WSTĘP
Moja czechofilia, czyli bezkrytyczna miłość do Czech i tamtejszej kultury, rozpoczęła się od prognozy pogody oglądanej w czeskiej telewizji TV Nova. Wszystko za sprawą erotyczno-meteorologicznego programu Počasíčko, na który jako nastolatek czekałem przed zaśnięciem. W mojej rodzinnej Dąbrowie Górniczej w latach dziewięćdziesiątych bez większych problemów oglądaliśmy czechosłowacką, a potem czeską telewizję. Języki czeski i słowacki nie przeszkadzały nam w oglądaniu amerykańskich hitów filmowych, śledzeniu relacji sportowych czy przeglądaniu czeskiej telegazety (Teletextu), z której czerpaliśmy wtedy informacje o sukcesach Andre Agassiego, Gorana Ivaniševicia czy Crvenej Zvezdy Belgrad, która po rzutach karnych pokonała Olympique Marsylia w finale Pucharu Europy w 1991 roku.
Z punktu widzenia mojej fascynacji Czechami najważniejsza była jednak prognoza pogody. I nie ma tu znaczenia fakt, że nigdy nie rozumiałem, skąd w ludziach potrzeba odgadywania poziomu jutrzejszego zachmurzenia. W wypadku programu Počasíčko to nie opady atmosferyczne i temperatura grały bowiem najważniejszą rolę. W kilkuminutowej audycji emitowanej tuż przed północą pojawiała się naga modelka, która w trakcie ubierała się stosownie do prognozy pogody na najbliższy dzień. Gdy oczekiwano upałów, wkładała zwiewną sukienkę, a gdy czeskie ziemie miały zostać skute mrozem, otulała się ciepłym kożuchem. Jeśli nadciągały opady, jej stylizację uzupełniał parasol. Zaryzykuję stwierdzenie, że w latach dziewięćdziesiątych Počasíčko było ważnym elementem czeskiej soft power, który zaraził czechofilstwem większość moich kolegów mieszkających na południu Polski - wszędzie tam, gdzie docierał sygnał czeskiej telewizji.
Stosunkowo szybko stałem się więc czechofilem, za to słowakofilem - miłośnikiem Słowacji, jej kultury i historii - nie stałem się chyba nigdy. I nie zmienia tego nawet fakt, że z czasem i ten kraj pokochałem, mam tam wielu znajomych, a także przyjaciół, Bratysława jest zaś być może jedynym miastem, dla którego bez większego żalu mógłbym porzucić Kraków.
W czasach nastoletnich, a później studenckich każda przeczytana książka Milana Kundery, Bohumila Hrabala, Jiříego Grušy czy Josefa Škvoreckiego, każdy obejrzany film Věry Chytilovej czy Miloša Formana, a także historie o defenestracji praskiej, operacji Anthropoid czy Ludmile Javorovej pogłębiały moją fascynację Czechami, podczas gdy Słowacja wciąż pozostawała mi obojętna. Kojarzyła się z niedrogimi wówczas wyjazdami w słowackie góry, alkoholem tańszym niż w Polsce i językiem, który zdawał mi się bardziej zrozumiały niż czeski. Wstyd mi to dziś pisać, ale zdaje się, że na przełomie XX i XXI wieku do wizyty na Słowacji zachęcał mnie przede wszystkim fakt, że korona słowacka była zdecydowanie tańsza od czeskiej, a ceny w obu państwach pozostawały zbliżone.
Doskonale pamiętam też, że kiedy przyjaciel moich rodziców poślubił Alenę, Słowaczkę spod Popradu, rozumiałem ją zdecydowanie lepiej niż Czechów z Brna, gdzie kiedyś zatrzymałem się w drodze do Budapesztu. Zresztą z kilka lat ode mnie starszym Števem, bratem Aleny, spędziliśmy rodzinne wakacje nad Jeziorem Turawskim, a fakt, że mówiliśmy różnymi językami, nie sprawiał nam żadnego kłopotu. W zasadzie Števo niczym się nie różnił od moich kolegów z osiedla hutniczego w Dąbrowie Górniczej - nie licząc może jednego incydentu, kiedy poprosił moją mamę o posłodzenie zupy ogórkowej, ponieważ wydawała mu się niejadalna. Dzięki temu zajściu nie byłem zaskoczony, kiedy po latach w słowackim Namiestowie (Námestovo) kelner przyniósł mi naprawdę słodką zupę pomidorową. Warto się na to przygotować przed wizytą w tradycyjnej słowackiej restauracji.
