Andrzejowi
Mają dwie minuty i trzydzieści dziewięć sekund - później będzie po wszystkim.
Koń i jeździec stoją przed trybuną honorową stadionu w Colombes. Czekają tylko na sygnał do startu.
Mężczyzna to porucznik Adam Królikiewicz. Niecałe pięć lat wcześniej koledzy i instruktorzy na kursie jeździeckim śmiali się z niego, bo nikt tak często jak on nie spadał z konia.
Koń to Picador. Łatwo go rozpoznać, nawet jeśli na trybunach ktoś ma odległe miejsce albo nie zrozumiał zapowiedzi przez trzeszczący megafon - zwierzę nie ma ogona. Stąpa po piasku, którym zasypano darninę stadionu. Wiadomo już, że trasa jest przez to trudniejsza - konie szybciej się męczą, ślizgają, nieraz zajeżdżają pod same przeszkody. Kilka ekip nalegało, by piasek usunąć, bo faworyzuje silne zwierzęta pełnej krwi. Organizatorzy są jednak nieprzejednani.
Picador nie jest ani silny, ani pełnokrwisty. To weteran wojenny, dawny koń taborowy. Teraz nasłuchuje, prawe ucho u szczytu jest zaznaczone rozcięciem.
Zadanie jest proste: należy przejechać wyznaczoną na stadionie trasę tak, jakby biegli po gigantycznej fladze Wielkiej Brytanii. Środkowy pasek z góry do dołu już pokonali, idąc od wejścia na miejsce startu. Na sygnał muszą okrążyć płytę boiska w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara, potem dwukrotnie przeciąć ją po przekątnej (najpierw od prawego górnego rogu flagi, potem od lewego górnego), raptownie zakręcić i przebiec długość stadionu - meta jest na samym środku.
To łącznie tysiąc sześćdziesiąt metrów. Mają dwie minuty, trzydzieści dziewięć sekund i ani jednej więcej. Za każdą kolejną sędziowie naliczają punkty karne.
Jest niedziela, 27 lipca 1924 roku. To ostatni dzień igrzysk olimpijskich w Paryżu.
Dorobek medalowy Polaków to zero złotych, zero srebrnych, zero brązowych.
W pierwszych walkach odpadli wszyscy bokserzy. Tomasz Konarzewski będzie wspominał: "Wszyscy przegraliśmy w haniebny sposób, bądź to przez nokaut, bądź przez dyskwalifikację. Dopiero w Paryżu dowiedziałem się, co to znaczy lewy prosty. Od razu trafiłem na mistrza Europy [Duńczyka Roberta] Larsena (...). Była to, prawdę mówiąc, dopiero czwarta walka w moim życiu. Sekundował mi wówczas w narożniku kolarz, inżynier Franciszek Szymczyk, który, rzecz jasna, był kompletnym laikiem w sprawie boksu. Jego rady ograniczały się do jednego sformułowania: "Koteczku, bij mocno!""[1].
W eliminacjach przegrali też szermierze i florecistka Wanda Dubieńska - jedyna Polka na igrzyskach.
O wioślarzach dziennikarka Kazimiera Muszałówna pisze, że "ani przez chwilę nie niepokoili przeciwników, a na finiszu zostali "odbici" na kilkanaście długości. Jury nie pofatygowało się nawet zmierzyć czasu"[2].
Słabo poradzili sobie lekkoatleci. Antoni Cejzik, najlepszy z nich, w dziesięcioboju był wprawdzie jedenasty, ale trudno tu mówić o sukcesie polskich szkoleniowców. Do kraju przyjechał kilka miesięcy przed igrzyskami, dotąd mieszkał w Rosji, trenował w Moskwie.
Zygmunt Weiss odpadł w przedbiegach na 200 metrów. Będzie wspominał: "Lekkoatletyczne konkurencje trwały chyba ze dwa tygodnie i my przesiadywaliśmy na stadionie od rana do wieczora, aby się uczyć. Patrzyło się z zazdrością na taki finał 100 metrów, który wygrał Anglik [Harold] Abrahams, albo na takiego Amerykanina Charlesa Paddocka, "króla szybkości", i jego kolegę [Jacksona] Scholza"[3].
Największą nadzieją byli dotąd jeźdźcy, bo kilka tygodni wcześniej odnieśli sukcesy w prestiżowych zawodach w szwajcarskiej Lucernie.
Adam Królikiewicz przez ostatni tydzień obserwował kolegów, który brali udział w czempionacie konia wojskowego (inaczej militari)[4]. Podczas próby ujeżdżenia konie Polaków nie prezentowały się dobrze. Holendrzy, Francuzi, Belgowie, Włosi mają zwierzęta doskonale zbudowane, w większości pełnej krwi, w dodatku trenowane od czterech, pięciu lat.
Podpułkownik Karol Rómmel startował na dziewiętnastoletnim Krechowiaku, który sześć lat służył na wojnie, dwukrotnie był raniony, dawno powinien być na emeryturze.
Porucznik Kazimierz Szosland - na Helusi, która nie znosi wiatru. To widzieli wszyscy, bo podczas ujeżdżenia w stępie i kłusie uciekała od niego, szła bokiem.
Rotmistrz Kazimierz Rostwo-Suski w zastępstwie za Generała (okulał w Lucernie) dosiadł Lady - klaczy z opinią "histerycznej i niepewnej".
Major Tadeusz Komorowski jechał na Amonie.
"Porwaliśmy się z motyką na słońce" - podsumuje później w relacji instruktor Leon Kon.
Jazda terenowa też okazała się trudna. To trzydzieści sześć kilometrów z przeszkodami naturalnymi i sztucznymi. W jednym z rowów brązowy medalista z Antwerpii Szwed Carl Gustaf Lewenhaupt upadł tak, że jego konia Cantera trzeba było zastrzelić na miejscu.
W czasie biegu ulicami Krechowiak, Lady i Helusia gubiły podkowy. Amerykanie mieli na trasie rozstawionych kowali, którzy na kopyta nakładali dopasowane skórzane trzewiki z przybitą podkową, zapinane na pasek[5]. Polacy w swojej ekipie nie mają kowala w ogóle. Szosland w najbliższej kuźni wojskowej sam podkuwał Helusię (stracił na tym dwadzieścia minut, potem piętnaście nadrobił).
Gdy po jeździe terenowej konie przeszły przegląd lekarski, by wyeliminować jawnie przemęczone lub kulejące, z konkursu odpadło dwunastu z czterdziestu czterech zawodników. Lady przeszła komisję tylko dlatego, że kulała na obie przednie nogi, więc nie było tego widać. Aby nie przemęczać zwierząt jeszcze bardziej, polscy jeźdźcy wysłali je z mety do odległych o dwadzieścia kilometrów stajni specjalnymi furgonami.
Ostatnią część czempionatu - skoki przez przeszkody - rozegrano wczoraj, w sobotę, 26 lipca. To wtedy wysypano na darninę pięciocentymetrową warstwę piasku z kamyczkami.
Instruktor Leon Kon przyzna: "Wszyscy współzawodnicy, bez względu na narodowość, przyjęli to z nie mniejszym zdziwieniem, niż gdyby komitet kazał skakać przez druty kolczaste"[6].
Rezultaty Polaków w skokach były poniżej oczekiwań. W całym czempionacie również. Najlepszy Rómmel zajął dziesiąte miejsce, pozostali - od dwudziestego trzeciego do dwudziestego szóstego[7]. Drużynowo - siódme wśród trzynastu reprezentacji.
Teraz mają ostatnią szansę.
Adam słyszy odgłos dzwonka, lekko zaciska łydki na miękkich bokach Picadora - ruszają!
Aby zdobyć pierwszy w historii medal olimpijski dla Polski, muszą pokonać szesnaście przeszkód.
PIERWSZA
Paryż, czerwiec 1894 roku. Szczupły, niewysoki mężczyzna wchodzi na mównicę w sali Sorbony. Ma trzydzieści jeden lat, ale wciąż chłopięcą urodę. Wypielęgnowane wąsy tylko nieznacznie dodają mu powagi.
- Od czasów średniowiecznych snuje się stale pewna nieufność do zalet cielesnych, które wyraźnie oddzielono od zalet duchowych. Było to ogromnym błędem, którego następstw naukowych i społecznych niepodobna obliczyć[8].
Mówca to Pierre de Frédy, baron de Coubertin. Słucha go siedemdziesięciu dziewięciu delegatów z dwunastu krajów. Jest zadowolony, bo jednak dopiął swego.
- Ludzie starej szkoły jękiem żalu przyjęli nasze obrady w samej Sorbonie, zdali sobie bowiem sprawę, że zbuntowaliśmy się i że doprowadzimy do obalenia gmachu ich zmurszałej filozofii.
Jeszcze dwa lata wcześniej na sam pomysł wskrzeszenia igrzysk olimpijskich mężczyźni cmokali ze zdumieniem i kręcili głowami, teraz przyjmują go aplauzem. Pierre czuje, że idzie nowe. Kończy słowami:
- Wznoszę więc kielich za ideę olimpijską, która na kształt promienia przepotężnego słońca przedarła się przez mgły wieków i wraca, by blask radosnej nadziei rzucić na próg dwudziestego wieku.
Twórca nowożytnych igrzysk olimpijskich Pierre de Frédy, baron de Coubertin. Fotografia z 1928 roku.
Gdyby elektryczność rzuciła blask na próg jej domu, matka Adama Królikiewicza byłaby wystarczająco zadowolona.
W czerwcu 1894 roku Julia też ma trzydzieści jeden lat - jest młodsza od Pierre'a o zaledwie pięć dni. Nie pochodzi jednak ze starej francuskiej rodziny arystokratycznej, ale z polskiej, mieszczańskiej. Nie wychowywała się w Paryżu, stolicy świata, tylko we Lwowie, prowincjonalnym mieście monarchii Habsburgów.
Jej mąż Karol jest urzędnikiem, przy Rycerskiej 21 mają dom z gospodarskim obejściem. To kilka minut spacerem od dworca kolejowego, ale wokół ciągną się łąki, sady, ogrody, pola uprawne i nieużytki. Julia zajmuje się domem, wychowuje pięciu synów. Być może dzieci będzie więcej, bo jest w trzecim miesiącu ciąży, ale nie wiadomo na pewno. Dwie córki zmarły krótko po narodzinach.
DRUGA
Ściana gabinetu Cezarego Harasimowicza, scenarzysty i pisarza, wnuka Adama, prawnuka Karola i Julii, może budzić zazdrość - niewielu ludzi tak dobrze zna swoją rodzinną historię. Wiszą tu fotografie z początku XX wieku, kawaleryjska szabla, sztylet z orłem rzeźbionym w rękojeści, ponad trzydzieści odznaczeń, w tym Order Virtuti Militari, a także portret Józefa Piłsudskiego z odręczną dedykacją. Wpatrujemy się jednak w jedyne zachowanie zdjęcie, na którym rodzina Królikiewiczów jest w komplecie.
- Na odwrocie jest data 17 kwietnia 1906 roku, to był wtorek po Wielkanocy - opowiada Cezary Harasimowicz. - Starsi synowie odwiedzili rodziców i dzień później, z pełnymi brzuszkami, razem poszli do fotografa. Julia nosi ciemną suknię, ale można dojrzeć dyskretny haft. Mężczyzna z brodą, który jako jedyny siedzi bokiem i patrzy w jej stronę, to Karol. Ukrywa w ten sposób, że nie ma prawego oka - wyżarł je nowotwór. Wszyscy bracia mają orle nosy, to po ormiańskich przodkach. Do końca życia zaciągali po lwowsku, dziadek może trochę mniej. Jest tutaj, pierwszy po lewej, w szkolnym mundurku. Ma jedenaście lat.
Wymyka się z domu i biegnie do piaszczystej drogi niedaleko dworca. Coraz wyraźniej słyszy dobiegające stamtąd dźwięki marsza. Bęben, talerze i instrumenty dęte - wie, co to znaczy: wojsko cesarza Franciszka Józefa maszeruje z koszar na ćwiczenia. Na czele konno jadą wyżsi oficerowie.
Rodzina Królikiewiczów. Z przodu od lewej: Adam (rocznik 1894), Oktawian (1903), Julia (1863), Karol (1855), Wacław (1900) i Stanisław (1891). W tylnym rzędzie od lewej: Marian (1880), Kazimierz (1884), Tadeusz (1887) i Mieczysław (1889).
Adam Królikiewicz napisze we wspomnieniach: ""Banda" - tak w naszej lwowskiej gwarze nazywaliśmy maszerującą orkiestrę wojskową - jak magnes przyciągała okoliczną gawiedź. Zgraja wyrostków, wśród których nie brakowało też lwowskich "batiarów", asystowała wojskowej kapeli krok w krok na całej trasie przemarszu. W austriackich mundurach szli ich ojcowie lub bracia, krewni, przyjaciele, koledzy bądź znajomi"[9].
Adam zapamiętuje, jak po przejściu orkiestry tumany kurzu wiszą w ciepłym letnim powietrzu i czuć ostrą woń, którą zostawiły za sobą konie.
Bracia trzymają się razem. W białohorskich lasach zbierają konwalie, w noc świętojańską szukają kwiatu paproci. Na wagary chodzą nad stawek Barana w Kleparowie, bo jest ukryty w krzakach. Czasem kąpią się w nim, ale cieplejsza woda jest w stawach winiarza Ludwika Stadtmüllera - tu też nieraz polują na raki.
Przyroda fascynuje Adama, chce jej poświęcać jak najwięcej czasu. Jest jednak pewna przeszkoda: "Szkoła, jak zmora, zaciemniała mi radość chłopięcego życia - będzie wspominał. - W pogodny letni dzień trudno mi było w jej murach usiedzieć spokojnie. Do nauki, szczerze mówiąc, nie miałem sentymentu ani wielkiej ochoty"[10].
Ma ochotę czy nie ma, uczyć się musi. Rodzice chcą wykształcić wszystkich synów (łącznie ośmiu) na inżynierów. Czar przyrody Adam może poznawać, pomagając w gospodarstwie. Przy domu Królikiewiczowie prowadzą ogród z warzywami i owocami, na pobliskich polach mają uprawy, a w zagrodzie - dwie krowy, kilka świń, trochę drobiu, a także psa na łańcuchu i kota.
Karol Królikiewicz nie chce zatrudniać do pomocy nikogo spoza rodziny. Synów wychowuje twardą ręką - o tym, jak bolesna jest kara za nieposłuszeństwo, przekonali się nie raz. Gdy starsi dorastają, jeden po drugim z ulgą opuszczają dom.
Rok po zapozowaniu do wspólnej fotografii ojciec umiera, a głową rodziny oraz "wykonawcą sprawiedliwych wyroków matki" zostaje najstarszy z obecnych w domu synów. Julia jednak też choruje, łączy więc chłopców w pary - starszy ma się opiekować młodszym. Po jej śmierci w 1911 roku bracia mają już tylko siebie.
TRZECIA
Nie wiadomo, kiedy Adam Królikiewicz pierwszy raz słyszy o igrzyskach olimpijskich.
Na pewno nie w 1896 roku.
Gdy Pierre de Coubertin w Atenach realizuje swoje marzenie o wskrzeszeniu zawodów, bierze w nich udział ponad dwustu zawodników. To wyłącznie mężczyźni, przeważnie majętni, bo podróż do Grecji jest kosztowna. Zazwyczaj startują w kilku konkurencjach i choć wyniki mają marne, o zawodach rozpisują się gazety we wszystkich trzech zaborach. Adam jednak ma wtedy półtora roku - nie zapamiętałby rozmowy rodziców na ten temat.
Mało prawdopodobne, że Królikiewicz dowiaduje się o istnieniu igrzysk cztery lub osiem lat później.
Zawody w Paryżu w 1900 roku to organizacyjna katastrofa. Trwają łącznie ponad sześć miesięcy, ale mało kto zwraca na nie uwagę, bo towarzyszą Wystawie Światowej. Wśród nowych konkurencji są krykiet, loty balonem i strzelanie do żywych gołębi.
Długo nie wiadomo, które konkurencje odbywają się w ramach zawodów, a które są nieoficjalnymi spotkaniami towarzyskimi.
Maratonu nikt nie pilnuje, zawodnicy biegną różnymi trasami, jeden z nich skarży się, że został potrącony przez rowerzystę.
Dyskobole rzucają w publiczność, młociarze - w gałęzie, bo konkurencję przeprowadzono w alei drzew.
Terminy startów zmieniają się w ostatniej chwili - szermierze, którym uda się dotrzeć na czas, nie mają z kim się pojedynkować.
Odkręcanie błędów w nazwiskach i narodowościach uczestników zajmie wiele lat. Nawet francuska prasa rzadko informuje o przebiegu rywalizacji.
W 1904 roku na wyjazd do amerykańskiego Saint Louis stać tylko nielicznych Europejczyków. Nie jedzie nawet Pierre de Coubertin, choć jest już wtedy prezydentem Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego. Co najmniej trzy czwarte spośród ponad sześciuset startujących sportowców to obywatele Stanów Zjednoczonych. Rywalizują więc ze sobą nie tyle zawodnicy z różnych państw, ile z amerykańskich klubów i uczelni.
