Mojej mamie, Sabinie Pytlakowskiej, z domu Wiernik, Żydówce, która jako Polka ratowała Żydów uciekających z getta. Do samej śmierci nie mogła sobie wybaczyć, że nie zdołała uratować swoich rodziców, Róży i Szymona, moich dziadków, których nigdy nie poznałem.
Doktor Hannie Machińskiej, niestrudzonej obrończyni ludzkich praw.
Krystynie Zdziechowskiej, którą nazywam Krysiatkiem. Bez niej ta książka by nie powstała.
"Niepamięć nie jest tożsama z zapominaniem. Nie jest też identyczna z amnezją czy wyparciem - dotyczy czegoś, o czym wiemy, o czym jednak nie chcemy myśleć. (...) Niepamięć jest wspólnotowa - jej praktyki wymagają działania grupowego, powstaje w wyniku niewysłowionej zgody w obrębie wspólnoty".
Z PUBLIKACJI ROMY SYNDYKI "NIEPAMIĘĆ ALBO O SYTUOWANIU WIEDZY O FORMACH PAMIĘTANIA"
Baner przy drodze krajowej nr 61, wersja druga, bo fragment ze słowem "Polski" pofrunął z wiatrem.
Chaim Kadesz, właściciel dorożki kursującej między Stawiskami a Kolnem. Zdjęcie wykonano w latach trzydziestych XX wieku. Nie znamy późniejszych losów dorożkarza Chaima.
Rozdział I
O BANERZE NA TLE KRASNALI
W czerwcu 2020 roku przy drodze krajowej 61 między Łomżą a Augustowem, w odległości kilku kilometrów od Szczuczyna, rzucał się w oczy baner umieszczony na wysokości zabudowań oddalonych kilkadziesiąt metrów od asfaltu. Białe litery na czarnym materiale. Obok drzemały wystawione na sprzedaż krasnale ogrodowe, gipsowe łabędzie i gęsi z czerwonymi dziobami. Na tym tle treść baneru brzmiała abstrakcyjnie: "Ustawa 447 zagraża niepodległości Polski".
Rok wcześniej hasła o amerykańskiej ustawie 447 zagrażającej Polsce wykrzykiwano w centrum Warszawy podczas manifestacji skrzykniętej przez dziwny twór polityczny - Konfederację KORWiN Braun Liroy Narodowcy. Zdzierano kilka tysięcy gardeł, wykrzykując hasła o podłych żydowskich roszczeniach. Echo niosło się po kraju. Na Podlasie dotarło w postaci baneru na tle krasnali.
W zapadającym zmroku tliły się światła pobliskiego Szczuczyna. Gdzie jak gdzie, ale akurat w takim miejscu straszenie roszczeniami do majątku po Żydach zabrzmiało złowrogo. Przypominało pomruk budzącej się bestii.
Krew zmyli z bruku i rąk
W Szczuczynie poprzedni raz bestia obudziła się w czerwcu 1941 roku, zaraz po wybuchu wojny miedzy Rzeszą a ZSRR i zajęciu miasteczka przez oddziały niemieckie.
27 czerwca zginęło około trzystu Żydów, a mordów dokonali polscy sąsiedzi.
13 lipca Niemcy przy udziale polskiej policji pomocniczej zabili około stu osób (według innej wersji: na miejscowym cmentarzu to Polacy zabijali przy biernej postawie Niemców).
W sierpniu w egzekucjach dokonywanych przez SS i Gestapo zabito sześciuset Żydów. Pozostałych umieszczono w getcie, a po jego likwidacji wysłano do obozu śmierci w Treblince.
Przed wybuchem II wojny Żydzi stanowili w Szczuczynie ponad połowę społeczności. Szacowano, że mieszkało ich tutaj ponad trzy tysiące. Ocaleli nieliczni, którym udało się uciec z miasta lub ukryć w lasach bądź u polskich rodzin w okolicy. Kiedy wojna się zakończyła, Szczuczyn był już całkowicie polski, społeczność żydowska znikła. Wymazano ją nie tylko z życia, ale i z pamięci.
