1 Jestem lekarzem oraz źródłem infekcji
Lin Qingchuan przyciska szpatułką język pacjenta i ogląda jego migdałki. Pacjent odruchowo kaszle. Lin czuje na twarzy powiew powietrza i instynktownie odchyla się do tyłu.
Dziesięć minut później pojawia się nieprzyjemne doznanie w gardle.
- Jakby biło w nim źródło flegmy - opowiada Lin.
Następnie przychodzi suchy kaszel. Po dwóch godzinach pojawiają się osłabienie i lekki ból gardła. "Jak przy ciężkim przeziębieniu".
Lin mówi swojemu koledze: "Złe wieści. Złapałem to".
W tamtym czasie termin "nowy koronawirus" nie był jeszcze w powszechnym użyciu. Lin zawiadamia swoich przyjaciół za pośrednictwem mediów społecznościowych, że mógł się zarazić wirusem "SARS plus". Znajomy lekarz ze Szpitala numer 1 w Wuhanie pisze w komentarzu: "Nie zwlekaj. Przyjeżdżaj natychmiast, pomogę ci znaleźć łóżko".
Lin nie korzysta z propozycji przyjaciela. Nie gorączkuje, objawy nie są poważne, więc postanawia poobserwować się przez dobę. Po tym czasie pojawia się ból w klatce piersiowej, ale to też na razie nie niepokoi Lina. Następnego dnia ból staje się ostry. Doktor udaje się do pracowni radiologicznej swojego szpitala i robi zdjęcie klatki piersiowej, które pokazuje, że dolna część prawego płuca jest zainfekowana wirusem. Błyskawicznie kontaktuje się z kolegą ze Szpitala numer 1. W odpowiedzi słyszy: "Bardzo mi przykro, ale brakuje łóżek nawet dla naszych własnych lekarzy".
To było 21 stycznia 2020 roku. Dwa dni później miasto zostaje zamknięte i rozpoczyna się siedemdziesięciosześciodniowy okres ucisku i cierpienia. Jednak z powodu blokady informacji i dezinformacyjnej polityki rządu jedenaście milionów mieszkańców miasta właściwie nic nie wie o groźnym wirusie. Zbliża się chiński Nowy Rok, rodziny gorączkowo robią zakupy na święta. Lin Qingchuan i jego koledzy są pełni najgorszych obaw. Zdają sobie sprawę, że wirus się rozprzestrzenia, choć bardzo niewielu ludzi ośmiela się mówić o tym publicznie. "Uważaj na siebie i nikomu nic nie mów" - ostrzegają Lina najbliżsi.
Lin pracuje w niewielkim szpitalu okręgowym w Wuhanie. Mówi, że zwykle placówka przyjmuje dziennie dwóch, trzech pacjentów z przeziębieniem albo gorączką, ale w połowie listopada 2019 roku ich liczba zaczęła gwałtownie rosnąć.
- Przez osiem godzin dyżuru lekarz przyjmował dwadzieścioro pięcioro do trzydzieściorga pacjentów, z których połowa miała wysoką gorączkę. W tym wiele dzieci.
Chiński rząd jest o tym poinformowany. Wydaje ostrzeżenie grypowe typu A i nakazuje zamknięcie wielu szkół, ale nie wyjaśnia sytuacji. Lekarze zaczynają ostrożnie rozmawiać w mediach społecznościowych z przyjaciółmi i kolegami, komentując wzrost liczby przypadków gorączki oraz omawiając objawy. 8 grudnia ktoś informuje Lina, że w laboratorium Szpitala Tongji udało się zidentyfikować wirus nietypowego zapalenia płuc.