Przedstawiciele wszystkich kontynentów? Występują, ale nie w takiej roli, jaką de Coubertin sobie wymarzył. Zawody towarzyszą wystawie i targom z okazji stulecia odkupienia Luizjany przez Stany Zjednoczone od Napoleona. Wartości olimpijskie? To pojęcie niezbyt precyzyjne - postęp promuje się tu zgodnie z duchem czasu, na przykład podczas Dni Antropologicznych.
Organizatorzy zapewniają, że lekkoatletyczne zawody wyłącznie dla rdzennych mieszkańców Afryki, Azji, Oceanii i obu Ameryk mają charakter naukowy. Na oczach dziesięciu tysięcy widzów około stu półnagich mężczyzn biega, skacze w dal, podnosi ciężary, przeciąga linę, strzela z łuku i wspina się na piętnastometrowy pal. Nigdy wcześniej nie startowali w zawodach i nie znają zasad, nie widzą też sensu w podobnej rywalizacji, ich wyniki są marne. Przewodniczącego komitetu organizacyjnego Jamesa E. Sullivana to nie martwi, wręcz przeciwnie. Napisze: "całe spotkanie niezbicie dowodzi, że dziki był człowiekiem bardzo przereklamowanym z atletycznego punktu widzenia"[11]. Jego ocena całych zawodów też będzie jednoznaczna: "Ameryce należy się pełne uznanie za tak doskonałe zorganizowanie igrzysk, którym nic nie dorówna, dopóki nie wrócą do Ameryki, gdyż ustanowiła ona standardy trudne do osiągnięcia przez inne kraje"[12].
W roku 1906 - tym samym, w którym rodzina Królikiewiczów odwiedza zakład fotograficzny - w Atenach odbywają się międzyigrzyska. Mimo początkowych oporów wskrzeszenie tradycji tak zachwyciło Greków, że teraz chcieliby już zawsze organizować igrzyska u siebie. Gdy de Coubertin się nie zgadza, wpadają na pomysł, by co cztery lata robić własną imprezę, naprzemiennie z tą właściwą. Szybko okazuje się jednak, że może jest to pomysł na miarę greckich ambicji, ale nie możliwości finansowych. Zawody odbywają się tylko raz.
Adam Królikiewicz po latach opowie wnukowi, jak z młodszymi braćmi dla zabawy rzucali dyskiem - denkiem od znalezionej w lesie puszki konserwowej. Konkurs skończył się rozcięciem głowy jednego z nich. Pewnie było to jeszcze przed igrzyskami w Londynie w 1908 roku. Ich organizatorzy nadają imprezie godną rangę. Podczas uroczystości otwarcia sportowcy pierwszy raz idą w defiladzie. Do historii przechodzi zdanie biskupa Pensylwanii wypowiedziane podczas mszy w katedrze Świętego Pawła: "W tych igrzyskach nie tak ważne jest zwycięstwo, jak sam udział". Pierre de Coubertin rozwinie tę myśl w jedną z głównych zasad igrzysk olimpijskich.
CZWARTA
De Coubertin chce, by igrzyska służyły nie tylko rozwojowi ciała, ale i ducha, a także zawieraniu znajomości i zabawie. W 1912 roku w Sztokholmie działa więc wesołe miasteczko, są pokazy sztucznych ogni, oraz przyjęcia w Skansenie - muzeum na świeżym powietrzu, po którym sportowców oprowadzają szwedzcy naukowcy. Pojawiają się innowacje: trybuny dla sędziów, półautomatyczne elektryczne odmierzanie czasu czy codzienna gazetka olimpijska z wynikami w trzech językach. Igrzyska są też filmowane - zachowa się prawie trzygodzinny materiał dokumentalny.
Konkurencjom sportowym po raz pierwszy towarzyszy Olimpijski Konkurs Sztuki i Literatury: o medale mogą walczyć architekci, literaci, muzycy, malarze i rzeźbiarze. Złoty krążek otrzymują Georges Hohrod i Martin Eschbach, twórcy Ody do sportu. Francuz i Niemiec przez poezję wspólnie chwalą sport, choć pochodzą z wrogich krajów. W 1912 roku brzmi to zbyt pięknie, by było prawdziwe. I nie jest - pod pseudonimem ukrywa się marzyciel Pierre de Coubertin. Hohrod i Eschbach to nazwy miejscowości w Alzacji - regionie, który w 1871 roku Francja utraciła na rzecz Niemiec i od tego czasu spór o niego trwa.
O igrzyskach w Sztokholmie, które uchodzą za pierwsze w pełni udane, siedemnastoletni Adam Królikiewicz musi już słyszeć. Wśród prawie dwóch i pół tysiąca sportowców są przedstawiciele pięciu kontynentów. Są też Polacy, na przykład Władysław Ponurski z lwowskiej Pogoni[13]. W barwach Austrii biegnie na 200 i 400 metrów (odpada w eliminacjach)[14]. Sześćdziesiąt lat później będzie wspominał: "Na trybunach tylko kilku Polaków, w tym trzech dziennikarzy. Stremowany, nie obyty z atmosferą zawodów olimpijskich, osiągnąłem słabsze wyniki od tych, na które oczekiwałem. (...) Jednakże z Olimpiady sztokholmskiej wyniosłem niezapomniane wrażenia, oglądałem najlepszych sportowców świata. Po raz pierwszy usłyszałem o racjonalnym, naukowym treningu, o którym my, Polacy, nie mieliśmy pojęcia"[15].
Trzech dziennikarzy, o których wspomina, to wysłannicy lwowskich gazet[16]. Opisują ceremonię otwarcia i zamknięcia igrzysk, relacjonują przebieg zawodów. Dzięki nim informacje docierają do zaboru pruskiego i rosyjskiego.
W barwach Rosji w konkursie skoków przez przeszkody startują jeźdźcy Sergiusz Zahorski i Karol Rómmel. Ten ostatni, porucznik z izmaiłowskiego pułku gwardii carskiej, na koniu Ziabliku jedzie po złoto. Ma tylko cztery punkty karne, tyle samo co Francuz Jacques Cariou na koniu Mignon. Prawdopodobnie konieczna będzie dogrywka o pierwsze miejsce. Przez blisko trzy i pół minuty Polak jest rewelacją zawodów, zachwyca się nim król Szwecji Gustaw V. Zamiast na podium Rómmel ląduje jednak w szpitalu z dwoma złamanymi żebrami. Zajmuje dziewiąte miejsce. Koń potknął się na ostatniej przeszkodzie[17].
Konkurs skoków przez przeszkody podczas igrzysk olimpijskich w Sztokholmie. Polacy startują w barwach państw zaborczych. Jeźdźcy Sergiusz Zahorski i Karol Rómmel reprezentują carską Rosję.
PIĄTA
Jest pierwsza połowa 1913 roku. Pierre de Coubertin siada przy biurku i kładzie przed sobą cyrkiel, grafit i gwasz (kolorowe farby wodne). Kartka papieru, która leży przed nim, jest biała i ma wymiary dwadzieścia jeden na dwadzieścia siedem i pół centymetra. O tym, co zamierza zrobić, myślał od pewnego czasu.
Ma przed oczami dwa splecione koła: niebieskie i czerwone. To symbol Unii Francuskich Towarzystw Sportów Atletycznych. Pierre był sekretarzem generalnym tej organizacji, pod jej auspicjami zwołano kongres, na którym wskrzeszono igrzyska. Teraz w wyobraźni rozdziela niebieskie i czerwone kółko, między nimi wstawia trzy inne. Razem pięć, bo sportowcy z tylu kontynentów wzięli udział w igrzyskach w Sztokholmie.
Kolory? Dodaje żółty, czarny i zielony. Razem z białym tłem daje to sześć barw - na flagach wszystkich istniejących państw występuje przynajmniej jedna z nich.
Układ kół? Trzy nieco wyżej, dwa nieco niżej. A może lepiej odwrotnie? Najważniejsze, że są równej wielkości i ze sobą splecione.
Pierre jest z projektu bardzo zadowolony. Napisze: "Taka flaga, powiewająca na wietrze, będzie lekka, połyskująca i duchowa. Ma istotne znaczenie symboliczne. Sukces jest gwarantowany"[18].
Nim będzie wiadomo, że Pierre de Coubertin się nie pomylił, minie kilkanaście lat. Kilkadziesiąt - nim symbol stanie się prawnie chronionym znakiem towarowym. W lipcu 2020 roku podczas aukcji w Cannes kolekcjoner z Brazylii kupi kartkę papieru z pierwszym projektem de Coubertina za prawie dwieście trzydzieści pięć tysięcy euro (bez podatków: sto osiemdziesiąt pięć tysięcy)[19]. Dwa tygodnie później odwiedzam Muzeum Olimpijskie w Lozannie, które ma w zbiorach pierwszą olimpijską flagę.
W wielkim jasnym płótnie z kolorowymi naszywkami utrwalona jest pewna niedoskonałość pierwszych lat igrzysk. Koła jeszcze nie są wycięte z bezduszną cyfrową precyzją. Niebieskie wydaje się nieco większe od pozostałych. Zielone jest nieforemne, tak jakby czarne na siłę przeciągało je w swoją stronę. Jeśli podejść bliżej, widać szwy, które pomagają splecionym figurom trzymać się razem. Na pamiątkę pierwszej prezentacji w Egipcie złotymi nićmi wyszyto u dołu napis: ALEXANDRIE 5 AVRIL 1914.
Pierwsza flaga olimpijska w zbiorach Muzeum Olimpijskiego w Lozannie. Symbol igrzysk Pierre de Coubertin projektuje osobiście. Pisze: "Taka flaga, powiewająca na wietrze, będzie lekka, połyskująca i duchowa. (...) Sukces jest gwarantowany".
W połowie czerwca 1914 roku w Paryżu trwa kongres jubileuszowy z okazji dwudziestolecia wskrzeszenia igrzysk. Pierwsza flaga zawisa przy wejściu na Sorbonę, ideę olimpijską promuje pięćset sztandarów rozwieszonych w całym mieście. Kongres uznaje koła za oficjalny symbol zawodów. Decyduje też, że flaga pojawi się na stadionie podczas najbliższych igrzysk w Berlinie - już za dwa lata.
Jednak w tym samym czasie w Sarajewie trzech mężczyzn realizuje już zupełnie inny plan. Czekają jeszcze tylko, aż do miasta przyjedzie następca tronu austro-węgierskiego, arcyksiążę Franciszek Ferdynand. Konsekwencji zamachu, który szykują, nie są w stanie przewidzieć. Nikt zresztą nie jest. Na pewno nie Adam Królikiewicz, który kończy właśnie drugi semestr na wydziale elektrotechnicznym Wyższej Szkoły Technicznej w saksońskiej Mittweidzie.
Tymczasem na igrzyskach w Paryżu w 1924 roku piąta przeszkoda to pierwsza i ostatnia, którą wszyscy sklasyfikowani zawodnicy pokonują bez błędu. Od tego momentu będzie już tylko trudniej.
SZÓSTA
Gdy wyjeżdża na wojnę, rozpiera go zapał. Nosi mundur strzelecki, na głowie - maciejówkę z polskim orzełkiem (bez korony). Do plecaka wcisnął koc, kilka sztuk bielizny, menażkę i prowiant. Nie ma jeszcze dwudziestu lat, tak jak część jego towarzyszy, ale inni są ojcami i dziadkami. Na lwowskim dworcu kolejowym żegnają ich matki, siostry, żony i dzieci. Matka Adama nie żyje, żony jeszcze nie ma, ale nie jest sam.
We wspomnieniach napisze: "Wyposażony jak na tygodniową wycieczkę wyruszyłem 1 sierpnia 1914 roku, w towarzystwie mojego starszego brata Tadeusza, z oddziałem lwowskich strzelców na wielką wojenną przygodę. Kto mógł wówczas przewidzieć, że tygodnie wydłużą się w lata"[20].
Dzień później stawiają się w krakowskich Oleandrach. Tu na terenach powystawowych tworzy się zalążek polskiego wojska, na błoniach trwają ćwiczenia i musztra. Przez kilka dni bracia obserwują, jak inni żołnierze ćwiczą w pojedynkę lub z całym plutonem, jak wydaje się broń, jak tworzą się piechota, kawaleria, artyleria, saperzy, służba sanitarna i zaopatrzenie. Ludzi przybywa z godziny na godzinę.
Adam zapamięta doktora Bolesława Wieniawę-Długoszowskiego - ma dystynkcje wojskowe i białą opaskę z czerwonym krzyżem na lewym ramieniu. Pisarz Wacław Sieroszewski, przysadzisty pięćdziesięcioparolatek z wąsem, nosi na głowie białą czapę. Z parujących kotłów kuchni polowej nalewa grochówkę zmęczonym ćwiczeniami żołnierzom.
Do Adama i Tadeusza dołącza Mieczysław. Trzeci z braci przyjeżdża ze Lwowa z kilkunastoosobowym oddziałem Sokoła, dowodzi Marceli Śniadowski. To wojskowa elita, Adam z podziwem patrzy na piękne mundury, gardy austriackich, oficerskich szabel kawaleryjskich przy bokach, spodnie do konnej jazdy, buty z cholewami i brzęczącymi ostrogami.
Chce do nich dołączyć, ale ma problem: do tej pory ujeżdżał tylko jednego wierzchowca. Ćwiczyli na nim wszyscy bracia, choć był ślepy na jedno oko, miał wytarty ogon i resztki grzywy. Zwierzę znosiło wszystkie pomysły chłopców, ale nigdy nie wyszło poza przydomową szopę. Poruszało się najwyżej po kilka, kilkanaście centymetrów w przód i w tył - jak to koń na biegunach.
Sokolacy biorą trzech Królikiewiczów za wytrawnych jeźdźców, a ci nie korygują błędu. Ich umiejętności nikt nie sprawdza, bo nie ma jak. Żołnierze przywieźli ze Lwowa tylko kilka siodeł. Własne konie musieli oddać austriackim władzom wojskowym, by nie obciążać transportu, a w Krakowie mieli dostać tyle samo innych.
"Typowe austriackie gadanie - skończyło się oczywiście tylko na obietnicy" - napisze Królikiewicz[21].
Przez całą wojnę żołnierze będą odbierać Austriakom należność na własną rękę. Piechota będzie mówić o jeźdźcach "koniokrady" i "cacy pupki". Królikiewicz przyzna, że to pierwsze określenie jest "nieładne wprawdzie, ale zasłużone"[22]. (Kawalerzyści mówią o piechocie - "bomberaki". Sanitariuszy jedni i drudzy nazywają "łapiduchami").
Adam Królikiewicz, który nie umie jeździć konno, rusza na wojnę z oddziałem jazdy, który nie ma koni.
Gdy po kilkunastu kilometrach docierają do austriacko-rosyjskiej granicy, jeszcze jest wesoło. Na skraju szosy stoi słup graniczny w czarno-białe ukośne pasy z czarnymi dwugłowymi orłami. Adam z kolegami wymieniają spojrzenia, dobywają szabli i rąbią go z całych sił.
W dworze w Michałowicach rekwirują pierwsze konie, otrzymują je starsi żołnierze, w tym komendant Śniadowski. Jednak siwy ogier do konspiracji się nie nadaje: nie tylko widać go z daleka, ale i słychać, bo bez przerwy wdzięczy się do klaczy. Dobytek i sprzęt wojenny (ekwipunek, furaż, chleb, konserwy, amunicja i kilka siodeł) jadą za oddziałem na dwóch chłopskich wozach. Droga do Kielc zajmuje im sześć dni.
Królikiewicz: "W długich marszach niezaprawionym piechurom puchły często poranione nogi. Ramiona i plecy nieprzyzwyczajone do noszenia rynsztunku przygniatały ciężkie karabiny i obładowane tornistry"[23].
On sam jednak nie narzeka. To na myśl o pierwszej próbie jazdy konnej skóra cierpnie mu ze strachu.
Na wzgórze Karczówka koło Kielc docierają 13 sierpnia. Jest gorąco i słonecznie. Dzień wcześniej oddział strzelców zajął miasto bez walki, rosyjskie wojska ewakuowały się na północny wschód. Teraz jednak słychać, że w mieście coś się dzieje.
Na błękitnym niebie Adam dostrzega kępki białoróżowych obłoków. Najpierw wysoko, potem niżej. Po chwili słyszy trzask - to rozrywają się szrapnele. Przyzna później: "Jeszcze nie zdawałem sobie sprawy, że jednocześnie pryska z nich każdorazowo snop śmiertelnych, ołowianych kul"[24].
Rosjanie wrócili.
Na rozkaz dowódcy Adam chyli się ku ziemi i z kolegami zbiega ze wzgórza. Chowają się w rowie. Wyciągają krótkie, przestarzałe karabiny.
Doświadczenie Adama w strzelaniu jest takie jak w jeździe konnej - dotychczas miał w ręku najwyżej wiatrówkę. Widzi jednak, że zbliża się konny patrol Rosjan.
Patrzy na kolegów, gdy ładują broń. Magazyn jest na sześć nabojów wpychanych palcem pod lufę. Przy pierwszym strzale zaskakuje go uderzenie kolby w ramię. Celuje drugi, trzeci raz. Chyba nikt z nich nie trafia, ale patrol zawraca. Dopiero po chwili Adam dostrzega powód.
To piechota. Rosjanie idą w ich stronę w rozproszonym liniowym szyku.
