PODNIEBNE KOTOWANIE. CHRZEST
Termometr za oknem pokazuje 15 stopni Celsjusza. Lada moment Bombardier Q400 wzbije się w powietrze z płyty warszawskiego lotniska i uda się w kierunku jednego z europejskich miast. Na pokładzie znajduje się blisko osiemdziesięciu pasażerów oraz załoga pokładowa. W tej ostatniej grupie są dwie stewardesy - dla jednej z nich to pierwszy służbowy lot. Świeżo upieczona stewardesa pokazuje swoje pierwsze demo, czyli między innymi instruuje pasażerów, jak powinni się zachowywać na wypadek niebezpiecznych sytuacji. Maszyna leci z prędkością niecałych siedmiuset kilometrów na godzinę, a gdy samolot osiąga wysokość przelotową, kobiety łapią za wózki i rozpoczynają serwis pokładowy. Wszystko przebiega sprawnie. Nie ma awanturujących się pasażerów, wszyscy grzecznie wybierają ciepły napój spośród tych oferowanych przez obsługę, niektórzy podróżni drzemią, inni czytają.
Wreszcie nadchodzi czas lądowania. Stewardesy proszą pasażerów, by zapięli pasy, po czym same siadają na tak zwanych jump seatach, czyli swoich miejscach. Nagle szefowa pokładu zwraca się do nowej stewardesy:
- Słuchaj, kapitan pilnie wzywa cię do siebie.
- Mnie? - pyta zdziwiona dziewczyna.
- Tak. Właśnie ciebie. I to jak najszybciej. Sprawa jest pilna!
Przerażona stewardesa odpina pas i biegnie do kokpitu, w którym siedzi dwóch pilotów. Puka, ci zaś szybko ją wpuszczają i proszą, by się do nich nachyliła.
- Mamy problem - mówi jeden z nich.
- Tak, panie kapitanie? - Dziewczyna jest już naprawdę spanikowana.
- Mamy problem z wysunięciem podwozia. Tylko pani może nam pomóc. - Mina kapitana jest naprawdę poważna; dziewczyna nie ma już wątpliwości, że to od niej zależy przyszłość blisko osiemdziesięciu pasażerów.
- Ale... Ale co ja mogę, panie kapitanie?
- Musi pani wykonać czynności awaryjne... - Tu pilot na moment zawiesza głos, po czym kontynuuje: - Proszę ustawić się w kabinie, tak w połowie, bo mniej więcej tam są pod samolotem ulokowane koła, i proszę zacząć energicznie skakać, ale tak z całych sił. Proszę sobie wyobrazić, że jest pani hipopotamem ważącym kilka ton. Jeśli będzie pani skakać z odpowiednim zaangażowaniem, koła powinny się wysunąć. W przeciwnym wypadku... - Kapitan spogląda na drugiego pilota, kręcąc głową: - W przeciwnym wypadku, sama pani wie. No... nie będzie dobrze.
- Dobrze! - woła młoda stewardesa. - Ale kiedy mam to zrobić?
- Jak najszybciej! Nie traćmy czasu!
- Mam skakać sama? Lepiej chyba, żeby robiło to kilka osób, wtedy będzie większy ciężar.
- Nie, bo wtedy koła mogą się urwać - wyjaśnia z powagą pilot.
- O matko... Niech pan kapitan mnie nie straszy!
- Naprawdę. Ale to nie czas na takie rozważania. No już, już. Proszę iść i zacząć skakać!
Przestraszona stewardesa, niewiele myśląc, wybiega z kokpitu, ustawia się mniej więcej na środku korytarza i zaczyna skakać. Najpierw podskakuje na jednej nodze, zaraz jednak dochodzi do wniosku, że to za mało, i z całych sił odbija się od podłogi obiema stopami. Obserwujący ją pasażerowie zaczynają się zastanawiać, co się dzieje. Stewardesa skacząca na środku pokładu nie należy do częstych widoków. Po mniej więcej minucie podwozie samolotu zaczyna się wysuwać, o czym świadczy charakterystyczny dźwięk, znany większości pasażerów.
