Wstęp
Wynajętym samochodem wyruszam z centrum miejscowości Billings do położonego na wzgórzu daleko za miastem czteropiętrowego domu, z którego okien rozciąga się widok na całą okolicę. Teleskopowa obserwacja zewnętrznego świata: góry, równiny, trasy ucieczki do dowolnego miejsca w Montanie i dalej. Człowiek, z którym mam się spotkać, bardzo długo mnie unikał. Było to bierne unikanie. Przyjechałam do Billings z Waszyngtonu, gdzie mieszkam, rozmawiałam z jego córkami, byłą żoną i pracownikami opieki społecznej. Wróciłam. Zdążyłam dobrze poznać to miasteczko - kilkoro policjantów, ludzi z prokuratury, aktywistki, personel hoteli, a nawet drukarza, którego żona prowadzi w piwnicy muzeum poświęcone kobietom. Teraz jestem tu chyba trzeci raz, a on wreszcie zgodził się na spotkanie.
Często mam do czynienia z osobami, które nie mają ochoty ze mną rozmawiać. To ludzie, którzy wymordowali swoje rodziny, niemal padli ofiarą morderstwa, aresztowali tych morderców albo dorastali z tymi, którzy prawie ich zamordowali. Ludzie tacy jak Paul Monson zawsze niechętnie ze mną rozmawiają, niechętnie mówią o tym, co stracili, bo ta strata wykracza poza granice ich wyobraźni.
Po przyjeździe na miejsce z wnętrza domu dobiegają mnie stłumione dźwięki kroków i przez chwilę mam wrażenie, że Paul mi nie otworzy, że rozmyślił się i jednak nie udzieli mi wywiadu. Jestem w Billings od kilku dni, wiedział, że mam przyjechać. Spędziłam wiele godzin z Sally Sjaastad, jego byłą żoną, ale kiedy ta go zapytała, czy się ze mną spotka, za pierwszym razem odmówił. Za drugim i trzecim też. Szczerze mówiąc, zdziwiłam się, gdy wreszcie przystał na rozmowę. Szare, jednolite drzwi wejściowe są usiane wgnieceniami.
W końcu się uchylają. Paul nie patrzy na mnie. Jest lekko zgarbiony, ma przerzedzone siwe włosy i pooraną zmarszczkami twarz. Wygląda na swój wiek, tuż po sześćdziesiątce. Otwiera drzwi szerzej i gestem zaprasza mnie do środka, cały czas unikając mojego wzroku. Jest ubrany w niebieską, zapiętą pod szyję koszulę i dżinsy. Wygląda, jakby z całej siły zaciskał szczęki.
Dom, dzieło własnych rąk Paula, sprawia wrażenie, jakby dopiero co się do niego wprowadzono. Oszczędny wystrój, tu i ówdzie otwarte pudła porozstawiane po kątach. Teleskop jest skierowany na dywan, niczym w geście rezygnacji. Nad widocznym za oknem krajobrazem dominują góry. Paul jest zdystansowany, milczący i pedantyczny. Siedzimy przy stole w jadalni, a on przesuwa palcami po gładkiej krawędzi, nie odrywając oczu od swoich dłoni. Na blacie piętrzą się stosy papierów. Rzucam jakiś niezobowiązujący komentarz o samochodzie z wypożyczalni, żeby stworzyć bezpieczny grunt pod rozmowę.
Ojciec nauczył mnie wszystkiego, co wiem o autach: jak wymieniać olej i opony, jak mierzyć poziom płynu i zakładać nowe filtry powietrza. Jak działają tłoki. Same podstawy, ale mnie to wystarcza. Paul jest technikiem projektowania instalacji elektrycznych - taki rodzaj inżyniera - zatem samochody to dla niego znajomy temat, czuje się swobodnie, gdy mowa o maszynach. Tu wszystko się zgadza: cewka zamontowana do świecy zapłonowej tworzy iskrę, a ta uruchamia silnik. Tu wszystko da się przewidzieć. Naprawić. Jeśli coś nie działa, łatwo można to rozwiązać. Pozwalam mu się wygadać. Mówi, że kupił każdej z córek pierwszy samochód. Alyssa miała hondę civic. Michelle dostała białe subaru. Mówi, że Melanie to "pożeraczka samochodów", więc jej kupił kilka. Wie, że jeszcze nie poruszyłam kwestii, która mnie do niego sprowadza. Napięcie między nami narasta, gęstnieje jak wilgoć w powietrzu.
