Wszystko było dokładnie rozpieprzone. Pacjent, gdy tracił równowagę i przytomność, wywrócił stojak od kroplówki. Upadając wyrwał sobie wenflon. Leżał teraz na małym kawałku podłogi między łóżkiem, ścianą a szafką. Julia ledwie się tam zmieściła. Nie widziała nic dookoła. Tylko głowę pacjenta i pielęgniarkę, która uciskała klatkę piersiową. Krzyczała w kółko: "Adrenalina, adrenalina" i modliła się do Boga, żeby anestezjolog z erki wreszcie przyszedł.
Jak wszedł, od progu wiedział, co jest grane.
- Pani doktor!
Nie usłyszała, bo jak ktoś ma na sobie maskę, przyłbicę i kaptur, to mało słyszy. Anestezjolog powtórzył głośniej:
- Pani doktor, no, nie udało się.
Linia na monitorze bez najmniejszego wygięcia, puste ampułki po adrenalinie, przewrócona kroplówka, trup. Ona na podłodze, w białym kombinezonie, płacze.
To był jej pierwszy covidowy nieboszczyk.
* * *
Opowiedzmy to od początku. Tamten dyżur wraca. Ciągle wydaje się jej, że popełniła błąd.
- Pan pisał taką książkę? O pogotowiu?
- Tak.
- Tam była prawda. Chcę skorzystać z okazji i porozmawiać z panem o tamtym dyżurze.
Jesteśmy w szpitalu. Kartony: kombinezony i maski. Zgrzewki: woda z gazem i bez. Krzesła zdrowe i kalekie, z powyłamywanymi nogami. Siedzimy oddaleni o dwa metry, twarze przepisowo zakryte. Tu jest bezpiecznie. Dopiero po drugiej stronie korytarza zaczyna się strefa "brudna", zainfekowana.
Łatwo poznać, że Julia jest z covidowego. Nie wyciąga ręki na powitanie. Czeka. Ktoś może się przecież bać albo brzydzić jej dotyku. Wówczas zdecyduje chwila. Całkiem możliwe, że jej dłoń samotnie zawiśnie w powietrzu. Po co doprowadzać do głupiej sytuacji?
Od samego początku, gdy COVID zaatakował, szpital Julii wije się w epidemicznej przebudowie: karton-gips, płyty OSB, wkrętarki i pleksi mają zatrzymać wirusa. Nalepki z taśmy klejącej, napisy robione mazakami na kartkach A4 - wskazać bezpieczną drogę.
Na dole, przed izbą przyjęć tłum - powracający z zagranicy, gorączkujący, kaszlący, wystraszeni, że zostali zainfekowani. Lekarze po dyżurach siedzą w internecie: czytają nowości z Włoch (jak podłączyć dwóch pacjentów do jednego respiratora) albo na Allegro usiłują kupić maski.
- W tej sali spotykaliśmy się, żeby wymyślić, co robić dalej - mówi Justyna.
Jej głos, tłumiony przez maseczkę, będzie brzmiał mechanicznie. Aż dojdzie do "tego" dyżuru.
Zbiegło się wiele czynników, doprowadziły do finału, który znamy. Najpierw to, że wszystko było nowe. Z taką chorobą nie zetknęli się nigdy wcześniej. Leki, reakcje organizmu, metody postępowania - wszystkiego uczyli się w biegu, z dnia na dzień testowali na żywych organizmach. Nie było innego wyjścia. I te wszystkie zabezpieczenia. Zamiast biec na pomoc umierającemu, trzeba najpierw założyć maskę, kombinezon. Okleić taśmą rękawy, nogawki. Wszystko to długo trwa. Ale też nie ma innego wyjścia. I jeszcze jedno. Jak w tym leczyć człowieka? Znaleźć w podwójnych albo potrójnych rękawiczkach żyłę u staruszka? Zrobić wkłucie? Przecież dziadunio ma naczynia kruchutkie, prawie przezroczyste, niewidoczne. I stres, że się nie uda. I strach, że człowiek sam się zarazi. I zmęczenie, bo ile można działać na takich obrotach. To wszystko działo się z Justyną.
Pacjent był wyjątkowo trudny. Już na izbie przyjęć było wiadomo, że niewydolny oddechowo. Dusił się mimo nałożonej maski z tlenem. Saturacja, czyli nasycenie krwi tlenem, na niskim poziomie. Było tak źle, że Justyna chciała dać go od razu na intensywną terapię. Niech anestezjolodzy go tam zaintubują, podłączą do respiratora i gotowe. Ale pacjent bronił się przed erką, bał się intubacji. Intubacja to wprowadzenie plastikowej rurki do przełyku. Zabieg bolesny, odbywa się w znieczuleniu. A erka? Wiadomo, umieralnia.