Świeżo upieczona stewardesa, słysząc to, wpada w euforię.
- Hurra, udało się! - krzyczy, choć pasażerowie nadal nie mają pojęcia, co się dzieje.
Przepełniona szczęściem, z rumieńcami na policzkach, biegnie do kapitana, a ten w imieniu całej załogi dziękuje jej za to, że uratowała życie tylu osób. Na koniec prosi ją jednak, by to, co się przed momentem stało, zachowała dla siebie.
- Wie pani, w myśl zasady: co się wydarzyło w Vegas, zostaje w Vegas. Nie możemy pozwolić sobie na to, by media pisały, że w naszych samolotach nie wysuwają się podwozia. - Pilot zalotnie puszcza do niej oko.
- Naturalnie, panie kapitanie! - Dziewczyna nie może powstrzymać podniecenia. - Ale udało się, prawda?
- Tak! To pani sukces i wielka zasługa!
Samolot szczęśliwie przyziemia, celując we wskazany pas lądowania. Dopiero w momencie, gdy następuje komenda "odpiąć pasy", a pasażerowie opuszczają pokład, dziewczyna dowiaduje się, że właśnie została ochrzczona, a skakanie po samolocie to był tylko głupi żart!
Podobnych historii jest mnóstwo. Ta ze skakaniem jest jednak często powtarzana przez pilotów, bo jest na tyle wiarygodna, że początkujący zwykle dają się nabrać.
Inna opowieść dotyczy najczęstszego chyba żartu, który robi się świeżakom. Historia dzieje się kilka lat temu. W późnych godzinach popołudniowych na płycie stołecznego lotniska silniki grzeje potężny Airbus A330-200 arabskich linii lotniczych. Ta maszyna sama w sobie waży blisko 110 ton. Do tego dochodzą jeszcze pasażerowie - w liczbie około dwustu trzydziestu osób - bagaże i przesyłki lotnicze, co często w sumie waży nawet ponad dwieście trzydzieści ton. Do obsługi pasażerów zatrudniony jest cały sztab stewardes. Jedną z nich jest nasz świeżak - dwudziestopięcioletnia sympatyczna dziewczyna. W ogóle nie odczuwa stresu. Buzuje w niej wewnętrzne podniecenie. Wciąż nie może uwierzyć, że lada moment wyruszy w swój pierwszy rejs ogromnym samolotem, lecącym na drugi koniec świata. Przed nią pięć godzin lotu, zwieńczone lądowaniem w jednym z krajów arabskich. Stewardesy mają obsługiwać pasażerów w trzech klasach. Najliczniejsza jest ekonomiczna - obejmuje około dwustu miejsc. Do tego dochodzi dwadzieścia miejsc w klasie biznes oraz dziesięć w klasie pierwszej.
Maszyna wzbija się w powietrze. Kilkadziesiąt minut później gaśnie sygnalizacja "zapiąć pasy". To może oznaczać tylko jedno - za moment rozpocznie się poczęstunek. Samolot składa się z trzech rzędów. Patrząc od lewej, mamy rząd liczący dwa miejsca, następnie jest przerwa, rząd drugi z czterema miejscami, przerwa i jeszcze jeden rząd, składający się z dwóch miejsc.
Dziewczyna i jej starsza koleżanka rozpoczynają serwis. Zgodnie z poleceniem szefowej pokładu mają przejechać lewym korytarzem, pomiędzy rzędami dwuosobowym i czteroosobowym. Stewardesy bez większych problemów przeprowadzają poczęstunek. Jak zwykle nie brakuje sytuacji, w których panie pytają po angielsku:
- Kawa czy herbata?
Po czym w odpowiedzi słyszą:
- Tak.
