2
Idzie nowe, 1940-1950
Wojna zmiotła z powierzchni ziemi słynne kawiarnie artystyczne. We wrześniu 1939 roku znikł Zodiak, w którym miał stolik Witold Gombrowicz. Powstanie warszawskie unicestwiło Ziemiańską oraz Sztukę i Modę (SiM)[9]. W dawnym wyremontowanym pawilonie Instytutu Propagandy Sztuki przy Królewskiej 13, gdzie zaszczytu dosiadania się do kawiarnianego stolika skamandrytów dostąpili już Stanisław Dygat, Adolf Rudnicki i Czesław Miłosz, rozgościł się Teatr Żydowski.
Po tych miejscach jeszcze nie tak dawno tętniących życiem pozostały jedynie piękne wspomnienia. Na razie nikt nie myśli o przywróceniu ich współczesności. Miasto dźwiga się z ruin, praca wre, "cały naród buduje swoją stolicę", jak głosi popularny slogan.
"A wieczorem ulice pustoszeją. Gasną światła biurowców Świętokrzyskiej i Kruczej. Przy wymarłym prawie Nowym Świecie na rogu ulicy Foksal stoi samotnie "Warszawa" z dużymi literami "MO" na karoserii. Usprawniona komunikacja do "hotelu pijaków" na Żelaznej" - opisuje powojenną stolicę Jerzy Zaruba1. Zdaniem Krzysztofa Kąkolewskiego ulica Foksal (dawna Pierackiego, gdzie mieściła się słynna Café Bodo) w owym czasie to wręcz główna arteria Warszawy2.
Pokolenie, które dojrzewało w czasie wojny, pragnie zapomnieć o przeszłości. Ale rzeczywistość przynosi rozczarowanie.
"[...] oczekiwano, że będzie jaśniej, lepiej, a gdy to kurczyło się, malało, próbowano dostosowywać się do tego, że nie będzie już jasno i dobrze - zauważa pisarz Marek Nowakowski. - Jedni dostosowywali się półgębkiem, a inni całą gębą i wychodziły takie maszkary ludzkie. Oglądałem to zaprzeczanie sobie, przepoczwarzanie się, ale w brzydotę, w formację ohydniejszą, niż była przedtem. Wartości znikały, dewaluowały się, powstawały nowe, ale już pseudowartości. Wszystko niepewne, płynne, jak na piaskach, jak na lodzie, który się roztapia, można się zapaść, ale trzeba się ratować, utrzymać na powierzchni, więc trwanie jakby bydlęce, bo chodziło o to, żeby żyć, wegetować, mieć pieniądze, żeby dzieciom zabezpieczyć przyszłość, chociaż wydawała się ona ograniczona, zamknięta"3.
W roku śmierci Stalina dawni bywalcy rozbawionej Ziemiańskiej są w średnim wieku: Słonimski, Ważyk i Gałczyński mają po czterdzieści osiem lat, Iwaszkiewicz i Tuwim - pięćdziesiąt dziewięć. Najmłodsi to "mały skamandryta" Minkiewicz (trzydzieści dziewięć lat) i Leopold Tyrmand (trzydzieści trzy lata). Depcze im po piętach pokolenie młodych pisarzy na czele z Markiem Hłasko, Ireneuszem Iredyńskim, Januszem Głowackim i Markiem Nowakowskim. Mistrzowie i czeladnicy. Starsi będą wieść prym, wyznaczać standardy zachowań i wzorce literackie. Jeszcze pamiętają czasy, kiedy pisarzy otaczano szacunkiem i mówiono, że są sumieniem narodu; wiedzą, że Sienkiewiczowi podarowano dworek w Oblęgorku, a Żeromskiemu przyznano mieszkanie na Zamku Królewskim w Warszawie. Młodzi mają w pamięci bombardowania, łapanki i rozstrzeliwanie ludzi na ulicach. Hłasko wysłuchuje opowieści swojego mentora, pisarza Stefana Łosia, o torturach w stalinowskim więzieniu. W Pięknych dwudziestoletnich napisze: "Łosia stawiano w karcerze w lodowatej wodzie po pas, pozostawiając mu czas do kontemplacji i wspomnień z okresu dzieciństwa, po czym znów prowadzono na kolejne przesłuchanie"4.