Podobnie stało się na całym tak zwanym szlaku śmierci - w ponad dwudziestu miastach i miasteczkach wschodniego Mazowsza i dzisiejszego województwa podlaskiego, gdzie w 1941 roku doszło do rzezi mieszkańców, tych żydowskich przez tych polskich. Żydzi żyli tam od kilku stuleci w swoim rytmie. A potem polscy sąsiedzi chwycili za pałki i widły. Gnali swoich żydków uliczkami, gwałcili kobiety, zdzierali suknie, swetry i buty, aby nic się nie zmarnowało.
Ta fraza "aby nic się nie zmarnowało" powraca jak refren. "Zabrałem krzesła i wiadra. Miało się zmarnować?" - tłumaczył chłop z wioski pod Grajewem. "Zdjąłem z trupa buty. Dobre były, szkoda, żeby poszły na zmarnowanie" - pochodzący ze Szczuczyna mieszkaniec Białegostoku cytował słowa swojego dziadka wypowiedziane wiele lat temu. Dziadek zmarł w latach osiemdziesiątych, buty z trupa gdzieś się zapodziały. - Może się zużyły, albo dziadek je sprzedał - zastanawiał się mój rozmówca.
Sprawcy zamykali ofiary w stodołach, czasem w szopach i podkładali ogień. Puszczali z dymem żywych ludzi i jednocześnie całą przeszłość. A już po wszystkim zmyli krew z bruku i własnych rąk, szczątki ofiar zakopali, nie oznaczając grobów.
A co się stało z żydowskimi domami, meblami, warsztatami, narzędziami, ubraniami, pierzynami? W zeznaniach z powojennych procesów sprawców zbrodni przewijają się wątki rabunków. Ktoś ukradł buty i to od razu dziesięć par. Chłopi przyjechali furmankami po żydowskie meble. Sprawca wymieniony z imienia i nazwiska zastrzelił żydowskiego młynarza i zawłaszczył jego dom, otworzył w nim piwiarnię. W miejscowości Rutki Niemcy podarowali Polakom pomagającym im w rozprawianiu się z Żydami domy, bydło i ziemię. W Tykocinie tłum ogołocił żydowskie domy ze wszystkiego. W Radziłowie domami po Żydach zarządzał jeden z uczestników mordu. Pewna kobieta poprosiła go o przydział takiego domu. Odmówił, oświadczając, że "jak trzeba było likwidować Żydów, to nikogo nie było, a teraz chcecie mieszkania".
Zbrodni towarzyszył rabunek. Rządziła pazerność, ludziska wyrywali sobie z rąk co cenniejsze dobra. Przykrywali się pierzynami jeszcze ciepłymi po poprzednich właścicielach, wzuwali zdobyczne obuwie, stroili się w futra bogatszych Żydówek. W wiejskich chałupach pojawiły się niepasujące do siermiężnych wnętrz fotele i stoły.
Żydowskie połowy miasteczek, place, domy, sklepy i warsztaty nagle straciły właścicieli. Opuszczone posesje, przeważnie w centrach, przy głównych rynkach, atrakcyjnie zlokalizowane, szybko przejęli Polacy. Samowolnie lub na zasadzie dzierżawy uzyskiwanej od lokalnych władz (najpierw niemieckich, potem polskich), czasem na podstawie aktów kupna spisywanych na kolanie, a po wojnie potwierdzanych notarialnie, ale w dziwnych okolicznościach, bo sprzedających nie było już na świecie. Powszechnie panowało przekonanie, że to, co zostało po Żydach, to mienie bezspadkowe, nikt się po majątek nie zgłosi.
Na początku 2021 roku, konkretnie w lutym, równo rok przed rosyjskim napadem na Ukrainę, wyruszyłem w pierwszą wędrówkę po krainie mienia bezspadkowego. Odwiedzałem dawne sztetle na wschodnim Mazowszu i Podlasiu. Oglądałem pożydowskie domy, teraz już wyłącznie polskie, i dopytywałem o pamięć o ludziach, którzy żyli tu kilka stuleci, a potem nagle znikli. Pamięci prawie nie było, raczej niepamięć, aby tylko nie myśleć o żydowskich sąsiadach dziadków i pradziadków. I obawy, że jednak ktoś wyciągnie ręce po bezspadkowe. Jakiś potomek, spadkobierca, a może oszust, który się podszyje. W żadnym z miejsc, w których byłem, nikt ręki nie wyciągał, nikt nie chciał niczego odzyskiwać. No może poza pamięcią o swoich przodkach.