W tym momencie podejmowana jest próba wyjaśnienia na migi, o co chodzi. Kiedy i to nie przynosi oczekiwanego rezultatu, pasażer nieznający angielskiego otrzymuje zarówno kawę, jak i herbatę.
Dla naszej nowicjuszki serwis kończy się sukcesem. Obie panie wracają do tak zwanego galleyu, czyli małej kuchni, która w samolocie jest zazwyczaj ukryta za kotarą. Nagle w galleyu rozlega się telefon. Słuchawkę podnosi starsza stewardesa.
- Tak? Dobrze, rozumiem... Tak, zaraz to zrobimy - mówi, po czym odkłada słuchawkę i woła do nowej stewardesy: - W klasie biznes skończył się alkohol. Dziewczyny proszą, żebyś szybko zaniosła tam szkocką z colą. Numer miejsca 4N. Zrozumiałaś?
- Jasne!
Dziewczyna w ekspresowym tempie nalewa obfitą porcję szkockiej z colą. Gdy już ma wychodzić, zaczepia ją starsza koleżanka:
- I pamiętaj, że pasażer nie płaci za tego drinka.
- Pewnie.
- A teraz już leć, bo jak to mówimy: pasażer trzeźwy to pasażer zły!
Młoda dziewczyna szybkim krokiem rusza przed siebie. Ma do pokonania spory odcinek drogi. Airbus, którym lecą, mierzy prawie sześćdziesiąt metrów długości. Tymczasem ona musi przejść z końca maszyny właściwie na sam początek. Na szczęście w trakcie lotu zabronione jest chodzenie w butach na obcasie. Jedyne, o czym myśli teraz stewardesa, to żeby nie pojawiły się turbulencje. Tymczasem przechodząc przez klasę ekonomiczną, nagle musi się zatrzymać, ponieważ mała grupka blokuje przejście w kolejce do toalety. Nagle dziewczyna czuje, jak czyjaś ręka ląduje na jej pośladku. Zaraz potem ktoś delikatnie ją szczypie. Odwraca się i zauważa dwóch szeroko uśmiechniętych facetów. Nie ma jednak czasu na dyskusję. Szybko omija kolejkę i idzie w kierunku klasy biznes.
Kiedy wreszcie dociera do celu, ku swojemu zdumieniu stwierdza, że nie ma tu rzędu numer 4. Ale zaraz... może źle spojrzała?
Podchodzi do stewardesy obsługującej klasę biznes i dopytuje, gdzie może znaleźć miejsce 4N.
Koleżanka po fachu wybucha śmiechem.
- Nie ma takiego miejsca!
- Dlaczego tak cię to bawi? - pyta poirytowana młoda kobieta.
- Odpowiem pytaniem: to twój pierwszy lot?
- Tak.
- No to wszystko jasne! Gratuluję, właśnie przeszłaś nasz pokładowy chrzest! To stary numer, który robimy praktycznie wszystkim świeżakom!
Innym razem ekipa do tematu chrztu świeżo upieczonej stewardesy podeszła znacznie bardziej kreatywnie... Przenosimy się na pokład samolotu lecącego na Wyspy Kanaryjskie. W kokpicie, gdzie siedzą piloci, pośród całego oprzyrządowania jest specjalna maszyna, która drukuje raporty po każdym locie. Wystarczy wcisnąć specjalny guzik, by otrzymać odpowiedni wydruk. Naturalnie świeżaki nie mają o tym pojęcia. Nie ma też o tym pojęcia nasza nowicjuszka, która ma przed sobą pierwszy lot...
Kiedy tylko samolot wzbija się w powietrze, dziewczyna zostaje zaproszona przez kapitanów do kokpitu.
- Jak się czujesz w trakcie swojego pierwszego lotu? - Piloci chcą rozluźnić zestresowaną stewardesę. - Słyszałaś, że my mamy tutaj bankomat? Jakbyś chciała sobie kupić coś na pokładzie, bo wiesz, że firma nie zapewnia posiłku, to możesz sobie tutaj wypłacić pieniądze.