Tamtego dnia Lin Qingchuan zaczyna nosić maseczkę. W okolicach Bożego Narodzenia wkłada rękawiczki i okulary ochronne. Krążą coraz bardziej zatrważające plotki, kolejne szpitale zgłaszają przypadki zakażeń. Lin mówi swoim przyjaciołom, że lada dzień dojdzie do wybuchu epidemii, lecz tylko nieliczni dają wiarę jego słowom. Robi zapasy artykułów żywnościowych i warzyw. Maseczki jeszcze nie podrożały, kosztują zaledwie trzynaście fenów[1] za sztukę i Lin kupuje trzysta sztuk dla swoich starych rodziców. Ta liczba wydaje mu się wystarczająca.
- Wszyscy myśleliśmy, że to wirus atypowego zapalenia płuc. Nikt nie przypuszczał, że zaczyna się koszmar - wspomina.
31 grudnia Miejski Komitet Zdrowia ogłasza, że odnotowano dwadzieścia siedem przypadków "wirusowego zapalenia płuc", ale nic nie wskazuje na to, by "wirus przenosił się z człowieka na człowieka". Stwierdza też: "chorobie można przeciwdziałać i da się ją kontrolować".
Tego samego dnia ta sama instytucja wydaje wewnętrzne "powiadomienie o sytuacji kryzysowej", w której "wirusowe zapalenie płuc" jest już "zapaleniem płuc o nieznanej przyczynie". Komitet nakłada na szpitale obowiązek powiadamiania władz o każdym nowym przypadku. Lin publikuje ten dokument na swoim profilu w mediach społecznościowych i dodaje w komentarzu: "Proszę was wszystkich, noście maski, szerzy się H-typowe zapalenie płuc". Specjalnie przekręca słowo "atypowe", żeby zmylić rządową cenzurę. Cztery godziny później dodaje: "Na waszym miejscu kupiłbym zapas maseczek". Wieczorem wrzuca zdjęcie maseczki i pisze, by nie wychodzić bez niej z domu.
Lin wie, że publikowanie takich rzeczy w mediach społecznościowych jest ryzykowne. Widział w wiadomościach materiał o ośmiu lekarzach zatrzymanych za "rozpowszechnianie niesprawdzonych pogłosek", mimo to uważa mówienie prawdy za swój obowiązek.
- Nawet gdyby usłyszała mnie tylko jedna osoba, nadal warto to robić.
Kiedy 3 stycznia pierwszy przypadek tajemniczej choroby zostaje wykryty w Hongkongu, Lin wyraża w mediach społecznościowych nadzieję, że tamtejszym służbom medycznym uda się wykryć przyczynę jej występowania. Nie liczy już na "załganych ekspertów rządowych", których nazywa eksplujtami, bo "są gotowi wypluć z siebie każde kłamstwo, jakie każą im wypluć ich zwierzchnicy". Pyta ich: "Nie macie wyrzutów sumienia?".
Na początku stycznia, kiedy Wuhan w harmonijnym, radosnym nastroju przygotowuje się do świętowania Chińskiego Nowego Roku, niepokój Lina rośnie. W grupie lekarskiej na chińskim komunikatorze internetowym WeChat publikowane są procedury leczenia, opracowywane przez poszczególne szpitale. Nie mają one jednak zatwierdzenia z góry. Pojawiają się informacje o kolejnych zgonach. Pewnego dnia w połowie stycznia cała rodzina przyjaciela Lina trafia do przepełnionego Szpitala Centralnego w Wuhanie (Wuhan Central Hospital). Kolega mówi mu, że pacjenci leżą po dwunastu w sali i że w tej, w której on jest, ostatniej nocy zmarły dwie osoby.
Teraz niemal każdy lekarz wie o śmiertelnych przypadkach: widział je sam albo słyszał o nich od kolegów. Krewni, przyjaciele, sąsiedzi... Umiera tylu ludzi, że służby nie nadążają z wywożeniem zwłok. Lecz w oficjalnych serwisach informacyjnych ani w komunikatach władz nie ma wzmianek o zgonach, nawołuje się w nich jedynie, by nie panikować: "nic nie wskazuje na to, że wirus przenosił się z człowieka na człowieka", a "chorobie można przeciwdziałać i da się ją kontrolować".
