Atmosferę, w jakiej rodził się STS, barwnie oddał jeden z inicjatorów i pierwszy szef tej sceny, Henryk Malecha:
Nie pamiętam, czy śpiewałem już w warszawskim przedszkolu, czy dopiero w szkole podstawowej w Poznaniu. Z gimnazjum w Ostrowie Wielkopolskim utkwiły mi w pamięci, oprócz lekcji śpiewu, koncerty umuzykalniające artystów w auli, a także gimnazjalistów, z których najbardziej ceniony był syn dyrektora banku, pianista Krzysztof Trzciński, znany później jako Komeda.
Zacząłem sam myśleć o "karierze" scenicznej. W Kaliszu pytałem o warunki przyjęcia do studia aktorskiego w tamtejszym teatrze ("Idź!" - popierała moje zamysły ciotka - "takie pokraki nieraz na scenach Występują..."). Na balu maturalnym w Szkole Pracy Społecznej zaśpiewałem piosenkę o moście, przygotowany do tego przez przedwojenną solistkę Opery Poznańskiej, Wandę Paluszyńską.
Poznań nie przyjął mnie na studia, choć zdałem egzamin wstępny. Dziwne, byłem przecież w ZMP, a jako korespondent terenowy organu KW PZPR "Gazety Ostrowskiej" - mam odwagę do tego się przyznać - pisałem artykuły, które zawsze kończyły się "dla dobra pokoju i socjalizmu". Natomiast dość łatwo dostałem się na Katolicki Uniwersytet Lubelski (startowały dwie osoby na jedno miejsce). Ja redagowałem gazetkę ścienną ZSP - same przyjemne tematy. Nie tylko chodziłem do teatrów, na koncerty do parku, ale i sam tańczyłem w uczelnianym zespole tańca ludowego. Chodziłem też do ogniska muzycznego, by kontynuować naukę gry na gitarze. Na zakończenie roku wystąpiłem z naszą orkiestrą gitarzystów w muszli parkowej! Z KUL-u nadsyłałem korespondencje do "Po Prostu". To nie było jeszcze to październikowe "Po Prostu". Tak się złożyło, że pismo organizowało wakacyjny obóz dla korespondentów w ośrodku pod Warszawą. Pojechałem. Niewiele się tam nauczyłem, ale pamiętam, że na zakończenie była część artystyczna, w której wziąłem udział. Nie sam - w chórze rewelersów zaśpiewaliśmy hiszpańską piosenkę
Rumbala z czasów wojny domowej ("Meserszmity wytropiły, bombardują z całej siły, oj, Carmela...").
Na KUL-u było zupełnie dobrze, ale ciągnęło mnie do stolicy. Po pierwszym roku przeniosłem się na Uniwersytet Warszawski. Przestałem grać na gitarze, za to dużo śpiewałem w naszej V grupie polonistyki. Występowaliśmy na akademiach, startowaliśmy nawet w eliminacjach środowiskowych. W tej grupie wiersze recytowali Józef Waczków i Andrzej Gabryś, późniejsi aktorzy STS. Pobierałem także lekcje tańca towarzyskiego w szkole braci Sobiszewskich na Chmielnej. Obowiązkowy był udział studentów w brygadach żniwnych - w czasie wakacji wyjeżdżali pomagać PGR-om. I tak we wrześniu 1953 roku, po trzecim roku studiów, a pół roku po śmierci Stalina, ferajna z Uniwersytetu Warszawskiego pojechała do PGR-u w Gawlikach koło Rucianego. Nie było na szczęście działaczy młodzieżowych z nami ("wybronili się"). Zjawiliśmy się: studenci z polonistyki, muzykologii i psychologii. Wieczorami rej wodził Henio zwany Gitarą - śpiewał piosenki, akompaniując sobie na tym instrumencie, my wykonywaliśmy refreny. Podczas tych wieczorów wyłoniła się zdecydowana grupa towarzyska, która po zakończeniu turnusu postanowiła spędzić jeszcze kilka dni na jeziorach. Wystąpiliśmy także na wieczorze pożegnalnym jednego z turnusów wypoczynkowych PTTK w Rucianem. Przedstawiliśmy się jako grupa studentów wracających ze Światowego Festiwalu Młodzieży i Studentów w Bukareszcie. Wczasowicze przyjęli nas dobrze. Prawdę mówiąc, to mnie najbardziej zależało na utrzymaniu tej grupy towarzysko-artystycznej, która się dość zżyła. Zwłaszcza że w Warszawie miałem już na oku parę osób z pewnym doświadczeniem scenicznym: byłe studentki KUL-u, czyli "Kulki" - Annę Tomczyk i Elżbietę Kowalik, i jeszcze Andrzeja Gabrysia po roku studiów w krakowskiej
szkole teatralnej.
