Synapsy Marii H - Hanna Krall

Kup ebooka

28.00 zł
21.84 zł (21,84 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
?

Pisała listy

Najpierw faksem, potem mailem. Sto. Dwieście listów. Przy trzystu przestała liczyć.

W listach z Ameryki pisała o Dąbrowie Górniczej, Gołonogu, Sączowie i Wojkowicach.

A także o ptakach - tamtych, które przyleciały do niej, gdy budowano Hutę Katowice i wycinano drzewa. Obsiadły lipy, jesiony i wierzby płaczące, które rosły koło ich domu. Nic nadzwyczajnego, ale dobre i to, kiedy się jest bezdomnym ptakiem. Przetrwały lato, a jesienią poszły gdzieś, czy pofrunęły.

Pisała o snach. O śnie właściwie, bo był to zawsze ten sam sen, o szafie ojca. Miała oszkloną część z książkami i z dwóch stron drewniane drzwi zamknięte na klucz. Śniły jej się tylko drewniane drzwi. Miała wrażenie, że jest za nimi coś bardzo ważnego, ale nie umiała tego znaleźć. Prawdę mówiąc, nigdy tego nie szukała i robiło jej się w tym śnie strasznie przykro. Powinna była spytać ojca, co jest za drewnianymi drzwiami. Wiedziałby. Ojciec wiedział wszystko, tylko że ona go o nic nie pytała. Czytała mądre książki - Husserla, Kanta, Lévi-Straussa, i nie miała czasu na rozmowy z ojcem.

Pisała o cioci Józi, która dbała o urodę i czerniła włosy nalewką z włoskich orzechów. Nie miała dzieci, bo była księżą córką. Ksiądz może mieć dzieci, ale wnuków nie może mieć, dlatego ciocia była bezdzietna.

O matce pisała.

Z którą zbierały dziką różę na drodze do Wojkowic. Jak zaczynały się przymrozki, bo róża powinna być lekko przemarznięta. Wino ma wtedy delikatny, słodkawy posmak. Matce zawsze wino wychodziło, nigdy ocet.

Z matką zrywały brzoskwinie. Dużo miały brzoskwiń, całe kosze oddawały sąsiadom, a z reszty smażyły konfitury. W Ameryce też są brzoskwinie, ale nie pachną, to co to za brzoskwinie.

Z matką piekły ziemniaki w popiele po naci ziemniaczanej na kartofliskach.

O matce pisała, która...

O matce, z którą...

O sąsiadce Kathy, że zaprosiła ją na zupę i kurczaka - soup and chicken. Jak ją zapraszała na zupy jarzynowe pani Kobusowa z ulicy Morcinka.

O Louisie, którego uwielbiał jej syn. Czekał na niego codziennie rano, przed pójściem do szkoły specjalnej, i zabawiał go tańcem i podskokami. Jej syn nie umiał mówić, ale Louis rozumiał go bez słów.

W kolejnym liście donosiła, że Louis jest dziwnie zestresowany.

W kolejnym, że państwo Ramseyowie, właściciele Louisa, wyprowadzają się. Podniesiono im czynsz i muszą zmienić mieszkanie.

Posłała list do lokalnej gazety. Dziękowała w nim państwu Ramseyom i kotu Louisowi za wspólnie spędzony czas. I za to, że państwo Ramseyowie pozwolili bawić się kotu z jej autystycznym synem.

"Nie potrafię doprawdy powiedzieć, ile znaczyła dla nas ta przyjaźń", kończył się list.

I jeszcze o Jill i Nadirze, amerykańskich przyjaciółkach, które miały autystyczne dzieci i uważały, że Bóg je tym autyzmem pokarał. Dlaczego mnie - powtarzała Nadira i płakała, jakby jej ktoś umarł.

Ona nie płakała.

Przeciwnie.

Pisała, że jest szczęśliwa, bo oto jej syn odkrył słońce. Przyjrzał się niebu któregoś dnia i zawołał: - Sun! - Znowu podniósł głowę i znowu: - Sun! Sun!

Napisała, że przytulił się.

Że chciał jej coś powiedzieć, ale nie umiał.

?

Niedługo umrę

powiedziała matka jej męża i przyjechała, tak jakby się pożegnać.

Do niej, która zwraca się do matki męża - "Pani Mario".

Do wnuka, który nie wiadomo dlaczego krzyczy przeraźliwie i bije się po twarzy do krwi. Albo, co gorsza, nie wydaje żadnego dźwięku. Stoi i stoi godzinami w jednym miejscu, przestępując od czasu do czasu z nogi na nogę.

Przyjechała.

To wielkoduszne ze strony matki jej męża.

Poszły do biblioteki.

W dziale książek z dużym drukiem pożyczyły pięć kryminałów i matka zamknęła się w swoim pokoju.

Między pierwszym i drugim tomem matka jej męża wyszła z pokoju i powiedziała:

- Był adwokatem, ten Andy, ale jego prawdziwą pasją były psy. Nieszczęśliwe, niechciane, albo po prostu chore. Przygarniał je, a wiadomość o tym rozniosła się wśród psów. Same się do niego zgłaszały i Andy wcale się nie zdziwił, kiedy pewnego dnia na progu domu pojawił się kolejny pies. Tyle że...

- Napijemy się herbaty? - spytała, ale matka jej męża poprosiła, żeby nie przerywać, bo pies miał ukrytą w sierści kartkę z napisem - PIES Z DNA. - A trzeba wam wiedzieć, ciągnęła matka męża, że przyjaciółce Andy'ego, imieniem Joan, porwano niedawno dziecko i psa. Podejrzewano kochanka Joan, w którego domu znaleziono ślady psiej sierści, co było dziwne, bo nigdy psa nie miał...

Matka jej męża przerwała, jak zwykle w najciekawszym momencie, podziękowała za herbatę i wróciła do swojego pokoju.

Między drugim i trzecim tomem ponownie z pokoju wyszła i powiedziała:

- Piękna była. Miała lekko skośne oczy i nieco wystające kości policzkowe. Taka tajemnicza wschodnia uroda, nie wiadomo po kim, bo żadne z dzieci naszej babci nie było ani wschodnie, ani piękne. A on zaczął ją zdradzać, i to od razu po ślubie. Taką piękną, taką dobrą.

Wróciła do domu.

Smutna była.

Cieszyłam się z jej powrotu, bo miała czas dla mnie, a ja tę ciocię Anię lubiłam najbardziej ze wszystkich cioć.

Jeździłyśmy na spacery.

Bryczką przez drewniany most.

Wisła była tam szeroka i niespokojna, ale zaraz za mostem był las i rozkładałyśmy koce na polanie i czytałyśmy książki.

Czasami babcia mówiła do kogoś: - No cóż, był nieodpowiedni dla niej...

Wiedziałam, o kim mówi, ale w lesie, na polanie, nie rozmawiało się ze smutną ciocią o mężach nieodpowiednich.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki