1 Domek
Moja córeczka nauczyła się chodzić w schronisku dla bezdomnych.
Było czerwcowe popołudnie w przeddzień jej pierwszych urodzin. Przysiadłam na wytartej sofie należącej do schroniska, by starym aparatem cyfrowym uchwycić pierwsze kroki Mii. Miała splątane włosy, kombinezon w paski, a w jej oczach widać było determinację. By utrzymać równowagę, podwijała i prostowała paluszki bosych stópek. Zza obiektywu przyglądałam się fałdkom na jej kostkach i udach oraz zaokrąglonemu brzuszkowi. Gaworząc, ruszyła ku mnie po wyłożonej płytkami podłodze, w którą latami wciskał się brud. Choćbym nie wiem jak szorowała, nigdy nie zdołałabym tej podłogi doczyścić.
Był to ostatni tydzień naszego dziewięćdziesięciodniowego pobytu w domku po północnej stronie miasta, przeznaczonym przez miejski wydział mieszkaniowy dla bezdomnych. Kolejnym etapem miało być mieszkanie zastępcze w starym, zaniedbanym budynku o betonowych podłogach, który służył także jako ośrodek resocjalizacji. Choć domek był tylko przejściowym lokum, w miarę możności starałam się uczynić z niego dom dla mojej córeczki. Na kanapie położyłam żółtą narzutę, nie tylko by ocieplić nieco przygnębiające białe ściany i szarą posadzkę, ale także by coś kolorowego i wesołego rozpraszało mrok codzienności.
Na ścianie przy drzwiach powiesiłam mały kalendarz, wypełniony notatkami o spotkaniach z pracownikami organizacji, które mogłam prosić o pomoc. Poruszyłam niebo i ziemię, pukałam do drzwi wszystkich budynków pomocy społecznej i stałam w długich kolejkach, wśród ludzi trzymających teczki pełne papierów zaświadczających, że nie mają pieniędzy. Udowadnianie, że jest się biednym, to ciężka i deprymująca praca.
Nie wolno nam było przyjmować gości ani w ogóle zbyt wiele posiadać. Nasz majątek mieścił się w jednej torbie. Mia miała jedynie koszyczek z zabawkami. Moje nieliczne książki leżały na regale oddzielającym pokój od kuchni. Stały tam okrągły stół, do którego przypięłam fotelik Mii, i krzesło, na którym siedziałam i przyglądałam się, jak moja córka je. Często równocześnie piłam kawę, by zabić głód.
Patrząc, jak Mia stawia pierwsze kroki, starałam się omijać wzrokiem leżące za nią zielone pudełko, w którym trzymałam dokumenty dotyczące sądowej walki z jej ojcem o opiekę nad dzieckiem. Próbowałam się skupić na małej i uśmiechać, jakby wszystko było w najlepszym porządku. Gdybym odwróciła aparat fotograficzny, nie poznałabym siebie samej. Na moich nielicznych zdjęciach z tego okresu widnieje niemal inna osoba; nigdy w życiu nie byłam tak chuda jak wówczas. Pracowałam dorywczo w ogrodach, przez kilka godzin w tygodniu przycinałam krzewy, usuwałam zbyt wybujałe krzaki jagód, wyrywałam maleńkie źdźbła trawy w miejscach, gdzie nie powinny rosnąć. Czasami myłam podłogi i toalety w domach znajomych, którzy słyszeli, że rozpaczliwie potrzebuję pieniędzy. Oni też nie byli bogaci, mieli jednak pewne finansowe zabezpieczenie, którego ja byłam pozbawiona. Zagubiony czek stanowiłby dla nich utrudnienie, a nie początek łańcucha wydarzeń prowadzących do zamieszkania w schronisku dla bezdomnych. Mieli rodziców i innych krewnych gotowych im pomóc. Nam nikt nie śpieszył na ratunek. Mia i ja miałyśmy tylko siebie.
