1.
Zawiana śniegiem ulica. Przechodnie z podniesionymi kołnierzami.
Z tramwaju wysiada Justyna. Jest w granatowym płaszczu z barankowym kołnierzem. Spod granatowego beretu spływa na plecy warkocz. W ręku niesie futerał ze skrzypcami. Pod pachą płaską teczkę z nutami. Rozgląda się, szukając wejścia do kamienicy, gdzie ma się odbyć próba.
Rozlega się daleki jęk sygnału, który wypłasza przechodniów z chodnika. Na widok zajeżdżających "bud" z żandarmami ludzie znikają w bramach.
Justyna zostaje prawie sama na chodniku. Zajeżdża "buda" z ustawionym na dachu szoferki karabinem maszynowym, nad którym tkwi żandarm w hełmie. Justyna idzie przed siebie. Przed nią wyrasta zwarty kordon żandarmów. Podnosi oczy. Widzi twarze, ocienione okapem hełmu.
- Keine Durchgang - żandarm każe jej zawrócić. Justyna patrzy na niego jak obudzona z jakiegoś snu.
x
- Przepraszam za spóźnienie - Justyna pospiesznie zdejmuje płaszcz w przedpokoju mieszkania, gdzie miała się odbyć próba. - Jakaś łapanka na ulicy...
Dziewczyna upuszcza teczkę z nutami. Schyla się po nią równocześnie z mężczyzą średniego wzrostu, z lekko kręconymi włosami, który na czubku głowy ma już ślady okrągłej tonsurki. Ręce Henryka i Justyny stykają się na teczce. Henryk przytrzymuje dłużej rękę dziewczyny, jak lekarz badający puls.
- Pani drży. Tak się pani przestraszyła żandarmów?
- Raczej pana. To znaczy egzaminu - poprawia się szybko Justyna.
- Co pani zagra? - Henryk przerzuca nuty, które wysypały się z teczki. - Widzę sporo Bacha, concerto grosso Torelliego, koncert Haendla...
Podnosi oczy znad nut. Widzi wbite w siebie spojrzenie Justyny.
- Dlaczego jest pani stremowana? Ja nie jestem groźny.
- Pierwszy raz widzę pana z tak bliska...
- A kiedy widziała mnie pani z daleka? - pyta Henryk, a na jego ustach pojawia się tak charakterystyczny dla niego półuśmieszek, który jakby zapowiada, że nic, co on mówi, nie należy brać tak do końca na serio.
- W 39 roku byłam z rodzicami w filharmonii. Miałam wtedy szesnaście lat - Justyna odpowiada jak uczennica wywołana do tablicy. - Grał pan wtedy Vivaldiego.
Uśmiecha się do niej, bierze ją za rękę, wprowadza do pokoju. Przy oknie tkwi łysy mężczyzna, Henryk Szyper przedstawia go jako Profesora.
- Bez nazwisk - uśmiecha się krzywo Profesor i gestem głowy wskazując na ulicę za oknem, dorzuca wyjaśniająco: - Takie czasy, że lepiej wszystkiego o innych nie wiedzieć.
Na pulpicie rozłożone nuty. Justyna stara się opanować tremę. Czuje na sobie spojrzenia Szypera i Profesora. Gra suitę Bacha. Myli się. Podejmuje frazę na nowo. Znad skrzypiec zerka nerwowo w stronę Henryka, wciśniętego w róg kanapy.
Szyper ma zamknięte oczy, jakby spał albo się modlił. Gestem głowy potakuje taktom. Nagle zaczyna nucić motyw suity równo z dźwiękiem, wydobywanym przez smyczek. Justyna czuje, że ten akompaniament niesie ją, dodaje jej skrzydeł.
Profesor patrzy na dziewczynę jak belfer, sprawdza czujnym okiem ruchy jej kiści, prowadzenie smyczka.
Henryk odchyla się do tyłu na oparcie, nie otwiera oczu, od czasu do czasu rzuca urywane uwagi: - Głębiej, głębiej... Teraz stavagante! To ma wyrażać zaskoczenie szczęściem... Przecież ono się tam nieśmiało czai... Nie tak, nie tak! To jest acciacatura! Przelatujemy tę nutę szybko!