Dopiero 11 stycznia władze niechętnie potwierdzają pierwszy przypadek śmierci. Lin pisze rozzłoszczony na swoim profilu: "Podnieście wzrok trzy stopy w górę, Bóg tam jest", co oznacza: "Niebiosa na was patrzą, strzeżcie się ich gniewu". Tydzień później ostro krytykuje lekkomyślne decyzje władz: "Wysyłacie lekarzy, żeby w miejscach publicznych mierzyli ludziom temperaturę, ale nie zapewniacie im środków ochrony osobistej i nie pozwalacie im ich używać. Chcecie, żebyśmy byli ostrożni, ale żebyśmy tego po sobie nie pokazywali. Za kogo wy nas macie?". Także w rozmowach nie kryje wściekłości.
- Wiedzieliśmy, że codziennie umierają ludzie - mówi - a oni powtarzali w kółko, że nie ma śmiertelnych przypadków. Już wtedy lekarze stracili zaufanie do władz.
Kiedy kilka miesięcy później wspomina tamten czas, targają nim złożone uczucia. Niepokojowi i złości towarzyszy też nieokreślony strach. Jeden z jego bliskich przyjaciół, lekarz z oddziału chorób układu oddechowego w Szpitalu Tongji, zmuszał swoją rodzinę do przyjmowania leków antywirusowych, nie wyjaśniając powodu. Dopiero później Lin się dowiedział, że budząca postrach Centralna Komisja Kontroli Dyscyplinarnej Komunistycznej Partii Chin oraz administracja placówki zakazały lekarzom wynoszenia prawdy poza mury szpitala.
- Tak się bał, że nie powiedział nawet swojej żonie - opowiada Lin. - Nikt by się nie dowiedział, o czym między sobą szepczą, mimo to się nie odważył, bo gdyby ich mimo wszystko przyłapano, straciłby pracę i źródło utrzymania... To byłby koniec. Tak wielkie rozmiary przyjmował strach.
Lin Qingchuan nie był pierwszym ani ostatnim lekarzem, który "to złapał". 21 stycznia w małym szpitalu rejonowym, gdzie pracuje, wirusem jest już zakażonych ośmioro lekarzy i pielęgniarek. W następnych dniach ta liczba szybko rośnie: czternaścioro, osiemnaścioro, dwadzieścioro dwoje. Wszyscy lekarze i pielęgniarki z pierwszej linii frontu są zakażeni. Nikt nie uniknął wirusa. Lin uważa, że należy zamknąć szpital i odizolować personel.
- W końcu wszyscy zachorowali i prowadzenie szpitala musiała przejąć księgowość.
23 stycznia, w dniu, kiedy władze zamknęły Wuhan, Lin zostaje w domu i zaczyna się sam leczyć. "Jednogramowa dawka amoksycyliny postawi mnie na nogi w trzy do pięciu dni" - pisze w mediach społecznościowych. Jest nastawiony optymistycznie: "Jeśli w ciągu dziewięciu dni nie umrę, będę żył".
Nazajutrz wypada wigilia Chińskiego Nowego Roku. Lin zjada prosty posiłek złożony z wieprzowiny smażonej z papryczkami chili i ryżu. Jest przygnębiony. Na swoim koncie ostro krytykuje rząd, który nie wypełnia swoich obowiązków: "Zakażeni pacjenci nie są odizolowywani, nikt nie dezynfekuje ogólnie dostępnych pomieszczeń. Co gorsza, personel medyczny nie otrzymuje środków ochrony osobistej". Kilka godzin później zamieszcza apel: "Walczymy z wirusem własnymi płucami. Błagam, wydajcie nam okulary ochronne".
Wieczorem 25 stycznia szpital powiadamia Lin Qingchuana, że cały personel musi wrócić do pracy. Doktor próbuje protestować. "Nadal zarażam - tłumaczy dyrektorowi placówki. - Jak w takim stanie mogę leczyć pacjentów?" Dyrektor nie pozostawia mu jednak wyboru. "To polecenie z góry. Jeśli nie jest pan oficjalnie zdiagnozowany, musi pan wrócić do pracy".