Nikt tu Żydów nie widział
Janusz ma dwadzieścia dwa lata, studiuje na prywatnej uczelni w Białymstoku, do rodzinnego Rajgrodu wpadł na chwilę po wałówkę od rodziców. Tu się urodził, ale nie zamierza wracać na stałe. Może Białystok, może Warszawa albo Londyn - jeszcze nie zdecydował. Politycznie niezdecydowany, ale raczej Konfederacja niż PiS, bo są bliżej ludzkich spraw.
- Jakich spraw? - pytam.
- Wolnościowych - odpowiada. - I patriotycznych.
Bo Janusz jest wolnościowcem i patriotą. Za ojczyznę oddałby życie.
- W Londynie? - uściślam.
Zastanawia się. I znajduje odpowiedź:
- A czemu nie?
Rozmawiamy przypadkiem, na rajgrodzkiej ulicy.
- A za Rajgród oddałbyś życie?
- Za Rajgród też. To moja mała ojczyzna.
Pytam, czy wie, co się działo w jego małej ojczyźnie w 1941 roku? Czy wie, gdzie jest las Chojniki?
- Każdy wie. Ale tam nie ma co chodzić, grzyby robaczywe.
Co wie o Żydach, którzy tu mieszkali i dla których Rajgród był małą ojczyzną?
Wydaje się zdziwiony.
- Tu nie ma żadnych Żydów. Przynajmniej ja nic o tym nie wiem - odpowiada.
- Ale kiedyś byli. W połowie dziewiętnastego wieku stanowili prawie dziewięćdziesiąt procent mieszkańców.
- Niemożliwe, Rajgród nie był żydowski. To polskie miasto - mówi lekko zaczepnie. - A pan o jakichś Żydach. Nikt ich tu nie widział.
A dziadkowie, rodzice nie opowiadali mu o Żydach, o lesie Chojniki, gdzie ich zabijano? O tym, gdzie mieszkali i jak żyli? O ich nazwiskach?
- Nigdy o tym nie rozmawialiśmy - upiera się Janusz. Oni nie mówili, on nie pytał. W szkole nie uczyli o żydowskich sprawach. I bardzo dobrze, bo polska szkoła ma uczyć o polskich sprawach, a nie żydowskich.
Pęknięte serce zegara
Mordechaj Canin, dziennikarz mieszkający wtedy w Palestynie i piszący reportaże w języku jidysz, w latach 1945--1947 odbył kilka podróży do Polski. Pochodził z Sokołowa Podlaskiego, właściwie nosił nazwisko Cukierman, ale przybrał pseudonim literacki Canin. W Kosowie Lackim, udając angielskiego dziennikarza, wchodził do domów i mieszkań, wiedząc, że są "pożydowskie", bo cały Kosów był "pożydowski". W jednym z mieszkań dostrzegł wiszący na ścianie stary zegar z ciężarkami.
"Zegar też jest żydowski" - ocenił Canin. - "Stary żydowski zegar, który w długie noce towarzyszył jakiemuś pobożnemu Żydowi w studiowaniu kart Gemary (...). Zegar stoi, małe ciężarki na łańcuchu zwisają jak martwe ręce zawieszone w pustce. Małe krótkie wahadło zwisa niczym język wisielca. Wskazówki na martwym cyferblacie wskazują za kwadrans dwunastą. Życie zamarło za piętnaście dwunasta. Kto wie, może zegar stanął właśnie wtedy, gdy latem 1942 roku wyprowadzano Żydów z Kosowa? Może wtedy pękło serce zegara?".
Polka, mieszkanka pożydowskiego domu, tłumaczy Caninowi, że zegara nie ma kto naprawić, bo w Kosowie i okolicznych miastach nie ma żadnego zegarmistrza. Zegarmistrzami byli Żydzi, a ich przecież Niemcy wymordowali.