Rocky też lubił samochody. Paul pamięta jego pierwsze auto, małe i zielone. To chyba był opel. Rocky był zięciem Paula, ożenił się z jego córką Michelle.
- Pierwszy raz go zobaczyłem, jak podjechał pod mój dom, żeby zobaczyć się z Michelle - wspomina Paul. Najpierw samochód, potem mężczyzna. Później Paul miał wrażenie, że Rocky poświęca większość czasu na naprawianie swojego mustanga.
- Miał dwa, jednego remontował, a drugi był na części - opowiada. - Bardzo się tym interesował i wyglądało na to, że całymi godzinami przesiaduje sam w garażu. - Paul mówi, że w zasadzie nie łączyła go z Rockym typowa relacja teścia z zięciem. Jego związek z Michelle trwał niemal dziesięć lat, ale Paul pamięta, że właściwie tylko raz z nim rozmawiał, o tym mustangu. Rocky poprosił kiedyś Paula o poradę w wyborze koloru lakieru.
- Jak człowiek nie bardzo wie, co robi, to najlepiej wybrać biały - mówi mi Paul. Ten kolor wszystko wybacza. Nawet jak spieprzysz robotę z bielą, to ostateczny rezultat i tak będzie przyzwoity. - Biały to kolor sam w sobie - dodaje.
W listopadzie 2001 roku Rocky Mosure kupił pistolet z ogłoszenia w gazecie "Thrifty Nickel", w której można nabyć wszystko - od tchórzofretki przez traktor po fortepian. Następnie poszedł do domu, gdzie Michelle właśnie dała dzieciom kolację. Sąsiad widział go, jak wpatrywał się w okna. Jakiś czas potem zastrzelił ich, jedno po drugim. Michelle, Kristy, Kyle. A potem sam się zastrzelił.
Ta sprawa wstrząsnęła całym stanem. Michelle była młoda, miała dwadzieścia trzy lata, jej dzieci - sześć i siedem. Chodziły do pierwszej i drugiej klasy. Uczyły się czytać. Rysowały ludziki z kresek i drzewa, które wyglądały jak lizaki. Paul znalazł skulone ciało Kyle'a na schodach. Rocky leżał u ich podnóża, jego twarz wykrzywiał grymas, ramiona były pokryte jakimiś bazgrołami, chyba zrobionymi markerem. Samochód Michelle stał na swoim miejscu i przez chwilę Paul myślał, że może ona żyje. Pobiegł na podwórko, a potem do garażu. Zobaczył mustangi Rocky'ego. Worek kaset z rodzinnymi nagraniami. Potem zjawili się policjanci. I znaleźli Michelle.
Do domu Paula Monsona zaprowadziło mnie to samo, co sprawia, że większość dziennikarzy natrafia na najważniejsze historie - zawiła sieć ludzi i miejsc oraz lata badań. Latem 2010 roku byłam w Nowej Anglii u mojego znajomego Andre Dubusa. Stałam na podjeździe przed domem Andre, kiedy przyjechała jego siostra Suzanne. Wybierała się właśnie z rodziną na wakacje. Następne kilka godzin naznaczyło kolejną dekadę mojego życia.