Trzęsą mu się ręce, gdy ładuje kolejne naboje, strzela czwarty, piąty raz. Nagle orientuje się, że jest sam. Nawet nie zauważył, że koledzy się wycofali.
Zrywa się i biegnie na wzgórze. Wozów taborowych już nie ma: zostały szczątki i rozerwane granatami ciała koni. Ze strachu nie może oddychać. W oddali dostrzega uchodzących kolegów. Zbiega ze wzgórza, pędzi przez pola, chroni się w lesie.
Próbuje się uspokoić i nasłuchiwać, ale to na nic. Oddycha zbyt płytko, bicie serca czuje w skroniach. Sądził, że jest sam, że udało mu się uciec, ale przed chwilą chyba słyszał w krzakach rżenie. Zatrzymuje się i podnosi karabin. Albo to swoi, albo po pierwszym dniu walki czeka go niewola. Inaczej to sobie wyobrażał.
Dostrzega końską głowę, wstrzymuje oddech, wypatruje jeźdźca. Tego jednak nie ma. To samotny koń w pełnym rynsztunku rosyjskiej jazdy. Adam jest uratowany. A właściwie byłby, gdyby umiał jeździć.
Zbliża się powoli, ujmuje konia za wodze, głaszcze. Z trudem wdrapuje się na grzbiet. Jest zaskoczony, że kulbaka, kawaleryjskie skórzane siodło, jest tak miękka i wygodna. Chwyta za wodze i powoli wyprowadza zwierzę z lasu.
Na polu role się odwracają: to koń prowadzi jeźdźca. Przyspiesza i po chwili już galopuje w stronę szosy. Adam traci równowagę, kiwa się, chwyta za siodło, za wodze, za grzywę, zaciska łydki na bokach konia - później dowie się, że pogarsza w ten sposób sprawę. Wreszcie pochyla się na karku zwierzęcia, obejmuje je za szyję i całkowicie zdaje się na jego łaskę.
Królikiewicz: "Moja pierwsza w życiu jazda zakończyła się nad wyraz szczęśliwie na chęcińskim rynku, na którego twardy bruk z kocich marmurowych łbów zwaliłem się jak worek u stóp zgrupowanych tam, zdumionych moim wyczynem kolegów".
Na powtórkę nie ma najmniejszej ochoty. Kulbaka jest wygodna, gdy jeździec umie w niej siedzieć. Choć jazda była krótka - kilkanaście kilometrów - uda pieką go od otarć: "Fizycznie i psychicznie rozbity, chodziłem okrakiem z lepiącą się do żywego ciała zakrwawioną bielizną"[25].
SIÓDMA
Gdy Pierre de Coubertin projektuje symbol igrzysk, w Berlinie dobiega końca budowa stadionu. Cesarz Wilhelm otwiera go uroczyście już w czerwcu 1913 roku, trzy lata przed planowanymi igrzyskami. Niektórzy narzekają, że jest za duży. Może się na nim pomieścić trzydzieści tysięcy widzów: jedenaście i pół tysiąca na miejscach siedzących oraz osiemnaście i pół tysiąca stojąc. Ile miejsc leżących można na nim wygospodarować? Źródła nie podają. A szkoda, bo w 1915 roku stadion zamienia się w wielki szpital polowy.
Dla Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego konflikt, który w kilka tygodni ogarnął większą część Europy, to katastrofa. Jak przeprowadzić międzypaństwową imprezę sportową, gdy walczą ze sobą Austro-Węgry, Niemcy i Włochy po jednej stronie, a po drugiej Francja, Wielka Brytania i Rosja? Gdy prezydent Komitetu jest Francuzem, a igrzyska mają się odbyć w Berlinie?
Wyobraźnia sama podpowiada tę scenę: front zachodni, okopy we Flandrii, Boże Narodzenie 1914. Żołnierze pogrążeni w ciemności, mrozie i tęsknocie za bliskimi. Nagle z okopów wroga rozlega się melodia. To Cicha noc. Mężczyźni wychodzą sobie naprzeciw, ściskają dłonie, częstują papierosami. Wśród nich jest prawie pięćdziesięciodwuletni Pierre de Coubertin, który ze łzami w oczach mówi:
- Panowie, może jeszcze nie wszystko stracone?
Nic z tego.
Pierre de Coubertin nie jest zagorzałym pacyfistą, lecz najwyżej umiarkowanym. To twórca pokojowej idei, buntownik i wizjoner, ale też dziecko swoich czasów. Jako ośmiolatek w 1871 roku obserwował klęskę swojego kraju w wojnie z Prusami. Jeśli w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych zachęca do sportu francuską młodzież, to również po to, by poprawić morale w armii. Z jego inicjatywy na igrzyskach w Sztokholmie debiutuje pięciobój nowoczesny. Zdaniem Pierre'a strzelanie z pistoletu, jeździectwo, biegi przełajowe, pływanie i szermierka na szpady to konkurencje, w których musi sobie radzić każdy oficer. Chyba ma rację, skoro Adam Królikiewicz trzech pierwszych umiejętności potrzebował już podczas inicjalnego starcia.
Gdy w czerwcu 1913 roku w Berlinie otwierano stadion z widownią na trzydzieści tysięcy miejsc, wielu uważało, że jest za duży. Przed igrzyskami w 1936 roku na jego miejscu stanie inny - z widownią na sto tysięcy miejsc.
Gdy wybucha wojna, dla Pierre'a ważniejszy od pokoju jest patriotyzm. Ze względu na wiek nie podlega obowiązkowi służby, nalega jednak, by wysłano go na front w roli tłumacza. Bez skutku. W styczniu 1915 roku, gdy wszyscy jeszcze wierzą, że konflikt będzie krótki, publikuje odezwę, w której wzywa młodych Francuzów do walki w obronie francuskiej cywilizacji. Mobilizację z sierpnia poprzedniego roku uważa za "jeden z najpiękniejszych spektakli, jaki światu dała demokracja"[26].
Przygotowania do igrzysk w Berlinie jeszcze wówczas trwają. Gdy Amerykanie proponują przeniesienie imprezy do siebie (Stany Zjednoczone wciąż są neutralne), de Coubertin odpowiada: "Międzynarodowy Komitet Olimpijski nie ma prawa odebrać możliwości świętowania olimpiady krajowi, któremu została ona przyznana, bez konsultacji z nim"[27].
W kwietniu 1915 roku przenosi za to siedzibę i archiwum Komitetu ze swojego paryskiego mieszkania do Lozanny, w neutralnej Szwajcarii. Wkrótce staje się jasne, że igrzyska w 1916 roku nie odbędą się ani w Berlinie, ani nigdzie indziej.
ÓSMA
Mimo otarć na udach Adam wraca na konia. Jego kwalifikacje jeździeckie ocenia Władysław Belina Prażmowski, dowódca siedmioosobowej grupy zwiadowczej strzelców. Królikiewicz nie wyróżnia się na tle kolegów - to niewiele mówi o jego talencie, ale sporo o umiejętnościach ochotniczej armii.
Jeszcze w sierpniu 1914 roku Belina organizuje pierwszy szwadron kawalerii, w listopadzie - dywizjon, a w styczniu 1915 roku - 1 pułk ułanów w ramach Pierwszej Brygady Legionów Polskich. Adam przechodzi z nimi całą kampanię wielkiej wojny. Uczy się bycia żołnierzem.
Już 3 grudnia 1914 roku Adam trafia do Szpitala Rezerwowego nr 3 w Wiedniu. Na liście chorych i rannych legionistów widnieje tylko jego nazwisko - przyczyny brak. Jeszcze wcześniej, bo 20 listopada, do tamtejszego Kolegium Medyko-Chirurgicznego Josephinum skierowano jego brata Mieczysława. Cierpiał na katar kiszek - to przewlekła, czasami kilkumiesięczna biegunka[28].
Do szpitali legioniści najczęściej trafiają z powodu ran odniesionych w bitwach i chorób zakaźnych (głównie czerwonki, ale też tyfusu, cholery, czasem czarnej ospy). Codzienna higiena to wyzwanie. Myją się w łaźniach publicznych, rzekach i stawach albo wcale. Jeden z oficerów wspominał, że gdy wchodziło się do izby, w której spali żołnierze, "człowiek mdlał, a nawet latarki elektryczne zdawały się przygasać z powodu strasznej atmosfery"[29]. Są jeszcze wszy. Latem ucieczką przed nimi może być sen nago poza okopami i chłopskimi izbami. Zimą niech już swędzi - większym problemem są odmrożenia dłoni, stóp, nosa, uszu. Bywa, że konieczna jest amputacja.
Szarobłękitny mundur z amarantowymi wyłogami Adam Królikiewicz zakłada głównie na defilady i gdy pozuje do fotografii.
Bez względu na przyczynę pobyt Adama w austriackim szpitalu na pewno nie jest przyjemny. Legioniści traktowani są tu jak pacjenci drugiej kategorii, a nawet dezerterzy. Sanitariuszy postrzegają nie jako opiekunów, ale "dozorców więziennych". Jeden z żołnierzy wspominał: "Człowiek czuje się w szpitalach rezerwowych, na tyłach, czymś znikomym, pozbawionym wszelkiej wartości i godności, na poziomie jakiejś szmaty zużytej, żołnierz spada do poziomu "bydła" - tłuszczy ck"[30].
Nim Adam zje i odpocznie, musi nakarmić i napoić zwierzę, sprawdzić podkowy. Kilka razy dziennie wyczyścić, zwłaszcza jeśli przemarsz prowadzi przez błoto lub zakurzone drogi. Sprawny koń to dla niego środek transportu i narzędzie w walce - jego być albo nie być[31].
Po kilku tygodniach walk kawalerzyści otrzymują nowsze karabinki Mannlichera, szable i rewolwery. Dostają też szarobłękitne mundury z amarantowymi wyłogami i czaka na głowy, ale te zakładają głównie na defilady i do fotografii - Adam też pozuje. W czasie marszów i walk są ubrani jak Austriacy: w dwu- lub jednorzędowe kurtki ułanki i kawaleryjskie spodnie (bryczesy). Wiosną 1916 roku na wyposażeniu legionistów znajdą się też niemieckie maski chroniące przed gazami bojowymi.
Pierwsza Brygada uchodzi za najlepsze miejsce do służby. Tak jak w związkach strzeleckich status społeczny nie ma tu znaczenia, żołnierze mówią do siebie "obywatelu"[32]. Zazwyczaj nie salutują - niezależnie od pełnionej funkcji pozdrawiają się jak przyjaciele lub krewni. Mówią wprost, że walczą o niepodległość Polski. Czasem zamiast świętych obrazków wieszają w pokojach w koszarach zdjęcie komendanta Józefa Piłsudskiego.
Dla Austriaków legioniści nie są żadnym wojskiem polskim, ale polsko-austriacką formacją ochotniczą, częścią armii Austro-Węgier. W maju 1915 roku połączone wojska niemieckie i austro-węgierskie pokonują Rosjan pod Gorlicami. Od tej pory żołnierze Pierwszej Brygady biorą udział w walkach pościgowych za wojskami carskimi.
W przeciwieństwie do zachodu Europy, gdzie toczy się wyniszczająca wojna pozycyjna, linia frontu wschodniego zmienia się bez przerwy. Dla legionistów oznacza to dwa lata marszów, patroli, potyczek i bitew. Jednak Polacy walczą też po drugiej stronie: w armii rosyjskiej są między innymi Karol Rómmel i Sergiusz Zahorski, olimpijczycy ze Sztokholmu.
W 1916 roku kontrolę nad legionami, zwłaszcza po kampanii na Polesiu i Wołyniu, chcą przejąć Niemcy. Pozycja Austro-Węgier słabnie, to z Cesarstwem Niemieckim ma być związane odrodzone Królestwo Polskie. Jesienią legiony zostają wycofane z frontu, waży się ich polityczna przyszłość. Adam razem z 1 pułkiem ułanów zostaje przetransportowany do Ostrołęki.
W pułku jest już ośmiuset żołnierzy, potrzebne są kadry oficerskie i podoficerskie. W lutym 1917 roku Adam rozpoczyna kurs kawaleryjski i poznaje teorię tego wszystkiego, co przez dwa i pół roku poznawał w praktyce: jak zbudowany jest karabin, czym jest ogień karabinowy, jakie są rodzaje okopów, jak używać mapy. Słucha wykładów z historii wojen od XVIII wieku, a także z higieny, w tym "ogólne pojęcie o chorobach zakaźnych" i "krótkie wiadomości o chorobach wenerycznych". Podczas czternastu godzin zajęć o koniach (dwanaście godzin wykładów i dwie "pokazów na koniu") Adam poznaje "historię konia" oraz "użytkowość i zasadnicze typy konia". To łącznie osiemdziesiąt sześć godzin teorii.
Dla dwudziestodwuletniego kaprala wspomnienie szkolnych ław musi być koszmarem. Może ratują go ćwiczenia piesze, konne i taktyczne, choć zajęć praktycznych zaplanowano mniej. Pewne jest, że podczas wojny Adam nie zapałał nagłą miłością do szkoły. Pod koniec marca egzamin zdaje "z postępem dostatecznym"[33].
W pierwszej połowie 1917 roku sytuacja na świecie się zmienia. Rosja po rewolucji i obaleniu cara wycofuje się z wojny, do konfliktu włączają się Stany Zjednoczone.
1 pułk ułanów nadal stacjonuje w Ostrołęce, gdy w czerwcu Niemcy żądają od legionistów przysięgi wierności i braterstwa broni do końca wojny. Władysław Belina Prażmowski zostaje wezwany do Komendy Legionów w Warszawie. Później żołnierze będą sobie opowiadać o jego rozmowie z podpułkownikiem Leonem Berbeckim, zwolennikiem złożenia przysięgi:
- Przysięgniesz więc pan?
- Ni chuja.
- To jest wpływ tych socjalistów z pierwszego pułku.
- Socjalistów, bo socjalistów, ale nie zdrajców i sprzedawczyków.
Belina zostaje zwolniony ze służby i zmuszony do opuszczenia koszar[34]. Gdy kilka dni później żołnierze pułku słyszą komendę: "Kto do przysięgi, pięć kroków wystąp", żaden nie rusza się z miejsca.
Pułk zostaje rozwiązany, część legionistów - wcielona do armii austriackiej, pochodzący z Królestwa Polskiego - internowani w obozach w Beniaminowie i Szczypiornie, pozostali uciekają. Niektórzy przedostają się na ziemie austriackie, bo wierzą, że tam władze będą dla nich wyrozumiałe. Występują o urlopy i legalnie jadą koleją na południe lub ruszają od razu, bocznymi drogami, pieszo lub na chłopskich i żydowskich wozach. W znalezieniu schronienia, pracy, czasem nowej tożsamości pomagają organizacje niepodległościowe. Adam Królikiewicz, który jest wśród zbiegów, nie ma szczęścia. Zostaje złapany przez żandarmerię i osadzony za dezercję w więzieniu w Przemyślu[35]. Gdy i stamtąd ucieka, nie zostawia za sobą śladu.
DZIEWIĄTA
Czy świętował niepodległość, skoro końca wielkiej wojny mógł nawet nie zauważyć?
Gdy 11 listopada 1918 roku przedstawiciele Niemiec i ententy w wagonie kolejowym w Compi?gne podpisują rozejm, wojna polsko-ukraińska już trwa. Artylerię we Lwowie przygotowuje major Marceli Śniadowski, z którym cztery lata wcześniej Adam, Tadeusz i Mieczysław ruszyli na wojnę. Teraz pierwszy wystrzał w walkach o miasto oddaje bateria czwartego z braci, Stanisława Królikiewicza[36].
Tymczasem na Lubelszczyźnie od tygodni trwa tajna praca wojskowa. W Chełmie, Hrubieszowie i Włodawie powstaje pułk wzorowany na tym z Legionów. Adam zgłasza się tam na ochotnika.
Cezary Harasimowicz opowiada: - W grudniu 1918 roku dziadek był już w 1 pułku ułanów i z nim ruszył walczyć o Lwów. Jest z tym związana rodzinna legenda. W okopach ułan Adam Sokołowski pokazał mu zdjęcie panny Tomisławy Lilienstern. Dziadek wyśledził ją później w Warszawie, przyszedł pod jakimś pretekstem do mieszkania przy Hożej, ale w korytarzu na wieszaku wisiała już czapka oficerska. Zrobił na niej znak, potem w koszarach upewnił się, że to czapka kolegi z okopów. Pozostali przyjaciółmi do końca życia, ale to Adam Królikiewicz poślubił Tomisławę Lilienstern w grudniu 1919 roku.
Podporucznik Adam Królikiewicz i Tomisława Królikiewicz z domu Lilienstern, zwana Muszką. Fotografia ślubna, grudzień 1919 roku.
W tym czasie pułk ułanów nosi już nazwę 1 pułk szwoleżerów, czyli lekkokonnych, a jego patronem jest Piłsudski. Walki o Lwów kończą się w maju, a o Galicję Wschodnią - w lipcu 1919 roku. To jednak tylko jeden z wojennych frontów odrodzonej Polski.
