Rozdział 1 DETEKTOR ŚWIADOMOŚCI
Kawiarnia w centrum miasta. Na stole papierowe kubki po wypitej kawie i serwetki zamazane rysowanymi podczas rozmowy schematami internetowych narzędzi.
- Można dzięki nim wygrywać wybory?
- Nie odpowiem na to pytanie.
- Ale to możliwe?
Milczy. To kolejna nasza rozmowa. I kolejna, która trwa dłużej, niż planowaliśmy. Dopiero po chwili odpowiada: - Ludzie tacy, jak ja, przypominają demiurgów, dla których społeczeństwo jest jak plastelina. Ta plastelina wobec naszych narzędzi jest bezbronna. Im bardziej ją uciskam, tym bardziej daje się modelować. Ta plastelina nie ma żadnych mechanizmów obronnych. W pewnym momencie uświadomiłem sobie, że wybory w demokratycznym państwie zaczęły przypominać starcia demiurgów. Nie wygrywa ich lepszy kandydat. Wygrywa demiurg, który jest najbardziej sprawny w swoim fachu. Tylko czy to jeszcze demokracja?
Wielu naszych rozmówców nie chciało, byśmy podawali ich nazwiska. Różnie tłumaczyli chęć zachowania anonimowości. O ich wiarygodności świadczą sukcesy, nieraz spektakularne, które odnieśli na rynku komercyjnym, oraz faktury wystawiane partiom politycznym. To zresztą niebywała ironia, że dowody na to, jak internet okalecza demokrację, można znaleźć w Państwowej Komisji Wyborczej, w opasłych segregatorach, których zawartość najpewniej nigdy nie zostanie zdigitalizowana.
Żeby to wszystko tak naprawdę zrozumieć, trzeba zacząć od takiego banału jak budzik w telefonie. Rano uruchamia piosenkę, której nigdy wcześniej nie słyszałeś, ale uważasz, że jest fajna. Aplikacja, używająca samouczących się algorytmów, włączyła ją, dobierając ją zgodnie z twoim gustem. Pijąc kawę, czytasz e-maile. To algorytm posegregował je tak, by niechciane wiadomości wpadły do zakładki ze spamem. Odpisujesz komuś na wiadomość? Algorytm dyskretnie poprawi błędy. Jeśli sprawdzasz Facebooka albo Twittera, to kolejne algorytmy wskażą treści, które mogą cię zainteresować. W drodze do pracy nawigacja wyznaczy najszybszą trasę. Zatrzymasz się jeszcze na chwilę w sklepie i zapłacisz kartą? Bankowy algorytm zdecydował, czy zostanie ci wydana. Inny już wie, czy warto ci zaproponować lokatę albo odmówić kredytu.[1]
Algorytmy mają coś ułatwiać i w czymś pomóc. I to jest w nich wspaniałe, a jednocześnie najbardziej uzależniające i najbardziej zwodnicze.
Dzień się jeszcze na dobre nie zaczął, a już miałeś kontakt z kilkudziesięcioma algorytmami. Każdy z nich ma coś ułatwiać i w czymś pomóc. Sprawiać, byśmy nie tracili czasu na sprawy w gruncie rzeczy mało istotne. I to jest w algorytmach naprawdę wspaniałe, a jednocześnie najbardziej uzależniające i najbardziej zwodnicze.
Każdy z nich może stać się mikroniteczką, która połączona z inną, odpowiednio usystematyzowana i zaszeregowana, da moc ludziom, których jeden z naszych rozmówców nazwał demiurgami. A oni wpływają nie tylko na to, co się dzieje na scenie politycznej, lecz także w zasadzie na każdą dziedzinę życia.
Pisząc tę książkę, próbowaliśmy sprawdzić, do jakiego stopnia "demiurgowie", pociągając za właściwe nici i ich sploty, potrafią zmieniać pejzaże otaczającego nas świata. Tego, co robią, nie da się zrozumieć, idąc na skróty. Można oczywiście zacząć od pytania o wpływ algorytmów na demokratyczne wybory, a potem dochodzić, ile głosów przy ich pomocy udało się zdobyć dla jakiegoś kandydata. Tyle że te dane wyrwane z kontekstu potężnych, a jednocześnie błyskawicznie zachodzących zmian oraz bez wiedzy o pułapkach, w których już tkwimy po same uszy, zupełnie nic nie wyjaśnią. Będą prowadzić do znużenia, obojętnego wzruszenia ramionami i frustrującego, corianowskiego wniosku, że już "stworzenie było pierwszym aktem sabotażu".
Technologia nigdy nie jest ani dobra, ani zła. To od tego, jak ją wykorzystamy, zależy, czy efekty jej działania ocenimy później jako pozytywne czy negatywne. Tylko tyle i aż tyle. Czy ludzie, którzy szybciej niż inni nauczyli się wykorzystywania algorytmów, rzeczywiście są złymi "demiurgami"? Do tej odpowiedzi też nie ma drogi na skróty.
Nie jesteśmy informatykami, specjalistami od big data ani marketingu politycznego, lecz dziennikarzami. Od dawna obserwowaliśmy, jak na masową skalę zaczęły się pojawiać boty, trollkonta, fake newsy i to, jak nowe media wykorzystywane są w kampaniach politycznych. To, jak nasze życie, coraz wygodniejsze dzięki algorytmom, staje się również coraz podatniejsze na ataki i manipulacje.
Po wybuchu skandalu z masowym wyciekiem danych z Facebooka do firmy Cambridge Analytica, gdy w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii rozpoczęła się wielka debata, u nas temat w zasadzie zamknęło zdanie: "Tej firmy nie było w Polsce". Podobnie w przestrzeni publicznej w zasadzie nie pojawiają się informacje o próbach inwigilowania czy wpływania na polską cyberprzestrzeń przez Rosjan. Ciekawiło nas, dlaczego tak się dzieje.
"Strefy cyberwojny" to wciąż bardzo niepełna próba inwentaryzacji zagrożeń i pułapek, w które wpadamy. To również próba odpowiedzi na pytanie, do jakiego stopnia "demiurgowie" mają wpływ na nasze opinie czy wybory, nie tylko polityczne.
Nie musimy wiedzieć dokładnie, jak działają skomplikowane narzędzia internetowe. Wydaje się jednak, że powinniśmy mieć świadomość tego, jak wpływają na nasze życie i jak nas zmieniają. Tymczasem wielu z nas, stając w obliczu cyfrowego świata, nieraz zachowuje się jak małpa siedząca przed lustrem. Nikt nie oczekuje, że będzie wiedziała, iż ma do czynienia z jednym z najstarszych wynalazków ludzkiej cywilizacji ani że wymogi środowiskowe zmusiły producentów do rezygnacji z tetratlenku triołowiu na rzecz napylania próżniowego glinem. Istota obdarzona rozumem powinna jednak, patrząc w lustro, wiedzieć, co w nim widzi, i umieć rozpoznać, czy obraz nie został zniekształcony.