Tomasz Kurzewski
większościowy właściciel ATM Grupa S.A.
Wczoraj pierwszy raz w życiu wszedłem na Wikipedię, żeby przeczytać, co tam jest napisane o serialu Świat według Kiepskich. Znalazłem długie listy aktorów i scenarzystów, zostali wskazani reżyserzy oraz twórcy piosenki tytułowej, a nawet scenografowie. Jednak wśród autorów tego, nazwijmy to, zjawiska społeczno-medialnego, istniejącego od ponad dwudziestu lat, swojego nazwiska nie odnotowałem. Zastanawiam się, czy w tej sytuacji jestem odpowiednią osobą do wypowiadania się na potrzeby niniejszej książki. Od lat mam duży dystans do informacji zamieszczonych w sieci, więc tylko się uśmiechnąłem. A tak serio, chcecie poznać prawdziwą historię, dowiedzieć się, jak powstali Kiepscy? Od razu uprzedzam, ona nie będzie medialna, będzie brutalna i niezwykle prosta: idzie człowiek ulicą, na której leży milion dolarów, pochyla się i bierze je w garście. Zawsze jest tak samo.
Nina Terentiew
dyrektor programowa Telewizji Polsat
W owych czasach bardzo prężnym producentem był Tomasz Kurzewski. Jak mało kto miał instynkt człowieka telewizji, połączony z instynktem człowieka biznesu, bo oczywiście niezależnie od tego, że oddawał Polsatowi bardzo atrakcyjne, że tak powiem żargonem dzisiejszym, produkty, wiedział, że musi na nich zarabiać. I zarabiał, co nie jest niczym złym. Drużyna, którą powołał do życia, by zrealizować Świat według Kiepskich, na czele z Anią Skowrońską, która jest producentką serialu do dziś, to profesjonaliści najwyższej klasy.
Anna Skowrońska
kierowniczka produkcji i współproducentka
Zawsze marzyłam o pracy w branży filmowej. W tym celu ukończyłam nawet wydział produkcji filmowej na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach. Mam to szczęście, że udało mi spotkać niesamowicie ciekawych ludzi z pasją, dzięki którym powołałam do życia niejeden projekt telewizyjny, ale tym najważniejszym, któremu poświęciłam ponad dwadzieścia lat życia, był i jest Świat według Kiepskich. Natomiast Tomka Kurzewskiego poznałam na początku lat dziewięćdziesiątych, jeszcze w Telewizji Echo, która była pierwszą prywatną stacją w Polsce. Mieszała się tam energia i pasja młodych ludzi, często studentów, takich jak ja. Powstawało coś nowego, czego nie można było znaleźć w ówczesnej ofercie programowej telewizji publicznej. Przypominam, że TVP oferowała wówczas tylko dwa programy dostępne w telewizorach. Przepraszam, były jeszcze programy regionalne. Ale na ich tle TV Echo wydawała się formatem z innego świata. Tomasz, którego cechował zmysł biznesowy, szybko zrozumiał, że musi mieć własną firmę, by realizować swoje pomysły, a w konsekwencji marzenia. Dlatego powstał ATM.
Tomasz Kurzewski
większościowy właściciel ATM Grupa S.A.