Niespełna rok wcześniej wróciłam do Stanów po wieloletnim pobycie za granicą, ostatnio w Kambodży, gdzie spędziłam sześć lat. Niełatwo było mi na powrót się przystosować. Siedziałam na zebraniach wydziału na uniwersytecie, dołączywszy właśnie do grona wykładowców, i udawałam, że owszem, posiadam wiedzę z zakresu biurokracji i pedagogiki, choć w rzeczywistości nie miałam na ten temat pojęcia. Mieszkając w Kambodży, pisałam o gwałtach zbiorowych i społeczeństwie po ludobójstwie, o biedzie i prawach pracowniczych, o historiach, które niemal namacalnie mówiły o przetrwaniu, a w moim nowym życiu zupełnie tego brakowało. W Phnom Penh przy kolacji rozmawialiśmy o trybunale do spraw zbrodni wojennych1, handlu ludźmi na tle seksualnym, ciągłej przemocy czy korupcji politycznej. Pewnego razu wybrałam się do pobliskiego parku na spacer z psem. Nagle podjechał do mnie kierowca motocykla-taksówki, który znał mnie z widzenia i mieszkał w mojej okolicy, z impetem posadził mnie, z psem na kolanach, na siedzeniu za sobą i oddalił się pędem od Hun Sen Park. Parę sekund wcześniej, zaledwie kilka metrów od miejsca, gdzie się wówczas znajdowałam, postrzelono mężczyznę, a Sophal, ów kierowca, postanowił zabrać mnie stamtąd w bezpieczne miejsce. Innym razem spacerowałam w tym samym parku (znowu z psem), kiedy na moich oczach podpalił się człowiek, a ja zamarłam w panice i patrzyłam, jak płonie. Moja przyjaciółka Mia, która również mieszkała w Phnom Penh, mawiała, że czasami czuje się, jakbyśmy żyli na pierwszej linii frontu człowieczeństwa.
Nie żeby w Stanach Zjednoczonych było idealnie - bieda, choroby i klęski żywiołowe bynajmniej nie omijały kraju, ale ja już zapomniałam, jak żyje się w miejscu, gdzie - jeśli tylko masz chęć i środki - można się z łatwością odizolować od większości problemów. A moje nowe życie zapewniło mi izolację od tego rodzaju trudności i historii opisywanych przez kilkadziesiąt lat, w stopniu, jakiego się nie spodziewałam. Byłam nie tyle nieszczęśliwa, ile niespokojna. Na studiach doktoranckich zajmowałam się beletrystyką, ale wkrótce porzuciłam ją na rzecz literatury faktu, ponieważ szybko zdałam sobie sprawę, że to dokument skuteczniej prowokuje do zmiany. Ciągnęło mnie do ukrytych zakątków świata, do ludzi pozbawionych podstawowych praw obywatelskich, bo miałam bardzo nikłe pojęcie o tym, jak to jest, gdy jesteśmy niewidzialni, gdy nikt nie słucha naszego głosu, gdy przychodzi nam zmierzyć się z bólem, który jeszcze niedawno wydawał nam się ponad nasze siły.
Tamtego dnia w 2010 roku gawędziłam z Suzanne na podjeździe przed domem jej brata. Cała rodzina pakowała się na coroczne wakacje w stanie Maine, a Andre na powitanie wręczył siostrze długą listę zakupów. Powiedziała mi, że pracuje dla instytucji zajmującej się przemocą domową, że niedawno opracowali nowy program - Domestic Violence High Risk Team, czyli Zespół do spraw Przemocy Domowej Wysokiego Ryzyka, powołany w jednym, prostym celu.
- Próbujemy przewidzieć zabójstwa w wyniku przemocy domowej, zanim do nich dojdzie, żeby im zapobiec.
Nie mieściło mi się to w głowie. W pierwszej chwili uznałam, że musiałam się przesłyszeć.
- Jak to "przewidzieć"? - zapytałam. - Chcesz przez to powiedzieć, że "przewidujecie" zabójstwa?