Językoznawca profesor Jan Baudouin de Courtenay, który w 1922 roku zostanie kandydatem mniejszości narodowych na prezydenta, pisze wprost: Polacy "rozpadli się powoli na trzy narody z rozmaitymi charakterami narodowymi, rozmaitą tresurą polityczną i społeczną, a nawet z rozmaitym pojmowaniem zadań narodowych". Jego zdaniem, gdyby rozbiory potrwały jeszcze sto lat, powstałyby trzy odrębne narody polskie[37].
Mieszkańcy dawnych zaborów mają różne doświadczenia, wartości i nawyki. Inaczej myślą o przestrzeganiu prawa, o religii, o pomaganiu biedniejszym od siebie. Inaczej mówią po polsku. Łatwiej ujednolicić prawo podatkowe, szerokość torów kolejowych i walutę niż sposób postrzegania świata - pierwsi przekonują się o tym ci, którzy pracują z Polakami z różnych części kraju: w administracji, policji i wojsku.
Żołnierze pochodzą z formacji niemieckich, austriackich i rosyjskich, różnią się mundurami i uzbrojeniem, ale też stopniem przywiązania do regulaminów, oczekiwaniami co do jakości prowiantu i wygód w koszarach oraz poziomu zaufania ze strony zwierzchników[38]. Jeśli potrafią się porozumieć, to dlatego, że są ideowi i skoncentrowani na celu: chcą walczyć o kraj. Wielu z nich nie robiło w życiu niczego innego.
Silna armia to podstawowa potrzeba młodego państwa. W pierwszym i drugim półroczu 1919 roku wydatki na wojsko zaplanowano odpowiednio na czterdzieści dziewięć i sześćdziesiąt procent budżetu państwa, choć w praktyce wyniosą więcej[39]. Liczba ochotników, którzy - jak Adam - odpowiedzieli na apel i zgłosili się do armii, dla władz państwowych jest dużym rozczarowaniem. Ogłaszają więc pobór. Tymczasem większość ludzi jest zmęczona wojną i biedą. Młodzi chłopi uważają, że to nie ich wojsko, ale panów, "księży i magnatów"[40]. Są regiony, gdzie nie stawia się od trzydziestu do siedemdziesięciu procent poborowych. Ci, którzy się zgłaszają, są wątli i niedożywieni. Szybko orientują się, że na razie państwo polskie istnieje tylko teoretycznie. Legiony miały wsparcie armii austro-węgierskiej: jej broń (nawet jeśli przestarzałą), jej szpitale i sanitariuszy (nawet jeśli byli niesympatyczni), jej zasiłki dla inwalidów oraz wdów i sierot w razie śmierci żołnierza. Polskie władze oferują dumę, prestiż i apele o jedność. W niektórych oddziałach ucieka nawet co piąty rekrut[41]. Chętnych do ukrywania dezerterów we wsiach i miasteczkach nie brakuje, bo ich bliscy dzielą ten sam los. Wyżsi rangą oficerowie tłumaczą sobie, że uciekinierzy są zaczadzeni ideologią bolszewicką[42].
Wiosną 1 pułk szwoleżerów pod dowództwem Władysława Beliny Prażmowskiego przemieszcza się z Galicji Wschodniej do Warszawy, przechodzi reorganizację i rusza na wschód. Po wycofaniu się wojsk niemieckich swoje państwa narodowe chcą budować Litwini, Białorusini i Łotysze, najsilniejsi są jednak bolszewicy, którzy rządzą teraz w Rosji. Gdy w kwietniu 1919 roku wojsko polskie odbija z ich rąk Wilno, rozpoczyna się wojna polsko-sowiecka.
Nie wiadomo, czy Adam Królikiewicz bierze udział w kolejnych wyprawach na wschód od Niemna i Buga. Wiadomo, że w 1919 roku w bitwie ginie dowódca szwadronu, a jego koń przypada Adamowi. Królikiewicz zostaje oddelegowany na skrócony kurs dowódców szwadronów do Oficerskiej Szkoły Jazdy w Starej Wsi pod Warszawą. Te kilka miesięcy decyduje o jego dalszym życiu.
Na igrzyskach w Paryżu w roku 1924 Adam i Picador pędzą dalej. Za nimi dziewięć przeszkód. Na ostatniej większość zawodników otrzymała cztery punkty karne, Adam też. Właśnie skończyli pełne okrążenie stadionu w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara, czas na pierwsze przecięcie po przekątnej. Za pomylenie kolejności przeszkód grozi dyskwalifikacja.
DZIESIĄTA
W wydanych w latach pięćdziesiątych XX wieku wspomnieniach Adam Królikiewicz składa hołd dwóm nieżyjącym już przyjaciołom. Wyznaje: "Nigdy nie będę w stanie spłacić Wam ogromnego długu wdzięczności".
Pierwszy z przyjaciół wywarł szczególny wpływ na jego karierę jeździecką. "A być może i na całe moje życie - pisze Królikiewicz. - Jemu zawdzięczam w dużej mierze dalsze sukcesy sportowe, barwne przeżycia, wspaniałe emocje, bogate wrażenia. Radosne, ciekawe podróże w nieznane dalekie kraje i nad brzeg tylokrotnie oglądanego lazurowego Morza Śródziemnego". Jak jednak podkreśla, szczęśliwe lata młodości zawdzięcza im obu.
Ani o rodzicach, ani o braciach, ani o żonie, o córce czy o kolegach z armii Adam Królikiewicz nie pisze tak ciepło i serdecznie jak o tych dwóch: "Wywołując w pamięci obraz waszych kochanych, miękkich chrap, czuję ciepło waszego oddechu, które budzi i ożywia najserdeczniejsze o Was wspomnienia"[43].
Jasiek i Picador to dwa najważniejsze konie w życiu Adama Królikiewicza.
Jasiek trafia do 1 pułku ułanów jesienią 1918 roku, prawdopodobnie jeszcze przed Adamem. Żołnierze rekwirują go z dworu koło Włodawy. Gospodarz wyjaśnia, że to austriacki koń, był chory, więc armia zostawiła go w zamian za zdrowego wierzchowca. Jest wałachem - kastratem, jak wiele koni wojennych. Mają łagodniejszy temperament, nie są porywcze, łatwiej nad nimi zapanować niż nad ogierami. Z tego samego dworu żołnierze zabierają też kasztankę - konie idą razem w szeregu, żołnierze mówią, że to Jaś i Małgosia.
Jasiek zna musztrę, jest szybki i wytrwały, karny i posłuszny. Później okaże się, co oznaczają ślady wypalone na lewym udzie i ukryte pod grzywą na szyi: służył w pułku austriackich ułanów, węgierskich huzarów, a nawet w artylerii konnej. W armii austriackiej był od czwartego roku życia i nosił imię Mantel. Gdy razem z Adamem trafia na kurs do Starej Wsi, ma czternaście lat.
Całą kampanię wielkiej wojny Adam Królikiewicz pokonał z ułanami Pierwszej Brygady. Skończył szkołę oficerską w Ostrołęce. Zdobył doświadczenie na froncie wojny polsko-ukraińskiej. Odkąd w lesie pod Kielcami po raz pierwszy dosiadł konia, minęło ponad pięć lat. Mimo to szwoleżer uważa się za słabego jeźdźca.
Porównanie z innymi nie wypada dobrze. Taki Karol Rómmel, olimpijczyk ze Sztokholmu i instruktor skakania w Starej Wsi, ma trzydzieści jeden lat, a jeździ od dwudziestu pięciu. Zaczynał od jazdy na oklep na spokojnych koniach podczas obozu ćwiczebnego artylerii pod Wilnem. Jego ojciec był tam komendantem. Już kilka lat później pozwalał mu brać udział w ćwiczeniach i musztrach artylerii[44]. Teraz Rómmel sprawia wrażenie, jakby w siodle czuł się pewniej niż na nogach.
W Starej Wsi Adam i Jasiek wykonują ćwiczenia bojowe i sportowe, na ujeżdżalni i w terenie. Z jego upadków śmieją się i koledzy, i instruktorzy. Żartują, że to wina niedawnego ożenku.
Adam spada, ale podnosi się, otrzepuje z kurzu, ignoruje ból i potłuczenia i znów dosiada Jaśka. Spada, podnosi się, otrzepuje. Z każdym upadkiem jego upór narasta. Ignoruje ból i potłuczenia, i tak dalej, aż do zawodów hippicznych, które kończą kurs.
Po raz pierwszy bierze udział w konkursie - bez publiczności, ale sędziowanym przez fachowców. Nie ma specjalnych ambicji. Jeździec jaki jest, każdy widzi. Gdy sędziowie ogłaszają, że zdobył czwartą nagrodę, Królikiewicz jest przekonany, że to nie jego zasługa, ale Jaśka.
Patrzę na czarno-białe zdjęcia Jaśka i umiem powiedzieć, że to koń: ma cztery nogi, tułów, ogon, szyję i głowę ze spiczastymi uszami. Jest smukły. To ładny koń, tak mi się wydaje.
"Jemu zawdzięczam w dużej mierze dalsze sukcesy sportowe, barwne przeżycia, wspaniałe emocje, bogate wrażenia" - pisze Adam Królikiewicz o koniu Jaśku. Na fotografii podczas zawodów w 1924 roku.
Adam Królikiewicz widzi Jaśka tak: "Jasnogniadej maści, był Jasiek wzrostu średniego. Miał zaledwie 154 cm wysokości. Na niskich, krótkich, dobrze ustawionych nogach spoczywał harmonijnie zbudowany tułów. Ciemna pręga na grzbiecie i mocne związanie dobrze umięśnionego zadu, szeroka i głęboka klatka piersiowa - świadczyły o ukrytej sile i wytrzymałości, o dobrze rozwiniętym sercu i płucach. Na nieco wysoko uniesionej szyi miał osadzoną małą, suchą, szlachetną głowę. Szerokie czoło; wyraźne, nieco wypukłe, bystre oczy o inteligentnym spojrzeniu; ruchliwe uszy; duże rozwarte nozdrza składały się na całość wybitnie rasowego zwierzęcia. Cienką skórę pokrywał włos miękki, jedwabisty, o złotym połysku. Fantazyjna odsada ogona, ozdobna gwiazdka na czole i biała kokieteryjna chrapka dopełniały wyglądu zgrabnego, lecz raczej, zdawałoby się, damskiego, delikatnego konika. Z charakterystycznych cech budowy wynikało, że w żyłach Jaśka płynęła niewątpliwie znakomita, angloarabska krew. Jeżeli do powyższego opisu dodamy nie mniejsze zalety wewnętrzne: rozwagę, łagodny charakter, wesołe i pogodne usposobienie, temperament łatwo dający się ująć w karby dyscypliny, ambicję, normalną wrażliwość i posłuszeństwo, będziemy mieli w ogólnych zarysach naszkicowany obraz Jaśka w okresie jego świetności i najwyższych osiągnięć sportowych"[45].
JEDENASTA
Pierre de Coubertin nie marnuje ani chwili. Jeszcze w 1918 roku zwraca się do rządu Belgii z pytaniem o możliwość organizacji igrzysk w 1920 lub 1924 roku. Zawody w tym kraju były brane pod uwagę już na początku dekady, ale teraz mogą mieć wyjątkowy charakter: potrzebna jest "olimpiada wojenna" na cześć zwycięskich krajów i przywrócenia pokoju w Europie. Choć gospodarka Belgii po czterech latach niemieckiej okupacji jest w ruinie, wiosną 1919 roku zapada decyzja o organizacji igrzysk w Antwerpii. Od początku jasne jest, że nie wszyscy będą mogli wziąć w nich udział.
Pierre de Coubertin w liście do Henri de Baillet-Latoura, belgijskiego członka Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego, pisze: "Jest rzeczą oczywistą, że żaden Niemiec nie zostanie dopuszczony do następnych igrzysk. Jest to punkt, z którym zgadzają się wszyscy sojusznicy. Są nawet zapaleńcy, którzy chcieliby wykluczyć państwa neutralne, ale jest to niemożliwe, a ponadto stanowiłoby niezrównaną niezręczność. (...) Jeśli chodzi o Niemcy i Austrię, możemy uznać te państwa za tymczasowo nieistniejące"[46].
Ostatecznie wśród trzydziestu siedmiu państw zaproszonych do udziału w igrzyskach nie będzie Niemiec, Austrii, Węgier, sojuszniczej Bułgarii oraz imperium osmańskiego[47]. Sportowców będzie mogła za to przysłać Polska, musi tylko powołać narodowy komitet olimpijski.
Stanisław Polakiewicz, wiceprezes pierwszego zarządu Polskiego Komitetu Igrzysk Olimpijskich, porówna później początki działania tej instytucji do stawiania gmachu bez fundamentów[48].
Gmach jest piękny.
Komitet Udziału Polski w Igrzyskach Olimpijskich powstaje wieczorem 12 października 1919 roku w Hotelu Francuskim w Krakowie. W mieście trwa właśnie Zjazd Delegatów Towarzystw Turystycznych, Krajoznawczych i Narciarskich, dzień wcześniej inni działacze powołali Polski Związek Lekkiej Atletyki. W spotkaniach biorą udział przedstawiciele rządu. Tydzień później protektorat nad Komitetem obejmuje Naczelnik Państwa Józef Piłsudski. W grudniu zostaje wybrana krótsza nazwa, Polski Komitet Igrzysk Olimpijskich uchwala statut i wybiera władze zarządu. Prezesem zostaje Stefan książę Lubomirski, arystokrata, ziemianin.
Brak fundamentów trudno jednak ukryć. Igrzyska zaczną się za siedem miesięcy, najlepsi zawodnicy nie zostali wyłonieni, formalności w sprawie przyjęcia Polski do MKOl trwają. Rząd nie jest w stanie zapewnić sportowcom pieniędzy na wyjazd do Belgii nawet po naciskach Piłsudskiego. To zrozumiałe: udział reprezentacji w zawodach nie jest priorytetem kraju, który nie ma nawet granic. PKIO organizuje więc zbiórki, zawody i konkursy pokazowe, pisze listy z prośbą o wsparcie do placówek dyplomatycznych na całym świecie.
Z serią odczytów o Polsce jedzie do Ameryki pisarz Wacław Sieroszewski, którego Adam poznał jeszcze w krakowskich Oleandrach, gdy ten nalewał żołnierzom grochówkę. On również jest teraz szwoleżerem z 1 pułku. PKIO prosi go, by przy okazji wyjazdu rozpoczął zbiórkę na rzecz polskiego sportu wśród tamtejszej Polonii. Po kilku tygodniach Sieroszewski staje przed zarządem, by złożyć sprawozdanie. Ze szczegółami opowiada o rozmowach z organizacjami polonijnymi, ich gościnności i nadziejach w związku z odzyskaniem przez kraj niepodległości. Są gotowe wesprzeć fundusz olimpijski w późniejszym terminie. Wiceprezes Stanisław Polakiewicz się niecierpliwi.
- A teraz co pan zdobył?
- Zdobyłem tego oto dolara. Dała go wdowa po inżynierze Woźniaku, emigrancie z Sosnowca - odpowiada Sieroszewski i kładzie banknot na stole. Niezręczną ciszę przerywa prezes książę Lubomirski:
- No cóż, jeden dolar także pieniądz, przyda się i ten skromny dar. Ale chyba ważniejsza od jego pieniężnej wartości jest intencja tej wdowy po emigrancie polskim - pragnie ona konkretnie pomóc swej odległej ojczyźnie i to jest właśnie istotne[49].
Pieniądze od amerykańskiej Polonii wpłyną najpóźniej, ale zbierze ona ostatecznie najwięcej: tysiąc pięćset dolarów.
Kluby sportowe na ziemiach polskich działają od końca XIX wieku, ale ich poziom nie jest wysoki. Brakuje też związków sportowych, ogólnokrajowych struktur organizacyjnych. Działacze nie mają żadnego doświadczenia, kierują się intuicją, wciąż improwizują. Komitet tworzy więc wydziały - ich głównym zadaniem jest przygotowanie sportowców poszczególnych dyscyplin i zbieranie funduszy. To z nich wyłonią się związki: wioślarski, szermierczy, kolarski i tenisowy. Specjalny wydział dla prasy i propagandy ma zjednać dla idei olimpijskiej gazety, szczególnie stołeczne. Większość z nich nie ma nawet działu sportowego.
Jest też problem z samymi sportowcami. Stanisław Polakiewicz notuje, że dziewięćdziesiąt procent potencjalnych zawodników jest na froncie wojennym z sowiecką Rosją[50]. Józef Piłsudski wydaje rozkaz cofnięcia wszystkich żołnierzy potrzebnych do przygotowania zawodników na igrzyska, ale to nie zwalnia ich ze służby. Na zaprawę sportową mają przeznaczać czas wolny. Zawodnicy grupowani są dyscyplinami: szermierze i lekkoatleci we Lwowie (wojsko buduje tym ostatnim żużlową bieżnię), piłkarze i kolarze w Krakowie, tenisiści w Warszawie. W te same miejsca kierowani są też sportowcy z pozafrontowych formacji służbowych oraz nieliczni, którzy nie noszą mundurów - będą trenować razem z żołnierzami.
Pod koniec kwietnia zapada decyzja, że olimpijczycy będą mieli jednolite stroje: czerwone bluzki z haftowanym orłem białym i białe spodenki. Już je zamówiono w łódzkiej fabryce Scheiblera. Wyróżniać się mają tylko oficerowie startujący w konkursach hippicznych - wystąpią w mundurach[51].