Tyrmand, chłopak z zasobnego domu, sam niejedno widział. Wojna sprawiła, że musiał porzucić studia na wydziale architektury wnętrz w Paryżu. Stracił ojca w obozie koncentracyjnym, ma za sobą tułaczkę po połowie Europy. W Polsce Ludowej wszystko zaczyna od zera.
Jedni i drudzy o swoich doświadczeniach będą wkrótce opowiadać przy stolikach w klubach i kawiarniach, nie tylko Warszawy.
Pomost, czyli Mały SPATiF
- Przed wojną, a także po niej, ZASP był wspaniałą instytucją, niosącą pomoc aktorom - wspomina Barbara Horawianka. - To był zaszczyt: zostać jej członkiem. Oboje z mężem, Mieczysławem Voitem, od razu się zapisaliśmy. Przecież to dzięki ZASP-owi powstał Skolimów, urządzony później z tak wielkim smakiem przez Zosię Kucównę!
- Stary ZASP to była etyka, prawo - podobną opinię wyraża aktor Stanisław Brudny. - Związek pilnował, żeby amatorzy nie mogli występować z artystami, stał na straży etyki zawodowej. Ja, wychowany na teatrze lwowskim w Katowicach[10], wiedziałem, że zanim się zostanie aktorem, trzeba być uczniem, czeladnikiem. Teraz nikt o tym nie pamięta - mówi z żalem.
Siedziba ZASP-u w Alejach Ujazdowskich 45 nie jest pierwszym w wyzwolonej Warszawie miejscem spotkań aktorów. Ci, którzy tu ściągają ze wszystkich stron i chcą się spotkać z kolegami z branży, dowiedzieć o losie zaginionych, a wreszcie znaleźć pracę i jakieś przytulisko, idą na róg Nowogrodzkiej i Pankiewicza. Na tej ostatniej pod numerem drugim ZASP dostał tymczasowo lokal do dyspozycji. Po 1950 roku, kiedy ZASP zmieni nazwę na SPATiF, mówi się o tym miejscu Mały SPATiF. Olgierd Budrewicz w swoim bedekerze określa je jako filię Stowarzyszenia - miejsce radosnych spotkań artystów oraz pracowników opery, baletu i estrady. Gości bawią tam monologi aktora Karola Hanusza (1894-1965), niegdyś gwiazdy teatrów kabaretowych Momus i Qui Pro Quo, a także żarty towarzyszącego mu reżysera, Tymoteusza Ortyma (1898-1963).
Przeglądam archiwum ZASP-u zebrane w kilkudziesięciu wielkich pudłach w Instytucie Teatralnym. W każdym z pudeł znajdują się tekturowe teczki z dziesiątkami dokumentów - rejestr nędzy tamtych czasów. Pierwsze zakupy? W 1951 roku sto krzeseł i rower. Dla kogo rower? Czy dla prezesa? Kategoria "auto", niewiadomej marki, pojawi się dopiero później.
Mały SPATiF (oficjalnie: Klub Centralny SPATiF) łączy z przedwojenną Małą Ziemiańską przy Mazowieckiej 12, zwaną przez bywalców po prostu Ziemiańską, klimat zabawy i instytucja "stolika zarezerwowanego"; różni zaś charakter - nie jest to już kawiarnia literacka, jeśli przyjąć zestaw cech przypisanych przez literaturoznawcę Andrzeja Z. Makowieckiego5 tego rodzaju miejscu. Otóż w kawiarni literackiej powinno dojść do utworzenia pisma literackiego lub przynajmniej winni się tam stale pojawiać członkowie jego redakcji. Tak właśnie w Małej Ziemiańskiej narodziły się przedwojenne "Wiadomości Literackie"[11], redagowane przez Mieczysława Grydzewskiego.
Tyle że kreowanie pism w socjalistycznym państwie jest niemożliwe. Artyści mogą postulować powołanie do życia danego periodyku, ale na to, czy on powstanie, wpływu nie mają. Prywatny wydawca? Nie do pomyślenia.