Przyjaciele proszą Lina, żeby tego nie robił, ale on myśli o swoich kolegach. "Jeśli nie stawię się w pracy, cała robota spadnie na nich. Jestem lekarzem, a także źródłem infekcji. Co za kompromitacja".
Przez następne dni Lin żyje w chaosie lockdownu, zmaga się z brakami w zaopatrzeniu, pogrąża w nieutulonym smutku. W szpitalu rejonowym jest tylko jedno opakowanie lekarstwa na obniżenie gorączki, brakuje środków przeciwzapalnych, okularów i fartuchów ochronnych. Pozostało zaledwie czterdzieści masek. Nie ma nawet termometrów. Wszyscy lekarze i pielęgniarki kwalifikują się jako osoby "prawdopodobnie zakażone" albo takie, które "miały bliski kontakt z zakażonym", lecz mimo to na polecenie władz muszą się włączyć do walki, w której mogą stracić życie.
Stan Lina się pogarsza. 28 stycznia, w czasie dyżuru na oddziale ambulatoryjnym, nagle zaczyna odczuwać ostry ból w klatce piersiowej.
- Taki rodzaju bólu nazywamy śmiertelnym - opowiada.
Zdenerwowany prosi kolegów o konsultację. Znajoma lekarka zaleca lewofloksacynę, antybiotyk o szerokim zakresie działania, który stosuje u pacjentów z podobnymi objawami. Przepisuje mu pięć opakowań. Następnego dnia Lin ordynuje sobie kroplówkę i wraca na nocne dyżury.
Zgodnie z zaleceniem władz szpital okręgowy musi się ograniczyć do segregacji medycznej (triażu) i przeprowadzania wstępnych badań lekarskich. Pacjenci z wysoką gorączką - bez względu na swój stan - są zmuszeni dotrzeć o własnych siłach do oddalonego o kilka kilometrów szpitala Wuhan Pu'ai, wyznaczonego na szpital covidowy. Ponieważ w czasie lockdownu obowiązuje zakaz poruszania się prywatnymi samochodami, chcąc nie chcąc, zazwyczaj mozolnie wędrują tam pieszo.
- Młodzi jakoś dają radę, ale większość starszych, którzy poszli, już do nas nie wraca.
W szpitalu Wuhan Pu'ai panuje chaos. Pod koniec stycznia Lin Qingchuan dowiaduje się, że choroba pokonała cały personel szpitalnego oddziału ratunkowego. Do przyjmowania pacjentów zostają skierowani lekarze z oddziałów wewnętrznego, chirurgii urazowej i neurologicznego. "Chorzy zajmowali każdy skrawek podłogi, a niektórym w ogóle nie udawało się dostać do środka". Czasem ktoś prosi Lina o załatwienie karetki, która przewiozłaby go do szpitala Pu'ai. Lin dzwoni i dzwoni, ale zorganizowanie transportu medycznego jest prawie niewykonalne.
- Numer alarmowy sto dwadzieścia całkowicie się zablokował. Któregoś dnia powiedzieli mi, że jestem siedemsetny w kolejce - opowiada.
Lina otaczają niezliczone twarze, na których malują się niepokój i rozpacz. Słyszy skargi i błagania, ale nie może nic zrobić, ponieważ nie ma lekarstw, a władze nie pozwalają jego szpitalowi przyjmować pacjentów.
Wieczorem 28 stycznia Lin odbiera telefon od kobiety, która mówi, że jej siedemdziesięcioletni ojciec zaczyna tracić przytomność. Błaga Lina o pomoc, ale on jest jedynym lekarzem na dyżurze i nie może opuścić miejsca pracy. Kilka godzin później ta sama kobieta informuje go przez telefon, że ojciec jest nieprzytomny, ma spłycony oddech i bardzo słaby puls. "Błagam pana, doktorze. Ktoś musi mi pomóc wsadzić ojca do samochodu, żebym mogła zawieźć go do szpitala. Sama nie dam rady".