Od maja jeźdźcy również przygotowują się w Warszawie. Wybrano dwunastu najzdolniejszych oficerów z różnych pułków kawalerii oraz dwadzieścia pięć najbardziej wartościowych koni. Adam Królikiewicz przez żelazne ogrodzenie obserwuje ich poranne ćwiczenia w parku Agrykola. To niedaleko koszar 1 pułku szwoleżerów.
Pisze we wspomnieniach: "Śledziłem uważnie sposób jazdy, dosiadu, prowadzenia oraz rodzaj wykonywanych ćwiczeń. Po każdym takim podglądaniu pędziłem do koszar, wyciągałem ze stajni Jaśka, cierpliwą ofiarę moich sportowych uniesień i zapędów, by na dużym placu ćwiczebnym pułku, niestety bez instruktora, powtarzać kolejno to samo, co widziałem za parkanem Agrykoli. W ten sposób obaj z Jaśkiem z dnia na dzień osiągaliśmy coraz lepsze wyniki"[52].
Ich jedynym kibicem jest wachmistrz, szef szwadronu szkolnego dowodzonego przez Adama. Pomaga mu przygotowywać i ustawiać przeszkody w miejscu do ćwiczeń.
Porucznik Adam Królikiewicz podczas zawodów hippicznych 1 Pułku Szwoleżerów Józefa Piłsudskiego, rok 1924.
Królikiewicz: "W tym czasie uważałem się za zupełnie marnego jeźdźca. Nie powstała też w mej głowie myśl, bym mógł kiedykolwiek w sporcie konnym wybić się ponad przeciętność. Lecz ambicją moją był Jasiek, który na kursie zajął czwarte miejsce wśród dość poważnych konkurentów. Nurtował mnie żal, że tego nieprzeciętnie zdolnego konia nie zaliczono do grupy olimpijskiej i nie powierzono odpowiednio dobremu jeźdźcowi".
Władze wojskowe patrzą na grupę przychylnym okiem, bo wszyscy jej członkowie są zawodowymi żołnierzami. Przygotowaniem zawodników i kandydatów zajmują się olimpijczycy ze Sztokholmu Karol Rómmel i Sergiusz Zahorski, a także Tadeusz Daszewski. Oni sami też będą startować. Na ostatnie trzy miesiące przed igrzyskami zapowiadanych jest kilkanaście konkursów hippicznych, specjalne zawody dla kandydatów na olimpijczyków mają się odbyć w Warszawie, Krakowie i Poznaniu[53]. Adam postanawia spróbować swych sił.
Przy trybunach mokotowskiego toru wyścigowego ustawiono kilkanaście przeszkód. Wśród publiczności są przedstawiciele rządu i wojskowi. Wyniki można obstawiać w totalizatorze, najniższa stawka to dziesięć marek polskich.
Królikiewicz: "Mówiono, że nie wypada stawiać na swego konia, że nie jest to przyjęte. Postąpiłem jednak wbrew tym zwyczajom i zaopatrzony w bilet dosiadłem Jaśka"[54].
Trasa jest trudna, długa i kręta, od jeźdźca wymaga umiejętności i rutyny, od konia - odwagi, zwrotności i posłuszeństwa. Adam ma wrażenie, że dzięki Jaśkowi frunie nad przeszkodami.
Kilku jeźdźców osiąga podobny wynik, konieczna jest dogrywka. Ku zdumieniu publiczności nikomu nieznany Adam Królikiewicz na nieznanym Jaśku dystansuje w niej wszystkich, łącznie z olimpijczykiem Karolem Rómmlem. Koń otrzymuje wstęgę, jeździec puchar pamiątkowy. Totalizator wypłaca Adamowi czterysta trzydzieści jeden marek. Na zwycięstwo Jaśka postawił jeszcze tylko jeden odważny: wachmistrz, szef szwadronu szkolnego.
Na igrzyska olimpijskie do Antwerpii przybywa ponad dwa i pół tysiąca sportowców z dwudziestu dziewięciu krajów. To nowy rekord.
Amerykanie płyną wysłużonym frachtowcem "Princess Matoika", podstawionym w zastępstwie innej jednostki. W 1918 roku transportowano nim żołnierzy na francuski front, a po zakończeniu wojny - ściągano z powrotem, często rannych. Dla sportowców podróż jest udręką. Skargi na jakość zakwaterowania i brak zaplecza do ćwiczeń wysyłają do sekretarza wojny Stanów Zjednoczonych, Amerykańskiego Komitetu Olimpijskiego i prasy. Do Europy dopływają z ulgą. Jeszcze nie wiedzą, że gdy za kilka tygodni część z nich będzie wracać, towarzyszyć im będą zwłoki prawie tysiąca trzystu żołnierzy.
Przed oficjalnym rozpoczęciem igrzysk prymas Belgii odprawia mszę w intencji poległych. Wśród ponad dziewięciu milionów ofiar wojny jest co najmniej stu sześćdziesięciu byłych olimpijczyków[55].
Podczas ceremonii otwarcia 14 sierpnia 1920 roku niektórzy widzowie odnoszą wrażenie, że przemarsz reprezentacji jest bardziej zdyscyplinowany niż osiem lat wcześniej[56]. Wielu sportowców to weterani wielkiej wojny. Jednym z nich jest Francuz Joseph Guillemot. Na froncie gaz musztardowy trwale uszkodził mu prawe płuco. Mężczyzna ma też serce po prawej stronie klatki piersiowej. Nie przeszkodzi mu to w zdobyciu złotego medalu w biegu na 5000 metrów.
Po latach oczekiwania flaga olimpijska wreszcie zostaje wciągnięta na maszt.
Belgijski szermierz Victor Boin jako pierwszy składa przysięgę olimpijską w imieniu wszystkich sportowców.
Wprowadzono salut olimpijski - sportowcy unoszą wysoko wyprostowaną prawą rękę.
Igrzyska zyskują oficjalne motto: Citius, Altius, Fortius (Szybciej, wyżej, silniej)[57].
Po raz pierwszy startują zawodnicy z niepodległej Finlandii, Estonii oraz Czechosłowacji.
Nie ma Rosjan, bo bolszewików nie interesuje burżuazyjne święto sportu.
Nie ma też Polaków, bo tego dnia bolszewików interesuje Warszawa.
Na froncie polsko-sowieckim gorąco robiło się już od wiosny, ale latem sytuacja staje się dramatyczna. Odezwę generała Józefa Hallera, członka Rady Obrony Państwa, "Kurier Warszawski" publikuje 8 lipca w wydaniu porannym: "Rodacy! (...) Wzywam wszystkie stany do zgodnego współdziałania, niech każdy przyczyni się do zwycięstwa, jak może najlepiej. (...) Niechaj się tworzą jakiekolwiek oddziały i pod jakimkolwiek hasłem, wezwaniem lub zawołaniem, byle prowadziły do zwycięstwa. Niech nie myślą starzy wysłużeni żołnierze Rzeczypospolitej, strzelcy, sokoli, kaniowczycy, halerczycy, Amerykanie, że już spełnili całkowicie swój najświętszy obowiązek, i niechaj dzisiaj stają do apelu. A kobieta Polka niechaj będzie jak ta matka Spartanka, wysyłająca męża i syna w szeregi, aby wracali tylko jako zwycięzcy lub legli jako bohaterowie"[58].
Jeszcze tego samego dnia w wydaniu wieczornym dziennik pyta: "Jak to? Wróg stoi u granic ojczyzny, wyciąga łapę bolszewicką po Mińsk, Wilno i Lwów, obwieszczając Europie, że za miesiąc wkroczy do Warszawy, a nasza młodzież będzie grała tenisa w Antwerpii, skakała przez płoty lub pokazywała tłumom polską atletykę. Jak to? Ojczyzna woła: Wszyscy na front! Chodzi o polskie "być albo nie być". A młodzi oficerowie kawalerii, ćwiczący obecnie w "Agrykoli" swe konie do skoków igrzyskowych, pojadą do Antwerpii, zamiast tam, gdzie Budionny rozbija nasze tabory, przerywa komunikacje, zagraża tyłom armii bohaterskiej? (...) Ktokolwiek karabin udźwignąć lub konia dosiadać może, ma dziś chyba poważniejsze obowiązki narodowe niż przekonywanie Europy, że Polska umie także biegać, skakać i tenisować. Jeśli nas nie będzie w Antwerpii, świat to zrozumie, dziwić się nie będzie i z szacunkiem głowę pochyli przed nieobecnymi. Gdybyśmy pojechali, byłoby to kompromitacją patriotyzmu polskiego"[59].
Kilka dni później, 12 lipca, Polski Komitet Igrzysk Olimpijskich podejmuje decyzję o wycofaniu reprezentacji z igrzysk.
Gdy w Antwerpii trwa ceremonia otwarcia, pod Warszawą toczy się najważniejsza bitwa wojny polsko-sowieckiej. Na froncie są wszyscy kawalerzyści, łącznie z Karolem Rómmlem i Sergiuszem Zahorskim. Adam Królikiewicz jest dowódcą plutonu - w maju 1922 roku za bohaterstwo zostanie odznaczony Orderem Wojennym Virtuti Militari V klasy, który wiele lat później jego wnuk powiesi na ścianie w swoim gabinecie[60].
Ginie podporucznik A. Biliński, jeden z niedoszłych olimpijczyków.
W walkach, które trwają w sumie aż do października, bierze też udział Maciek, przyszły olimpijczyk. Podczas wielkiej wojny służył w amerykańskiej armii we Francji. Stamtąd trafił do Polski w 1919 roku.
Adam Królikiewicz: "Gdy po zakończeniu wojny wrócił Maciek wraz ze swym pułkiem do Warszawy, miał lat dwanaście, nienaruszone nogi, dużą odporność i żelazne zdrowie. Był dojrzałym taborowym koniem w pełni sił"[61].
DWUNASTA
Na igrzyskach w Paryżu zostało pięć przeszkód. Tę najbliższą pozostali faworyci pokonali bez żadnych problemów, Adam i Picador tracą tu kolejne cztery punkty. Tak blisko mety łatwo o rozkojarzenie, głupi błąd.
Adam i Tomisława, zwana Muszką, zajmują mieszkanie służbowe dla oficerów pułku przy Ułańskiej 5 (później Szwoleżerów). To ogrzewane ozdobnym piecem kaflowym trzy pokoje z salonem, wejść można od frontu lub od kuchni. Niedaleko stąd do Agrykoli, Łazienek Królewskich i Belwederu, jeszcze bliżej do kasyna oficerskiego, kościoła pułkowego, krytej ujeżdżalni i stajni.
Tu w czerwcu 1921 roku przychodzi na świat Krystyna. Jednym z jej pierwszych wspomnień będzie zapach stajni, wizyty w boksach Jaśka i Picadora, a także dotyk ich wilgotnych chrap, gdy wyciąga dłoń z kostką cukru. Tatuś mówi, że nie trzeba się bać.
Krystyna Królikiewicz-Harasimowicz będzie wspominała: "Po wieczornym pacierzu zasypiałam ukołysana bajką o znalezionym po bitwie w lesie koniu, który przemawiał ludzkim głosem i którego czarodziejska moc zdolna była usunąć wszelkie przeciwności"[62].
Wiele lat później Adam będzie opowiadał ją także wnukowi.
Cezary Harasimowicz zapamięta: - To były historie jak z romantyzmu, na którym dziadek się wychowywał. Był z tego pokolenia.
Gdy Adam Królikiewicz nosi mundur, nie powinien: przebywać w lokalu gorszej kategorii; nocować w taniej kwaterze; zajmować w teatrze odległych miejsc; siadać na ulicznej ławce; stać zbyt długo przed witryną sklepu; targować się o cenę towaru. Jeśli zamierza jechać pociągiem, to nigdy drugą lub trzecią klasą, jeśli tramwajem - nie powinien siadać (dzięki temu uniknie niezręczności, gdyby później chciał komuś ustąpić miejsca).
W mundurze galowym Adam powinien podróżować wyłącznie dorożką lub taksówką.
Nie powinien też oszczędzać na ubraniach cywilnych. Te mają być modne i eleganckie, nie ze sklepu, ale szyte na miarę, najlepiej przez uznanego krawca. Szczególnie mocno powinien dbać o wizerunek, gdy jest za granicą[63].
Szwoleżerowie z 1 pułku wywodzą się z Pierwszej Brygady Legionów i są wyjątkowi nawet wśród żołnierskiej elity. Często pełnią funkcje honorowe. Defilady i capstrzyki z ich udziałem przyciągają warszawiaków[64]. Kawalerzyści mają opinię tych, którzy ściśle przestrzegają konwenansów wojskowych i towarzyskich, szczególnie wobec wyższych rangą oficerów oraz kobiet. Oficerowie pozostałych rodzajów broni śmieją się z ich ciągłego strzelania obcasami, nazywają wesołkami i fasoniarzami[65], tworzą też żurawiejki. Cezary Harasimowicz zapamięta, że dziadek szczególnie często powtarzał jedną z nich: "chcesz mieć wstęgi i ordery, idź zamiatać Belwedery".
Wysokie wymagania dotyczą też rodzin oficerów. Kandydatka na żonę musi spełniać warunki określone przepisami. Podobnie jest w siłach zbrojnych innych europejskich krajów, tam jednak restrykcje będą z czasem znoszone. W Polsce - przeciwnie. Adam i Muszka mają szczęście, bo gdy 26 grudnia 1919 roku biorą ślub, obowiązują jeszcze przepisy tymczasowe: oficer musi ukończyć dwadzieścia cztery lata, a Adam jest o rok starszy. W późniejszych latach musieliby też osiągać coraz wyższe dochody, a Muszka - wykazać się bardzo dobrą opinią, co najmniej średnim wykształceniem i "ogładą towarzyską"[66]. Wielu wyższych rangą oficerów uważa, że żołnierz w ogóle nie powinien się żenić przed trzydziestką, bo za młodu mężczyźni podejmują pochopne decyzje. Problem zazwyczaj znika, jeśli narzeczona pochodzi z zamożnej rodziny, ma majątek ziemski albo fabryczkę. Oficjalnie oficer może poślubić niekatoliczkę, w praktyce jednak taka panna przed ślubem zazwyczaj przyjmuje chrzest[67]. Muszka nie musi. Jej ojciec Stanisław Lilienstern pochodzi z tradycyjnej żydowskiej rodziny, ale sam się ochrzcił, nim poślubił ziemiankę Stefanię Miłobędzką.
Wybór małżonki jest ważny, bo pani porucznikowa, kapitanowa czy pułkownikowa ma się nie tylko zajmować domem i wychowywać dzieci, ale też dbać o prestiż męża na gruncie towarzyskim. Podczas wizyt, przyjęć, rautów i balów (w karnawale nawet kilku w tygodniu) ma się prezentować nienagannie i umieć poprowadzić konwersację na odpowiednim poziomie. Muszka zazwyczaj towarzyszy Adamowi, w czasie zawodów kibicuje mu z trybun, wyjeżdża z nim za granicę. Jeśli nie może, mąż przywozi jej prezenty, najczęściej biżuterię.
Cezary Harasimowicz: - Babcia Muszka była kochana, ale rozpieszczona przez dziadka, rozkapryszona. Nigdy nie pracowała, była damą. Przeszła gwałtowną przemianę pod koniec jego życia, gdy dziadek wymagał opieki. W trudnych sytuacjach potrafiła się zachować jak heroina.
Z ułańskiej triady - konie, kobiety, koniak - alkohol od początku interesuje Adama najmniej. W nicejskim konkursie o Puchar Perroquet dla najwybitniejszego konsumenta szampana nigdy nawet nie zbliży się do zwycięstwa. Z kobietami różnie będzie bywało.
O jednym z romansów pisze we wspomnieniach. Urodę Angielki komentuje, jakby chodziło o klacz: "W kostiumie kąpielowym była prześlicznym zjawiskiem, zwracając uwagę bezbłędną proporcją swych rozwiniętych, wysportowanych kształtów oraz zadziwiającą harmonią ruchów"[68].
Harasimowicz: - Miał olbrzymie powodzenie u kobiet. Raz na statku miał romans z hiszpańską infantką. Babcia wynajęła wtedy kwaterę w porcie i cierpliwie czekała, aż dziadek zejdzie na ląd. Z żelazną konsekwencją nie pozwoliła na dalszy rozwój wypadków.
To wszystko jednak później. Na początku lat dwudziestych - jak zapewnia we wspomnieniach Królikiewicz - "największą namiętnością musiały pozostać wyłącznie piękne kształty moich koni; troska o swoją oraz ich najwyższą formę i sportową kondycję"[69].
Żony oficerów poza zajmowaniem się domem i wychowywaniem dzieci mają też dbać o prestiż mężów na gruncie towarzyskim. Tomisława Królikiewicz często towarzyszy Adamowi w zagranicznych podróżach.
TRZYNASTA
- Ty zatracony synie! Ty ścierwo, cholera, bydlę, sakramencka remundo!