W papierach, które złożyłam w wydziale mieszkaniowym, było pytanie o moje osobiste cele na nadchodzące miesiące. Napisałam, że chcę dogadać się z ojcem Mii, Jamiem. Wierzyłam, że jeśli będę się bardzo starać, to sprawy się jakoś ułożą. Chwilami wyobrażałam sobie, że jesteśmy prawdziwą rodziną - matka, ojciec, śliczna maleńka dziewczynka. Chwytałam się tych marzeń, jakby były sznurkiem doczepionym do wielkiego balonu. Ten balon przeniósłby mnie nad stosowaną przez Jamiego przemocą i trudnym życiem samotnego rodzica. Jeśli będę mocno trzymać się sznurka, przefrunę nad tym wszystkim. Jeśli skupię się na wizerunku rodziny, jakiej pragnę, zdołam udawać, że to, co złe, nie jest prawdziwe, że takie życie to stan tymczasowy, a nie mój nowy byt.
Mia dostała na urodziny nowe buciki. Oszczędzałam na nie przez miesiąc. Były brązowe z wyhaftowanymi różowymi i niebieskimi ptaszkami. Zaprosiłam na przyjęcie gości, w tym Jamiego, jakbyśmy byli zwyczajną parą, dzielącą się obowiązkami rodzicielskimi. Świętowaliśmy przy stole piknikowym, na trawiastym pagórku z widokiem na ocean w parku Chetzemoka w Port Townsend, mieście w stanie Waszyngton, gdzie mieszkaliśmy. Uśmiechnięci ludzie siedzieli na przyniesionych kocach. Za resztkę bonów żywnościowych na ten miesiąc kupiłam lemoniadę i muffinki. Tata i dziadek jechali niemal dwie godziny z różnych stron, by wziąć udział w przyjęciu. Przyszli mój brat i kilkoro przyjaciół. Ktoś przyniósł gitarę. Poprosiłam jednego z gości, by zrobił zdjęcia Mii, Jamiemu i mnie, ponieważ widok naszej trójki razem był bardzo rzadki. Chciałam, żeby Mia miała pamiątkę. Ale na zdjęciach Jamie ma niezainteresowaną i gniewną minę.
Moja mama przyleciała ze swoim mężem Williamem z Londynu czy z Francji, czy też gdzie tam wtedy mieszkali. Dzień po imprezie przyjechali - tym samym naruszając obowiązujący w schronisku przepis "żadnych gości" - by mi pomóc w przeprowadzce do tymczasowego mieszkania. Pokręciłam głową na widok ich ubrań. William pojawił się w obcisłych czarnych dżinsach, czarnym swetrze i czarnych wysokich butach; mama w zbyt obcisłej na biodrach sukience w czarno-białe paski, czarnych legginsach i tenisówkach. Wyglądali, jakby przyszli na kawę, a nie do pomocy przy przeprowadzce. Wcześniej nikomu nie pokazywałam naszego lokum. W zestawieniu z ich brytyjskim akcentem i europejskimi ubraniami nasz domek robił wrażenie jeszcze brudniejszego.
William wydawał się zaskoczony tym, że wszystkie nasze rzeczy mieściły się w jednym żołnierskim worku. Wyniósł go na zewnątrz, a mama podążyła za nim. Obejrzałam się, by po raz ostatni spojrzeć na podłogę, spróbować uchwycić obrazy mnie czytającej książki na kanapie, Mii grzebiącej w koszyku z zabawkami albo siedzącej w szufladzie wbudowanej w ramę podwójnego łóżka. Cieszyłam się, że się stąd wyprowadzam, pozwoliłam sobie jednak na krótką chwilę refleksji nad tym, co tu przeżyłam, słodko-gorzkie pożegnanie z tymczasowym miejscem zamieszkania, gdzie zaczęła się nasza droga.
Połowa mieszkańców naszego nowego budynku Northwest Passage, finansowanego z Transitional Family Housing Program[1], należała do tej samej co ja kategorii - ludzi, którzy wyprowadzili się ze schronisk dla bezdomnych. Drugą połowę stanowiły osoby, które właśnie wyszły z więzienia. Uważano, że takie mieszkanie to awans w porównaniu ze schroniskiem, mnie jednak już od progu brakowało zacisza domku. Tutaj, w tym budynku, wszyscy jasno widzieli moją rzeczywistość - nawet ja sama.
Mama i William czekali z tyłu, gdy zbliżałam się do drzwi naszego nowego mieszkania. Musiałam postawić na ziemi niesione pudło, bo zamek ciężko się otwierał, więc siłowałam się z kluczem. W końcu znaleźliśmy się w środku.