Piętnastego stycznia 1992 roku powstała firma ATM. Nazwa spółki wzięła się od pierwszych liter imion jej założycieli. A - Andrzej Ziemiański, dziś uznany pisarz literatury fantastycznej, którego serdecznie pozdrawiam, T - Tomasz Kurzewski, wypowiadający te słowa, oraz M - świętej pamięci Mariusz Piesiewicz, operator filmowy, ale przede wszystkim świetny specjalista w zakresie sprzętu filmowego. Połączyła nas praca dla pierwszej niepublicznej stacji telewizyjnej w Polsce, nadającej we Wrocławiu - Prywatnej Telewizji "Echo", która emisję własnych programów rozpoczęła w roku 1990. Od samego początku wraz z żoną byłem bardzo zaangażowany w ten projekt, a studiowanie na Akademii Rolniczej kompletnie nie przeszkadzało mi w stawianiu pierwszych kroków jako operator kamery, dziennikarz i producent. Doszło nawet do tego, że pokój w akademiku DS Arka, w którym mieszkałem z Dorotą, moją ukochaną żoną, został pierwszym studiem nowej wrocławskiej telewizji, a moja małżonka pierwszą prezenterką. Szybko zauważyłem, że jestem samowystarczalny - potrafiłem montować, miałem swoją kamerę i mnóstwo pomysłów. Kiedy produkowaliśmy jeden z moich pierwszych autorskich programów, mam tu na myśli Wrocławskich gliniarzy, oddawałem do Echa właściwie kompletny materiał. Nie zamierzałem tworzyć pracodawcom konkurencji, jednak chciałem usankcjonować naszą współpracę formalno-prawnie, stąd pomysł na działalność pod własną marką. Ostatecznie, jako pierwsi wspólnicy ATM, zrealizowaliśmy tylko jeden projekt, na którym bardzo przyzwoicie zarobiliśmy - reklamę gumy do żucia. Emisję na antenie ogólnopolskiej kupiliśmy za grube miliony w imieniu biznesmena z Dolnego Śląska. Rynek reklam telewizyjnych i agencji reklamowych dopiero budził się do życia, a takie żuczki jak my tylko nakręcały to zjawisko. Tajemniczy dla wielu skrót "ATM" pozostał w nazwie firmy do dziś, jednak nasza współpraca jako wspólników szybko się zakończyła. Właściciele Echa nie byli zadowoleni z naszej "samowolki", dlatego postawili warunek: jeżeli pracujecie na siebie, to rezygnujecie z posady u nas. Ja się na to zgodziłem. Mariusz Piesiewicz nie chciał ryzykować. Andrzej Ziemiański nie był etatowym pracownikiem Echa, ale i on wkrótce opuścił ATM. Produkowaliśmy wówczas dla Telewizji Wrocław i Telewizji Polonia program Pałer, bardzo istotny w kontekście Kiepskich, ale o nim później. Wkrótce udało nam się wskoczyć w ramówkę TVP2, najpierw z Gliniarzami, potem z innymi programami, ale zanim zaczęło się to przekładać na zyski spółki, trzeba było zainwestować i płacić bieżące rachunki. I jak to w biznesie bywa, narobiło się kupę długów. Kilka lat temu, podczas przeprowadzki, znalazłem notatnik z tamtych lat, w którym zapisywałem zobowiązania ATM-u. Otworzyłem i nie potrafiłem policzyć zer. To było jeszcze przed denominacją, dlatego wszystkie sumy były ujęte w milionach złotych. Zadałem sobie jednak trud i zsumowałem zawarte tam kwoty, a następnie przeliczyłem wynik na dzisiejsze wartości. No więc długi mojej spółki wynosiły blisko trzy miliony złotych. Przypomnę, że byłem wtedy skromnym studentem trzeciego roku. W tej sytuacji wszyscy akcjonariusze ATM-u wykruszyli się jeden po drugim. Tak to działa. Kiedy są kłopoty, to jakoś nikt nie ma chęci, by je rozwiązać.
Spłacanie tamtych należności zajęło mi kilka lat. Pamiętam dokładnie, kiedy wyszedłem z długów, ponieważ w roku 1996 odbył się zjazd absolwentów liceum, do którego uczęszczaliśmy wraz z żoną. Uciąłem sobie wtedy ciekawą pogawędkę z nieżyjącym już kolegą, który odziedziczył po ojcu kamieniołom. Zapytałem wprost, jak mu idzie ten biznes. W odpowiedzi usłyszałem, że słabo, ponieważ wychodzi na zero. Na co ja szeroko otworzyłem oczy i zawołałem:
- Chłopie! Zero to jest genialny wynik! Ostatnie lata poświęciłem na złapanie zera!
Tomasz Kurzewski Archiwum rodzinne
Aleksander Sobiszewski
scenarzysta
Jeżeli mam mówić o prezesie Kurzewskim, to albo dobrze, albo wcale. A tak serio, rola, jaką Tomek odegrał w całym tym "kiepskim" przedsięwzięciu, a co za tym idzie również w moim marnym życiu oraz życiu wielu ludzi z wrocławskiej branży artystycznej, jest kluczowa. Warto przypomnieć, że całe środowisko niegdyś skupione wokół Wytwórni Filmów Fabularnych we Wrocławiu po transformacji ustrojowej poszło z torbami. Po upadku molocha, gdzie kręcono Czterech pancernych i psa, Rękopis znaleziony w Saragossie i masę innych filmów, ostała się ino bida i frustracja. I wtedy wkracza Tomasz Kurzewski ze swoim ATM-em i zaczyna rozdawać w tym środowisku karty na nowo. Tomek to wizjoner!
- Tu będzie stało studio, Alek - mówił mi, pokazując puste ośnieżone pola w Bielanach Wrocławskich, po których hulał wiatr.