Nazajutrz rano Lin, ledwo żywy ze zmęczenia, opuszcza oddział ambulatoryjny i aplikuje sobie kolejną kroplówkę. W jej trakcie odbiera trzeci telefon od tej samej kobiety. Tym razem w jej głosie słyszy rozpacz i jednocześnie spokój: "Mój ojciec umarł. Co teraz?".
To był najczarniejszy moment epidemii w Wuhanie. Jeszcze kilka miesięcy później Lin niechętnie o tym opowiada.
- Dla nas, lekarzy, bezradne patrzenie, jak pacjenci umierają bez żadnej pomocy... - urywa. - Byliśmy kompletnie bezużyteczni - dodaje po chwili.
Tamtej wiosny wlokącej się w nieskończoność Lin Qingchuan masowo podpisuje akty zgonu. Niektóre z nich są opatrzone adnotacją "do natychmiastowej kremacji". W rubrykę "przyczyna zgonu" najczęściej wpisuje "niewydolność oddechową", "zawał mięśnia sercowego" albo coś w tym rodzaju. Niezwykle rzadko - "zapalenie płuc" albo "infekcję układu oddechowego".
W styczniu przychodzi zalecenie z góry, żeby nie podawać zapalenia płuc jako przyczyny zgonu. Zostaje przekazane przez telefon, prawdopodobnie dlatego, żeby nie było śladów na papierze. Władze zorganizowały sieć informacji epidemiologicznej, łączącą wszystkie szpitale, głównie w celu gromadzenia danych o liczbie zachorowań i zgonów. 11 lutego Lin czyta w szpitalnej grupie na WeChacie instrukcję dla lekarzy wydających świadectwa zgonu: mają "zweryfikować sytuację". Zgodnie z nowymi wytycznymi, jeśli nazwisko zmarłego nie figuruje w rządowej sieci informacji epidemiologicznej, nie można wpisywać zapalenia płuc w rubrykę "przyczyna zgonu". Instrukcja jest najeżona wykrzyknikami: "W tym nadzwyczajnym okresie trzeba zachować wyjątkową ostrożność przy wpisywaniu zapalenia płuc albo infekcji układu oddechowego jako przyczyny zgonu!! Jeśli pacjent miał choroby towarzyszące, to właśnie one spowodowały zgon!".
W bezsenne noce do Lina powracają widok stygnących zwłok i jęki chorych.
Wybuch epidemii szybko wyczerpał niewielki zapasów materiałów medycznych i lekarstw. Pewnego ranka Lin wrzuca do internetu zdjęcie pomiętej maseczki. "Noszę ją od tygodnia, a dziś z wszelkimi honorami wyrzucę. Nie obawiajcie się, mamy wszystko, nie występują problemy z zaopatrzeniem, w naszej aptece jest zero-zero-zero-zero opakowań leków przeciwzapalnych".
Zdarza się, że chorzy, których nie ma czym leczyć, zaczynają się zachowywać histerycznie. Plują flegmą w szpitalnym lobby (kto wie, czy nie umyślnie), kaszlą jeden na drugiego. Niektórzy grożą, że pójdą roznosić wirus w miejscach publicznych.
- To byli desperaci, może szaleńcy. Mnóstwo ludzi znajdowało się na krawędzi załamania nerwowego - opowiada Lin.
Po pięciu kroplówkach z lewofloksacyny stan Lina zaczyna się poprawiać, nadal jednak męczą go kaszel i ból w coraz to innym miejscu klatki piersiowej.
- Raz w szczelinie między płatami, innym razem w szczycie lewego płuca.
30 stycznia dociera do szpitala Pu'ai, żeby zrobić sobie tomografię komputerową, ale w kolejce czeka tyle osób, że rezygnuje.
Lekarze i pielęgniarki "walczą z epidemią, choć często sami są chorzy", a im samym nikt nie pomaga.