Powieki Szypera wciąż są zamknięte, ale jakby czytał nuty, które Justyna w tej chwili zamienia w dźwięki. Dziewczyna gra coraz lepiej, ale pod koniec utworu głos Henryka wytrąca ją z płynności: - Teraz musi pojawić się pierwiastek żeński! Trochę płaczu, o, tak właśnie, to ma płynąć jak życie! Nie ma radości bez smutku...
Justyna kończy. Trzyma skrzypce i smyczek w opuszczonych dłoniach. Henryk Szyper powoli otwiera oczy, jakby się budził z głębokiego snu. Podnosi się z kanapy. Podchodzi do Justyny.
- Każdy koncert, każdy utwór to dramat i tak go trzeba przeżywać...
- Nie wyszło mi...
- Kto to powiedział? - ogląda się na Profesora, który coś notuje wiecznym piórem w notesiku. Henryk przenosi wzrok na twarz Justyny, jakby chciał z niej wyczytać, czy jest już w dziewczynie psychiczna gotowość zrozumienia jego uwag, że każdy koncert to nie tylko zmaganie się solisty z muzyką, ale muzyki samej z sobą, muzyka jest dramatem, a dramat to walka, w orkiestrze są kontrabasy i skrzypce, w chórze basy i soprany, w życiu pierwiastek żeński i męski, siła i poddanie, nie może być eksplozji, jeśli przed nią nie było ciszy, nie może być radości, jeśli nie było smutku...
Stoi przed nim w granatowej sukience z białym kołnierzykiem, w tych idiotycznych pończochach w prążki i nagle czuje, że Szyper patrzy w tej chwili na nią nie jak na uczennicę, lecz jak na kobietę.
- Czy była już pani kiedyś zakochana?
- Dlaczego pan pyta?
- Ja przekażę pani swoje doświadczenie: muzyka jest jak wielka miłość - rzuca z tym swoim półuśmiechem, jakby dawał do zrozumienia, że nie przyjmuje w pełni odpowiedzialności za to, co zaraz powie. - A miłość to dialog tego, co jest najgłębsze w człowieku, z tym, co jest "naj" w tym drugim. I dlatego miłości nie wolno odkładać na kiedyś, ona nie ma przyszłości, zawsze musi być tu i teraz...
W tej chwili zza zamkniętego okna rozlega się seria karabinu maszynowego. Profesor dopada okna. Wygląda ostrożnie.
x
Na ulicy po przeciwnej stronie leżą pod murem ciała rozstrzelanych w ulicznej egzekucji. Pochyla się nad nimi żandarm z parabellum w ręce.
x
Profesor odwraca się od okna. Jest blady. Justyna dobiega do okna. Za nią staje Henryk. Kiedy Justyna odwraca się, kryjąc twarz w dłoniach, słyszy wypowiedziane blisko słowa Szypera, które brzmią jak zwierzenia: - Szczególnie w takich czasach niczego nie wolno odkładać na kiedyś. Ani sztuki, ani miłości.
I wtedy przywiera do niego całym ciałem. Dygocze tak, że jej kolana uderzają o siebie. Henryk przytula ją. Czuje na swoich skulonych ramionach ciężar jego ramienia.
- Ja panią przyjmuję na swój kurs - mówi ciepło. Justyna podnosi oczy i już wie, że stało się, że nie przyszła tu tylko na egzamin. Przyszła wybrać swój los.
JUSTYNA
...Tak, wtedy stało się to, co zapowiedziała moja babcia Maryjka: to przyszło! I poczułam, jak dotąd byłam samotna, bo każdy dzień oczekiwania na spotkanie z nim był męczarnią. Liczyłam godziny do naszych lekcji i zajęć na kursie skrzypiec, które zaczęły odbywać się także od czasu do czasu w naszym domu na Czarnieckiego. Wokół była wojna, okupacja, wszyscy trzęśli się ze strachu, a ja nagle przestałam się bać, bo kto kocha, ten może się bać tylko tego, że straci swoją miłość...