Pokiwałem głową, ale w duszy pomyślałem: tak, tak... już to widzę. A jednak jak powiedział, tak zrobił. Zrealizował wszystkie swoje wizje i marzenia, choć, podobnie jak ja, przypłacił to zdrowiem. Potem powstała jeszcze filia ATM-u w Warszawie. Naprawdę pięknie to chłopak wymyślił.
Tomasz Kurzewski
większościowy właściciel ATM Grupa S.A.
W roku 1998 bardzo często odwiedzałem Warszawę. Powód, dla którego musiałem osobiście pokonać starą, wyboistą ósemkę na trasie Wrocław - Warszawa - Wrocław przez aromatyczny Bełchatów, był zawsze taki sam, śmiertelnie poważny, bo od niego zależały wypłaty dla setek ludzi. Otóż jeździłem do TVP i Polsatu z fakturami za kolejne zrealizowane produkcje ATM-u. Najlepiej i najpewniej było przywieźć dokument osobiście. Następnie osobiście pofatygować się do samego prezesa w celu otrzymania podpisu i ostatecznie położyć na stercie innych faktur w dziale rachunkowości, pamiętając o szerokim uśmiechu dla pani księgowej. Każdy przedsiębiorca doskonale zna ten mechanizm - można sobie chadzać z prezesami i panami tego świata na obiadki i nie wiem co jeszcze, nic jednak nie zastąpi miłej relacji z paniami w dziale finansowym. Jedna z takich podróży okazała się przełomowa, a to, co po niej nastąpiło, zdecydowało o losie wielu ludzi.
Otóż siedziałem sobie grzecznie pod drzwiami gabinetu niezwykle sympatycznego człowieka, Aleksandra Myszki - ówczesnego prezesa Polsatu. W rękach dzierżyłem fakturę za Telewizyjne biuro śledcze, które biło rekordy oglądalności. Przypadek sprawił, że na tym samym korytarzu w niewielkiej odległości ode mnie zapalczywie dyskutowało dwóch nienagannie ubranych dżentelmenów. Toczyli polemikę na temat wyższości sitcomów realizowanych metodą tradycyjną, zazwyczaj w teatrze przy udziale żywej, rozbawionej publiczności, a metodą telewizyjną, gdzie "spontaniczne" śmiechy były podkładane z tak zwanego offu. Nie jestem pewny, czy rozumiałem wtedy znaczenie słowa "sitcom", za to doskonale pamiętam, kiedy mój słuch się wyostrzył. Usłyszałem bowiem, że Polsat planuje poświęcić pasmo w swojej ramówce na nowy polski serial sitcomowy. W związku z tym zaproszono do współpracy kilku producentów, by zamówić piloty - odcinki próbne. Robi się tak na całym świecie - zamówione odcinki emituje się na antenie, bada ich oglądalność, po czym wybiera się serial, który przyciągnął największą widownię. Wiarygodność zasłyszanej informacji w skali od 1 do 5 oceniłem na silną piątkę, ponieważ owymi dżentelmenami byli Michał Kwieciński, producent topowego Klanu (dla mnie, drobnego przedsiębiorcy z odległej krainy nad Odrą, absolutny guru polskiej produkcji telewizyjnej), oraz Krzysztof Jaroszyński, znany satyryk i scenarzysta, który wraz z żoną Elżbietą Zającówną prowadził firmę produkującą programy i seriale. Poczułem się wtedy jak ten facet, który przychodzi załatwić coś do samego ministra. Był taki kawał, pamiętacie? Gość pakuje się do gabinetu, ale zatrzymuje go sekretarka i tłumaczy, że minister jest zajęty, prosi, żeby facet poczekał. Mijają godziny. Gość cały czas tkwi na korytarzu. Sekretarka co jakiś czas proponuje herbatę i przeprasza, mówi, że minister musiał wyjść, ale niedługo wróci, i prosi o cierpliwość. Po kolejnych kilku godzinach facet otwiera drzwi do sekretariatu i mówi do pani sekretarki, że on już leci i serdecznie dziękuje za wszystko. Zmartwiona sekretarka oznajmia, że szkoda, bo nie załatwił swojej sprawy, na co on, że wręcz przeciwnie, na tym korytarzu to on już tyle interesów ustawił, że tego spotkania z ministrem nie potrzebuje. Nie miałem pojęcia, jak dalej potoczą się sprawy, ale wiedziałem, że trzeba zrobić wszystko, żeby wziąć udział w tym konkursie.