2 Kolebka
Plac
Po pożarze gród opustoszał, w resztkach murszejącej drewnianej palisady rozgościły się grzyby, porosty, rośliny i zwierzęta. Natura rozpoczęła odbieranie tego, co niegdyś jej wydarto pracą ludzkich rąk.
Czy osadnicy, którzy teraz nadejdą, mają świadomość, że nie są tu pierwsi? Tego się nie dowiemy, choć pewnie w XIII wieku pamięć o pogańskich przodkach, jak to zwykle bywa, jest w okolicy żywa. Tym bardziej że nową wiarę pomorski lud przyjmuje z niemałymi oporami.
Jeśli pierwszy początek rozpoczął się i zakończył na grodowym wzgórzu, to drugi wydarza się blisko dwieście lat później, niecały kilometr obok.
W 1283 roku nazwa przyszłego kurortu po raz pierwszy pojawia się w źródłach pisanych. Książę gdański Mściwój II zapisuje cystersom z Oliwy kilkanaście wsi (jako rekompensatę za zrzeczenie się praw do ziemi w okolicach Gniewu), w tym teren przy potoku Svelina, gdzie mieszczą się osady o nazwach Sopoth i Brudvino.
W Oliwie siedzą cystersi, a w oddalonym o około dwadzieścia kilometrów Żukowie gospodarują norbertanki. Obydwa zakony od początku konkurują o wpływy i majątki - nieraz w swej historii będą się sądziły przed różnymi trybunałami. Bywa jednak, że rozsądek bierze górę i podejmowane są negocjacje.
Cystersi dogadują się z norbertankami w 1316 roku. Siostrzyczki oddają zakonnikom wsie leżące przy ich włościach, czyli koło Oliwy, a w zamian otrzymują trzy inne wsie znajdujące się bliżej ich posiadłości, głębiej na Kaszubach: Wadzino, Chmielonko, Dzierżążno1. W ten sposób cystersi w drodze wymiany przejmują osady: Sopot, Brodwino, Świemirowo, Karlikowo[2], Gręzowo i Stawowie.
Swelina (kaszub. Swelina) to nazwa potoku oddzielającego Sopot od Gdyni. Świemirowo (kaszub. Czmirow? lub też Smirow?, Semierow?), Karlikowo (kaszub. Kôrlëk?w?) i Brodwino (kaszub. Brodwino) to współczesne nazwy dzielnic Sopotu, położonych po przeciwległych stronach miasta. Stawowie (kaszub. Wësokô W?da) to miejsce na granicy Sopotu i Gdańska, gdzie stoi pałacyk z XIX wieku. Gręzowo (kaszub. Gr?zow?) to zaś nazwa leśnej osady, w której znajduje się leśniczówka Sopot (dziś: Leśna Polana). Te wszystkie osady to po prostu dzisiejszy Sopot. Zakonnicy z Oliwy stają się właścicielami tych ziem na blisko pięćset lat.
Profesor Marek Sperski, wybitny znawca historii Sopotu, pisze: "Sądząc z późniejszych przekazów oraz kartograficznych źródeł, wymienione miejscowości były wówczas skromnymi, co najwyżej parozagrodowymi osadami zbudowanymi z drewna. Tylko jedna z nich, a mianowicie Sopot, położony przy drodze wiodącej z Gdańska do Białogardy, Pucka i Lęborka, rozwinęła się w późnym średniowieczu w nieco większą wieś ukształtowaną wokół charakterystycznego dla gdańskopomorskich wsi dużego, prostokątnego placu, usytuowanego na miejscu dolnej części dzisiejszej ulicy 1 Maja"2.
Kolebka
Więc to tu, w tak niepozornym miejscu, znajduje się kolebka tego miasta. Tu wszystko się zaczęło. Wcale nie nad samym morzem, gdzie molo i plaża, Centrum Haffnera, Grand Hotel i flądra w zestawie za jedyne pięćdziesiąt złotych. Najwyraźniej pierwsi osadnicy mieli gdzieś walory krajobrazowe, nie cenili specjalnie widoku z okna na zatokę, nie zwykli podziwiać wschodów słońca nad taflą wody. Wybrali to miejsce, kierując się względami praktycznymi. Bo tędy - tak samo jak w średniowieczu - przebiega przelotówka, droga z południa na północ, dzisiaj główna oś komunikacyjna Trójmiasta.