...Czy ja wiem, może już kiedyś, przedtem, byliśmy sobie przeznaczeni? Przecież na tej próbie widziałam go nie po raz pierwszy. Kiedy miałam szesnaście lat, wtedy po koncercie Vivaldiego czekałam na niego z przyjaciółką, by wpisał się nam do sztambucha, ale on wyszedł nie sam, prowadził pod rękę taką aktorkę, Dora Fakiel się nazywała, potem w czasie okupacji zmieniła nazwisko na Fok, szli jak zakochani, a w niecałe trzy lata później, już tego pierwszego dnia czułam, że patrzy na mnie jak na kobietę. Przecież nie on pierwszy tak na mnie spojrzał, dlaczego więc przeniosłam to jego spojrzenie przez ulice Warszawy do domu, zatrzymałam je na drugi dzień, na trzeci, setny, tysiączny i mam je w sobie do dziś?
...Nie, nie będę dalej pana raczyła tą opowieścią. To takie okropnie banalne! Mistrz i uczennica. Panienka z mieszczańskiego domu na Żoliborzu - i sławny wirtuoz. Doświadczony pożeracz serc - i niewinna gęś, do której znajomi ojca mówili "panienko" i która rumieniła się, gdy matka mówiła przyciszonym głosem do ojca, że "ciotka Stefa śpi ze swoim sublokatorem". To ona, kiedy usłyszała, że nasz kurs skrzypiec ma prowadzić Henryk Szyper, powiedziała: "On się prowadzał przed wojną z tą Dorą Fakiel, która zmieniała mężczyzn jak rękawiczki, ale i on sam nie lepszy. Słyszałam, że to pożeracz serc"... Pożeracz serc! Słyszy pan, jak to brzmi? A wtedy traktowano takie określenia poważnie...
... Jaki on był naprawdę? Jak wyglądał? Wie pan, prawdziwi artyści zawsze wyglądają trochę tak, jakby przyszli do nas z innego czasu: jedni z przeszłości, inni z przyszłości. On sprawiał wrażenie kogoś, komu historia nie przeszkadza być sobą, żył, jakby wokół nie było okupacji, rozstrzeliwań, łapanek; dla niego wojna była jakby antraktem w jego nieustającym koncercie, bo on wszystko, co robił, starał się podporządkować sztuce. Na zajęciach naszego kursu mówił nie tylko o ustawianiu barku, o pracy nadgarstka, ale wciąż powtarzał: "Ja wierzę tylko w sztukę, bo inaczej przestałbym wierzyć w ludzkość", albo "Ja wiem, że nie zmienię świata, mogę go tylko na chwilę podporządkować swojej sztuce, ale po to muszę być lepszy od innych"... Tak, on każde prawie zdanie zaczynał od "ja", czuło się, że jest dla siebie najważniejszy, że wszystkie kwiaty naokoło mają pachnieć dla niego, i dlatego Romek, jeden z kolegów naszego kursu, nazywał Szypera nie bez pewnej złośliwości "nasz Veracini". Może pan przeczytać w encyklopedii, że ten włoski skrzypek z XVIII wieku, który jako wirtuoz wszechwładnie panował zarówno nad gryfem, jak i nad smyczkiem, był tak zarozumiały, że mawiał o sobie: "Jeden jest Bóg i jeden Veracini", więc Henryk miał już poprzedników, ale oni nie żyli w czasach tak okrutnej pogardy dla człowieka i Henryk - powtarzając nam wciąż, że jedynym zadaniem artysty jest opanować swoje tworzywo, by ocalić sztukę dla przyszłości - kazał nam wierzyć w sens tych bezustannych ćwiczeń, by opanować gamy, smyczkowanie czy grę flaudato, to znaczy nauczyć się grać na instrumencie bliżej samego gryfu, by nadać tonom charakter miękki, bardziej fletowy...