Adama nie dziwi wzburzenie wachmistrza Jana Żmudy, szefa szwadronu karabinów maszynowych. Gdy wbiega do stajni, koń wydaje się spokojny, ale zdradzają go ruchy krótkiego ogonka. Maciek przed chwilą pokazał, na co go stać. Choć Żmuda ma doświadczenie jeszcze z austriackiej kawalerii, koń wbrew jego woli rozpędził się do galopu i przeskoczył przez dwie wysokie na sto dziesięć centymetrów żelazne bariery (służą do wiązania koni podczas czyszczenia). Przy okazji też nie połamał ani siebie, ani wachmistrza. Adam jest zachwycony.
Ogląda Maćka uważnie. Tylko dwa centymetry wyższy od Jaśka, nieco ciemniejszy, tylne nogi w koronach białe. Ma cechę charakterystyczną - brak pełnego ogona, jeszcze w Ameryce był kurtyzowany. Adam uważa, że tylne nogi wydają się przez to dłuższe i przypomina sarnę. Gdy dostrzega literę A wypaloną na lewym udzie zwierzęcia, uznaje, że to znak. Proponuje wachmistrzowi wymianę na innego konia, wkrótce potem rozkazem dziennym Maciek zostaje jego drugim koniem służbowym.
Może to tylko temperament, a może siedem lat walk daje się we znaki. Wielu żołnierzom spokojne życie w stołecznych koszarach wydaje się szare i monotonne, trudne do zniesienia. Adam też nie jest w stanie usiedzieć na miejscu.
Gdy koledzy śpią, on przed świtem pędzi do stajni. Gdy odpoczywają w ogródku pułkowym, on pędzi do stajni. Gdy po służbie idą do kasyna, by grać w brydża lub bilard, Adam pędzi do stajni.
Treningi z Jaśkiem idą mu lepiej, bo to anioł nie koń. Ale Maciek to diabeł. Adam nie umie zmusić go do współpracy. Skacze nieuważnie, pociąga nogami od niechcenia, jeździec uważa, że bywa złośliwy.
"Staliśmy się sobie wrogami - napisze później. - Prąc na wodze masą swego sprężystego ciała, potrafił jednym ruchem szyi wyciągnąć mnie z siodła lub zwalić na ziemię w chwili najmniej przewidzianej"[70].
Mijają dni i tygodnie. Gdy wieczorami koledzy wracają do domów, Adam odprowadza Maćka do stajni - ma świeże siniaki, omdlałe ręce, poczucie klęski. Jest uparty, ale powoli ma dość.
Aż któregoś dnia Maciek starannie wykonuje wszystkie ćwiczenia.
Adam Królikiewicz: "Natychmiast wyczułem, że przyszła chwila ważna, przełomowa. Zsiadłem niezwłocznie bardzo uradowany miłą niespodzianką. Odprowadziłem Maćka do stajni, ogłaskałem pieszczotliwie, mówiłem mu przyjemne słowa, dziękowałem i tuliłem jego sympatyczną mordę. On zaś przymrużył myślące, skośne oczy i opuściwszy prawe rozcięte ucho, z zadowoleniem słuchał innych niż dotąd słów"[71].
Od tej chwili Adam postrzega Maćka jako posłusznego, spokojnego, uważnego partnera, który skacze chętnie i każdego dnia robi postępy. Zauważa, jak zmienia się jego ciało, tężeją mięśnie. Przed pierwszymi zawodami z udziałem publiczności zmienia Maćkowi imię. Od teraz będzie Picadorem.
W grudniu 1920 roku w polskich formacjach zbrojnych brakuje ponad trzydziestu tysięcy koni. Nieco ponad dwa tysiące wojsko zakupi dopiero w 1923 roku[72]. Na zachodzie Europy koni sportowych szuka się u hodowców. W Polsce ci są zrujnowani - podczas wojny najlepsze zwierzęta zabrały armie. Brakuje koni pełnej krwi, nie ma wyścigowców, a tych nielicznych hodowcy nie chcą pożyczać wojsku. Nadzieja w koniach taborowych, weteranach wojennych. Pierwsze konkursy hippiczne organizuje się dla zabawy i rozeznania. Wytrenowanie konia zajmuje kilka lat. Znalezienie takiego, który już po kilku, kilkunastu miesiącach byłby zdolny walczyć o trofea, graniczy z cudem.
Adam ma szczęście do koni, ale też do instruktora. W 1921 roku zastępcą dowódcy 1 pułku szwoleżerów zostaje Karol Rómmel. Oficerów szkoli na nowy sposób. Jego metody, inspirowane szkołą włoską, początkowo budzą wątpliwości. Bo jak to? Ujeżdżenie bez munsztuku - metalowego drążka umieszczanego w pysku konia, by łatwo kierować jego łbem? Używanie tylko wodzy i dawanie zwierzęciu swobody, by wyrobić w nim zręczność i śmiałość? I to jeździec ma przyjmować taką postawę, by ułatwić mu każdy ruch? Ćwiczyć konia na bardzo niskich, blisko siebie ustawionych przeszkodach? Obserwatorzy mówią, że to nie może przynieść dobrych rezultatów. A jednak przynosi, i to już po trzymiesięcznym kursie. W 1922 roku 1 pułk szwoleżerów zajmuje pierwsze miejsce na zawodach Klubu Jazdy w Warszawie.
W kwietniu 1923 roku polscy jeźdźcy po raz pierwszy jadą na Międzynarodowe Wojskowe Zawody Hippiczne do Nicei. To dwaj olimpijczycy ze Sztokholmu major Karol Rómmel i pułkownik Sergiusz Zahorski oraz porucznik Adam Królikiewicz. Razem z nimi jedzie dziewięć koni: Kleopatra, Jacek, Huragan, Zorza, Nagroda, Krokodyl, Kuba oraz Jasiek i Picador.
W ciągu dwóch tygodni Polacy rywalizują z ponad setką najlepszych zawodników i koni świata. Zdobywają łącznie dwadzieścia dwie nagrody, w tym jedną pierwszą - Zahorskiego na Zorzy. Pokonują słynących z najlepszych koni Francuzów oraz Belgów, ulegają tylko Włochom. Nieźle jak na debiut.
Podziw wzbudza Karol Rómmel i nowy system jazdy. Korespondent tygodnika "Jeździec i Hodowca" relacjonuje: "Francuzi przyznali jego racjonalność i mówili, że jest to bardzo szczęśliwy kompromis między ich szkołą a włoską"[73]. Włoska szkoła jazdy w Pinerolo i francuska w Saumur uchodzą za najlepsze w świecie. Do uznania ojcostwa niespodziewanego sukcesu zaczynają się ustawiać kandydaci.
Tadeusz Daszewski, organizator wyprawy: "Spotykałem się w Nicei z liczną kolonią rosyjską, spotykałem tam dawnych znajomych, którzy z sympatią się do nas odnosili, twierdząc, iż nasze sukcesy to poniekąd ich zasługa, gdyż to wszystko oficerowie byłej armii rosyjskiej - rozwiałem ich iluzje i złudzenia, gdyż pułkownik Zahorski, choć kawalerzysta rosyjski, kończył szkołę jazdy we Włoszech; major Rómmel był oficerem piechoty byłej armii rosyjskiej - talent jego jest przyrodzony, a system własny i naturalny (jak nazwali Włosi); porucznik Królikiewicz - czysto polski dorobek, a jako legionista bił Rosjan, a nie uczył się od nich"[74].
Włoscy oficerowie natychmiast zapraszają jeźdźców na zawody rozgrywane niecałe dwa tygodnie później w Rzymie. Koszty przejazdu i utrzymania pokryją organizatorzy. Polacy dostają zgodę ministerstwa, jadą i zdobywają tam kolejnych dwadzieścia jeden nagród. Na początku konkursu myśliwskiego Premio Cecilia Metella Adam na Jaśku wykonują bezbłędny przebieg w świetnym czasie i prowadzą prawie do końca. Gdy jego wynik o mniej niż dwie sekundy bije Belg, Adam dosiada Picadora. Widzowie na trybunach podrywają się z miejsc, widok tego konia w akcji zapiera dech, mają wrażenie, że nie skacze, ale frunie. Przebieg bezbłędny, czas o pięć sekund lepszy od Belga. Owacje!
Jeźdźcy mieszkają w najlepszych hotelach z całodziennym wyżywieniem, konie umieszczono w wygodnych stajniach. Przyjmowani są wszędzie z honorami. Na śniadaniu u ministra wojny Armando Diaza słuchają pochwał za "obronę Europy przed azjatycką dziczą" w 1920 roku. Organizatorzy wręczają im bilety wstępu do kasyn i teatrów. O odległe miejsca nie muszą się obawiać - ich loża zostaje udekorowana kwiatami, orłem i polskimi barwami. Podczas antraktu do swojej loży zaprasza ich premier Włoch Benito Mussolini. Na audiencji przyjmuje ich papież Pius XI, który dopytuje o kierunek rozwoju hodowli koni w Polsce. "Błogosławił całej armii naszej, a przez armię całemu narodowi" - relacjonuje Tadeusz Daszewski[75]. Czeski attaché wojskowy w Rzymie odnotowuje, że obecność polskich jeźdźców w konkursie hippicznym "więcej się przyczyniła do wzbudzenia sympatii ku Polsce wśród Włochów aniżeli noty dyplomatyczne, których nikt nie czyta"[76].
"Grand Prix de la Ville de Nice" to pierwsze francuskie słowa, których nauczy się trzyletnia Krystyna, córka Adama. Pytanie "A co twój tatuś wygrał?" słyszy bardzo często.
Polscy jeźdźcy wracają do Nicei w kwietniu 1924 roku, kilka miesięcy przed igrzyskami w Paryżu.
Na fotografiach - tu podczas zawodów w Nicei - koń Picador daje się łatwo rozpoznać, bo nie ma pełnego ogona. Adam uważa, że jego tylne nogi (w koronach białe) wydają się przez to dłuższe i przypomina sarnę.
Tym razem już sześciu i osiemnaście koni. Adam Królikiewicz jedzie z Jaśkiem, Picadorem i Orkanem. Zdobywa dziesięć nagród, w tym tę najważniejszą - Wielką Nagrodę Miasta Nicei. Królikiewicz jest pierwszym Polakiem, który zdobywa Grand Prix międzynarodowych zawodów. Osiemnastoletni Jasiek już od dwóch lat powinien być w stanie spoczynku. Pokonuje jednak ponad sto trzydzieści koni, w tym zwycięzcę olimpijskiego z Antwerpii. To szczytowy moment sportowej kariery Jaśka.
W tych samych zawodach Adam zajmuje też piąte miejsce z Picadorem. Ich relacja się zmieniła. Gdy w Warszawie wracają z jazdy terenowej ruchliwą ulicą Czerniakowską, szwoleżer puszcza zwierzę wolno, a koń przez cały czas spokojnie podąża tuż za nim. Gdy Adama pochłania rozmowa z przypadkowo spotkanym kolegą, Picador czeka na niego kilka kroków dalej, jak pies.
Francuskie, włoskie i polskie gazety piszą o Adamie, że jest jeźdźcem doskonałym technicznie, brawurowym i nadzwyczaj odważnym. Imponująca jest jego pewność siebie i koni, harmonia między nimi, jakby byli zrośnięci. Gdy Jasiek i Picador mkną "jak kule po zielonym torze" i fruną nad płotami, murkami, rowami i innymi przeszkodami, nie widać po nich żadnego wysiłku, choć to tylko małe koniki. Trudno uwierzyć, że pozostałym sprawia to taką trudność.
Daszewski: "Patrząc na sukcesy swego ucznia, który wyrabiał się pod wyłącznie jego kierunkiem, musi być szczęśliwy i dumny podpułkownik Rómmel ze swej pracy"[77].
Do igrzysk zostały trzy miesiące. Teraz Adama mogłaby zatrzymać już tylko prawdziwa tragedia.
CZTERNASTA
Wypadki się zdarzają.
W czerwcu 1923 roku, miesiąc po powrocie jeźdźców z pierwszych zawodów w Nicei i Rzymie, Polskę odwiedzają z oficjalną wizytą Ferdynand i Maria, król i królowa Rumunii. Sojusznicy przyjmowani są uroczyście, mieszkają w Pałacu na Wyspie w Łazienkach Królewskich, ich grafik jest szczelnie wypełniony[78]. Nim wyjadą do Krakowa i Łańcuta, najważniejszym punktem trzeciego dnia pobytu w stolicy są manewry wojskowe na poligonie w Rembertowie. Na zakończenie uroczystości zaplanowano pokazy jeździeckie. Wśród kawalerzystów jest Adam Królikiewicz. Żołnierze sami ustawiają kilkanaście przeszkód z grubych i ciężkich drągów świeżo ściętych drzew. Adam dosiada konia swojego kolegi.
We wspomnieniach napisze: "Kary, smukły wałach Adiutant szedł na przeszkody, galopując trochę po wariacku, pędząc jak ćma w ogień"[79].
Pędzi więc na przeszkodę złożoną z potrójnych barier - dość łatwą technicznie, jeśli koń nie odbije się za wcześnie.
Królikiewicz: "Pamiętam moment, kiedy mój Adiutant zawisł w długim locie nad przeszkodą. Przerażony niebezpieczną sytuacją, w której się w mig zorientował, błyskawicznie zmienił układ swych nóg. Przyjmując pozycję ciała jak do normalnego lądowania, koń rozpaczliwym odruchem samoobrony rozcapierzył swe cztery nogi, instynktownie wysuwając je do przodu. Ja zaś, wyczuwając ryzykowną kraksę, wypuściłem koniowi tyle wodzy, ile się dało - niech się ratuje, jak umie. Nic mi już innego w tej sytuacji nie pozostało, tylko zdać się na łaskawy los. Adiutant szczęśliwie pozbierał się cały. Ja, dosięgnąwszy ziemi, nie wiedząc kiedy, zgasłem bez bólu jak zdmuchnięta świeca"[80].
Adam Królikiewicz wie, czym jest ból. Złamania to codzienność jeźdźców. Są i tacy zawodnicy, którzy po upadku wstają i choć pęknięte żebra zapierają dech, wracają na konia i kończą przebieg. W hotelu smarują się piekącym fluidem, który zazwyczaj stosują na podopiecznych, a po nieprzespanej nocy wstają i owinięci bandażami ruszają do dalszej części konkursu, by uniknąć dyskwalifikacji. Nad połamanymi rękami, nogami, obojczykami i żebrami nikt się nie rozczula.
Adamowi towarzyszy też ból niezwiązany z upadkami. Przez całe lata cierpi na kamicę nerkową. Potrafi wyczuć nadchodzący atak choroby - bywa, że budzi się rano w dniu zawodów i już wie, co go czeka. Zdarzy się, że po zrobieniu bezbłędnego wyniku pojedzie do szpitala wojskowego, a gdy tylko poczuje, że ból robi się znośny, wróci na stadion, by zdążyć przed dogrywką.
Jednak w późniejszych latach dwa wypadki zmienią jego życie na zawsze.
Pierwszy w Nicei w 1933 roku. Koń znów za wcześnie weźmie przeszkodę. Lekarz stwierdzi ogólne potłuczenie jeźdźca, żadnych złamań, kolejni doktorzy potwierdzą diagnozę. Adam będzie wystawiał bolący prawy bark na słońce. W końcu dojdzie do zesztywnienia szyi, a po trzech tygodniach - częściowego paraliżu ręki. Królikiewicz wystartuje jednak w Rzymie, w zastępstwie mniej doświadczonego zawodnika, by ratować szanse na zdobycie Złotego Pucharu Mussoliniego. Po powrocie do Warszawy w szpitalu wojskowym dowie się, że ma uszkodzone dwa kręgi szyjne, a najdelikatniejszy upadek grozi mu śmiercią. Kuracja potrwa kilka miesięcy, przez pierwsze cztery tygodnie będzie leżał na pochyłym twardym łóżku zawieszony na brodzie. "Później już i do tego przyzwyczaiłem się - napisze. - A gdy w następnym roku w wypadku z koniem złamałem rękę, przywitano mnie w mokotowskim wojskowym szpitalu, już po raz któryś z rzędu, jak dobrze znajomego, choć niepoprawnego pacjenta".
Wypadek z Nicei przyczyni się do końca sportowej kariery Adama.
Następny tak poważny - do jego śmierci.
Na razie jednak wybiera się na igrzyska.
PIĘTNASTA
Żeby wygrać zawody hippiczne na igrzyskach olimpijskich, trzeba spełnić dwa warunki z trzech: być dobrym jeźdźcem, mieć dobrego konia, mieć szczęście.
Żeby w ogóle wziąć w nich udział, trzeba mieć pieniądze. Dużo pieniędzy: jakieś siedemdziesiąt tysięcy franków francuskich, bo na sześciu zawodników należy też wysłać osiemnaście koni[81].
Polski Komitet Igrzysk Olimpijskich pieniędzy nie ma.
Odkąd podjęto decyzję o odwołaniu wyjazdu do Antwerpii, na potrzeby zawodów w Paryżu nie zebrano ani marki. (W kwietniu 1924 roku rząd zastępuje marki złotówkami, ale to drugorzędna sprawa, bo na ten cel złotówek też nie ma).
Polski sport był pochłonięty innymi sprawami.