Ulica 1 Maja nurkuje w tunelu pod tą właśnie przelotówką - aleją Niepodległości łączącą Gdańsk i Gdynię. To nawet nie ulica, tylko coś w rodzaju parkingu i niewielkiego deptaka, mało efektownego zakończenia Monciaka. To jego byle jaki finał zlokalizowany przy pogardzanej, zachodniej stronie.
W "Roczniku Sopockim" z roku 1976 opublikowano "schematyczną próbę rekonstrukcji hipotetycznego planu Sopotu z ok. 1400 roku"3. Przy trakcie, tuż obok placu zwanego Wiejskim (dziś to ulica 1 Maja), jak - nie przymierzając - wół stoi na rysunku karczma. Skądinąd wiadomo, że nosiła wdzięczną nazwę: Przylądek Dobrej Nadziei. Po obydwu stronach placu, od północy i południa, wzdłuż dłuższych boków prostokąta spływają z góry w stronę morza dwa strumienie - na rysunku oznaczone nazwami: Potok Środkowy i Wiejski. Nieopodal, w odległości kilku pacierzy od wschodniego brzegu placu, mamy na planie "domniemane założenie obronne". Takie jakby grodzisko bis, otoczone fosą, zapewne z palisadą. Dowód, że w pobliżu placu musiały stać jakieś chałupy, których mieszkańcy chronili się w owym "założeniu" przed niebezpieczeństwem. Przed najeźdźcą bronili się w miejscu, które notabene także dziś stanowi teren wojskowy, o czym informuje groźnie i groteskowo zarazem wyglądająca tablica na ogrodzeniu. To siedziba Ordynariatu Polowego Wojska Polskiego (coś na kształt wojskowego biskupstwa), zaplecze kościoła Świętego Jerzego, który - jak wiadomo - biegle posługiwał się włócznią. Pewnie również i przed wiekami, gdy ziemie najeżdżali obcy zbrojni, mieszkańcy wsi chowali się tu za palisadą i wznosili modły, dzierżąc dzidy, topory, miecze i buzdygany. Tradycja miejsca zobowiązuje.
Franciszek Mamuszka podaje, że u schyłku średniowiecza wieś Sopot liczyła dwanaście zagród chłopskich. "Do każdej zagrody należały po 2 włóki ziemi; 3 włóki dzierżył karczmarz, a posiadłość sołtysa liczyła 6 włók"4. Jeżeli jedna tak zwana włóka staropolska to siedemnaście hektarów, to sopoccy włościanie dysponowali całkiem sporymi areałami. Czytajmy dalej: "Sopot otrzymał prawo chełmińskie, najczęściej przyznawane na Pomorzu. W roku 1309 wieś wraz z całą ziemią wschodniopomorską przeszła pod panowanie krzyżackie. Chłopi płacili klasztorowi oliwskiemu czynsz w wysokości 1 grzywny rocznie od każdej włóki oraz 2 kury. Nadto obciążały ich inne, powszechne powinności na rzecz klasztoru, a więc praca na folwarkach, udział w nagonkach podczas polowań opatów, szarawarki, pełnienie funkcji posłańców itp."5.
No cóż, zapewne lekko nie było. Tym bardziej że w zdawkowych, tak typowych dla opracowań historycznych sformułowaniach kryją się dramatyczne wydarzenia, ludzkie tragedie: "W ostatnich latach panowania krzyżackiego na Pomorzu, a zwłaszcza w czasie wojny trzynastoletniej (1454-1466), kiedy te tereny były wielokrotnie grabione i pustoszone przez oddziały wojskowe, Sopot niemało ucierpiał zarówno od jednej, jak i drugiej strony wojującej"6.
