Pisała listy
Najpierw faksem, potem mailem. Sto. Dwieście listów. Przy trzystu przestała liczyć.
W listach z Ameryki pisała o Dąbrowie Górniczej, Gołonogu, Sączowie i Wojkowicach.
A także o ptakach - tamtych, które przyleciały do niej, gdy budowano Hutę Katowice i wycinano drzewa. Obsiadły lipy, jesiony i wierzby płaczące, które rosły koło ich domu. Nic nadzwyczajnego, ale dobre i to, kiedy się jest bezdomnym ptakiem. Przetrwały lato, a jesienią poszły gdzieś, czy pofrunęły.
Pisała o snach. O śnie właściwie, bo był to zawsze ten sam sen, o szafie ojca. Miała oszkloną część z książkami i z dwóch stron drewniane drzwi zamknięte na klucz. Śniły jej się tylko drewniane drzwi. Miała wrażenie, że jest za nimi coś bardzo ważnego, ale nie umiała tego znaleźć. Prawdę mówiąc, nigdy tego nie szukała i robiło jej się w tym śnie strasznie przykro. Powinna była spytać ojca, co jest za drewnianymi drzwiami. Wiedziałby. Ojciec wiedział wszystko, tylko że ona go o nic nie pytała. Czytała mądre książki - Husserla, Kanta, Lévi-Straussa, i nie miała czasu na rozmowy z ojcem.
Pisała o cioci Józi, która dbała o urodę i czerniła włosy nalewką z włoskich orzechów. Nie miała dzieci, bo była księżą córką. Ksiądz może mieć dzieci, ale wnuków nie może mieć, dlatego ciocia była bezdzietna.
O matce pisała.
Z którą zbierały dziką różę na drodze do Wojkowic. Jak zaczynały się przymrozki, bo róża powinna być lekko przemarznięta. Wino ma wtedy delikatny, słodkawy posmak. Matce zawsze wino wychodziło, nigdy ocet.
Z matką zrywały brzoskwinie. Dużo miały brzoskwiń, całe kosze oddawały sąsiadom, a z reszty smażyły konfitury. W Ameryce też są brzoskwinie, ale nie pachną, to co to za brzoskwinie.
Z matką piekły ziemniaki w popiele po naci ziemniaczanej na kartofliskach.
O matce pisała, która...
O matce, z którą...
O sąsiadce Kathy, że zaprosiła ją na zupę i kurczaka - soup and chicken. Jak ją zapraszała na zupy jarzynowe pani Kobusowa z ulicy Morcinka.
O Louisie, którego uwielbiał jej syn. Czekał na niego codziennie rano, przed pójściem do szkoły specjalnej, i zabawiał go tańcem i podskokami. Jej syn nie umiał mówić, ale Louis rozumiał go bez słów.
W kolejnym liście donosiła, że Louis jest dziwnie zestresowany.
W kolejnym, że państwo Ramseyowie, właściciele Louisa, wyprowadzają się. Podniesiono im czynsz i muszą zmienić mieszkanie.
Posłała list do lokalnej gazety. Dziękowała w nim państwu Ramseyom i kotu Louisowi za wspólnie spędzony czas. I za to, że państwo Ramseyowie pozwolili bawić się kotu z jej autystycznym synem.
"Nie potrafię doprawdy powiedzieć, ile znaczyła dla nas ta przyjaźń", kończył się list.
I jeszcze o Jill i Nadirze, amerykańskich przyjaciółkach, które miały autystyczne dzieci i uważały, że Bóg je tym autyzmem pokarał. Dlaczego mnie - powtarzała Nadira i płakała, jakby jej ktoś umarł.
Ona nie płakała.
Przeciwnie.
Pisała, że jest szczęśliwa, bo oto jej syn odkrył słońce. Przyjrzał się niebu któregoś dnia i zawołał: - Sun! - Znowu podniósł głowę i znowu: - Sun! Sun!
Napisała, że przytulił się.
Że chciał jej coś powiedzieć, ale nie umiał.