...Wtedy fakt, że żył i mówił tak, jakby nie dotyczyła go ta wojenna rzeczywistość, mógł wydawać się drażniący, ale teraz wiem, że miał do tego prawo, bo jeśli ktoś jest w czymś naprawdę wielki, to świat jest dla niego tylko echem krzyku jego duszy... Uprzedzałam pana, że ktoś, kto używa tak archaicznych sformułowań rodem z młodopolskiej literatury, nie nadaje się na narratora serialowej story...
...Pyta pan, jak wyglądał? Po co opisywać kogoś, kogo nikt nie może i tak zobaczyć moimi oczyma? Przecież nie ma na świecie takiego aktora, którego ja bym zaakceptowała do tej roli! Nikt nie może mieć takich oczu, które umiały patrzeć, nawet gdy były zamknięte, tak, bo nieraz na lekcjach myśmy grali, a on widział wszystko, a jeśli sam brał skrzypce i grał, żeby nam zademonstrować, jak uzyskać wibrację dźwięku, przymykał powieki do połowy, jakby się bał, że żar jego ciemnych oczu może kogoś poparzyć... Włosy? Włosy miał lekko kręcone, spadały mu za uszami, ale pośrodku głowy miał taką łysinkę, jak tonsura zakonnika, śmiał się, że w dzieciństwie wytarł to sobie, przebywając chętnie pod stołem, by obserwować nieskromne zachowania dorosłych, ale moja matka powiedziała po pierwszej lekcji, jaką miał u nas Henryk, że ta tonsurka to niechybny skutek rozpusty, znak lubieżnych skłonności, a powiedziała to po tym, gdy przez drzwi posłuchała jego zwierzeń z pobytu w Paryżu. Chłopcy - bo na tym kursie było trzech moich rówieśników, Romek, Leszek i Jarek - słuchali tego z zachwytem, a choć Henryk zaczynał zwykle snuć te opowieści, kiedy ja szłam do kuchni zrobić herbatę z ersatzu - zwykle to była suszona róża - to i tak wiedziałam, że adresuje je do mnie, żebym uwierzyła w jego wciąż powtarzane tezy, że artysta grzeszy tylko wtedy, kiedy zdradza swoją sztukę...
... Och, czy ma to sens powtarzać, czym Henryk raczył swoich uczniów? To wszystko wydaje się teraz takie niewinne, takie śmieszne, choć budziło grozę u mojej matki. Zresztą Henryk robił to z tak czarującym półuśmieszkiem, że nic nie było naprawdę brudne, a jeśli nawet brudne było tło - te domy schadzek, lokaliki, tancbudy - to w dziwny sposób miało się przekonanie, że on się tam nie ubrudził, że był tam jedynie po to, by udowodnić sobie i innym, że artysta jest jakby ponad wszelkie normy, że wolno mu wszystko, z wyjątkiem zdrady sztuki i swego powołania. Potrafił zresztą sam się z siebie śmiać, choć tę historię z Paryża też zaczął - jak zwykle - od "ja": "Ja wam mówię, że natchnienie można uzyskać patrząc nie tylko w niebo, ale i pod cudze nogi". Tak zaczął tę relację z pierwszej młodzieńczej wizyty w Paryżu: wybrał się do lokalu, gdzie trzeba było zapłacić słone ceny za obiecane niezwykłe atrakcje erotyczne. Portierzy naganiali publiczność słowami: "Jeśli jesteś samotnym mężczyzną, wstąp do nas, nikt ci nie da tak niezapomnianych widoków!" Zapłacił za te obiecane widoki, ale poczuł się srodze zawiedziony, bo wszystkie obecne w lokalu damy były w długich sukniach, szczelnie zapięte pod szyję, a w miarę upływu czasu nic nie zapowiadało niezapomnianych przeżyć i widoków. Zwrócił się z reklamacją do dziewczyny przy wejściu, która stojąc w szerokim rozkroku przedzierała bilety następnym amatorom: "Bierzecie pieniądze, a nie dajecie za to nic!" Dziewczyna odpowiedziała z oszałamiającym uśmiechem: "Zapłaciłeś frycowe, kotku! Nie zawsze warto patrzeć w