Słowacja - Łukasz Grzesiczak

Kup ebooka

47.90 zł
38.31 zł (38,31 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

WSTĘP

Moja cze­cho­fi­lia, czyli bez­kry­tyczna mi­łość do Czech i tam­tej­szej kul­tury, roz­po­częła się od pro­gnozy po­gody oglą­da­nej w cze­skiej te­le­wi­zji TV Nova. Wszystko za sprawą ero­tyczno-me­te­oro­lo­gicz­nego pro­gramu Po­ča­síčko, na który jako na­sto­la­tek cze­ka­łem przed za­śnię­ciem. W mo­jej ro­dzin­nej Dą­bro­wie Gór­ni­czej w la­tach dzie­więć­dzie­sią­tych bez więk­szych pro­ble­mów oglą­da­li­śmy cze­cho­sło­wacką, a po­tem cze­ską te­le­wi­zję. Ję­zyki cze­ski i sło­wacki nie prze­szka­dzały nam w oglą­da­niu ame­ry­kań­skich hi­tów fil­mo­wych, śle­dze­niu re­la­cji spor­to­wych czy prze­glą­da­niu cze­skiej te­le­ga­zety (Te­le­te­xtu), z któ­rej czer­pa­li­śmy wtedy in­for­ma­cje o suk­ce­sach An­dre Agas­siego, Go­rana Iva­ni­še­vi­cia czy Crve­nej Zvezdy Bel­grad, która po rzu­tach kar­nych po­ko­nała Olym­pi­que Mar­sy­lia w fi­nale Pu­charu Eu­ropy w 1991 roku.

Z punktu wi­dze­nia mo­jej fa­scy­na­cji Cze­chami naj­waż­niej­sza była jed­nak pro­gnoza po­gody. I nie ma tu zna­cze­nia fakt, że ni­gdy nie ro­zu­mia­łem, skąd w lu­dziach po­trzeba od­ga­dy­wa­nia po­ziomu ju­trzej­szego za­chmu­rze­nia. W wy­padku pro­gramu Po­ča­síčko to nie opady at­mos­fe­ryczne i tem­pe­ra­tura grały bo­wiem naj­waż­niej­szą rolę. W kil­ku­mi­nu­to­wej au­dy­cji emi­to­wa­nej tuż przed pół­nocą po­ja­wiała się naga mo­delka, która w trak­cie ubie­rała się sto­sow­nie do pro­gnozy po­gody na naj­bliż­szy dzień. Gdy ocze­ki­wano upa­łów, wkła­dała zwiewną su­kienkę, a gdy cze­skie zie­mie miały zo­stać skute mro­zem, otu­lała się cie­płym ko­żu­chem. Je­śli nad­cią­gały opady, jej sty­li­za­cję uzu­peł­niał pa­ra­sol. Za­ry­zy­kuję stwier­dze­nie, że w la­tach dzie­więć­dzie­sią­tych Po­ča­síčko było waż­nym ele­men­tem cze­skiej soft po­wer, który za­ra­ził cze­cho­fil­stwem więk­szość mo­ich ko­le­gów miesz­ka­ją­cych na po­łu­dniu Pol­ski - wszę­dzie tam, gdzie do­cie­rał sy­gnał cze­skiej te­le­wi­zji.

Sto­sun­kowo szybko sta­łem się więc cze­cho­fi­lem, za to sło­wa­ko­fi­lem - mi­ło­śni­kiem Sło­wa­cji, jej kul­tury i hi­sto­rii - nie sta­łem się chyba ni­gdy. I nie zmie­nia tego na­wet fakt, że z cza­sem i ten kraj po­ko­cha­łem, mam tam wielu zna­jo­mych, a także przy­ja­ciół, Bra­ty­sława jest zaś być może je­dy­nym mia­stem, dla któ­rego bez więk­szego żalu mógł­bym po­rzu­cić Kra­ków.