Po powrocie do Warszawy nie zerwaliśmy kontaktów, spotykaliśmy się często. Pewnego dnia poszliśmy na Rynek Starego Miasta i wykonaliśmy spontanicznie kilka piosenek. Grupa się powiększała - Teresa Podolak przyprowadziła Jurka Tyszkowskiego z konserwatorium, Andrzej Gabryś - Ziutę Utratę i Joannę Sienkiewicz-Markowską, która z kolei przyprowadziła drugiego pianistę Marka Lusztiga. Na hasło "potrzebny akompaniator" przyszedł Jarek Abramow, ale tylko przyglądał się próbom. Dopiero później okazało się, że wielu kolegów na naszym roku polonistyki pisze utwory satyryczne. Na razie był więc zespół, nie było tekstów. Chodziliśmy do zawodowych satyryków z prośbą, by zechcieli coś nam napisać. Z Teresą Podolak i Waczkowem wybraliśmy się do Teatru Satyryków na ul. Konopnickiej, kierowanego przez Jerzego Jurandota - do Janusza Osęki, Janusza Minkiewicza... Przyjęli nas bardzo uprzejmie w przerwie przedstawienia i powiedzieli, że na pewno napisze nam cały program Józef Prutkowski. Rozmawiał z nami serdecznie i dał tekst o... kaszance. Nie skorzystaliśmy. Mijały tygodnie.
W lutym Andrzej Drawicz - działacz kultury i konferansjer na akademiach, znający naszą grupę - powiedział, żeby pójść do Jurka Markuszewskiego, kierownika Komisji Kultury Rady Okręgowej ZSP, bo jeden z teatrów zgłosił chęć zaopiekowania się jakimś zespołem studenckim. Był to Teatr Satyryków.
I tak doszło 13 marca 1954 roku do spotkania w świetlicy uniwersyteckiej z Markuszem, czyli Jurkiem Markuszewskim. Przyprowadził on swoich ludzi: Hannę Łuszczyk (Rek) z Akademii Medycznej, Adama Dolińskiego z historii sztuki, Ewę Kitównę z prawa. Henio Olesiak, zwany Gitarą, przyprowadził dwóch kolegów ze swojej psychologii, Marcina Borowca i Jana - Strelaua. Zespół aktorski uzupełnił Andrzej Juszczyk. Markusz wziął sprawy w swoje ręce: zachęcił nas do pokazania, co potrafimy. W ten sposób przygotowani, poszliśmy na przesłuchanie do Jurandota, do Teatru przy Konopnickiej. Ja - kierownik zespołu - nie popisywałem się. Nie było czym. Wykonawcy mieli obycie ze sceną, z racji częściowych studiów teatralnych Dolińskiego, Gabrysia i Markuszewskiego, występów na akademiach, udziału w zespołach tanecznych, chóralnych i recytatorskich.
Jurandot obejrzał wszystkich i umówił się z naszym kierownictwem na spotkanie w kawiarni Telimena. Przyniósł teksty z poprzednich programów swojego Teatru i zaproponował obsadę, ułożył owe skecze, kuplety i piosenkę
To idzie młodość w jakiejś kolejności i niby program był. Waczków, nasz pierwszy literat, przerabiał te teksty, adaptował, przenosił na teren studencki, pisał konferansjerkę. Próby odbywały się w świetlicy Domu Studenta UW. Niekiedy brali w nich udział aktorzy - Saturnin Żórawski i Kazimierz Brusikiewicz, który ustawiał Adama Dolińskiego w monologu
Nerwy bez przerwy. Przychodzili też dyrektor Jurandot i pianista Stefan Rembowski. Markusz z początku nie ingerował, jedynie obserwował, jak goście pracowali z naszym zespołem. Napisał też scenariusz skeczu
Na Uniwersytecie, który kończył pierwszą część programu, taką karykaturę zebraniomanii. Oryginalny, nasz własny numer zrobił furorę - opisywał dzień wolny od zajęć na uczelni, za to pełen zebrań, ukazując postępujące zmęczenie ich uczestników. Byłem w obsadzie skeczu i wraz z kolegami zbierałem oklaski publiczności. W zespole pełniłem funkcję kierownika, ale też trochę inspicjenta, a trochę... "przynieś - wynieś - pozamiataj".
Od Zrzeszenia Studentów Polskich dostaliśmy pięćset złotych - była to suma równa miesięcznemu stypendium. 2 maja 1954 roku odbyła się premiera składanki
To idzie młodość Studenckiego Zespołu Satyrycznego, który następnego dnia po tym udanym występie nazwał się Studencki Teatr Satyryczny. Czternaście przedstawień odbyło się w Domu Kultury "Energetyk" przy Wybrzeżu Kościuszkowskim 37 jeszcze w maju i czerwcu, a więc w porze egzaminów. Graliśmy w soboty i niedziele. Piętnasty występ odbył się w Karpaczu, już w czasie wakacji. Fragmenty programu szły w radiu, część zespołu wystąpiła też w telewizji, mieszczącej się wówczas przy placu Wareckim (dzisiaj pl. Powstańców Warszawy). Na pięćdziesięciolecie STS felietonista "Polityki" napisał, że premiera była kompletną klapą. Dla nas pierwszym, ukochanym, choć niedoskonałym dzieckiem.