- W ciągu dnia leczą pacjentów, po pracy leczą sami siebie... Władze obiecały zapewnić personelowi medycznemu transport, ale znalezienie samochodu jest prawie niemożliwe. Obiecały również miejsca w hotelach... To wszystko były puste słowa - stwierdza Lin z goryczą.
Jest pod wrażeniem dwóch młodych pielęgniarek, które mieszkają sześć kilometrów od szpitala. Muszą wyjść z domu przed świtem, by dojść pieszo do pracy. Wieczorem czeka je mozolny marsz powrotny.
- Bardzo im współczułem - wyznaje Lin. - Zarabiały tylko sześćset jeden juanów miesięcznie i codziennie musiały pokonać dwanaście kilometrów. W linii prostej.
Pielęgniarki w szpitalu Lina oraz w innych chińskich szpitalach z reguły zarabiają niewiele. Takie życie. Większość z nich jest zatrudniona na kontraktach lub umowach tymczasowych. W zamian za niską pensję wykonują najcięższe, najbardziej niewdzięczne prace. Zmuszone sytuacją, łączą dyżury, pracując bez przerwy dwadzieścia cztery godziny lub nawet dłużej, a potem mają kilka dni wolnego. Taki tryb pracy jest szalenie wyczerpujący i w rezultacie czyni je bardziej podatnymi na zarażenie. Lin często pisze na WeChacie: "Dziś zachorowała kolejna młoda pielęgniarka. To bardzo smutne".
7 lutego mieszkańcy Wuhanu opłakują tragiczną śmierć młodego sygnalisty, doktora Li Wenlianga, którego zabił nowy wirus. Lin znowu narzeka na suchy kaszel i tępy ból w klatce piersiowej. Myśl o Li Wenliangu wzbudza w nim zalew emocji. W mediach społecznościowych pisze:
W oblężonym mieście
"Bohater" to tragiczne słowo
***
Moi koledzy umierają
Nie widzę światła
Nie słyszę żadnego dźwięku
Każdy czeka w milczeniu swego losu
***
Ani lekarz
Ani lekarstwo
Nie niosą ludziom ratunku
Lin Qingchuan urodził się w latach siedemdziesiątych. Nie założył rodziny. Jest jednym z najważniejszych pracowników medycznych małego szpitala rejonowego, który może się poszczycić trzema sekretarzami partii i dwoma dyrektorami. Przyjaciele uważają go za człowieka silnego i pełnego optymizmu, z dużym poczuciem humoru. Ostatnio jednak coraz częściej zdarza mu się zapłakać nad położeniem zrozpaczonych pacjentów, pozostawianych bez pomocy. Jego oczy napełniają się łzami, kiedy słyszy szloch i błagania w słuchawce telefonu albo kiedy zwykli obywatele z dobroci serca ofiarowują szpitalowi pieniądze.
W zimną noc 27 stycznia Lin po wyjściu ze szpitala natyka się na ciężko chorego włóczęgę, który owinięty podartą kołdrą leży skulony pośrodku ulicy. Lin mierzy mu temperaturę i pobieżnie go bada. Bezdomny się nie rusza i tylko słabo pojękuje: "Zimno, zimno, zimno...".
Nie wiadomo, kim jest ani skąd pochodzi. Nosi okulary, może jest człowiekiem oczytanym. Tamtej mroźnej nocy staje się nierozwiązywalnym problemem. Lin dzwoni w kilka miejsc, jednak żaden szpital ani żaden punkt pomocy nie zgadzają się przyjąć chorego. Nie znalazłszy innego wyjścia, Lin przekazuje go w ręce strażnika z pobliskiego osiedla mieszkaniowego.
- Więcej go nie widziałem i nie wiem, czy przeżył - mówi.
Trzy dni później Lin natyka się na kotkę imieniem Trzy Kwiaty - młodziutką, zapewne niespełna roczną, najwyraźniej zagubioną. Kotka ma na szyi dzwoneczek. Zagląda przechodniom w oczy i miauczy, jakby prosiła o pomoc. Lin buduje dla niej domek z kartonu i codziennie przynosi jej coś do jedzenia. Tonem ojca mówiącego o ukochanej córeczce opowiada przyjaciołom, że Trzy Kwiaty jest urocza i spodziewa się kociąt.