Julia postanowiła spróbować jeszcze jednej metody. Skoro maseczka nie wystarcza, podłączy pacjenta do high-flow.
Julia: - To nieinwazyjna metoda. Wózeczek, maszyna, rurki. Rurki do tlenu w ścianie. Wąsy do nosa pacjenta. Na masce można dać osiem litrów tlenu na minutę. A tutaj nawet pięćdziesiąt! Więc jest różnica. No i - żeby pan miał świadomość - to jest taki ostatni przystanek. Dalej jest już tylko podłączenie pacjenta do respiratora.
Przygotowywanie aparatury high-flow, podłączenie, obserwacja, czy pacjent się poprawia, czy parametry są lepsze, zajęły kilkadziesiąt minut.
Julia: - Cały czas byłam z nim na sali. Kilkadziesiąt minut to dużo, bo przy zastosowaniu high-flow stężenie wirusa w powietrzu znacznie się zwiększa. Zalecenie jest więc takie, żeby nawet przy najlepszym zabezpieczeniu - gogle, przyłbice, maski, kombinezony - ograniczyć czas przebywania do minimum. Ryzyko zakażenia jest duże. Ale byłam tam, bo pacjent od początku budził mój niepokój. Przekonywałam go do intubacji: "Uważam, że pana stan jest ciężki. Wymaga pobytu na oddziale intensywnej terapii i podłączenia do respiratora". Był cały czas przytomny. Zgadzał się, potem znów odmawiał. A ja tłumaczyłam: "Proszę pana, może dojść do zatrzymania oddechu, utraty przytomności i wtedy na wszystko może być za późno".
Wyszła z sali. Przeszła na "czystą" stronę. Żona pacjenta przyniosła rzeczy. W zasadzie nie powinno jej tu być. Miała zakaz wychodzenia z domu, bo była na kwarantannie. Ale wtedy nie obchodziło to Julii. Pomyślała, że to szansa: "Pani porozmawia z mężem przez telefon, namówi go".
Julia znowu przebrała się w kombinezon, maskę i weszła na salę.
Zobaczyła, że mimo użycia high-flow, saturacja wcale się nie polepszała.
Julia przerywa opowieść i poprawia maseczkę. Zdaję sobie sprawę, że znam tylko jej oczy. Minąłbym ją na ulicy i może nie poznał. Widywaliśmy się tylko w szpitalu i tylko w czasie pandemii. Maseczki zasłaniają twarz, dlatego być może łatwiej mówić o tym, co dręczy? Może musiała wypowiedzieć głośno myśli, które ją zamęczały od tygodni? Siedziała naprzeciwko mnie, ale tak naprawdę - po raz setny, może tysięczny, znowu była "tam". Ze swoim pacjentem, przy monitorze.
Julia: - No i widzę na monitorze, że parametry się pogarszają. Pomyślałam, że nie ma co czekać. Dzwonię na erkę: "Proszę o pilną konsultację. Pacjent pomimo high-flow moim zdaniem nadal jest niewydolny oddechowo. Chciałabym go zakwalifikować do pobytu na oddziale intensywnej terapii". Wezwałam zespół reanimacyjny. Czekałam. Przyszli dopiero po dwudziestu minutach.
- Długo!
- Tak, ale oni są w tamtym drugim budynku, muszą wziąć ze sobą cały sprzęt.
- Stamtąd?
- Tak, tak. Respirator, tlen - wszystko musieli przynieść na plecach.
- Jak to?
- No, dosłownie. W zespole był anestezjolog z pielęgniarką. Nieśli dwa plecaki plus butle. Musieli przejść ten kawałek z drugiego budynku. Potem przebrać się w kombinezony, założyć przyłbice, ochraniacze, otejpować się. Z mojej perspektywy trwało to wieczność. A po covidowej stronie czas biegnie inaczej. Nie mamy zegarków, nie mamy komórek, nie ma jak kontrolować uciekających minut. Cały czas rozmawiałam z pacjentem, a on cały czas powtarzał: "Nie". Połączyłam go z małżonką. Rozmowa nie zmieniła sytuacji. Nie chciał być zaintubowany. Byłam załamana. Wyszłam z sali. Jak się rozbierałam z kombinezonu, zespół reanimacyjny właśnie docierał. Nie zdążyłam ich odwołać. Powiedziałam im, że nie ma zgody pacjenta. Anestezjolog jeszcze się upewnił, jeszcze sam zadzwonił na salę. No i w końcu poszli. I to był koniec mojego dyżuru.
Julia kończyła dyżur o dziewiętnastej trzydzieści. Zbierała się do domu. Z sali zadzwonił telefon. Jej pacjent informował pielęgniarkę, że idzie do toalety. Podeszła do telewizorka, na którym jest podgląd sali.
Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.