Pomyślałem, że ten, kto pod Szczuczynem wywiesił czarny baner z białymi literkami, aby krzyczeć kierowcom aut pędzącym drogą krajową 61, że z powodu roszczeń żydowskich zagrożona jest niepodległość Polski, być może mieszka w domu należącym kiedyś do rodziny żydowskiej. Być może ma na ścianie zabytkowy zegar z ciężarkami. Dom odziedziczył po ojcu, a ten po swoim ojcu, który zajął go jesienią 1941 roku, kiedy poprzedni właściciele znikli z tego świata. I autor słów na banerze w gruncie rzeczy wie doskonale, że to nie o niepodległość ojczyzny toczy się gra, ale o jego święty spokój. Boi się nie o Polskę, ale o siebie, bo nie wie, co odpowiedzieć, kiedy ktoś przyjdzie i zapyta o ten zegar i o ten dom.
Szlak żydowskich śmierci na wschodnim Mazowszu, Podlasiu, Podkarpaciu czy w Małopolsce, gdzie sprawcami byli nie tylko Niemcy, ale też, a czasem przede wszystkim, Polacy, opisano w wielu książkach historycznych i reporterskich. Wiadomo, kto zabijał i w jaki sposób. Odtworzono szczegóły, zbrodnie udokumentowano w sposób bezdyskusyjny. Ale na ogół nie skupiano się na kwestiach tak zwanego pożydowskiego mienia. Wspominano czasem o konkretnych domach, młynach czy sklepach, które przejęli po Żydach ich polscy sąsiedzi, ale bez wchodzenia w detale.
W kryminologii znana jest zasada, że sprawcą przestępstwa jest przeważnie ten, kto odniósł korzyść. Kto odniósł korzyść, uczestnicząc w rzezi na Żydach dokonanej polskim rękami?
Białoruska Żydówka i Polak prawdziwy
W połowie 2021 roku ponownie jadę drogą numer 61. Koło Szczuczyna wciąż wisi baner straszący ustawą 447. Zjeżdżam z szosy na pobocze. Za płotem stoją ogrodowe figury, obok napis: "Wyprzedaż". Przy nieotynkowanym budynku krząta się szczupła kobieta, na oko czterdziestoletnia. Pytam o krasnale, a ona zachwala nimfy ogrodowe odlane z betonu, solidne. - Idealnie pasują do każdej fontanny i tanie są, sto dwadzieścia złotych za sztukę - reklamuje towar. Kiedy mówi, zmiękcza końcówki ze wschodnim zaśpiewem.
- Pan się przysłuchuje, jak mówię. Pochodzę z Białorusi, do Polski przyjechałam dwadzieścia lat temu, języka się nauczyłam, ale akcent pozostał. Mam na imię Olga. - Uśmiecha się życzliwie.
Pytam o baner przy szosie, kto go tam umieścił i o co chodzi w tym napisie. Pani Olga znowu uśmiecha się łagodnie i opowiada o mężu, a właściwie już byłym mężu. Powiesił baner i co pewien czas przyjeżdża sprawdzać, czy wciąż wisi. Dom i ozdoby do ogrodów też należą do niego. Ona tu tylko mieszka z dzieckiem, bo były mąż łaskawie się zgodził. W zamian sprzedaje figury ogrodowe i zarobek przekazuje jemu. On sam pochodzi spod Grajewa, ale mieszka w innym powiecie. Buduje tam kolejny dom.
- Ja te jego domy nazywam śmietnikami - oznajmia pani Olga. - Budowane byle jak, niewykończone. Ten na przykład to budynek gospodarczy. Aby przekształcić go w mieszkalny, trzeba sporo zainwestować.
A w ogóle, to tu wszystko jest na sprzedaż. Krasnale, dom i działka. Kawał ziemi, cztery hektary z kawałkiem lasu. Jaka cena?
- Kiedyś chciał milion złotych, ale to za drogo, nikt tyle nie da. Ziemia marna, sam piach, dom ruina, niewarte miliona. - Pani Olga raczej do kupna nie zachęca, ujawnia ukryte wady chętnie i nawet niepytana. Łatwo to zrozumieć, dopóki niesprzedane, ona z dzieckiem mają dach nad głową. Uspokajam ją, że kupić nie zamierzam.