Letnicy
Sopot po raz pierwszy staje się modny i prestiżowy już w XVI wieku. Miejsce to upatrzyli sobie zamożni gdańszczanie. Ówcześni inwestorzy kupują dotychczasowe wiejskie gospodarstwa z inwentarzem lub dzierżawią je od cystersów. Budują sobie dwory, żeby mieć gdzie wypoczywać w okresie letnim albo w weekendy (bo przecież w XVI wieku także musiały być jakieś weekendy).
Współcześnie historycy potrafią wskazać lokalizacje piętnastu ówczesnych posiadłości w Sopocie. "Stylowe dworki, mniej lub bardziej kosztowne, budowano w pobliżu potoków, których wody, spiętrzane groblami, tworzyły stawy rybne. Wokół każdego dworku istniał park z alejkami, fontanną i kamiennymi posągami. Za nim znajdował się warzywnik i ogród owocowy. Przyjeżdżając w sobotę wieczorem do Sopotu na odpoczynek, właściciel przywoził zazwyczaj z sobą przyjaciół, których umieszczano w stojących nieopodal dworku pawilonach dla gości"7.
A co z dotychczasowymi mieszkańcami placu Wiejskiego, miejscowymi Kaszubami? Od roku 1550 są systematycznie przesiedlani. Nikt specjalnie nie pyta ich o zdanie. Wiozą swój dobytek ścieżką w dół, ku morzu, by założyć osadę przy samej plaży (dopiero byliby zdziwieni, gdyby im powiedzieć, że owa ścieżka zyska sławę modnego deptaka, a miejsce ich wygnania będzie w XXI wieku najdroższą lokalizacją w Polsce). Jak należy sądzić, ich źródłem dochodu - oprócz połowu ryb, zbioru bursztynu - będzie obsługa bogatych sąsiadów, dostarczanie im jedzenia, praca na folwarkach. Miejscowi oporządzają przybyszom konie, świnie i krowy, piorą im gacie i sprzedają świeże ryby.
Targ
Dzisiaj w centralnym miejscu dawnego placu Wiejskiego, czyli ulicy 1 Maja, stoi solidna, murowana, kryta ceramiczną dachówką, zbudowana na planie sporego kwadratu ubikacja. Kiedyś można było tu - wiadomo co, jak to w ubikacji. Potem można było sobie w niej dorobić klucz. Teraz jest w remoncie, trudno powiedzieć, jaki rodzaj przybytku tu zakwitnie.
Sopot, jak wiele innych miast, pozbył się z reprezentacyjnej części tego, co niesie ze sobą organiczna energia prawdziwego targu. Niegdyś handlowano w miejscu centralnym, żeby każdemu było po drodze - w Sopocie najpierw najprawdopodobniej przy placu Wiejskim, potem na początku XX wieku u góry Monciaka, przed kościołem Świętego Jerzego (zachowały się fotografie), następnie zaś targowisko wróciło na stare miejsce (a dokładnie - w jego sąsiedztwo), między ulice 1 Maja i Sikorskiego.
Wspominają je ci, którzy przybyli do Sopotu jako nowi osadnicy w latach czterdziestych, po wojnie:
"W Górnym Sopocie był najprawdziwszy rynek. W dni targowe ludzie z sąsiednich wsi przyjeżdżali furmankami. Ustawiali się rzędem. Na wozach masło i twaróg pozawijane w białe szmatki, butelki tłustej śmietany, słoiki miodu. W koszach świeże jajka, stosy warzyw i owoców. Były też kury, kaczki, króliki, świnki i kozy. Drób żywy i w postaci mięsa. Latem przyjeżdżali Cyganie. Nitowali, cynkowali i odnawiali garnki, kotły i patelnie. W tej dziedzinie byli naprawdę mistrzami. Myśmy z ojcem na rynku kupowali wiadro żywych raków. Niosłem je dumny przez całe miasto. Zupa rakowa to był mój przysmak"8.
"Pójście na rynek to było prawie jak wyprawa do muzeum. Niemki, które wyjeżdżały, sprzedawały porcelanę i inne ładne rzeczy, srebrne łyżeczki, haftowane pościele, ale nas nie było na to stać"9.
