Całej "sprawy prof. Bogdana Chazana", jego zwolnienia z pracy, a także ideologicznego nacisku na lekarzy wiernych sumieniu nie da się zrozumieć bez naszkicowania prehistorii tego sporu. Zacząć trzeba od samej postaci dyrektora Szpitala im. Świętej Rodziny, człowieka, który - w pewnym sensie - stał się symbolem postawy pro-life, i który dwukrotnie stracił posadę właśnie dlatego, że odmówił przeprowadzenia aborcji, a także wskazania osób, które mogłyby ją przeprowadzić. Ale osoba prof. Chazana jest ciekawa także z innego powodu. Otóż, o czym warto pamiętać, jest to człowiek, którego życie może być dla innych przykładem, że każdy może się nawrócić, że nie ma miejsca, z którego nie ma wyjścia. Profesor jako młody lekarz - jak sam przyznaje - przeprowadzał aborcje i dopiero po kilku, kilkunastu latach zrozumiał, że takiego działania nie da się usprawiedliwić etycznie. I wtedy - choć też nie od razu - zdecydował się na zaangażowanie w ruch obrony życia i katolickie stowarzyszenie lekarzy MaterCare International. Taki życiorys daje nadzieję tym, którzy tkwią jeszcze w przemyśle aborcyjnym i nie mają dość odwagi, by z niego wyjść. Dlatego to właśnie prof. Chazan, choć nie jest jedynym dyrektorem szpitala, który odmawia przeprowadzania w podległej sobie placówce aborcji, został uznany za idealny cel ataków. Obrzydzenie jego postawy, przedstawienie jej jako dowodu okropnej hipokryzji ma sprawić, że aborcjoniści zostaną pozbawieni oparcia w historii człowieka, który pokazał, że z koniunkturalizmu i konformizmu można wyjść, a nawrócenie ku życiu jest szansą na zmycie grzechu aborcji. Prawdziwe ukazanie tego życiorysu, ze wszystkimi zakrętami, może stać się więc szansą dla tych lekarzy, którzy wahają się, czy nie przejść na stronę pro-life. Jest ono jednak także niezbędne dla pełnego pokazania, na czym polega wielki montaż medialny, z jakim mieliśmy do czynienia w całej tej sprawie.
Prehistorią (choć już zdecydowanie bliższą wydarzeniom z pierwszej połowy 2014 roku) "sprawy prof. Chazana" (a może lepiej byłoby ją nazwać aferą eugeniczną) jest także "deklaracja wiary". Pomysł dr Wandy Półtawskiej i jego realizacja stały się bezpośrednim powodem do rozpętania gigantycznej nagonki na katolików, którzy chcą być wierni swojej wierze także w przestrzeni zawodowej. Nagonka rozpoczęła się kilka tygodni po tym, jak "deklaracja wiary" została opublikowana. Służyła ona nawet za argument, by odebrać wierzącym i praktykującym katolikom prawo do wykonywania zawodu. Na pierwszym froncie osób broniących wolności sumienia był wówczas, jak w wielu poprzednich sytuacjach, prof. Bogdan Chazan. I tak się złożyło, że krótko później przeprowadzono wobec niego prowokację w prywatnej przychodni. Czarę goryczy przelała sprawa "pani Agnieszki" i aborcja jej ciężko chorego synka, na którą prof. Chazan nie wydał zgody. Inne elementy nagonki także dają się powiązać z "deklaracją wiary" i z pomysłami wygłaszanymi przez jej krytyków. W istocie zwolnienie z pracy dyrektora Szpitala im. Świętej Rodziny jest, o czym nie wolno zapominać, realizacją wizji, w której wierzący katolik nie ma prawa wykonywać zawodu ginekologa, a jeśli już, to wyłącznie w prywatnej placówce.
Trzecim elementem, którego nie wolno pominąć, gdy rozważamy całą "sprawę prof. Chazana", jest spór wokół "klauzuli sumienia", a dokładnie jej nieadekwatności. Skargę do Trybunału Konstytucyjnego w tej sprawie zgłosiła Naczelna Rada Lekarska, która uznała ją za niekonstytucyjną, bo naruszającą zasadę wolności sumienia lekarza. Do ataku ruszyła "Gazeta Wyborcza", a wcześniej Komitet Bioetyki PAN. Opublikował on kuriozalny dokument, z którego wynikało tyle, że w istocie człowiek wierzący nie może być lekarzem, a klauzula sumienia narusza standardy demokratycznego państwa, które oparte być musi na zasadach prawa stanowionego, a nie na sumieniu czy prawie naturalnym. Te opinie stały się później fundamentem ataku na lekarzy, którzy przypominali, że prawo stanowione nie jest najwyższą normą moralną, i że sumienie chroni nie tylko ich wolność, ale także moralność w sytuacji, gdy mamy do czynienia z niemoralnym, zbrodniczym prawem. Tyle że właśnie odrzucenie zasady wyższości sumienia i prawa naturalnego nad prawem stanowionym było celem liderów opinii rozgrywających "sprawę prof. Chazana". W pewnym stopniu cel ten udało się im zrealizować. Ewa Siedlecka z "Gazety Wyborczej" zatytułowała jeden ze swoich artykułów: Ludzie zaczęli się bać sumienia. W tekście tym znaleźć można wprost wyrażoną opinię, że ludzie wierni sumieniu są niebezpieczni. "... ludzie zaczęli się sumienia bać. Zaczęli odrzucać sumienie, traktować je jako zamach na swoje prawa. Jako zagrożenie, przed którym trzeba się bronić. Miesiąc temu w badaniu CBOS ponad połowa dorosłych Polek i Polaków opowiedziała się za zniesieniem klauzuli sumienia. Sumienie stało się niebezpiecznym narzędziem, a człowiek, który się na nie powołuje - agresorem usiłującym zniszczyć wolność innych. Trudno o bardziej spektakularną porażkę ewangelizacyjną Kościoła. Oby nie była to porażka sumienia" - napisała Siedlecka, która jakby nie zauważyła, że cała nagonka "Gazety Wyborczej" i innych przeciwników prof. Chazana miała służyć właśnie osiągnięciu celu, jakim jest zlekceważenie sumienia i zastąpienie go normami prawa stanowionego.
Wreszcie ostatnim, niezmiernie zmitologizowanym elementem prehistorii całego "skandalu" z prof. Chazanem jest opowieść o "pani Agnieszce" i "panu Jacku", którym prof. Chazan odmówił aborcji ich dziecka w szpitalu przy ul. Madalińskiego w Warszawie. Sposób, w jaki media przedstawiały tę historię, jest już sam w sobie doskonałym przykładem manipulacji.