niebo!" - i gestem ręki wskazała mu lustro, na którym stała w spódniczce po kolana, za to bez dessous... Tak, to były te "męskie" zwierzenia mistrza, które chłopcom bardzo się podobały, a moją matkę najwyraźniej podniecały. A mnie? To śmieszne, ale ja się wstydziłam za tamtą dziewczynę. Za tę, która stała na lustrze. A na Henryka patrzyłam z pełną ciekawości grozą. Dlaczego? No tak, widać, że rozmawiamy prawie pół wieku później, kiedy nie trzeba jeździć do Paryża, żeby mieć w domu na video te widoki, jakie tamten lokal oferował w lustrze. Czułam, że to wszystko jest adresowane do mnie, że to sprawdzian, do jakich granic może się posunąć wobec "panny Justysi". Wiedziałam, że to wszystko jest nieustającym koncertem jego życia, że nie pomogą już obawy, że mogę być tylko antraktem w tym jego koncercie, tak, bałam się tego, ale równocześnie w tym przerażeniu była jakaś słodycz, nadzieja, a kiedy on po tej mszy w kościele Wizytek, kiedy grał Albinoniego, chwycił mnie na chórze za ręce i prawie głośno wykrzyczał: "Chcę cię mieć całą i to właśnie tu!" - zamarłam z przerażenia, ale poczułam, że ćma nic na to nie może poradzić, że spali się w płomieniu świecy...
...Nie, dłużej już nie chcę ciągnąć tej historii. I tak już zbyt daleko zabrnęłam w tę pułapkę. Przecież "Stradivarius" to tylko pretekst, sam pan wie, że w tych skrzypcach jest moja historia. Jaki to ma sens, by moje przeżycia stały się materiałem dla serialu, by sceny z mojego życia grali jacyś aktorzy, którzy nawet nie mają pojęcia, czym się wtedy płaciło za miłość? Moje życie, życie Henryka, podzielone na sekwencje, potem na sceny, wreszcie ujęcia - czy to nie byłaby wyprzedaż? Wiem, wiem, że trzeba dawać świadectwo, co znaczy być człowiekiem w nieludzkich czasach, ale przecież żadna gwiazda filmu nie przekaże tego, co ja czułam! Żaden aktor nie ożywi Henryka. Lepiej niech on pozostanie taki, jakiego pamiętam. Pan patrzy na te skrzypce i nic pan nie słyszy, prawda? A dla mnie one grają, one śpiewają tym dźwiękiem, jaki wychodził spod smyczka Henryka, słyszę tego "Stradivariusa" w bezsenne noce, słyszę to, czego nie zagrają żadne skrzypce w żadnym serialu. Na starość źle się śpi, mam dużo czasu, żeby przywoływać dźwięki z przeszłości, wyobrażać sobie koncerty, których on już nie zagrał, mam dużo czasu, żeby w poczekalniach przychodni reumatologicznych myśleć, jakie by było moje życie z nim, jakie by było, gdyby on ocalał... A może powinnam się cieszyć, że ta miłość, nie spełniwszy się do końca, ocaliła mnie od rozczarowań, kłótni i rozstań, które już nie nastąpią, bo umarli są obecni zawsze. Pewnie to życie, którego nie było, okazałoby się banalne, jak każda historia, opowiedziana po słowach kończących bajkę: "potem żyli długo i szczęśliwie". Mój Boże, wiem, że wszystko jest w końcu banałem, ale chyba ten, któremu sam wymyślasz zakończenie, jest piękniejszym banałem. Więc może tracąc wszystko, coś jednak zyskałam: szansę bezustannego dopisywania dalszego ciągu, którego nie będzie. Ale to jest moja sprawa i nie ma sensu o tym mówić. A tym bardziej wycinać z tego odcinek serialu...
... Dlaczego? Bo musiałby się znaleźć choć jeden człowiek, któremu warto byłoby to opowiadać.
... Jest ktoś taki pana zdaniem? Pana nie liczę. Pan jest profesjonalistą. Więc kto zostaje?... Ja?
... Dobrze, zastanowię się. Proszę do mnie zadzwonić, dam panu odpowiedź.