Inną istotną różnicą między kawiarnią literacką w rodzaju Ziemiańskiej a Klubem Aktora, czy w ogóle klubami środowiskowymi, jest obowiązek wylegitymowania się przy wejściu przynależnością do określonego stowarzyszenia. Fakt, że nie każdemu wolno tam wejść, jak zauważa Richard Sennett6, nadaje temu miejscu walor ekskluzywności. Ekskluzywność Ziemiańskiej i innych kawiarń artystycznych, choćby SiM-u czy IPS-u, wynikała natomiast z ustaleń samych gości. Zgodnie z nimi przypadkowej osobie nie wolno było zająć miejsca przy "stoliku zarezerwowanym". Po wojnie nad twórcami "czuwa" państwo i to ono reguluje zasady, dotyczące wstępu do takich lokali. Z jednym wszakże wyjątkiem - są nim owe "zarezerwowane stoliki". Ich istnienie podtrzymują najpierw w Małym SPATiF-ie, a później w SPATiF-ie w Alejach Ujazdowskich goście przeniesieni na skrzydłach czasu z Ziemiańskiej. Oni też łączą SPATiF z II Rzeczpospolitą. I to oni będą nadawać Klubowi Aktora ton.
Pegeerówka
Na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych bohema początkowo zbiera się w istniejącej od przedwojnia kawiarni U Marca (od nazwiska właściciela Teofila Marca) nazywanej dla żartu U Marca i Engelsa, przy placu Trzech Krzyży 18. Kogóż tam można spotkać! Starych znajomych z Ziemiańskiej, Zodiaku, SiM-u i IPS-u: Otto Axera, Adama Mauersbergera, Eryka Lipińskiego, Stanisława Lorentza, Adama Ważyka, Adolfa Dymszę, Pawła Hertza, Jana Kotta, Antoniego Słonimskiego, Mieczysława Jastruna. Po remoncie w 1957 roku nazwa kawiarni zostanie zmieniona na Antyczną.
Konkurencję dla Antycznej stanowi pobliski Lajkonik, inaczej mówiąc Lej Koniak, gdzie przesiadują satyrycy i artyści skupieni wokół magazynu "Szpilki". Dziennikarz sportowy Andrzej Roman, bywalec warszawskich lokali, uważa, że to właśnie Lajkonik jest najbliższy Ziemiańskiej. "Był czas, kiedy nie bywać w Lajkoniku to było nie być - pisze. - Na 30 metrach kwadratowych gnietli się ci, którzy wiedzieli, że tu się spotka każdego, a jeśli nie, to o dwa kroki dalej był Marzec z nieco wyższym standardem gości, bo tu był stolik Antoniego Słonimskiego, a to jedno nazwisko wystarczy za inne"7. Wpadają tu także Tyrmand oraz Tomaszewski, bohater wspomnianego happeningu w powojennej Łodzi, demonstracje ma we krwi. Nie może się doprosić od państwa należnego wynagrodzenia za swoje plakaty, więc przebiera się w łachmany i z kapeluszem w ręku żebrze na schodach gmachu Komitetu Centralnego (wtedy w Alejach Ujazdowskich): "Biednemu grafikowi, który nie może zainkasować pieniędzy za plakaty, co łaska!"8. Pieniądze otrzymuje jeszcze tego samego dnia. Znajdujący się w podobnej sytuacji koledzy z Lajkonika proszą go o wstawiennictwo, więc Tomaszewski któregoś dnia przychodzi do kawiarni z kieszeniami wypchanymi bezwartościowymi carskimi rublami i rozdaje je kolegom: państwo takimi mu zapłaciło.
W kawiarniach pojawia się nowa kategoria gości - pracownicy Urzędu Bezpieczeństwa. Kiedy ich widok staje się trudny do zniesienia, bohema zmienia miejsce spotkań. Słonimski w latach 1957-1958 przed południem bywa w kawiarence PIW-u przy Foksal, później zaś w Alejach Ujazdowskich, co nie znaczy, że nie pokazuje się w Antycznej i SPATiF-ie. W żadnym z tych miejsc nie odnajduje jednak klimatu zapamiętanego z przedwojnia. "Gdybyśmy chcieli siedzieć w Ziemiańskiej, musiałaby się teraz nazywać Pegeerówka" - podsumowuje.
Kawiarnia Lajkonik w kamienicy przy placu Trzech Krzyży 16 (dawniej "U Mika"). Zdobiły ją murale i rysunki autorstwa znanych artystów, m.in. Zbigniewa Lengrena (autora postaci profesora Filutka), Eryka Lipińskiego, Jerzego Flisaka, Anny Gosławskiej-Lipińskiej i Jerzego Srokowskiego. Warszawa, 12 października 1965
Andrzej Chmielewski / PAP
Przeszłości, wróć!