Kto założył STS? Wymienię nas pięciu, głównych założycieli Teatru: Drawicza, Markuszewskiego, Dolińskiego (organizator sali teatralnej), Waczkowa i siebie. Ale pamiętam też o kilkunastu osobach z zespołu
aktorskiego i technicznego, które uczestniczyły w pierwszym programie. Bez każdej z nich STS nie byłby taki, jaki był.
Co było dalej? W czasie wakacji wyjechaliśmy na wczasy ZSP do Karpacza, przygotować nowy program. Nasi koledzy z filologii polskiej - głównie Witold Dąbrowski, Andrzej Jarecki i Jarosław Abramow, a także Jan Bester, Tadeusz Strumff i Andrzej Piotrowski - napisali nowy, oryginalny program
Prostaczkowie, z muzyką Marka Lusztiga i Jerzego Tyszkowskiego. Premierę, już jako Studencki Teatr Satyryków STS, daliśmy 9 listopada 1954 roku.
To było dla nas ważne wydarzenie, ale jego szerszego znaczenia nie mogliśmy sobie wtedy uświadamiać. Po latach, w bardzo skondensowanej formie, uwypuklił je Lech Śliwonik. Przytoczę jego słowa, bo oddają istotę:
"13 marca - pierwsza próba, 2 maja - premiera pierwszego programu, to już wiemy. O wszystkim zadecydowała jednak kolejna data - 9 listopada 1954 roku. Tego dnia grupa, która postanowiła się nie rozchodzić, dała pierwszą własną premierę. W programie
Prostaczkowie nie tylko aktorami, ale również autorami tekstów, kompozytorami, realizatorami byli studenci. Dali dwadzieścia trzy przedstawienia i już wiedzieli, że przed nimi wspólna droga. Nie wiedzieli natomiast jeszcze, że dali początek czemuś, co przetrwa, rozwinie się i wzbogaci - studenckiemu ruchowi teatralnemu. Nie było takiego zjawiska społeczno-artystycznego wcześniej, nie będzie zapewne i w przyszłości. Zaczął się trwający ponad ćwierć wieku okres spójni młodej polskiej inteligencji z teatrem".
Jeszcze jedno: mniej więcej w miesiąc po naszej drugiej premierze, dowiedzieliśmy się, że w Gdańsku studenci zrobili to samo, co my. Za nami poszli inni...
Tyle spisanej po latach opowieści Henryka Malechy. Teraz kilka słów porządkujących, żeby w opisie obu startów STS-u nie pominąć najistotniejszych faktów.
Za fortepianem zasiadali: Marek Lusztig, rusycysta z ukończoną średnią szkołą muzyczną, oraz Jerzy Tyszkowski, słuchacz warszawskiego konserwatorium. Program To idzie młodość został dobrze przyjęty, pokazano go czternaście razy, jednak zespół odczuwał niedosyt. Młodość z tytułu usprawiedliwiał wiek wykonawców, jednak sami uznali, że ich entuzjazm to jeszcze za mało.
Widowisko miało charakter typowej akademii, z marginesem tolerancji dla nieporadności amatorów nie do końca panujących nad bogactwem znaczeniowym wygłaszanych treści. Teksty pochodziły z teki wręczonej studentom przez estradowych zawodowców z ówczesnego Teatru Satyryków (w 1955 roku połączonego z Syreną), którzy w zobowiązaniu pierwszomajowym zadeklarowali opiekę nad uniwersytecką sceną satyry. Dzięki tej inicjatywie dyrektor Jerzy Jurandot wspomógł esteesowców konsultacjami literackimi, a pojawiający się na kilku próbach Saturnin Żórawski i Kazimierz Brusikiewicz - aktorskimi.
Satyra w Polsce owych czasów była żałośnie asekuracyjna, bo też inna nie przeszłaby przez cenzorskie sita. Bazowała na dowcipach o tępych biurokratach, aroganckich kelnerach czy niepozbieranych strażakach. Próby zbliżenia jej do realiów życia studenckiego spektakularnych rezultatów, niestety, nie przyniosły.
Dlatego też w przymiarkach do nowego programu pojawił się postulat, aby autorów tekstów i muzyki znaleźć we własnym gronie. Pierwszy na ten apel odpowiedział Jarosław Abramow i kilka dni później przyprowadził Andrzeja Jareckiego, który dorabiał jako korektor w partyjnych "Nowych Drogach". Zgłosili się członkowie Koła Młodych przy Związku Literatów Polskich: Tadeusz Strumff, Witold Dąbrowski. Przyszedł Jan Bester, od początku byli Andrzej Drawicz i Andrzej Wiktor Piotrowski. Wszyscy z polonistyki, sformowali trzon pierwszych autorów STS-u.