W pracy reporterskiej z przemocą domową miałam do czynienia od dawna, nie tylko w Kambodży, ale też w takich miejscach jak Afganistan, Niger czy Honduras. Jednak nigdy nie była to dla mnie centralna kwestia - po prostu zawsze pojawiała się na obrzeżach tematu, którym się akurat zajmowałam, niemal banalna w swojej powszechności. Młode dziewczyny w kabulskim więzieniu, odsiadujące karę za zbrodnię miłości; dziecięce panny młode w Indiach, które udzielały mi wywiadu wyłącznie w obecności kontrolujących je mężczyzn; tybetańskie kobiety przymusowo poddawane sterylizacji przez chiński rząd; nastoletnie mężatki w Nigrze wyrzucane z rodzinnych wiosek, gdy w wyniku powstałej po ciąży przetoki dróg rodnych stawały się pariaskami; Rumunki, które pod rządami Ceau?escu były zmuszane do rodzenia kolejnych dzieci, a dziś, ledwo przekroczywszy trzydziestkę, mają już wnuki, ale i tak są skazane na ubóstwo; kambodżańskie prostytutki, bite i zbiorowo gwałcone dla zabawy przez khmerskich nastolatków z zamożnych rodzin. Wszystkie te kobiety na całym świecie były systematycznie krzywdzone i kontrolowane przez mężczyzn. To mężczyźni tworzyli zasady, przede wszystkim poprzez przemoc fizyczną. W zasadzie niemal każda historia, jaką się zajmowałam, rozgrywała się na takim mrocznym tle, na tyle oczywistym, że najczęściej nie musiałam nawet o nic pytać. Było to coś równie powszechnego jak deszcz. Przed tamtą rozmową z Suzanne Dubus rzadko myślałam o przemocy domowej w Stanach, a jeśli już, to wydawało mi się, że jest ona udziałem nielicznych pechowych jednostek i wynika ze złych decyzji oraz patologicznego środowiska. Dotyka kobiet zaprogramowanych na cierpienie. Mężczyzn zaprogramowanych na cierpienie. Jednak nawet przez chwilę nie myślałam o tej kwestii w kategoriach choroby społecznej, epidemii, z którą moglibyśmy coś zrobić. A tu Suzanne Dubus opowiada mi o środkach zapobiegania przemocy, która zresztą, jak właśnie się od niej dowiedziałam, stanowi swoiste spektrum. Młoda dziewczyna w Indiach wydana za mąż jako dziecko, ubezpłodniona tybetańska kobieta, uwięziona Afganka, gospodyni domowa w Massachusetts pobita przez męża - łączyło je to samo, co wszystkie inne ofiary przemocy domowej na całym świecie: odebrano im prawo do decydowania o własnym życiu. Te same siły, które doprowadziły prostytutkę z Kambodży na skraj śmierci, zabijały tysiące kobiet i dzieci oraz mężczyzn (choć głównie kobiety i dzieci) w Ameryce i na całym globie, każdego roku. Na świecie każdego dnia średnio sto trzydzieści kobiet ginie z rąk partnerów lub w wyniku przemocy w rodzinie2. Ta liczba nie uwzględnia mężczyzn. Ani dzieci.
Tamtego dnia całe moje ciało nagle ożyło. Przez dwadzieścia lat kariery reporterskiej oglądałam twarze kobiet na całym globie, ale dopiero wówczas dotarło do mnie, jak rzadko zwracałam uwagę na to, co dzieje się w moim własnym kraju, na nasze własne błędy i ich znaczenie. Na to, jak się to wszystko ma do innych, zbieranych latami opowieści i innych twarzy. Na uniwersalność przemocy domowej i na to, jak przenika ona bariery geograficzne, kulturowe i językowe. Kto wie, może te wcześniejsze historie przygotowały mnie na dzień, w którym spotkam Paula Monsona i spojrzę na góry z okien jego salonu.