Jak wynika z dokumentów ZASP-u, Klub Centralny SPATiF-u przy Pankiewicza 2, działa od pierwszych miesięcy 1952 roku, podobnie jak kluby w Krakowie i Łodzi. W Warszawie oprócz lokalu gastronomicznego funkcjonuje biblioteka z czytelnią. Organizowane są również pokazy filmowe i teatralne. Jest to miejsce spotkań nie ludzi sytych, wpadających na miłą pogawędkę, lecz biedaków ogołoconych przez wojnę ze wszystkiego - ich domy zostały zrujnowane w każdym znaczeniu tego słowa, a oni sami niejednokrotnie utracili nawet status społeczny.
Od połowy 1950 roku w ciągu dnia pod tym adresem działa Klub Dyskusyjny służący edukacji teatralnej, w jego ramach odbywają się spotkania Koła Młodych Krytyków Teatralnych. Podobne koła powstają w innych dużych miastach. Ich pomysłodawcą jest Edward Csató, redaktor naczelny dwutygodnika "Teatr", wydawanego od 1952 roku przez SPATiF. Do koła w Warszawie należą między innymi Jerzy Koenig i Andrzej Dobosz, który jeszcze nie wie, że stanie się jedną z ważniejszych postaci warszawskiej bohemy.
Wieczorem lokal przy Pankiewicza tętni życiem. Marka Nowakowskiego wprowadza doń znajomy konferansjer, Antoni Jaksztas. Pisarz tak opisuje swoje wrażenia: "Rangi był zdecydowanie niższej i na ogół nie bywali tu żadni luminarze literatury, teatru, malarstwa i rzeźby. W Małym SPATiF-ie schodzili się inni artyści, przeważnie cyrkowi i estradowi, oni jeździli w trasy koncertowe po Polsce i tu była ich giełda. Zmawiali się na imprezy, występy, rocznicowe akademie, zabawy dla zakładów pracy i tym podobne chałtury. Byłem bardzo młody (lata 1952-1953) i samo słowo "artysta" brzmiało magicznie. [...] Stoliki gęsto obsiadały kobiety, mężczyźni. Huczało jak w ulu. Cyrkowcy, żonglerzy, akrobaci, iluzjoniści, kupleciści. Te niezwykłe pseudonimy artystyczne! Nemo, Ramigani, Boliano. Pokazano mi "Dżonsonkę", żonę Tadeusza Schielego, lotnika z dywizjonu 303 czy 301. Śpiewała w Kameralnej. Tam znów jakaś majestatyczna dama. Też śpiewaczka. Ale nie Angielka. Pojawił się przedstawiciel przedwojennej kabaretowo-rozrywkowej gildii, Tymoteusz Ortym. Dużo muzyków, tekściarzy, konferansjerów"9.
Federico Fellini byłby zachwycony.
W 1954 roku w klubie oprócz kierownika są zatrudnieni: dwie kelnerki, pomoc kuchenna, dwie sprzątaczki i portier. Ze sprawozdań budżetowych wynika, że na początku podawano tylko napoje i ciasto, zamawiane na zewnątrz. Z ramienia SPATiF-u pieczę nad lokalem sprawuje Hanka Bielicka.
- To był elegancki klub, rodzaj aktorsko-wokalnej giełdy - nie zgadza się z Nowakowskim pianista Zbigniew Rymarz. - Przychodzili przede wszystkim estradowcy. Kiedyś się tam umówiłem z Martą Mirską. Potem ta giełda przeniosła się do kawiarni w hotelu Polonia.
Klub odwiedza, choć rzadko, niezwykle popularna w tamtym okresie piosenkarka Rena Rolska, ale zachwycona nie jest:
- Nie podobało mi się - tłumaczy. - Wolałam potem lokal w Alejach Ujazdowskich.
- Byłem tam raz czy dwa - przyznaje Ignacy Gogolewski, który do Klubu Aktora trafił zaraz po ukończeniu Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w 1954 roku, gdy tylko zapisał się do Stowarzyszenia. - Na początkowym etapie klub nie stanowił jakiejś wielkiej atrakcji - zauważa.