- No, przynajmniej trudno będzie się tu włamać - zażartował William.
Od wejścia biegł wąski korytarz, a naprzeciwko znajdowała się łazienka. Od razu zauważyłam wannę, w której Mia i ja mogłyśmy się razem kąpać. Od dawna nie miałyśmy takiego luksusu. Okna dwóch sypialni po prawej wychodziły na ulicę. W maleńkiej kuchni stała lodówka, której drzwi przy otwieraniu ocierały się o stojące naprzeciwko szafki. Przeszłam po dużych białych płytkach podłogowych, przypominających te ze schroniska, i otworzyłam drzwi na niewielki taras, akurat na tyle szeroki, bym mogła tam siedzieć z wyciągniętymi nogami.
Dwa tygodnie wcześniej byłam tu na chwilę z Julie, moją opiekunką społeczną. Poprzednia rodzina zajmowała to mieszkanie przez dwadzieścia cztery miesiące - maksymalny dozwolony okres.
- Masz szczęście, że się zwolniło - powiedziała Julie. - Szczególnie, że kończy ci się możliwość pobytu w schronisku.
Podczas naszego pierwszego spotkania siedziałam naprzeciwko Julie i zacinając się, usiłowałam sensownie odpowiadać na jej pytania o moje plany, o to, jak zamierzam zapewnić dziecku byt, jak chcę osiągnąć stabilizację finansową, jakiej pracy mogę się podjąć. Wydawało się, że Julie rozumie moje zagubienie, podsuwała mi sugestie, co powinnam zrobić. Jedynym wyjściem dla mnie było przeprowadzenie się do taniego mieszkania, ale znalezienie takiego stanowiło wyzwanie. Pracownicy Ośrodka dla Ofiar Przemocy Domowej i Przemocy na tle Seksualnym prowadzili chronione placówki wsparcia dla osób, które nie miały gdzie się podziać, ja jednak miałam fart: wydział mieszkaniowy zaproponował mi własne miejsce umożliwiające małą stabilizację.
Podczas pierwszego spotkania Julie i ja przejrzałyśmy czterostronicową listę surowych przepisów, na które musiałam się zgodzić, by móc zamieszkać w schronisku wydziału mieszkaniowego.
Goście przyjmują do wiadomości, że jest to schronisko tymczasowe.
To NIE JEST dom.
W każdej chwili można zostać poddanym BADANIU MOCZU.
W schronisku NIE WOLNO przyjmować wizyt.
NIE MA WYJĄTKÓW.
Julie jasno powiedziała, że także w mieszkaniu tymczasowym od czasu do czasu przeprowadzane są kontrole, czy mieszkańcy wykonują podstawowe prace domowe, takie jak zmywanie naczyń, niepozostawianie jedzenia na blacie i zamiatanie podłogi. Znów zgodziłam się na wyrywkowe badania moczu, wyrywkowe inspekcje mieszkania i ciszę nocną o dziesiątej wieczorem. Goście mogli nocować tylko po uzyskaniu zezwolenia, i to nie dłużej niż przez trzy dni. Należało natychmiast informować o wszelkich zmianach dochodów i składać comiesięczne sprawozdania, podając szczegółowo wszystkie wpływy pieniężne oraz wydatki wraz z uzasadnieniem ich celowości.
Moja opiekunka zawsze była miła i uśmiechnięta. Ceniłam to, że nie miała zmęczonej, niechętnej miny, cechującej wielu opiekunów społecznych w biurach rządowych. Traktowała mnie jak człowieka. Gdy mówiła, zakładała za uszy krótkie miedzianorude włosy. Nie mogłam jednak przestać myśleć o tym, że jej zdaniem mi się poszczęściło. Nie czułam tego szczęścia. Wdzięczność - tak, zdecydowanie. Ale nie to, że "miałam szczęście". Nie w sytuacji, gdy wprowadzałam się do miejsca, którego regulamin sugerował, że jestem narkomanką, brudasem albo że tak zniszczyłam sobie życie, że potrzebuję narzuconej ciszy nocnej i badań moczu.
Bycie biedną bardzo przypominało zwolnienie warunkowe - a przestępstwo polegało na braku środków do życia.
Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.