To wszystko funkcjonowało jeszcze w latach osiemdziesiątych. Schowane było w niecce, gdzie z jednej strony plac ograniczała skarpa, z drugiej zaś budynki, w których znajdował się pachnący smarem, gumą i metalem zakład naprawy rowerów.
Był grudzień 1981 roku. Mój ojciec chwilę wcześniej wsiadł w samolot i teraz nawadniał pustynię w dalekim Iraku, korzystając z życiowej szansy zarobienia jakiejś niewyobrażalnej na tamte czasy sumy dolarów. Kiedy wsiadał do tegoż samolotu, trwał karnawał "Solidarności". A potem pewnej niedzieli nie puścili w telewizji Teleranka, na sopockim rynku zaś zabrakło choinek. Z tym problemem mama, wobec naszych - moich i mojej siostry - histerycznych jęków, została sama. No bo jak to, święta bez choinki. Mama więc codziennie po pracy chodziła na sopockie targowisko. I czekała w tłumie innych obywateli. Stała i marzła na rynku. Płonęły koksowniki. Grzała się w obecności żołnierzy i wracała do bloku przy Żeromskiego bez niczego.
Aż w końcu wjechały na plac wojskowe ciężarówki. Całe wypełnione choinkami. Radości nie było końca. Wojsko Polskie zawsze z narodem.
Ja także pamiętam to targowisko. Od kiedy dostałem kolarzówkę Mistral (w końcu mogłem pożegnać się z ciężkim jubilatem), bywałem tam częstym gościem. Psuła się nieustająco. Na targowisku zaś, podczas gdy mama albo babcia wybierały owoce i warzywa, ja przeglądałem relaxy - zeszyty z komiksami.
Kibel i kontener
Dzisiaj jedynym śladem po tamtym targowisku, zlikwidowanym po 1990 roku, są dwa budynki stojące po dwóch stronach supermarketu i parkingu - ubikacje. I nie są to byle jakie plastikowe toi toie, tylko pełnoprawne domki, prawie ładne, gdyby je jakoś fikuśnie udekorować. Dziś już nikt takich kibli nie buduje, chciałoby się powiedzieć. Jeden stoi przy Sikorskiego. Znajduje się w nim piwiarnia. Drugą toaletę usytuowano niemalże na środku dawnego placu Wiejskiego. Kolebki tego miasta.
Kolebka w piątkowy lutowy poranek żyje po swojemu, pogodzona z peryferyjną rolą i drugą, obok ubikacji, ozdobą - plastikowym pojemnikiem do segregacji odpadów, na którym umieszczono wizerunek oszalałych ze szczęścia postaci dzierżących plastikowe butelki.
A z głębi, od strony straży pożarnej i opery, spogląda z ukosa, z cienia, dyskretnie, a jednak mrozi krew w żyłach budynek sądu i prokuratury. Dawna siedziba Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego. Na takie miejsca zwykło się mówić "ubecka katownia".
Po lewej zaś mikroskopijna piekarnia - pogadalnia. Świetnie pełni swoją ważną funkcję. Przed wejściem wózek spacerowy, dziecko smacznie śpi, więc mama w środku może spokojnie nie poprzestawać na zakupie ciepłych bułek, tylko dokonać wymiany najpotrzebniejszych i najświeższych informacji. Vis-a-vis piekarni - ewenement na skalę miasta, wart, by sprowadzać tu wycieczki - zaniedbany budynek, nadżarty liszajem wilgoci, ze zniszczoną elewacją, obdrapany, pospreyowany na wysokości parteru. Jakaż to rzadkość w centrum Sopotu. Aż swojsko się robi, jakoś tak przyjaźnie na duszy, że gdzieś tu jeszcze tli się życie i panuje pospolity występek.
Za uroczo brzydką kamienicą kolejny unikat - szyld informujący o funkcjonującym po dziś dzień zakładzie rowerowym. Tym śmierdzącym smarami, gumą i metalem, do którego chadzałem ze swoim mistralem. Przetrwał jakimś cudem.