- No to fantastycznie, bo w sumie przydałaby mi się stówka! - woła uradowana dziewczyna.
- Nie ma problemu - mówi pilot. - Daj kartę, my ją tu przeciągniemy i zaraz wypłacimy ci stówkę.
Nieświadoma podstępu, dziewczyna wyciąga kartę bankową.
- A teraz naciśnij ten guzik - instruuje ją kapitan - i wydrukuje się banknot.
Chwilę później jeden z pilotów pokazuje coś dziewczynie przez okno, a drugi wyciąga z kieszeni stuzłotowy banknot, twierdząc, że właśnie się wydrukował.
Zadowolona stewardesa wychodzi z kokpitu i woła do koleżanek:
- Słuchajcie, ale super! Nie wiedziałam, że w samolocie mamy bankomat! Matko, naprawdę nie miałam o tym pojęcia!
Dopiero wtedy nowicjuszka dowiaduje się, że to był żart. Czerwona na twarzy, oczywiście idzie oddać pilotom pieniądze. Mieli szczęście, że nie zdążyła ich wydać...
Inna stewardesa wspomina:
- Pamiętam taki niesmaczny żart, który ktoś mi opowiedział. To było naprawdę straszne. Na pokładach są dostępne pampersy dla dzieci. Bierze się takiego pampersa i wkłada do środka jakiś czekoladowy nieco roztopiony batonik. Potem kładzie się pieluchę pampersa na jump seat nowej osoby. Kiedy taka stewardesa zamierza zrobić sobie krótką przerwę albo jest tuż przed lądowaniem, otwiera siedzenie i wypada jej pampers z czymś brązowym w środku. To jest straszne! Ale oczywiście pozostali mają ubaw po pachy.
Na koniec jeszcze jedna historia. Sytuacja ma miejsce w drodze do jednej z ulubionych wakacyjnych destynacji Polaków, czyli do Egiptu. Boeing 737, zabierający na pokład nieco poniżej dwustu osób, grzeje silniki na płycie śląskiego lotniska. Pogoda do startu nie jest zbyt dobra. W pobliżu zaciągnęły się chmury, z których intensywnie sypie śnieg. Zgodnie z obowiązującą procedurą jeszcze przed startem stewardesy powinny zaprezentować pasażerom wspomniane już demo. Jedna z nich debiutuje tego dnia w tej roli. Nigdy wcześniej nie robiła tego na pokładzie samolotu, o czym cała załoga doskonale wie. Na samą myśl o wystąpieniu przed tyloma osobami robi się jej słabo. A przecież sprawa z pozoru wydaje się prosta. Doświadczona stewardesa będzie czytała po kolei cały opis demo, zaś pozostałe mają w tym czasie krok po kroku prezentować to, co opisuje ich koleżanka.
- Dziewczyny, czas na safety demo - zarządza szefowa pokładu.
Świeżak staje na początku kabiny. Rozpoczyna się demo. Z głośników rozlega się głos mówiący o tym, jak prawidłowo założyć maseczkę z tlenem. Chwilę później pada polecenie zaprezentowania tego, jak zakładać kamizelkę ratunkową. "Zaciśnij taśmę tak, by kamizelka przystawała do ciała. Następnie, opuszczając samolot, kamizelkę należy napełnić poprzez silne pociągnięcie za czerwone uchwyty..." W tym momencie stewardesy zawsze ciągną za wspomniane uchwyty. Oczywiście nic się wówczas nie dzieje, ponieważ są to kamizelki specjalnie przygotowane do demo.
W chwili, gdy pada odpowiednia komenda, nasz żółtodziób ciągnie za uchwyty. Tyle tylko, że w tym momencie kamizelka naprawdę zaczyna się pompować! Dziewczyna przez moment nie ma pojęcia, co się dzieje. Dopiero później szefowa pokładu wyjaśnia jej, że to był żart, a jej kamizelkę wypełniono gazem specjalnie po to, by ją ochrzcić.