Krakowski prozaik, Tadeusz Kwiatkowski, zagląda na Pankiewicza, gdy tylko jest w stolicy. Jako scenarzysta przyjeżdża na spotkania z filmowcami. Tym razem film według jego scenariusza ma kręcić Jerzy Passendorfer. Po dyskusji z udziałem Aleksandra Forda, Jana Kotta i Mirosława Żuławskiego zanotuje: "Później poszedłem z Passendorferem do SPATiF-u na wódkę, następnie wylądowaliśmy w Kameralnej"10. Na Pankiewicza spędza również kolejny wieczór, tym razem w towarzystwie Wilhelma Macha. Bo nocne życie stołecznych elit przed otwarciem SPATiF-u w Alejach Ujazdowskich toczy się w restauracji Kameralna przy Foksal. W odróżnieniu od Małego SPATiF-u gościom wieczorami przygrywa tam orkiestra i kto chętny, może pójść w tany. Na przykład dziennikarka Irena Dziedzic, która wpada do "Kamery" na kolacje z mężem, Januszem Bałłabanem. Później napisze: "Kameralna, obok Klubu Dziennikarza i dość ciasnego lokalu SPATiF-u, jeszcze wówczas na Pankiewicza, była właściwie lokalem środowiskowym, artyści, literaci, dziennikarze"11.
Lokal przy Pankiewicza jest o wiele mniejszy niż ten późniejszy w Alejach, ale dość szybko artystyczna brać zaczęła ciągnąć tam jak pszczoły do miodu. Miodem jest towarzystwo. Tak przynajmniej wynika z relacji Hanki Bielickiej: "Na Pankiewicza w SPATiF-ie koncentrowało się całe życie towarzyskie aktorów stołecznych teatrów. Tam się spotykali, tam jadali i... pijali silnie zakrapiane obiady i kolacje. Ze względu na powszechnie panującą w ówczesnej Warszawie ciasnotę mieszkaniową lokal ten pełnił funkcje salonu, stołówki i knajpy. Był wiecznie zatłoczony i zdobycie tam stolika, a nawet krzesła graniczyło z cudem. Wstęp mieli wyłącznie członkowie SPATiF-u lub innych związków twórczych za okazaniem legitymacji; wszyscy inni chętnie próbowali wręczyć odpowiednią kwotę pilnującemu wejścia i szatni cerberowi. Wstępne selekcje wejściowe odbywały się oczywiście dyskretnie i zależały wyłącznie od dobrej woli pana szatniarza"12.
Tak działo się też w słynnym nowojorskim Studiu 54, gdzie gości taksował współwłaściciel klubu, Steve Rubell. O ile on miał władzę nieograniczoną, gdyż do klubu mógł wpuścić każdego, o tyle szatniarze w SPATiF-ie musieli brać pod uwagę legitymacje członkowskie gości.
Nie wiemy wszakże, czy legitymowano Andrzeja Łapickiego, gdy po wojnie wrócił do Warszawy i zamieszkał w hotelu Central w Alejach Jerozolimskich 47 (dziś 53), o krok od klubu. Aktor opisywał: "To był nieduży lokal, na 40 osób. W środku gipsowa figura nagiej kobiety dzieliła go na dwie części - bankietową i ogólną. Pamiętam, że odbył się tam uroczysty obiad ku czci Bertolta Brechta. Leon Schiller przyjmował niemieckiego gościa. Czasami wpadało się tam na kawę i wódeczkę"13.
Wydanie obiadu na cześć niemieckiego dramaturga Brechta i fakt, że w Warszawie podejmował go Leon Schiller, można uznać za zabawne, gdyż polska prapremiera sztuki Brechta Opera za trzy grosze w Teatrze Polskim odbyła się dziesięć lat przed wybuchem II wojny światowej w atmosferze skandalu. Spektakl reżyserował właśnie Schiller, znany z lewicowych poglądów. Wyostrzył społeczny wydźwięk tego dramatu, a dodatkowo przekład songów zlecił Władysławowi Broniewskiemu, którego przekonania nie były dla nikogo tajemnicą. Rzecz spotkała się z totalną krytyką prawicowej prasy, po czym Wydział Bezpieczeństwa Komisariatu Rządu nakazał cenzurze dokonać ostrej ingerencji w przedstawienie. Kpił z tego Słonimski na łamach "Wiadomości Literackich", co Operze... nie pomogło, natomiast Schillera wręcz pogrążyło, gdyż dyrektor teatru, Arnold Szyfman, zakończył z nim współpracę.