Siouxie natomiast nie przetrwała. Tu, na róg 1 Maja i Niepodległości, przychodziło się na piwo i jointa i nikt specjalnie nie zwracał uwagi na to, że wewnątrz lokalu rozprzestrzeniał się ów specyficzny zapach. Było głośno, ponuro, alternatywnie, dobrze. Jadło się tosty z serem i keczupem, na gastrofazę w sam raz. Dzisiaj po drugiej stronie witryny resztki jakiegoś biurka, regału, krzesła obrotowego. W naszej Siouxie ktoś chciał zarabiać pieniądze, ale chyba mu to nie wyszło.
Plac Wiejski, kolebka tego miasta. Z kiblem i kontenerem na odpady, pachnącą pieczywem pogadalnią, ze zdewastowanym uroczo budynkiem, z ubecką katownią, ze wspomnieniem jointa i tosta, z tym całym bagażem. Żyje całkowicie po swojemu. Z godnością wypiął się na Monciak, jakby chciał zbojkotować wszystko, co teraz dzieje się w tym mieście.
Bez żalu zapomniał o przynależnym mu zaszczytnym mianie kolebki. Do niczego nie jest mu ono potrzebne.
Szwedzi
Z gościńca dawno już znikły kolczugi i kirysy. Teraz królują kapelusze i - niekiedy - peruki. W miejsce solidnych wozów, zbudowanych z grubo rżniętych desek albo nieociosanych pali, pojawiły się bogato zdobione karety. Nie dość szybko czmychający przed nimi włościanin już nie oberwie przez kark zwykłą drewnianą pałą, tylko szablą, daj Boże trzymaną na płaz.
Taki obrazek, wyobraźmy go sobie.
Jest dość ciepły kwietniowy wieczór. Do placu Wiejskiego od strony Przylądka Dobrej Nadziei, czasem także od zabudowań folwarcznych zlokalizowanych przy dworach, dobiegają śmiechy, wesołe pokrzykiwania, słowa nieprzystojne lub wręcz plugawe. Tak się bawi plebs, włościanie i mężczyźni zajmujący się wojaczką.
Znacznie ciszej jest w samych dworach i w przylegających do nich ogrodach. Na przykład w pałacyku gdańskich patrycjuszy, rodziny Rogge, znajdującym się tuż przy granicy placu po jego zachodniej stronie, czy w Dworze Francuskim na szczycie skarpy, skąd rozciąga się widok na morze, lub w domu zakupionym przez Wejherów, którzy wyrugowali stąd ostatniego Kaszubę, sołtysa. Teraz gospodarzą tu Steffenowie, kolejni bogacze z Gdańska. W tych rezydencjach jest spokojniej niż w karczmie, ale nie znaczy to, że nic się tam nie dzieje. Wręcz przeciwnie, słychać dźwięki przygrywającej orkiestry. Przez ogrodzenie i żywopłot w gęstniejącym mroku można dostrzec przechadzające się grupki mężczyzn i towarzyszące im damy w długich sukniach. Tak się bawią gdańscy patrycjusze ze szwedzką arystokracją.
Póki wieczór młody, obydwie grupy trzymają się od siebie na dystans. Żołnierze, stajenni, służba nie mają czego szukać na dworskich balach, które odbywają się tuż obok, za ogrodzeniem. Z kolei dobrze urodzeni nie mają zamiaru opuszczać wykwintnych bali. Przynajmniej na razie. Później, po zmroku albo nad ranem, niejeden oficer zawita do karczmy, która ostatnio, od kiedy we wsi zamieszkali Szwedzi, zamieniła się w regularny zamtuz.