Skończyło się na tym, że poszłam z Suzanne na rynek, a potem do sklepu spożywczego i monopolowego i towarzyszyłam jej w zakupach na wyjazd. Pomagałam jej dźwigać zapasy lodu, brzoskwiń i mięsa na hamburgery. Podczas jazdy samochodem zasypywałam ją pytaniami, a Pat, jej matka, od czasu do czasu dorzucała coś od siebie z siedzenia pasażera. "Jak się to sprawdziło? Ilu udało się powstrzymać? Co jeszcze można przewidzieć?" Nie przestawałam jej wypytywać o kolejne, coraz to nowsze rzeczy. Jak to zwykle bywa w przypadku osób, które mają co najwyżej pobieżną znajomość tematu, wierzyłam w to, co większość: że jeśli robi się ciężko, ofiara po prostu odchodzi. Że zakaz zbliżania rozwiązuje problem (a jeśli ofiara nie zgłasza się, żeby taki zakaz odnowić, to problem najwyraźniej sam się rozwiązał). Wierzyłam, że ofiary i ich dzieci powinny iść do schroniska. Że przemoc w domu to sprawa prywatna, że nie ma związku z innymi formami przemocy, a na pewno nie z masowymi strzelaninami. Że brak widocznych obrażeń oznacza, że to nic poważnego. A przede wszystkim sądziłam, że jeśli to nie w ciebie uderza podniesiona pięść, to nie masz z taką przemocą nic wspólnego.
Przez kilka kolejnych lat Suzanne Dubus i jej współpracownica Kelly Dunne cierpliwie wprowadzały mnie w meandry kwestii, która po dziś dzień zbyt często jest głęboko ukrywana. Dowiedziałam się, dlaczego dawne metody zawiodły i co można zrobić skuteczniej. W latach 2000-2006 zginęło trzy tysiące dwustu amerykańskich żołnierzy; w tym samym okresie przemoc domowa w Stanach Zjednoczonych pochłonęła dziesięć tysięcy sześćset istnień ludzkich. (Liczba ta jest prawdopodobnie zaniżona, ponieważ zaczerpnięto ją z dokumentacji uzupełniającej FBI na temat zabójstw, czyli Supplementary Homicide Reports - SHR; gromadzi się tam dane z lokalnych wydziałów policji, a ich przesłanie jest dobrowolne). Co minutę dwadzieścia osób w Stanach Zjednoczonych doznaje przemocy ze strony partnerów. Były Sekretarz Generalny ONZ Kofi Annan nazwał przemoc wobec kobiet i dziewcząt "najbardziej haniebnym naruszeniem praw człowieka", a Światowa Organizacja Zdrowia uznała, że to "globalny problem zdrowotny o rozmiarach epidemii"3. Raport Biura Narodów Zjednoczonych do spraw Narkotyków i Przestępczości (United Nations Office on Drugs and Crime - UNODC) stwierdza, że tylko w 2017 roku pięćdziesiąt tysięcy kobiet na całym świecie zginęło z rąk partnerów lub członków rodziny4. Pięćdziesiąt tysięcy kobiet. W tym dokumencie dom określa się mianem "najniebezpieczniejszego miejsca dla kobiet"5. I choć rośnie świadomość, że mężczyźni również doznają przemocy domowej, to jednak przytłaczającą większość ofiar - około osiemdziesięciu pięciu procent - nadal stanowią kobiety i dziewczęta6. A na każdą kobietę zabitą w Stanach Zjednoczonych w wyniku przemocy domowej przypada niemal dziewięć niedoszłych ofiar, którym ledwo udaje się uniknąć śmierci7. W 2013 roku ukazał się mój pierwszy artykuł dla magazynu "New Yorker", poświęcony programowi, który Suzanne Dubus i Kelly Dunne stworzyły, aby przewidywać zabójstwa w wyniku przemocy domowej.