Zamek w Bratysławie po odnowieniu fasady robi wrażenie
Jeśli dobrze pamiętam, Namiestowo i całą Orawę odwiedziłem przy okazji stypendium rządu Republiki Słowackiej, dzięki któremu spędziłem inspirujący rok w Instytucie Politologii Słowackiej Akademii Nauk (SAV) w Bratysławie. Mieszkałem wówczas w kampusie SAV w bratysławskiej Patronce, w pobliżu stacji Bratislava-Železnánej studienka, na terenie przepięknego parku, gdzie mieszkańcy Bratysławy chętnie spędzają czas na łonie natury. Tam w wolnym czasie grillowaliśmy i piliśmy słowackie wino albo piwo, rozmawiając o polityce, literaturze oraz hokeju - oczywiście pierwszeństwo (jak winno być w towarzystwie ludzi kulturalnych) przypadało temu ostatniemu. Przy okazji jednego ze spotkań zapytałem polskiego dyplomatę, którego nazwisko pominę, jak to się stało, że wylądował w Bratysławie, a nie w Pradze. W przypływie szczerości, a może w ramach żartu - odczytanie jego intencji utrudnił mi zdradliwy burčiak[1] - odpowiedział, że placówka na Słowacji zdawała się po prostu bardziej dostępna niż oblegane stanowisko w Czechach.
Dziś, z perspektywy czasu, myślę, że ów dyplomata uchwycił coś, co dobrze określa słowackie DNA - kompleksy i ciągłe porównywanie się z innymi, w tym konkretnym przypadku z Czechami. Rozumiem zresztą te odczucia. Pamiętam, że podczas studiów zapisałem się na lektorat z języka słowackiego, bo akurat uniwersytet nie oferował nauki czeskiego. Może - podobnie jak cytowany dyplomata - ubiegałem się o stypendium rządu słowackiego, bojąc się stanąć do rywalizacji o stypendium w Pradze? Z pewnością gdy starałem się o Wyszehradzkie Rezydencje Literackie, Bratysława znalazła się na mojej liście rezerwowej - za Pragą. Ostatecznie, najpewniej z powodu słabszej kandydatury, znalazłem się na Słowacji.
Słowacja jest trochę jak to mniej kochane dziecko u boku grzeczniejszego, zdolniejszego, sympatyczniejszego, które stało się oczkiem w głowie rodziców. W podobnej sytuacji trudno się cieszyć swoimi sukcesami, a głowę zajmuje nieustanne pragnienie udowodnienia, że jest się lepszym od innych. Dowód na to stanowi choćby popularny słowacki fake news, czyli wymyślony list profesora Vladimíra Trnki z Instytutu Językoznawstwa im. Ľudovíta Štúra Słowackiej Akademii Nauk, w którym w rzeczywistości nigdy nieistniejący specjalista dowodzi, że język słowacki, obok fińskiego i węgierskiego, należy do najtrudniejszych na świecie. Czym innym była szalona misja wysłania w kosmos słowackiego kosmonauty Ivana Belli? Jak wyjaśnić akcję protestacyjną, którą słowacki dziennik rozpętał po przeniesieniu produkcji bezalkoholowego napoju winogronowego Vinea ze Słowacji do Czech?
Nad Bratysławą góruje zamek - odbudowany w latach pięćdziesiątych XX wieku gmach, w którym mieści się Muzeum Historyczne (Historické múzeum SNM), będące częścią Słowackiego Muzeum Narodowego (Slovenské národné múzeum) w Bratysławie. Podczas jednej z wizyt w tym być może najnudniejszym muzeum, jakie odwiedziłem w życiu, moją uwagę przykuło wydane w 2015 roku opracowanie Slovensko v dobe Etruskov[2] [Słowacja w czasach Etrusków]. Pisząc tę książkę, starałem się zrozumieć, dlaczego zamieszkiwany przez utalentowanych ludzi nowoczesny kraj w samym środku Europy, członek NATO i Unii Europejskiej, jedyny kraj Grupy Wyszehradzkiej, który wprowadził euro, żyje w cieniu kompleksów, które prowadzą do promocji takich publikacji.