W cza­sach na­sto­let­nich, a póź­niej stu­denc­kich każda prze­czy­tana książka Mi­lana Kun­dery, Bo­hu­mila Hra­bala, Ji­říego Grušy czy Jo­sefa Škvo­rec­kiego, każdy obej­rzany film Věry Chy­ti­lo­vej czy Mi­loša For­mana, a także hi­sto­rie o de­fe­ne­stra­cji pra­skiej, ope­ra­cji An­th­ro­poid czy Lud­mile Ja­vo­ro­vej po­głę­biały moją fa­scy­na­cję Cze­chami, pod­czas gdy Sło­wa­cja wciąż po­zo­sta­wała mi obo­jętna. Ko­ja­rzyła się z nie­dro­gimi wów­czas wy­jaz­dami w sło­wac­kie góry, al­ko­ho­lem tań­szym niż w Pol­sce i ję­zy­kiem, który zda­wał mi się bar­dziej zro­zu­miały niż cze­ski. Wstyd mi to dziś pi­sać, ale zdaje się, że na prze­ło­mie XX i XXI wieku do wi­zyty na Sło­wa­cji za­chę­cał mnie przede wszyst­kim fakt, że ko­rona sło­wacka była zde­cy­do­wa­nie tań­sza od cze­skiej, a ceny w obu pań­stwach po­zo­sta­wały zbli­żone.

Do­sko­nale pa­mię­tam też, że kiedy przy­ja­ciel mo­ich ro­dzi­ców po­ślu­bił Alenę, Sło­waczkę spod Po­pradu, ro­zu­mia­łem ją zde­cy­do­wa­nie le­piej niż Cze­chów z Brna, gdzie kie­dyś za­trzy­ma­łem się w dro­dze do Bu­da­pesztu. Zresztą z kilka lat ode mnie star­szym Šte­vem, bra­tem Aleny, spę­dzi­li­śmy ro­dzinne wa­ka­cje nad Je­zio­rem Tu­raw­skim, a fakt, że mó­wi­li­śmy róż­nymi ję­zy­kami, nie spra­wiał nam żad­nego kło­potu. W za­sa­dzie Števo ni­czym się nie róż­nił od mo­ich ko­le­gów z osie­dla hut­ni­czego w Dą­bro­wie Gór­ni­czej - nie li­cząc może jed­nego in­cy­dentu, kiedy po­pro­sił moją mamę o po­sło­dze­nie zupy ogór­ko­wej, po­nie­waż wy­da­wała mu się nie­ja­dalna. Dzięki temu zaj­ściu nie by­łem za­sko­czony, kiedy po la­tach w sło­wac­kim Na­mie­sto­wie (Náme­stovo) kel­ner przy­niósł mi na­prawdę słodką zupę po­mi­do­rową. Warto się na to przy­go­to­wać przed wi­zytą w tra­dy­cyj­nej sło­wac­kiej re­stau­ra­cji.

Za­mek w Bra­ty­sła­wie po od­no­wie­niu fa­sady robi wra­że­nie

Je­śli do­brze pa­mię­tam, Na­mie­stowo i całą Orawę od­wie­dzi­łem przy oka­zji sty­pen­dium rządu Re­pu­bliki Sło­wac­kiej, dzięki któ­remu spę­dzi­łem in­spi­ru­jący rok w In­sty­tu­cie Po­li­to­lo­gii Sło­wac­kiej Aka­de­mii Nauk (SAV) w Bra­ty­sła­wie. Miesz­ka­łem wów­czas w kam­pu­sie SAV w bra­ty­sław­skiej Pa­tronce, w po­bliżu sta­cji Bra­ti­slava-Že­le­znánej stu­dienka, na te­re­nie prze­pięk­nego parku, gdzie miesz­kańcy Bra­ty­sławy chęt­nie spę­dzają czas na ło­nie na­tury. Tam w wol­nym cza­sie gril­lo­wa­li­śmy i pi­li­śmy sło­wac­kie wino albo piwo, roz­ma­wia­jąc o po­li­tyce, li­te­ra­tu­rze oraz ho­keju - oczy­wi­ście pierw­szeń­stwo (jak winno być w to­wa­rzy­stwie lu­dzi kul­tu­ral­nych) przy­pa­dało temu ostat­niemu. Przy oka­zji jed­nego ze spo­tkań za­py­ta­łem pol­skiego dy­plo­matę, któ­rego na­zwi­sko po­minę, jak to się stało, że wy­lą­do­wał w Bra­ty­sła­wie, a nie w Pra­dze. W przy­pły­wie szcze­ro­ści, a może w ra­mach żartu - od­czy­ta­nie jego in­ten­cji utrud­nił mi zdra­dliwy bu­rčiak[1] - od­po­wie­dział, że pla­cówka na Sło­wa­cji zda­wała się po pro­stu bar­dziej do­stępna niż ob­le­gane sta­no­wi­sko w Cze­chach.