W Przylądku Dobrej Nadziei coraz większy tłok, z czasem goście nie mieszczą się wewnątrz budynku, jedzą i piją, obsiadłszy służące za ławki pnie drzew ułożone na skraju drogi przed knajpą. To głównie mężczyźni - wąsaci, brodaci, w rozchełstanych koszulach, w kapeluszach z szerokimi rondami na głowach i wysokich skórzanych butach. U boku mają szpady, szable, rapiery. Towarzyszą im kobiety, specjalnie sprowadzone z Gdańska i z dalszych rejonów. Jeszcze bardziej rozchełstane niż oni sami, siedzą im na kolanach, piją równo, czasem odchodzą na bok z którymś z żołnierzy. Pełno tu osobników wszelkiego podejrzanego autoramentu, którzy - jak to zwykle bywa w takich sytuacjach - na wieść o tym, co się dzieje we wsi koło Oliwy, ściągnęli z całej okolicy w poszukiwaniu przygody lub zarobku. Lub jednego i drugiego.
Raz po raz przez środek placu przechodzą grupki mężczyzn i kobiet. Z biegiem wieczoru jest ich coraz więcej i więcej, plac Wiejski się zaludnia. Mijają się hrabiny i prostytutki, grafowie i rajtarzy, muszkieterowie i wieśniacy, matrony i spłoszone dziewice. Zewsząd hałas, muzyka, śpiew. W Sopocie atmosfera karnawału.
Miejscowe dziewczyny od kilku tygodni nawet nie zaglądają do Sopotu, ojcowie i mężowie wywieźli je do Kacka, Świemirowa czy Gręzowa. Albo zakwaterowali w folwarku w Karlikowie, gdzie jest znacznie spokojniej i bezpieczniej. Byle dalej od centrum wsi, karczmy i wiecznie pijanych Szwedów, bliżej zaś do króla polskiego Jana Kazimierza, który - co by nie mówić - swoim majestatem powoduje, że jako taka dyscyplina pozwala jakoś przetrwać trudny dla miejscowych czas.
Od marca do maja 1660 roku w Sopocie stacjonowała szwedzka delegacja wyznaczona do rozmów pokojowych w Oliwie. Polska szlachta zajmowała posiadłości kilka kilometrów dalej na południe, w Oliwie i Strzyży. Król Polski natomiast zatrzymał się w sąsiedzkim wobec Sopotu Karlikowie - chciał być blisko strony szwedzkiej, mieć oko na adwersarzy. Zapewne starał się zdobyć informacje, wszak wiedza o zamiarach negocjacyjnych przeciwnika jest w takich sytuacjach bezcenna.
W Karlikowie "dwór królewski rozwinął przepych zdumiewający. Tak świetnego zjazdu Copoty, póki istniały, nie widziały i po raz drugi zapewne widzieć nie będą. Królowa, sama piękna, była otoczona koroną urodziwych kobiet, pomiędzy któremi odznaczała się nadzwyczajną urodą Marya Kazimiera, córka markiza Ludwika d'Arquien, żona Jana Zamojskiego, późniejsza małżonka Jana Sobieskiego. Pięknie przedstawiała się gwardya królowej w swych purpurowo-jedwabnych mundurach"10. Autor tych słów, Wiktor Kulerski, piszący je u schyłku XIX wieku, nie mógł być obecny na królewskich przyjęciach w Karlikowie wiosną 1660 roku, podobnie zresztą jak autor słów powyższych nie mógł widzieć na własne oczy pijanych Szwedów na placu Wiejskim. Pozostaje więc bazowanie na źródłach historycznych: "Jak informują historycy niemieccy, uczty urządzane w kwaterach szwedzkich były bardzo hałaśliwe i raziły nadmiernym przepychem, w odróżnieniu od skromnych, lecz wytwornych przyjęć w kwaterze królewskiej"11.
Czyżby? W porządku, niech będzie, skoro taka właśnie legenda utrwaliła się na temat szwedzkich i polskich balów urządzanych w Sopocie wiosną 1660 roku. Utrwaliła się, weszła do zbiorowej pamięci i jest powtarzana w przewodnikach i bedekerach. Grzeczni Polacy i niegrzeczni Szwedzi.
Pierwsi w mieście patoturyści, których mieszkańcy unikają, jak tylko mogą.
Katastrofa
Jest i drugi rysunek placu Wiejskiego w tym samym "Roczniku Sopockim"12. Jak głosi podpis, plan już nie jest "hipotetyczny" i odnosi się do roku 1700. Na planie nie widać co prawda wielu nowych budynków, ale tereny wokół placu Wiejskiego podzielone są na działki. Na rysunku oznaczone numerami, według opisu przyporządkowanymi do dworów. A jest tu ich teraz sporo.