Ten baner wywiesił po powrocie ze Stanów. Pracował tam u żydowskiego przedsiębiorcy, zarobił, jak mówi pani Olga, kupę pieniędzy. Teraz buduje za nie swoje "śmietniki". I w tej Ameryce mu się jakoś z głową porobiło. Po powrocie nic, tylko że uchwalili tę ustawę i teraz przyjdą Żydzi, i będą odbierać.
- Mówię mu: "Co ci odbiorą, śmietników nawet za darmo nikt nie weźmie" - opowiada pani Olga. - A on swoje: "Odbiorą domy i niepodległość ojczyzny". Rozpolitykował się. Zbiera się z innymi, co myślą podobnie, i straszą się nawzajem, że Żydzi rozbiorą Polskę.
Zapytała go, co ma do tych Żydów. Amerykański Żyd dał mu zarobić, uczciwie płacił. Nie lubię ich, odrzekł. A mnie też nie lubisz? - spytała pani Olga, która ma żydowskie korzenie. Ciebie lubię, powiedział.
- Ale ja przestałam go lubić - wyznaje pani Olga. - Wytrzymałam z nim trzy lata małżeństwa i starczy. Dziwny człowiek, ciężki do życia.
Na Białorusi skończyła technikum, jest technologiem żywienia.
- Kucharka wykwalifikowana. - Śmieje się. - Otworzyłabym jakiś lokal z dobrą kuchnią, ale nie na Podlasiu. Gdzieś trzeba się przenieść.
Co złego jest w Podlasiu? Nic złego, okolice piękne, lesiste. Ale co ma tutaj robić Żydówka z Białorusi zdana na łaskę i niełaskę byłego męża, prawdziwego Polaka nienawidzącego Żydów, którzy zaraz sięgną po swoje domy, place i zegary i zabiorą Polsce niepodległość?
Ucieczka, bo trwa polowanie
Na Podlasiu Żydów już nie ma. Pozostała po nich krucha pamięć, kilka muzeów, kilka zdewastowanych synagog i jedna pokazowo odrestaurowana w Tykocinie.
Część domów, w których mieszkali, przetrwała. Należą do polskich właścicieli, a oni nie mają pojęcia, kto żył tu przed nimi. Przynajmniej tak mówią.
Po takim wyczyszczonym z pamięci Podlasiu i wschodnim Mazowszu podróżuję od dobrych kilku miesięcy, ale wybucha pandemia COVID-19 i podróże stają się trudniejsze.
A potem do Polski rusza fala uchodźców, którzy forsują granicę od strony Białorusi. To uciekinierzy z Iraku, Syrii, Afganistanu, Jemenu, Konga, Somalii i Allah wie, skąd jeszcze. Rząd ogłasza stan wyjątkowy na terenach przygranicznych i wszystko staje się jeszcze trudniejsze. Co i raz policyjne punkty kontroli. Po co pan jedzie? Do kogo? Proszę otworzyć bagażnik.
Oficjalne komunikaty: granice atakują nielegalni migranci. Z naciskiem na nielegalni. Straż Graniczna ostrzega mieszkańców przy granicy, aby o każdym nielegalnym natychmiast informować, nie udzielać pomocy, zamykać drzwi, pilnować stodół. Atmosfera gęstnieje, wzrasta poczucie zagrożenia i niechęć do obcych.
Mam wrażenie, że książka mi się sypie. Miałem zbierać materiały do reportażu o przeszłości, ale świat stanął na głowie i przeszłość powróciła. Ludzie o ciemnej karnacji za dnia kryją się po lasach i w łanach kukurydzy, nocami wędrują, a miejscowi, przynajmniej niemała ich część, pilnują, aby obcy nie skrył się w obejściu. W jednej z wiosek mieszkańcy poprosili sołtysa, aby zadbał o włączanie w nocy latarni. Chcieli widzieć, czy nikt się nie skrada.
Pewna kobieta zobaczyła przed domem bosą nielegalną. Dała jej ciepłe skarpety, a niech tam. I zawiadomiła Straż Graniczną. Przyjechali, wrzucili tę w skarpetach do samochodu i wywieźli do lasu, na granicę. Ta, która doniosła, miała dwie dusze. Jedną od ciepłych skarpet, która wie, że bosą trzeba odziać. I drugą od denuncjacji - nielegalnych trzeba zakapować.