Dziś, z per­spek­tywy czasu, my­ślę, że ów dy­plo­mata uchwy­cił coś, co do­brze okre­śla sło­wac­kie DNA - kom­pleksy i cią­głe po­rów­ny­wa­nie się z in­nymi, w tym kon­kret­nym przy­padku z Cze­chami. Ro­zu­miem zresztą te od­czu­cia. Pa­mię­tam, że pod­czas stu­diów za­pi­sa­łem się na lek­to­rat z ję­zyka sło­wac­kiego, bo aku­rat uni­wer­sy­tet nie ofe­ro­wał na­uki cze­skiego. Może - po­dob­nie jak cy­to­wany dy­plo­mata - ubie­ga­łem się o sty­pen­dium rządu sło­wac­kiego, bo­jąc się sta­nąć do ry­wa­li­za­cji o sty­pen­dium w Pra­dze? Z pew­no­ścią gdy sta­ra­łem się o Wy­szeh­radz­kie Re­zy­den­cje Li­te­rac­kie, Bra­ty­sława zna­la­zła się na mo­jej li­ście re­zer­wo­wej - za Pragą. Osta­tecz­nie, naj­pew­niej z po­wodu słab­szej kan­dy­da­tury, zna­la­złem się na Sło­wa­cji.

Sło­wa­cja jest tro­chę jak to mniej ko­chane dziecko u boku grzecz­niej­szego, zdol­niej­szego, sym­pa­tycz­niej­szego, które stało się oczkiem w gło­wie ro­dzi­ców. W po­dob­nej sy­tu­acji trudno się cie­szyć swo­imi suk­ce­sami, a głowę zaj­muje nie­ustanne pra­gnie­nie udo­wod­nie­nia, że jest się lep­szym od in­nych. Do­wód na to sta­nowi choćby po­pu­larny sło­wacki fake news, czyli wy­my­ślony list pro­fe­sora Vla­di­míra Trnki z In­sty­tutu Ję­zy­ko­znaw­stwa im. Ľu­do­víta Štúra Sło­wac­kiej Aka­de­mii Nauk, w któ­rym w rze­czy­wi­sto­ści ni­gdy nie­ist­nie­jący spe­cja­li­sta do­wo­dzi, że ję­zyk sło­wacki, obok fiń­skiego i wę­gier­skiego, na­leży do naj­trud­niej­szych na świe­cie. Czym in­nym była sza­lona mi­sja wy­sła­nia w ko­smos sło­wac­kiego ko­smo­nauty Ivana Belli? Jak wy­ja­śnić ak­cję pro­te­sta­cyjną, którą sło­wacki dzien­nik roz­pę­tał po prze­nie­sie­niu pro­duk­cji bez­al­ko­ho­lo­wego na­poju wi­no­gro­no­wego Vi­nea ze Sło­wa­cji do Czech?

Nad Bra­ty­sławą gó­ruje za­mek - od­bu­do­wany w la­tach pięć­dzie­sią­tych XX wieku gmach, w któ­rym mie­ści się Mu­zeum Hi­sto­ryczne (Hi­sto­rické múzeum SNM), bę­dące czę­ścią Sło­wac­kiego Mu­zeum Na­ro­do­wego (Slo­ven­ské národné múzeum) w Bra­ty­sła­wie. Pod­czas jed­nej z wi­zyt w tym być może naj­nud­niej­szym mu­zeum, ja­kie od­wie­dzi­łem w ży­ciu, moją uwagę przy­kuło wy­dane w 2015 roku opra­co­wa­nie Slo­ven­sko v dobe Etru­skov[2] [Sło­wa­cja w cza­sach Etru­sków]. Pi­sząc tę książkę, sta­ra­łem się zro­zu­mieć, dla­czego za­miesz­ki­wany przez uta­len­to­wa­nych lu­dzi no­wo­cze­sny kraj w sa­mym środku Eu­ropy, czło­nek NATO i Unii Eu­ro­pej­skiej, je­dyny kraj Grupy Wy­szeh­radz­kiej, który wpro­wa­dził euro, żyje w cie­niu kom­plek­sów, które pro­wa­dzą do pro­mo­cji ta­kich pu­bli­ka­cji.