W komunistycznej Polsce role się odwróciły - lewicowi Brecht i Schiller byli tymi, którzy "właściwie" odbierali rzeczywistość. W 1949 roku delegacja polskich literatów, między innymi z Iwaszkiewiczem i Matuszewskim, udała się z wizytą do Berlina, a w lutym 1952 roku do Warszawy ze swoim Berliner Ensemble przybył Brecht. Tym zaś, który go powitał w Domu Dziennikarza, był Schiller. Następnie odbył się ów uroczysty obiad, o którym wspomina Łapicki. Zachowało się zdjęcie zrobione w SPATiF-ie przed występami teatru Brechta: przy stoliku siedzą Brecht, Schiller, aktorka Helena Weigel i Aleksander Bardini.
Rok później w warszawskim oddziale SPATiF-u odbędzie się zażarta dyskusja o teatrze niemieckiego dramaturga. Wkrótce potem poświęcone Brechtowi teksty do "Pamiętnika Teatralnego" zostaną objęte zakazem druku. Nikogo to nie zdziwi. To czas, gdy partia może wszystko - nawet skonfiskować cały nakład pisma. Tak się stało w przypadku "Życia Literackiego", gdy opublikowane tam opowiadanie o działaczu komunistycznym nie spodobało się decydentom.
Remont kamienicy w alei Marszałka Józefa Stalina powoli dobiega końca. Do budynku sukcesywnie przenoszą się kolejne sekcje klubowe. Od września 1953 roku w sali projekcyjnej wyposażonej w kabinę dla operatora, projektor i pięćdziesiąt foteli odbywają się pokazy filmów, wkrótce potem przenosi się tam redakcja "Teatru" wraz z Kołem Młodych Krytyków Teatralnych.
Bertolt Brecht (w środku) rozmawia z Leonem Schillerem (po lewej) i Aleksandrem Bardinim w czasie wizyty w Warszawie, 1952
CAF/PAP
Łapicki zapamiętał z tego okresu spotkanie w SPATiF-ie z aktorem Louisem Jouvetem po przedstawieniu Szkoły żon w wykonaniu zespołu Athénée. Ku zaskoczeniu zebranych najbardziej dociekliwy okazał się wówczas sufler Bronisław Nieszporek, świetnie władający językiem francuskim. "Jeśli macie takich wykształconych suflerów, to jacy są aktorzy?!"14 - zachwycał się Jouvet. Anegdota zabawna, tyle że wątpliwe wydaje się miejsce owego spotkania. Jouvet odwiedził bowiem Warszawę na przełomie maja i czerwca 1948 roku, kiedy budynek był jeszcze remontowany.
Z każdym kolejnym rokiem SPATiF w nowej lokalizacji wzbogaca się o nowe pomieszczenia. Od pierwszego kwietnia 1954 roku artyści mogą korzystać z zasobów biblioteki i czytelni. W budynku ruch coraz większy. Zainteresowanie budzi zwłaszcza sala kinowa znajdująca się na pierwszym piętrze, tuż obok pomieszczeń administracyjnych. W każdy poniedziałek członkowie stowarzyszenia, a wśród nich należąca do sekcji filmowej Agnieszka Osiecka, mogą tam obejrzeć filmy niedostępne dla zwykłych śmiertelników. "Od dwóch dni nic nie robię, tylko siedzę na konferencji twórczej sekcji filmowej SPATiF. Przemówienia mam tak szczegółowo zanotowane w notesie, a refleksje tak namiętnie wczoraj wytoczyłam w liście do Sławka[12], że nic tu o tym nie dodam. Chyba to, że bardzo chciałabym, abym już niedługo i ja miała coś do powiedzenia na takim zjeździe z perspektywy dokonanego dzieła"15- notuje poetka 29 września 1954 roku.
Mniej Ochabu, więcej schabu
Kolejną narodową tragedią jest nagły zgon prezydenta Bolesława Bieruta podczas wizyty w Moskwie 12 marca 1956 roku. SPATiF w nekrologu zamieszczonym w "Teatrze" pisze: "Dotkliwa to strata dla polskiej kultury, której Towarzysz Bierut był gorącym opiekunem"16. Minkiewicz o śmierci prezydenta dowie się w Zakopanem. "Od czasu śmierci towarzysza Stalina tak pysznie się nie bawiłem!"17 - podsumuje z kieliszkiem w ręku.