9 lutego Lin zostaje oddelegowany do przepełnionego ośrodka kwarantanny dla pacjentów objawowych. Nie ma czasu zajmować się kotką i nie wie, co się z nią stało. Pewnie umarła. Tamtej nieszczęsnej wiosny w Wuhanie w domach i na ulicach umarło wiele zwierząt. Nikt się nimi nie opiekował.
Lin pracuje na dwudziestoczterogodzinnych dyżurach, pomiędzy którymi ma dwa dni przerwy.
- Szpitale masowo kierowały do nas gorączkujące osoby, których nie były w stanie pomieścić. Kiedy tylko w jednym z nich zwalniało się łóżko, odsyłaliśmy tam najciężej chorych.
W ośrodkach kwarantanny nie wolno podawać lekarstw, więc właściwie bez znaczenia jest to, że lekarstw nie ma. Lin zatem tylko mierzy pacjentom temperaturę, bada ich i stara się jakoś pocieszyć. Kierownik placówki nie owija w bawełnę: "Musi pan pocieszać pacjentów, żeby byli emocjonalnie stabilni".
13 lutego pacjentka, ponownie odesłana ze szpitala do ośrodka kwarantanny, zaczyna się skarżyć na swędzenie na całym ciele. Puchnie jej gardło. Po pobieżnym badaniu Lin stwierdza ostrą reakcję alergiczną na podane w szpitalu lekarstwo. Pędem rusza na dół, żeby zawiadomić kierownika i zamówić karetkę, która przewiozłaby chorą do szpitala. Kierownikiem ośrodka jest partyjny politruk. Pyta Lina, czy pacjentka nie może pójść tam na własnych nogach.
Lin zaprzecza. Wyjaśnia, że sytuacja jest krytyczna i chora w każdej chwili może umrzeć. Kierownik rzuca mu surowe spojrzenie i żąda, żeby dał mu "coś na piśmie".
Lin chwyta kartkę, długopis i pospiesznie sporządza notatkę. Politruk rzuca na nią okiem. "Nie mogę tego odczytać. Niech pan napisze na komputerze".
Lin od razu siada przy najbliższym biurku, wystukuje na klawiaturze wyjaśnienie, drukuje i wręcza politrukowi. Ten czyta bez pośpiechu, po czym podnosi słuchawkę i dzwoni po instrukcje do swojego zwierzchnika. "Dzień dobry, mamy tutaj pewien eee... problem..." Odpowiedź słychać w całym pokoju: "To nie jest moja sprawa, jasne?".
Lin się denerwuje. "Nie ma się nad czym zastanawiać - mówi do obu, kierownika i jego szefa. - Dajcie samochód, do szpitala jest tylko pięć minut jazdy".
Okazuje się, że to wcale nie takie proste. Późnym wieczorem zdenerwowany Lin sprawdza stan pacjentki. "Nie mogę oddychać, doktorze". Ze zdumieniem obserwuje, jak jego zwierzchnicy starają się zrzucić z siebie odpowiedzialność: kierownik sekcji dzwoni do dyrektora, dyrektor do ministerstwa. Kolejna osoba, kolejna i jeszcze kolejna - jak w matrioszce. Mają ogromną władzę, ale nie potrafią rozwiązać prostego problemu. W końcu bezpośredni przełożony podaje Linowi jakąś kartkę i oświadcza: "Omówiliśmy sprawę. Tu są instrukcje, proszę postępować zgodnie z nimi".
Lin czyta i o mało co nie wybucha płaczem.
- Przez godzinę odbijali piłeczkę, żeby wrócić do punktu wyjścia: lekarze odpowiadają za opiekę nad pacjentami na miejscu, a kierownictwo zajmie się zapewnieniem transportu.
Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.