im dalej na południe, tym większą ludzie zwozili tu ze sobą zawziętość. Nic nikomu z tego nie przyszło, bo - dzisiaj to już wiadomo jak Bóg na niebie - każdemu przypadł w udziale tylko jakiś kawałek biedy. A głupie przezwiska, ubliżanie od banderowskich kurew, gdy człowiek wystawił nos za Bajory? Jak kto pamięta, że dawno temu spotkało go coś takiego, widać nie miał w życiu ani chwili szczęścia.
Lecz szczęście się przecież trafiało. Choćby ten dom, gwarny, póki dzieci, dzisiaj koło emerytury, nie pojechały w świat. I spokojny, bo stary jeszcze pił z umiarem. I cerkiew w starym czworaku.
Nie wiem, czy to jest prawda, ale historia cerkwi ma swój smak. W Bajorach byli wyłącznie grekokatolicy, podobnie jak w całym pasie wsi przylepionych do ruskiej granicy: powiaty węgorzewski, kętrzyński, bartoszycki, a pewnie i inne. Przesiedleńczym rozkazem Ukraińców miała się tu osiedlić ledwie garstka, rozpuszczona w polskim morzu. Gdzieniegdzie nawet tak się stało, ale zarządzenie sobie, a realność sobie - kiedy wysiedla się wiele tysięcy więcej, niż było planowane, gdzieś się w końcu coś popieprzy. Zdarzyło się więc tak, że z nakazu władzy obowiązywał na północnym skraju Mazur tylko jeden rozkaz: nie wolno mówić o nich "Ukraińcy", tylko "przesiedleńcy". Wszystkie inne zalecenia poszły na śmietnik, za bardzo bowiem kłóciły się z prawdziwym życiem.
Tak i kiedy w urzędzie powiatowym złożono podanie o budowę cerkwi, na początku nie było zgody. Wysyłano więc pisma do Warszawy i uspokoiło się, bo jak Ukraińcy, to prawosławni - można się zgodzić. Na dachu budowanej cerkwi, formalnie prawosławnej, siedział więc greckokatolicki ksiądz i pod prawosławnym zezwoleniem bił papiaki w stropowe deski, greckokatolicki zaprzęg wiózł greckokatolickie bale na dzwonnicę. Tak samo ściągano cement i cegły.
A kiedy już wszystko stało jak należy, powiał wiatr historii. Nikt już nie pytał, skąd w Bajorach greckokatolicka cerkiew, choć miała być prawosławna. I tak zostało, nawet jeśli w obu przysiółkach nie ma już prawie ani jednego młodego - bajorskie dzieci rodzą się po całej Polsce, a jak zimą zasypie, to drogi nikt nie odgarnia, bo to ostatnia kategoria odśnieżania. Most na Kanale Mazurskim nowy, za unijne pieniądze, lecz między trzcinami i żółtymi grążelami ani wypatrzyć kawałka czystej wody, tak wszystko zarosło.
- Idź pan z Bogiem i wspomnij Bajory - słyszę od chałupy. - Miałam osiemnaście lat, jak mnie przywieźli. To tutaj bardziej moje niż te pagórki pod Jarosławiem. Nikt tam z moich najbliższych nie wrócił. Po co, skoro my bajorskie, z Mazur.
*
Był taki pan (zmarło mu się ostatnio), a gadaliśmy gdzieś na Pogórzu Przemyskim. O życiu i wspomnieniach; starych ludzi warto słuchać.
- Widziałem film Wilcze echa, dawno, ale pamiętam prawie wszystko, kiedyś dobre filmy robili, choć czarno-białe - opowiadał. - Nie powiem, podobało mi się bardzo. Ten główny aktor jak amerykański: wysoki, przystojny, mocny w ramionach, pamiętam, jak na koniu gnał i w podziemne bunkry wchodził bez najmniejszego strachu. Dziewczyna też cudna, jak moje koleżanki z czasów, gdy chodziłem na kawalerkę: piękne włosy, blondyna, przód i tył w sam raz do przytulenia. Bandziory za to pokraczne, źli ludzie, to i musieli przegrać.
Tyle że - słuchałem - pan, któremu się zmarło, akurat trzymał z bandziorami. Nie tak, żeby zaraz po seansie o tym mówić, ale jakoś jednak z nimi.
- Tak się zdawało, że ci z bandy to nasi. Bez polityki o tym panu mówię, bo i film chyba był niezbyt polityczny, inaczej niż inne filmy i książki o Bieszczadach, zwykłe propagandowe kurewstwo. Do tych zarośniętych, brudnych bandziorów było mi sercem bliżej niż do tych ładnych państwa.
Wiele więcej nie powie.