Ważne wydarzenia prowokują do tworzenia dowcipów. Notuje je Maria Dąbrowska: "A ludzie mówią, że gdy rząd po śmierci Stalina zmienił nazwę Katowic na Stalinogród, Sowiety chcąc się odwdzięczyć, postanowili po śmierci Bieruta nadać polską nazwę Moskwie; zamiast Moskwa - Często-chowa. I mówią, że "ta grypa to lipa, to zapalenie płuc to puc, a ten zawał to kawał". I że gdy zaszła kwestia, kto ma towarzyszyć Chruszczowowi w drodze z pogrzebu Bieruta do Moskwy, każdy bał się jechać, wreszcie orzeczono, że Cyrankiewicz może jechać, bo jemu włos z głowy nie spadnie (jest całkiem łysy). Że po śmierci Piłsudskiego został przynajmniej Rydz, a lepszy Rydz niż nic; a po śmierci Bieruta został Ochłap (sekretarzem partii został Ochab). Opowiadają i więcej, ale nie wszystko zapamiętałam. Pojawia się jeszcze hasło: "Mniej Ochabu, więcej schabu""18.
Nastał czas odwilży. Dla jednych naznaczony nadzieją na powrót do normalności, dla innych - katastrofa. W październiku 1956 roku zagorzałym marksistom wali się świat. Część z nich szybko zmienia front. "W roku pięćdziesiątym piątym i szóstym - ironizuje Osiecka - wielu ludzi zapragnęło zmienić skórę. Inni, czyści lub półczyści, umieścili się na balkonach i robili im "zyg, zyg, marchewka""19.
Żartowanie - zwłaszcza z władzy - jest w dalszym ciągu niebezpieczne. W 1955 roku traci stanowisko redaktor naczelny "Szpilek" Zbigniew Mitzner ("Jan Szeląg"). O nowego nie jest łatwo. Po kolei odmawiają Kazimierz Rudzki, Jan Brzechwa i Jerzy Jurandot. "Któż rozsądny pakowałby się w prowadzenie jedynego w Polsce pisma satyrycznego?" - zadaje retoryczne pytanie Kwiatkowski20.
Mimo wszystko czuje się powiew wolności. Władza z wolna rozluźnia okowy. Jak zauważa Antonina Kłoskowska21, oznacza to nie rezygnację z zadań propagandowo-dydaktycznych, a jedynie podawanie oferowanych treści w interesujący sposób. Rynek prasy wzbogaca się o nowe tytuły: "Dookoła Świata", "Nową Wieś" i "Kulisy". Znaczącą rolę odgrywa tygodnik "Po Prostu"[13], od 1955 roku ukazujący się jako "Tygodnik studentów i młodej inteligencji". Poddaje się tam krytyce nie tylko nurt socrealizmu w sztuce, ale nawet ocenę Armii Krajowej. Pismo ewoluuje - z czasem staje się symbolem popaździernikowych przemian. Publikują w nim dobre pióra: Stefan Bratkowski, Jerzy Ambroziewicz, Marek Hłasko, Agnieszka Osiecka. Nie na długo. W 1957 roku "Po Prostu" zostanie zamknięte. Główny Urząd Kontroli Prasy w uzasadnieniu napisał, że "[...] wrześniowy numer w sposób wysoce agresywny i podburzający neguje politykę partii i rządu". Likwidacji czasopisma sprzeciwili się studenci. Doszło do zamieszek ulicznych, stłumionych przez Zmotoryzowane Odwody Milicji Obywatelskiej (ZOMO).
Prawdziwa odwilż następuje, gdy na czele partii stanie więziony w czasach stalinowskich przedwojenny komunista Władysław Gomułka, pseudonim Wiesław, z zawodu ślusarz.
Dla artystów to czas wypełniony nadzieją na wolność słowa rozumianą jak najszerzej - obejmującą sferę życia publicznego, jak również literaturę, malarstwo, muzykę, teatr. Na rynku zaczynają się pojawiać książki zachodnich autorów, na ekranach kin kończy się dyktat radzieckich produkcji, pojawiają się dzieła kinematografii światowej, mnożą się dyskusyjne kluby filmowe, do sztuki przenikają nowe prądy.