Z perspektywy kamerki należącej do kierowcy kombajnu tnącego kukurydzę widać, jak z łanów podrywa się, niczym stado spłoszonych saren, grupa ludzi w ciemnych ubraniach, mężczyźni, kobiety i dzieci. Przerażeni gnają na oślep, aby dalej. Uciekają, bo trwa wielkie polowanie.
Przecież te same sceny opowiadała mi kilkanaście lat temu Żydówka z Izraela uratowana przez rodzinę Gosków z podłomżyńskiej wsi Wyżyki. Przez niewyobrażalnie długie ponad dwa lata ukrywała się wraz z innymi w schowku pod chlewem.
Helena Gosk wspominała, że poszła kiedyś do chlewika, a tam rzucił jej się do stóp Żyd o nazwisku Nachman. Znała go. Przyjęła wraz z mężem jeszcze ośmioro innych, w tym wspomnianą Żydówkę, która po wojnie wyjechała na zawsze do Izraela. Nikt z sąsiadów nie mógł się dowiedzieć, Goskowie bardzo o to dbali. A potem zbliżał się front, Niemcy przeszukiwali domy, tropiąc sowieckich agentów, i zrobiło się niebezpiecznie. Żydzi z chlewika uciekli na pobliskie pola, aby w zbożu doczekać na Ruskich.
- Siedzieliśmy tam jak myszy - opowiadała odnaleziona po latach w Izraelu starsza, nobliwa pani. - Wstawaliśmy tylko w nocy, aby się rozprostować. Jedliśmy niedojrzałe ziarna. Cudem przetrwaliśmy.
Długo po wojnie, kiedy wieś dowiedziała się, że Gosków nagrodzono medalami "Sprawiedliwy wśród Narodów Świata", ich małego synka w szkole zaczęto przezywać Mośkiem.
W 2001 roku uczestniczyłem w realizacji filmu dokumentalnego "W poszukiwaniu utraconych lat" - o przełamywaniu stereotypów w postrzeganiu wzajemnych relacji między licealistami polskimi i izraelskimi. Młodzież z liceum przy izraelskim kibucu ekipa filmowa przywiozła do wsi Wyżyki, do gospodarstwa Gosków. Początkowo wydawali się znudzeni na zasadzie: co to nas obchodzi. Ale kiedy Helena Gosk snuła opowieść o Żydach, których wraz z mężem Mieczysławem uratowali podczas wojny, młodzi Izraelczycy zaczęli słuchać. Pani Helena mówiła spokojnie, bez najmniejszej egzaltacji. Opowiadała o technologii ukrywania ludzi, o codziennym odgarnianiu gnoju w chlewiku, aby dogrzebać się do tajemnych desek, pod nimi w wykopanym dole siedzieli ludzie, którym trzeba było podać jedzenie. Ona czuwała, czy ktoś nie nadchodzi, mąż wsuwał pod deski garnek z ziemniakami i mleko w kance.
Im dłużej pani Helena opowiadała, tym bardziej licealistów z kibucu pochłaniała ta na pozór beznamiętna i sucha relacja. Siedzieli w bezruchu, jakby nagle zastygli na widok czegoś nie do ogarnięcia przez rozum, a wyłącznie przez zmysły. Dziewczynom kręciły się łzy w oczach, chłopcy starali się kryć ze wzruszeniem.
Kiedy Helena Gosk skończyła mówić, izraelskie dzieciaki rzuciły się na nią, płacząc i pokrzykując. Obcałowywana gospodyni tuliła ich do siebie i też płakała. Wszyscy płakaliśmy, cała ekipa, bo tylko tak można było dać upust emocjom. Potem pani Helena powiedziała mi, że ta chwila z izraelską młodzieżą i ich reakcja były dla niej największą nagrodą za to, co kiedyś uczyniła. Większą od medalu przyznanego przez Yad Vashem. Z medalem musiała się kryć, a teraz już lęk, że inni się dowiedzą, minął. A co tam, niech wiedzą.
Było to krótko po ujawnieniu zbrodni w Jedwabnem. Wieś Wyżyki dzieli od Jedwabnego kilkadziesiąt kilometrów, może godzina jazdy samochodem.