Przed plebiscytem na Górnym Śląsku Niemcy przekonywali młodych robotników, że Polacy nie mają żadnych sukcesów sportowych. Polski Komitet Igrzysk Olimpijskich organizował więc wyjazdy piłkarzy na Górny Śląsk, by rozgrywali tam mecze z miejscowymi klubami polskimi i niemieckimi. Wojciech Korfanty, Polski Komisarz Plebiscytowy, po wygranej Pogoni Lwów z zespołami Diana Kattowitz (5:0) i Beuthener SuSV (3:2), dziękował galicyjskim piłkarzom za "zyskanie dwudziestu tysięcy nowych głosów dla wspólnej sprawy"[82]. Czy to najlepszy sposób? Są wątpliwości, bo piłka nożna to jednak sport importowany z Anglii, a tu jest Polska. Dlaczego więc nie postawiono na rodzimego palanta?[83]
W 1922 roku na forum Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego Polska zgłasza pomysł urządzenia rejonowych igrzysk olimpijskich z państwami bałtyckimi, Czechosłowacją, Rumunią i Jugosławią. Pierre de Coubertin podpowiada, że byłoby dla Polski lepiej, gdyby zamiast tego wydała pieniądze na intensywne przygotowania do igrzysk właściwych. Poza tym - sugeruje - Polacy chyba nie chcieliby zostać posądzeni o imperialistyczne zapędy?[84]
Igrzysk rejonowych nie zorganizowano, zbliżają się te w Paryżu, a pieniędzy na wysłanie zawodników jak nie było, tak nie ma. Są za to konflikty między Komitetem a związkami sportowymi i chaos organizacyjny.
Co robić?
Zryw narodowy to zawsze dobry pomysł. Władze sportowe ogłaszają zbiórkę. Wysyłają listy i odezwy do uczniów, dyrektorów szkół, wojska, władz lokalnych, klubów sportowych, do redakcji gazet i czasopism, do osób prywatnych w kraju i za granicą.
"Widać, że w naszym charakterze narodowym to już leży: działać sprawnie pod obuchem ostateczności" - podsumuje Stanisław Polakiewicz[85].
Jeźdźcy są uprzywilejowani. Koszty ich udziału w igrzyskach pokrywa Ministerstwo Spraw Wojskowych - minister Władysław Sikorski kibicuje grupie od początku. Oficerowie muszą się tylko ekwipować na własną rękę. Zapaśnicy, pięściarze i żeglarze będą ćwiczyć indywidualnie w klubach, do których należą. Dla jeźdźców powołano grupę olimpijską - formalnie powstaje w połowie 1923 roku, ale oficerowie przygotowują się do tego startu już od kilku lat.
Polscy jeźdźcy. Od lewej: Adam Królikiewicz, Władysław Zgorzelski, Henryk Dobrzański, Karol Rómmel, Zdzisław Dziadulski, Kazimierz Szosland i Edmund Chojecki.
Kilkanaście dni przed ceremonią otwarcia igrzysk, 23 czerwca, Pierre de Coubertin organizuje uroczystość trzydziestolecia ich wskrzeszenia. Główna sala Sorbony jest pełna, wśród gości - między innymi prezydent Francji Gaston Doumergue. Honorowe miejsca zajmują przedstawiciele dotychczasowych miast gospodarzy. Głośno oklaskiwany jest grecki dyplomata Nikolaos Politis, gdy zapewnia, że "raczej przygotowaniu sportowemu niż przygotowaniu wojskowemu zawdzięczają alianci swe zwycięstwo"[86].
Po raz ostatni zawody poszczególnych dyscyplin rozłożone są na wiele miesięcy - polscy piłkarze skończyli swój udział przegraną z Węgrami jeszcze w maju. Najważniejsza część igrzysk odbywa się jednak w lipcu.
Do Paryża jedzie dwudziestu czterech dziennikarzy z Polski, w tym jeden piszący w jidysz[87]. Jedzie też sześcioro dzieci z koła sportowego Państwowego Instytutu dla głuchoniemych i ociemniałych. Jadą turyści: warszawskie biuro POLORIENT oferuje wyjazd ze zwiedzaniem Paryża i okolic oraz wstępem na igrzyska - do dwutygodniowej wycieczki należy doliczyć dziesięć dni podróży.
Korespondent "Tygodnika Ilustrowanego" odnotowuje, że dla paryżan igrzyska są tylko jedną z atrakcji sezonu letniego - pretekstem do urządzenia kolorowej olimpijskiej rewii nagości i walk gladiatorów w Folies Berg?re, przygotowania olimpijskiego menu w restauracjach, sprzedawania szklanych bransoletek olimpijskich. Widzowie na stadionie są nawet liczni, ale nie tak jak turyści pod wieżą Eiffla. Może dlatego, że Colombes jest daleko, komunikacja uciążliwa, a ceny biletów wysokie.
Dziennikarz podsumowuje: "Biedne są igrzyska w Paryżu: nazbyt kulturalne dla pożeraczy sensacji, za mało kulturalne dla "cywilizowanych", wiszą między niebem i ziemią. Echo ich, gdzieś w państwach skandynawskich, Anglii i Stanach Zjednoczonych brzmi dużo czyściej i dźwięczniej niż głos w Paryżu. Może dlatego, że tutaj przygłuszają go dźwięki jazz-bandów, których na szczęście radio nie roznosi po świecie"[88].
Do Paryża przyjeżdża prawie trzy tysiące zawodników (w tym osiemdziesięciu Polaków) oraz sto trzydzieści pięć zawodniczek (w tym jedna Polka).
Starty kobiet wciąż są mocno ograniczone. Co prawda brały udział w zawodach w golfie i tenisie już w 1900 roku, podczas poprzednich igrzysk w Paryżu, ale Pierre de Coubertin nie był z tego zadowolony. Uważa, że to nieprzyzwoite, by kobiety pociły się publicznie. Na jakiekolwiek konkurencje lekkoatletyczne muszą poczekać do roku 1928 - de Coubertin nie będzie już wtedy prezydentem Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego[89]. Na razie kobiety mogą grać w tenisa, pływać, skakać do wody i, tak jak jedyna Polka, próbować sił we florecie.
Zebrane w ostatniej chwili pieniądze pozwoliły Polakom na wyjazd skromny pod każdym względem. Olimpijczycy jadą pociągiem w najtańszych wagonach trzeciej klasy. Podróż trwa trzydzieści sześć godzin.
Szermierz Adam Papée wspominał prawie pół wieku później: "Wyjazd na Olimpiadę paryską to jedna wielka improwizacja. Nie mieliśmy pieniędzy, nie mieliśmy doświadczenia. Porządnie zmęczeni dobiliśmy do Paryża. Wylądowaliśmy na kwaterach w Batignolles. Cóż to były za kwatery? Na samo wspomnienie przechodzą ciarki. Ani się gdzie przyzwoicie umyć, ani wypocząć. Stłoczeni po kilkunastu w sali, bez opieki, bez kierownictwa. Na domiar złego nie mieliśmy gdzie trenować. A i z wyżywieniem nie było najlepiej. Każda grupa jadła, gdzie popadło. Nie odpowiadała nam francuska kuchnia, a o innej nie można było nawet marzyć"[90].
Największą zaletą kwater w historycznej Szkole Polskiej Batignolles jest niska opłata, jaką udaje się wynegocjować Polskiemu Komitetowi Igrzysk Olimpijskich. Całkiem niezła byłaby lokalizacja - do Pól Elizejskich można dojść spacerem w pół godziny - tyle że akurat stadion jest w inną stronę. Do Colombes olimpijczycy musieliby iść prawie dwie godziny, bo to północno-zachodnie obrzeża miasta. Tam też umieszczono pierwszą w historii wieś olimpijską, a w niej kiosk, kantor, restaurację i fryzjera. Przede wszystkim jednak są parterowe domki z drewna: dwu- i czteropokojowe, każdy z łazienką, a nawet oświetleniem elektrycznym. Sportowcy mogą w nich mieszkać za trzydzieści franków za dobę. Postawione są gęsto jeden obok drugiego. Na zachowanych zdjęciach wieś olimpijska wygląda jak scenografia niskobudżetowego westernu.
Skromne są też wyniki polskich sportowców, ale dziennikarzy obecnych na igrzyskach przestaje to dziwić.
Korespondent "Tygodnika Ilustrowanego": "W związku z zawodami pływackimi odbywają się również zawody w skokach do wody, które są niejednokrotnie niesłychanie skomplikowane. W tych zawodach Polska nie bierze udziału. Jesteśmy krajem, gdzie się zalewa robaka, topi zmartwienie, a rzadko wypływa. Znalazł się tak niedyskretny cudzoziemiec, który mnie zapytał o ilość pływalni w Polsce, a zwłaszcza w Warszawie. Opowiedziałem mu o bogactwie naszych rzek, jezior"[91].
Pierwsza wioska olimpijska w Paryżu przypomina scenografię niskobudżetowego westernu. Polski nie stać na ulokowanie w niej zawodników.
Gdy jedni z niepowodzeń i niedostatków żartują, innych trafia szlag. Korespondent "Kuriera Warszawskiego" nie wytrzymuje: "Maksimum higieny i wygody, maksimum dyscypliny - taka była zasada panująca śród drużyn amerykańskich, francuskich, szwedzkich, angielskich. Polska organizacja zdawała się stosować zasadę powyższą, ale odwróconą na nice. Nasi zapaśnicy źle spali (...) i źle jedli, za to cieszyli się swobodą znacznie większą niż ich fińscy czy amerykańscy koledzy. Otóż ta pseudo-oszczędność, czyli przysłowiowe już "sknerstwo polskie" (tak!!), jeśli chodzi o rzecz publiczną (bo indywidualnie potrafimy być rozrzutni) - przyczyniło się walnie do tego, że sport polski na obecnej olimpiadzie był przedmiotem stałego lekceważenia, ba! - nieraz drwin nawet i nie zawsze smacznych docinków"[92].
Jeśli Polacy dają się zauważyć, to z powodu strojów. Noszą białe pantofle, białe płócienne spodnie i białe swetry (niektóre z amarantowym obramowaniem). Lewą pierś części zawodników zdobi orzeł wielkości płyty gramofonowej, jakby jego rozmiar miał awansem rekompensować wszelkie braki.
Reprezentacja Polski podczas uroczystości otwarcia igrzysk olimpijskich na stadionie w Colombes. Zwracają uwagę wielkie orły na strojach zawodników stojących z tyłu.
Dobrze radzą sobie tylko mundurowi. Siódme miejsce w zapasach zajmuje policjant Wacław Okulicz-Kozaryn, dziewiąte w strzelaniu z pistoletu do sylwetek - żołnierz Marian Borzemski.
Jeźdźcy dowiedzą się o tym dopiero po powrocie do kraju, ale po ich niedawnych sukcesach w międzynarodowych konkursach wszyscy na nich liczą.
Tak jak większość sportowców jeźdźcy opuszczają Warszawę 27 czerwca, ale do Paryża dotrą prawie trzy tygodnie później. Dzięki wsparciu Towarzystwa Zachęty do Hodowli Koni w Polsce po drodze jadą jeszcze na zawody do szwajcarskiej Lucerny. Kierownik ekipy podpułkownik Karol Rómmel, rotmistrz Kazimierz Rostwo-Suski i porucznik Adam Królikiewicz jadą pociągiem osobowym. Instruktor Leon Kon, porucznik Zdzisław Dziadulski oraz porucznik Kazimierz Szosland w podróży opiekują się końmi i jadą razem z nimi[93].
Podróż trwa siedem i pół doby. W Czechosłowacji i Austrii co chwila są zatrzymywani do kontroli. W Tyrolu oficerowie mają wrażenie, że urzędnik skarbowy siedzi za każdym kamieniem. Na miejscu wita ich major Tadeusz Komorowski, jako kwatermistrz pojechał wcześniej.
W ciągu kilku dni Polacy biorą udział w pięciu konkursach, ale oszczędzają konie przed Paryżem - gdy tylko któreś zwierzę jest zmęczone albo skaleczy się w nogę, wykreślają je z zawodów. Zdobywają trzydzieści jeden nagród, w tym trzy pierwsze. Jedną z nich zdobywa Adam, choć wcześniej całą noc wił się z bólu z powodu nawrotu kamicy nerkowej. Doskonały posuwisty galop polskich koni zwraca uwagę jurorów i widzów. Najmodniejsze hasło imprezy to "polskie tempo"[94]. W ogólnej klasyfikacji zajmują pierwsze miejsce spośród dziewięciu narodów. Organizatorzy proszą, by wycofali się z zawodów rozgrywanych ostatniego dnia. To konkurs pocieszenia. Z udziałem Polaków nie będzie miał sensu.
Podróż z Lucerny do Paryża trwa ponad dwie doby i kosztuje konie wiele wysiłku.
Leon Kon, instruktor grupy olimpijskiej: "Mając już ograniczony czas, konie wysłaliśmy wielką szybkością, co znaczy, że pociąg rusza się z szybkością sześćdziesięciu kilometrów na godzinę, wagony towarowe formalnie tańczą po szynach, wyrabiając najfantastyczniejsze ruchy, a konie ledwo trzymają się na nogach, co wcale dodatnio na ich stan nie wpływa. I gdyby nie konieczność, lepiej byłoby uniknąć takiej podróży, gdyż dobre jest przysłowie "festina lente" [spiesz się powoli]"[95]. Całą podróż osiemnaście zwierząt stoi w rozkroku, "przestają przy tym jeść - co wszystko razem męczy je więcej w ciągu jednego dnia takiej podróży niż po czterech-sześciu dniach zwykłej jazdy"[96]. Pociąg zwalnia, dopiero gdy do wagonów z końmi doczepiono "dwa na ciemno malowane wozy z napisem "wagon funeraire", zawierające każdy po jednym nieboszczyku"[97].
W Paryżu o ulokowanie koni dba Franciszek Kleeberg, attaché wojskowy we Francji. Stajnie znajdują się półtora kilometra od stadionu, są już w nich konie bułgarskie, fińskie i portugalskie. Każdy ma swoją przegrodę, jest świetny padok, a siano takiej jakości, że po kilku dniach zwierzęta są w lepszej formie, niż były w Warszawie.
Karol Rómmel zapewnia dziennikarza: "Brawury i fantazji nie utracimy i pomimo, że mamy konie słabsze od naszych przeciwników, postaramy się iść śladem Lucerny i Nicei"[98].
Na igrzyskach są trzy konkurencje hippiczne, każdy kraj może zgłosić po czterech zawodników. Przez cały tydzień Adam obserwuje starty kolegów w czempionacie konia wojskowego. Sam weźmie udział tylko w konkursie skoków Prix des Nations[99]. Skoki przez przeszkody to też ostatnia część czempionatu. Rozgrywana jest w sobotę 26 lipca, przedostatni dzień igrzysk. Przed konkursem organizatorzy zasypują darninę pięciocentymetrową warstwą piasku z kamyczkami. Trasa jest przez to bardziej wymagająca, faworyzuje silniejsze konie, którym łatwiej się odbić. Zwierzęta szybciej się męczą, niektóre upadają na zakrętach, bo z powodu deszczu teren jest śliski. Przedstawiciele kilku narodów proszą organizatorów o usunięcie piasku przed niedzielnym konkursem. Francuzi są nieugięci.
Już prawie koniec. Zostało kilkanaście sekund. Adam pochyla się na Picadorze i biorą ostry zakręt w lewo. Piasek chrzęści pod kopytami. Jeszcze ostatnia prosta i tylko jedna przeszkoda.
SZESNASTA
Ostatni dzień igrzysk w Paryżu.
W konkursie skoków Prix des Nations startuje czterdziestu trzech zawodników (dziewięciu go nie ukończy). Z Polski są to podpułkownik Karol Rómmel na Faworycie, porucznik Kazimierz Szosland na Jacku (obaj po tygodniowych zmaganiach w czempionacie), porucznik Zdzisław Dziadulski na Zeferze oraz porucznik Adam Królikiewicz na Picadorze.
Przed zawodnikami szesnaście przeszkód, każda innego typu. Wysokość: od stu dwudziestu pięciu do stu czterdziestu centymetrów, szerokość: do czterech metrów. Przebieg jest łatwiejszy niż w Lucernie, bo na większej przestrzeni i mniej kręty. Maksymalny czas to dwie minuty i trzydzieści dziewięć sekund, za każdą następną sekundę - jedna czwarta punktu karnego. Tempo: czterysta metrów na minutę.
Stadion olimpijski może pomieścić siedemdziesiąt tysięcy widzów i dziś jest ich wielu, bo o osiemnastej - po konkursie i rozdaniu nagród - nastąpi oficjalne zamknięcie igrzysk. Na razie od czasu do czasu słychać grę na rogach myśliwskich, która wprawia publiczność w dobry nastrój.
Dziennikarz "Kuriera Polskiego" relacjonuje: "Pierwszy z naszych ukazał się w bramie Maratonu bohater z Nicei porucznik Królikiewicz. Na odgłos dzwonka ruszył naprzód. Stary, kilkunastoletni "weteran taborowy" Picador, stuliwszy uszy, szedł śmiało na przeszkody, zrzucając zaledwie dwie i trzecią biorąc powtórnie. Brawurowa i pełna fantazji jazda porucznika Królikiewicza nagrodzona została hucznymi oklaskami"[100].
Adam i Picador zmieścili się w czasie. Zostało im sześć dziesiątych sekundy. Mają łącznie dziesięć punktów karnych.