Młodzi są w euforii. Osiecka pisze: "Mieliśmy jakieś fantastyczne poczucie bezpieczeństwa, oparte nie wiadomo na czym, może po prostu na tym, że my, dzieci Października, dzieci szczęścia, chłopcy z deszczu, chłopcy z wiatru - jesteśmy nietykalni! Wydawało nam się, choć "żyliśmy jak motyle", że mamy na sobie jakiś niewidzialny pancerz, specjalnie zesłany nam przez Pana Boga dla ochrony młodych Polaków, tych z marymonckich sonat i tych z jazzowych piwnic. Wszystkich!"22.
W zaadaptowanych na bary piwnicach królują Juliette Gréco, Yves Montand, Georges Brassens. W cenie są płyty Elli Fitzgerald, Louisa Armstronga, Duke'a Ellingtona, Billie Holiday, Mahalii Jackson. W ciemnych, małych pomieszczeniach rozbrzmiewa też piosenka włoska. Płyty nie wiadomo skąd najczęściej przynosi Tyrmand. On też organizuje pierwszy w PRL-u festiwal jazzowy. Z podziemia wychodzą malarze uprawiający abstrakcję i jazzmani, wśród nich Krzysztof Komeda, mąż Zofii, która tak wspomina tamten okres: "Nastały czasy Gomułki. Była wielka odwilż i myślenie też było zmienione. [...] Jak kiedyś pojechaliśmy z "Piwnicą" [pod Baranami - A.S.] do Zakopanego i tam przyszedł Grześ Lasota, i się do nas przysiadł, to ja powiedziałam: "A co tu robi ten pachołek Stalina?". Ale on oświadczył, że właśnie złożył samokrytykę, że nie jest już stalinowcem i wszyscy go przyjęli, a potem nawet zaprzyjaźniłam się z nim"23.
Składanie samokrytyki, niczym zrzucenie wężowej skóry, staje się naraz popularnym sposobem na przystosowanie się do nowej sytuacji politycznej.
Sokół z domu wariatów
Najbardziej zadziwia Adam Ważyk: ten zdeklarowany orędownik stalinizmu po Październiku nieoczekiwanie staje się zaangażowanym krytykiem systemu. Przemianę "politruka od sztuki i herolda socrealizmu", niszczącego wszystkich wokół, obserwuje Stefan Kisielewski: "Mnie przestał się kłaniać przez długi czas, po czym nagle przyszła odwilż. Było otwarte zebranie organizacji partyjnej Związku Literatów [...]. I ja patrzę, Ważyk kłania się nisko. Więc ja się rozglądam, że komuś za mną, bo do głowy mi nie przyszło, że mnie. Ja się odkłaniam, on podchodzi. Więc ja mówię: "No jakoś mnie pan nie poznawał przez te wszystkie lata". A on mówi: "Tak, wie pan, bo ja byłem w domu wariatów, ale już się wyleczyłem". Ja mówię: "Jak to, naprawdę pan był?". "No, w tym domu wariatów, co pan zna""24.
Innego rodzaju konsekwencje odwilży - na pozór niegroźne - objawiają się w Klubie Aktora. Jak pisze Budrewicz: "Zaczęli wydawać paszporty. Warszawa stała się bardziej "normalna" i to okazało się zabójcze dla tej naszej "nienormalności". [...] Powstały rozmaite nowe układy, ludzie z Komitetu Centralnego bywali w SPATiF-ie. Przychodzili też wysocy oficerowie bezpieczeństwa. Dawali do zrozumienia, że są tacy jak my. Powoli podkopywali pod nami tunele"25.
Powstają kluby aktora, dziennikarzy, architektów, prawników, lekarzy...
- Dlaczego władza zgadzała się na ich tworzenie? - pytam Ignacego Gogolewskiego w lipcu 2020 roku.
- Władza uznała, że jak nie pozwoli, będzie gorzej, bo ludzie się rozejdą, a tak wszystkich ma na oku - wyjaśnia aktor. - To chyba lepiej, niżby środowisko miało zejść do podziemia. Świetne pole do inwigilacji. Pozwolenie na działanie takich klubów jest dobrym przykładem na to, jak postępować z ludźmi kultury. Ich nie można związać, zakneblować, czegoś im nakazać. Nie mają racji ci, którzy próbują to środowisko stłamsić: nic się tą drogą nie uzyska. Dziś to aktualny temat, niestety.