Wiek XVII w historii Sopotu określany jest mianem "okresu patrycjuszowskiego". Okres ten kończy się gwałtownie i tragicznie. Początek końca to wizyta we wsi kolejnego polskiego króla, Stanisława Leszczyńskiego.
Nie wnikając w geopolityczne szczegóły: we wrześniu 1733 roku popierany przez Francuzów i polską szlachtę Stanisław Leszczyński zmierza do Gdańska, by schronić się przed zbliżającą się do Warszawy armią powołaną przez zwolenników Augusta II Sasa. Rosjanie i Sasi mają chrapkę na polski tron i "proponują" Augusta. Tego typu spory w owym czasie nierzadko rozstrzygało się za pomocą prochu strzelniczego. Leszczyński w Gdańsku czeka na posiłki z Francji. Pod koniec września wpada z wizytą do Sopotu, do Dworu Francuskiego, który stoi nieopodal placu Wiejskiego, w miejscu dawnego "założenia obronnego", gdzie jeszcze żywa jest pamięć o "szwedzkich balach". Czego tu szuka? Być może załatwia jakieś dyplomatyczne interesy, wszak posiadłość należy do wpływowej rodziny Borkmanów. 2 października w ostatnim momencie udaje mu się zbiec przed oddziałem kozackim, który został wysłany, by ująć polskiego monarchę. Wściekli Kozacy palą całą wieś, wszystkie dwory, wszystkie wiejskie chaty, nie zostaje kamień na kamieniu.
Inna wersja tej historii - także opisana przez Franciszka Mamuszkę w książce Sopot - jest może mniej przygodowa, ale równie tragiczna. Podczas oblężenia Gdańska, w którym ukrył się Stanisław Leszczyński (trwało to prawie cztery miesiące, od marca do lipca 1734 roku), oddziały rosyjskie paliły i łupiły wszystkie wsie wokół grodu nad Motławą. Sopot także podzielił ten los.
"Przez blisko dwadzieścia lat po tej katastrofie Sopot był opustoszałym pogorzeliskiem. Patrycjusze gdańscy, wyniszczeni długotrwałym oblężeniem i olbrzymimi kontrybucjami, zrezygnowali z odbudowy swoich rezydencji w Sopocie. W tej sytuacji opuszczone posesje objęli właściciele gruntów, opaci oliwscy"13.
Sopot w ten sposób szykował się do kolejnego początku. Ale nie nastąpił on od razu. Ten Feniks odradzał się z popiołów długo i mozolnie, między innymi dzięki niejakiemu Józefowi Przebendowskiemu, który wykupił większą część zrujnowanych posiadłości. Jeden z dworów zasiedlił inny polski hrabia - Kajetan Onufry Sierakowski, a w zasadzie jego była żona, Helena Dzieduszycka.
Tak to już jest, że gdy mówi się i pisze o Sopocie w wiekach XVI-XIX, wymienia się najczęściej tylko nazwiska możnych, właścicieli, arystokratów czy nawet królów. To niesprawiedliwe i mylące.
Bo przecież mieszkali w Sopocie również ludzie prości, zwyczajni, miejscowi Kaszubi, sięgający swoimi korzeniami setek lat wstecz. Zostali przepędzeni z centrum wsi. Zamieszkali przy plaży. I nie jest to anonimowa, bezkształtna masa, którą można określić tylko jednym pojęciem "rybacy", żeby sprawę załatwić. W 1772 roku w Dolnym Sopocie mieszkało w sumie sześćdziesiąt dziewięć osób. Zapisano ich nazwiska: Koehler, Abraham, Czinski, Korowski, Adlero, Zereith, Zehri, Schulz, Zeicke, Schreiber14.
"Byli to ludzie ubodzy, pozbawieni jakiegokolwiek inwentarza żywego, poza rodziną Christiana Zeicke, właściciela jedynej w osadzie krowy"15.