Gdy Karol Rómmel robi błąd już na pierwszej przeszkodzie, wydaje się jasne, że imię konia nie zapewni mu zwycięstwa. Faworyt jest obiektem żartów. To stary wałach nieznanego pochodzenia, należy do 10 pułku artylerii ciężkiej i zwykł ciągnąć armaty. Żarty się kończą, gdy bije pełnokrwistych konkurentów. Rómmel i Faworyt mają osiemnaście punktów karnych.
Korespondent "Kuriera Polskiego" notuje, że Kazimierz Szosland na Jacku (reporter konsekwentnie nazywa go Wackiem) wygląda, jakby z "matematyczną wprost ścisłością" obliczał, jak podjechać do przeszkody, by koń ją wziął[101]. To na nic.
Stanisław Polakiewicz: "Jednego z pierwszych miejsc pozbawiły go niestety dwa upadki, jeden z koniem, drugi bez, przy czym potłukł siebie i konia, imponując za to widzom brawurą i odwagą"[102].
O ponad czterdzieści sekund przekroczył też czas. Trzydzieści dziewięć i jedna czwarta punktu karnego.
Porucznik Zdzisław Dziadulski na Zeferze robi błędy na dziesięciu przeszkodach. Instruktor Leon Kon zapamięta, że wyglądali, jakby to oficer przenosił swego konia przez przeszkody[103]. Trzydzieści i pół punktu karnego.
Dokładne następstwo zdarzeń nie jest znane. Igrzyska w Paryżu to jeszcze nie czas obsesyjnego relacjonowania minuta po minucie. Ani w sporcie, ani w ogóle.
Pewne jest, że konkurs skoków przez przeszkody jeszcze trwa, gdy trzeszczące megafony na stadionie w Colombes przekazują sensacyjną wiadomość.
Dziennikarz "Kuriera Polskiego" relacjonuje: "(...) rozległo się potężne: Halo! Halo! i megamofon zwiastował o zwycięstwie Polski nad Francją w drużynowym biegu kolarskim na cztery kilometry... Cisza zaległa trybuny... W chwilę potem rozległy się huczne oklaski i okrzyki Polaków... Oto Polska po raz pierwszy na Olimpiadzie weszła do finału... Kolarze sprawili wszystkim miłą niespodziankę..."[104].
Obserwować jednych i drugich nie ma możliwości. Welodrom Vincennes znajduje się po drugiej stronie Paryża. Tam w finale Tomasz Stankiewicz, Franciszek Szymczyk, Józef Lange i Jan Łazarski wprawdzie ulegają Włochom, ale ostatecznie to oni zostają pierwszymi (srebrnymi) polskimi medalistami olimpijskimi.
Tymczasem na stadionie w Colombes rozstrzyga się olimpijski los Adama Królikiewicza.
Najmniej punktów karnych (sześć) dostaje Szwajcar Alphonse Gemuseus. Jego siedmioletnia klacz Lucette zachwyciła Polaków już w Lucernie. Jest rosła, sucha, pełnej krwi irlandzkiej, o lekkich ruchach, jednocześnie bardzo silna. Na gliniastym podłożu nad Jeziorem Czterech Kantonów była do pobicia, lepiej skakali i Zefer, i Jacek, i Picador, jednak na piasku jest bezkonkurencyjna.
Złoci medaliści z Antwerpii porucznik Tommaso Lequio di Assaba i koń Trebecco, których Adam i Jasiek pokonali kilka miesięcy wcześniej w Nicei, zajmują teraz drugie miejsce, ale omal nie zostali zdyskwalifikowani.
Leon Kon: "Zeskakując z [przeszkody] Talus de Pau, koń silnie utknął i porucznik Lequio wyleciał z siodła w ten sposób, że zawisł z prawej strony konia na jednej lewej ręce, trzymając się szyi i lewą nogą za tylny łęk siodła. Jakiś fotograf, będący przy przeszkodzie, podskoczył i podtrzymał zlatującego jeźdźca. Tłum widzów aż jęknął. Fotograf zorientował się, odskoczył, ale zwinny jeździec już mocniej złapał się konia i wdrapał się w siodło. Upadek jeźdźca bez konia pociągał za sobą dziesięć punktów karnych. Gdyby nie ten fotograf, drugim byłby porucznik Królikiewicz na Picadorze"[105].
Adam i Picador są trzeci. O tym, że Włoch powinien zostać zdyskwalifikowany, jeździec będzie wspominał jeszcze w latach pięćdziesiątych, ale - wydaje się - nie we własnym interesie.
Królikiewicz: "Stało się to na oczach wielu widzów, lecz najwidoczniej nie zostało zauważone przez jury. Nasze przedstawicielstwo obecne podczas zawodów nie interweniowało zupełnie w tej sprawie. Do dnia dzisiejszego nie mogę pojąć, dlaczego z tak lekkim sercem zrezygnowaliśmy ze srebrnego medalu, zdobytego dzięki świetnemu wyczynowi Picadora". I jeszcze: "Picador zaklasyfikował się tym samym na trzeciego konia świata, a powinien był być drugim".
Tak czy inaczej, jest brąz. Drugi medal olimpijski dla Polski, pierwszy indywidualny. Choć akurat z tym określeniem Adam Królikiewicz na pewno by się nie zgodził.
DEKORACJA
W konkursie skoków przez przeszkody drużynowo Polacy zajmują szóste miejsce. Po sukcesach w Lucernie apetyty w kraju były większe, ale nie szkodzi, najlepsze dopiero przed nimi.
Czas wręczyć nagrody i kończyć igrzyska.
"Kurier Polski" relacjonuje: "Przez bramę Maratonu wjeżdża gwardia municypalna w nowych kaskach na głowach, na czele z orkiestrą. W chwilę potem ukazują się barwne ekipy jeźdźców. Przy dźwiękach marsza tryumfalnego, wśród burzliwych oklasków tłumów publiczności defilują kłusem przed trybunami. Wśród długiego zastępu jeźdźców są i nasi: podpułkownik Rómmel, porucznik Królikiewicz, porucznik Szosland, porucznik Dziadulski. Prezentują się wspaniale"[106].
Korespondent "Kuriera Warszawskiego" podsumowuje pierwszy udział Polaków w igrzyskach: "Najważniejsze jest to, że byli widziani, zetknęli się z olbrzymim światem sportowym, zmierzyli swoje siły, poznali współzawodników i przekonali się naocznie, że w walce olimpijskiej nie można zwyciężyć ani "fuksem", ani szczęśliwym trafem, że sportsmenom, noszącym barwy narodowe, nie wolno zdać się na "jakoś to będzie", nie wolno pobłażać swoim słabostkom i namiętnostkom, nie wolno wykręcać się sianem, bo w tej dziedzinie trzeba właśnie pracować, pracować i jeszcze raz pracować"[107].
Jeźdźcy prezentują się wspaniale nie tylko podczas uroczystości zamknięcia igrzysk w Paryżu. Od lewej: Adam Królikiewicz, Zdzisław Dziadulski, Karol Rómmel, Henryk Dobrzański, Kazimierz Szosland. Rok 1925.
W następnych latach polscy jeźdźcy będą regularnie zdobywać nagrody, między innymi w konkursach we Włoszech, Francji, Szwajcarii, Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych. Przywiozą też medale z każdych igrzysk olimpijskich, w których wezmą udział. W międzywojniu drugiej takiej dyscypliny sportu w Polsce nie ma.
W Amsterdamie w roku 1928 zdobędą srebro w skokach przez przeszkody drużynowo oraz brąz w czempionacie drużynowo. W tym drugim zespole będzie Karol Rómmel. Medalu olimpijskiego doczeka się szesnaście lat po swoim pierwszym starcie na igrzyskach w Sztokholmie.
Po roku 1924 Adam, Jasiek i Picador odwiedzają jeszcze wspólnie Niceę, Rzym, Neapol, Mediolan, Londyn oraz Aldershot i wciąż odnoszą sukcesy. Gazety piszą o Królikiewiczu: "najlepsza szpicruta Starego Kontynentu" i "pełen blasku jeździec". O Picadorze ktoś powie, że jest brzydki jak "toskańskie cygaro". Adam będzie o nim mówił: "najmilszy mój kłapouch". Jednak czas koni-weteranów wojennych, które zdobywają medale w zawodach sportowych, powoli dobiega końca.
Przez każdy rok służby w wojsku koń traci dziesięć procent ze swojej pełnej wartości. Gdy w 1926 roku Adam wykupuje Picadora na własność, płaci za niego trzysta złotych. Para butów jeździeckich w tym czasie kosztuje sto pięćdziesiąt.
Sukces Picadora przesądza o jego losie. Dla polskich jeźdźców najważniejsze pozostają zawody w Nicei. Koń Królikiewicza zdobył tam tyle nagród, że zgodnie z przepisami nie może więcej startować w zawodach wojskowych. Adam jeździ więc na swoim kłapouchu w zawodach cywilnych, to jednak nie rozwiązuje problemu, bo do pozostałych musi pożyczać konie. Potrzebuje nowego, zdolnego do wygrywania zawodów wojskowych. Polscy hodowcy i magnaci chętnie zapraszają go na wystawne przyjęcia, przyjmują z honorami, ale pomocy nikt nie proponuje. Jest jeszcze jeden problem. Konie wojskowe przechodzą na emeryturę w wieku szesnastu lat - Picador ma siedemnaście.
W maju 1926 roku Picador wygrywa konkurs w Rzymie. Już od pewnego czasu Adam dostaje propozycje kupna konia, ale szuka wymówek, by go nie sprzedawać. Pytany o cenę, zawyża ją (podaje pięć tysięcy dolarów), a potem oddycha z ulgą, że rozmówca się nie zgodził. Po tych zawodach czuje jednak, że to ostatni moment.
Trening jeźdźców przed wyjazdem na zawody do Nowego Jorku. Od lewej: Adam Królikiewicz, Michał Toczek i Kazimierz Szosland. Rok 1926.
Rozmowa jest krótka. Hrabina Dentice di Frasso zaczepia Adama, gdy ten czeka na swój kolejny start. Jest gotowa zapłacić za Picadora cztery tysiące dolarów. Mężczyzna się zgadza, kobieta od ręki wypisuje czek, wydziera go i wręcza.
Królikiewicz czuje, jak wnętrzności przeszywa mu ból, od którego nie ma ucieczki. Z trybun zawody obserwuje Muszka. Gdy Adam mówi jej, co zrobił, płaczą oboje.
Gdy "Kurier Warszawski" publikuje relację z zawodów w Rzymie, jest już po wszystkim. Jednak dziennikarz o tym nie wie i przekonuje, że Królikiewicz na pewno nie ulegnie "wymowie zimnych cyfr" i nie sprzeda Picadora, ponieważ "moralnie mu nie wolno pozbawiać Polski konia tej klasy". Używa argumentów ostatecznych: "A sława? A honor oficera polskiego? A ból rozstania z takim zwierzęciem, z takim przyjacielem?"[108].
Gdy jeźdźcy są we Włoszech, Józef Piłsudski zbrojnie przejmuje władzę w kraju i rozpoczyna rządy sanacji. Na ulicach Warszawy ginie prawie czterysta osób, w tym ponad stu sześćdziesięciu cywili. Po stronie swojego patrona zaangażowany jest również 1 pułk szwoleżerów. Ta jedna walka Adama omija. Nie wiadomo, czy po powrocie do kraju jeździec musi się tłumaczyć prasie ze sprzedania Picadora, czy też jest ona pochłonięta już innymi sprawami. Tłumaczy się jednak po latach w swoich wspomnieniach. Przyznaje: "Część mojej duszy oddałem za pieniądze"[109].
W 1927 roku Adam spotyka Picadora na zawodach w Londynie. Jasiek w tym samym czasie przechodzi w stan spoczynku. Adam jest wówczas dowódcą pierwszego szwadronu 1 pułku szwoleżerów, wykupuje Jaśka na własność i pozostawia go w wygodnym boksie w pułkowej stajni. Jego ściany zdobią pamiątkowe tablice z różnych konkursów.
Jasiek nie ma żadnych obowiązków. Bywa, że ktoś ze znawców lub hodowców przychodzi go zobaczyć, ale to rzadko. Całymi dniami spaceruje po terenach pułku, obchodzi wszystkie szwadrony, przypatruje się treningom młodszych koni. Tylko jemu skubanie jarzyn i kwiatów w szwadronowych ogródkach uchodzi na sucho. Poza tym uwielbia tarzać się w kałużach i płytkim stawie za stajnią.
Z czasem jego głowa siwieje, rosną mu srebrzyste bokobrody, wydłuża się szczęka, zapadają oczodoły. Zapada się też w grzbiecie. Którejś zimy obrasta długą, puszystą sierścią i już jej nie zrzuca, nawet na lato.
Adam Królikiewicz: "Gdy nieraz wieczorem wyłaniał się z mroku, cichym wolnym krokiem dążąc do stajni, robił jakieś niesamowite wrażenie leśnego końskiego ducha. Obrośnięty długim, gęstym włosem, pokryty nim niby mchem stuletnim, niczym nie przypominał dawnego smukłego Jaśka".
Adam jest na kursie pod Turynem, gdy w grudniowy wieczór 1933 roku Jasiek wychodzi ze stajni po raz ostatni. Kładzie się w zimnej wodzie stawu, potem nie może się podnieść. Stajenni odnajdują go dopiero rano. Natychmiast trafia do weterynarza Józefa Kulczyckiego - który zajmował się też Kasztanką Józefa Piłsudskiego, nim padła - ale jest już za późno, Jasiek ma zapalenie płuc.
Jego śmierć w wieku dwudziestu ośmiu i pół roku odnotowuje "Polska Zbrojna", dziennik poświęcony sprawom obronności państwa[110].
Adam dowiaduje się o śmierci Jaśka przez telefon od żony. Prosi doktora Kulczyckiego o spreparowanie całego zwierzęcia dla muzeum pułkowego, ale koszt go przerasta. Decyduje się na zachowanie tylko głowy z szyją. Wiesza ją w prywatnym gabinecie, dyskretnie podświetloną, wśród srebrnych i kryształowych pucharów, nagród, pamiątek, albumów ze zdjęciami.
Wiosną następnego roku Adam jest na stażu w okolicach Rzymu. Podczas polowania rozpoznaje go jeden z uczestników. Chwali się, że rok wcześniej jeździł na Picadorze. Adam jest przekonany, że to pomyłka. Dwa lata wcześniej sam odwiedził konia w rzymskiej stajni pani Dentice di Frasso. Hrabina wiedziałaby, że dwudziestoczterolatek z taką renomą nie może być użyczany na polowania. Włoch wyjaśnia, że kobieta nie mieszka już w Rzymie, a Picadora sprzedała handlarzowi i to od niego go wypożyczył.
Adam ma złe przeczucia, chce odwiedzić przyjaciela, może nawet ratować. Zdobywa adres handlarza i jedzie na Zatybrze, do biednej, zaniedbanej dzielnicy Rzymu. Mężczyzna w jego wspomnieniach to "gruby, typowy włoski handlarz koni". Na pytanie Adama odpowiada spokojnie:
- Zjedliśmy Picadora. Nie mogłem utrzymywać konia, który był już do niczego.
W igrzyskach olimpijskich w Los Angeles w 1932 roku polscy jeźdźcy nie wezmą udziału. W czasach Wielkiego Kryzysu Polski nie stać na wysłanie koni w tak daleką podróż. Za to w Berlinie cztery lata później Polacy zdobywają srebro w czempionacie drużynowo. Adam Królikiewicz jest wówczas kierownikiem technicznym ekipy.
Adam jest też ostatnim szefem ekwitacji i komendantem Szkoły Jazdy przy Centrum Wyszkolenia Kawalerii w Grudziądzu. We wrześniu 1939 roku zostaje mianowany zastępcą dowódcy Ośrodka Zapasowego Mazowieckiej i Pomorskiej Brygady Kawalerii w Garwolinie. Tamtejszy magazyn zostaje zbombardowany 8 września 1939 roku. Wraz z nim płonie większość pamiątek po sportowych sukcesach Adama, w tym puchary, albumy, medal olimpijski i głowa Jaśka.
Druga wojna światowa kończy pasmo sukcesów polskiego jeździectwa.
Koniec historii Adama Królikiewicza nastąpi wiele lat później. Jeszcze będzie okazja, by o nim opowiedzieć. Na razie wystarczy wspomnieć, że w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych o jeźdźców upomni się polskie kino. Adam, podobnie jak Karol Rómmel, zostanie doradcą do spraw jazdy konnej i zagra nieduże role.
Jesienią 1964 roku pracuje z Andrzejem Wajdą na planie Popiołów w okolicach Piotrkowa Trybunalskiego. Wciela się w starego wachmistrza, który ma poprowadzić szarżę pod Somosierrą. Podobno ktoś go namawiał, by tego nie robił. Daniel Olbrychski zapamięta, że tego dnia robili tylko przymiarki, nie kręcili zdjęć. Adam może i ma prawie siedemdziesiąt lat, ale temperament, upór i skłonność do ryzyka - bez zmian. Zakłada więc mundur i czako, wsiada na konia i pędzi przed siebie jak ćma w ogień.
W latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych o przedwojennych jeźdźców upomina się polskie kino. Na zdjęciu Adam Królikiewicz z Andrzejem Wajdą na planie Popiołów. Rok 1964.