Ów tekst stał się również zalążkiem niniejszej książki, kiedy dotarło do mnie, ile jeszcze kwestii wymaga omówienia. Po kilku latach zajmowania się tym tematem zaczęłam rozumieć, że z przemocą domową można coś zrobić, jeśli tylko zaczniemy zwracać na nią uwagę. Przez kolejne osiem lat zgłębiałam między innymi to, jak przemoc domowa wiąże się z wieloma innymi problemami, z jakimi zmagamy się jako społeczeństwo: edukacją, ekonomią, zdrowiem psychicznym i fizycznym, przestępczością czy równością płciową i rasową. Reformatorzy, którzy naciskają na zmiany w systemie więziennictwa, nieustannie borykają się z kwestią przemocy domowej, ponieważ jej sprawcy trafiają na pewien czas za kratki, tam są poddawani czysto symbolicznej terapii, a czasem wręcz żadnej, wracają na łono społeczeństwa obywatelskiego i powtarzają cykl od nowa. Indywidualna przemoc ma daleko idące konsekwencje społeczne. Na Florydzie, w Kalifornii, w stanach Maryland, Ohio, Nowy Jork, Massachusetts, Oregon i innych poznałam ludzi, którzy próbowali przetrwać własną prywatną wojnę, i dzięki nim zobaczyłam, jakie ponosimy tego koszty - osobiście i jako zbiorowość, jak destrukcyjny ma to wpływ na społeczności, rodziny i jednostki. Płacimy cenę w postaci przerwanego życia i utraconych szans, a także ogromnych obciążeń finansowych dla ofiar, podatników i systemu sądownictwa karnego. Koszty zdrowotne i medyczne związane z przemocą domową, ponoszone przez podatników w skali roku, przekraczają kwotę ośmiu miliardów dolarów, a ofiary opuszczają ponad osiem milionów8 dni roboczych rocznie. Ponad połowa bezdomnych kobiet znalazła się w takiej sytuacji bezpośrednio wskutek przemocy, która stanowi także trzecią najczęstszą przyczynę bezdomności w kraju. Wśród osadzonych w więzieniach mężczyzn przeważają osoby, które po raz pierwszy były świadkami przemocy lub jej doświadczyły w dzieciństwie z rąk domowników, a dzieci dorastające w przemocowych domach są znacznie bardziej narażone na zaburzenia rozwojowe9. A te masowe strzelaniny z roku na rok nękające nasz kraj coraz częściej?
Większość z nich to również przemoc domowa.
W kwietniu 2017 roku Everytown for Gun Safety, grupa aktywistów na rzecz wprowadzenia kontroli broni, opublikowała raport, z którego wynika, że obecnie pięćdziesiąt cztery procent masowych strzelanin w Ameryce wiąże się z przemocą domową lub rodzinną10. Dane te natychmiast obiegły wszystkie media. Korelację między masowymi strzelaninami a przemocą domową omawiano w artykułach informacyjnych i felietonach w całym kraju - z jedną drobną zmianą. Zamiast frazy "wiąże się" w mediach zaczęto używać określenia "zwiastuje", na przykład: "Przemoc domowa zwiastuje masową strzelaninę w ponad połowie przypadków". Reporter portalu internetowego PolitiFact zakwestionował statystyki przedstawione przez grupę Everytown, powołując się przy tym na badania Jamesa Alana Foxa11, profesora Northeastern University, który przytacza w tym kontekście znacznie niższy odsetek. Jednak to, co najistotniejsze, kryje się w dalszej części artykułu, w wypowiedzi naukowca, który tak odpowiada na pytanie dziennikarza: "Można stwierdzić z całą pewnością, że połowa incydentów, w których dochodzi do masowej strzelaniny, to ekstremalne przypadki przemocy domowej".
Innymi słowy, chodzi nie o to, że przemoc domowa zwiastuje masową strzelaninę. Rzecz w tym, że masowe strzelaniny w ponad połowie przypadków stanowią przemoc domową.
Weźmy na przykład Adama Lanzę z miasta Newtown w stanie Connecticut, który - zanim wtargnął z bronią do szkoły podstawowej Sandy Hook - najpierw zabił swoją matkę w domu. Tuż przed dokonaniem masakry w Pierwszym Kościele Baptystów w teksaskiej miejscowości Sutherland Springs Devin Patrick Kelley przywiązał żonę do łóżka sznurem i przykuł kajdankami12. Można też przytoczyć tu wydarzenie, które powszechnie uznaje się za pierwszą masową strzelaninę w Stanach Zjednoczonych: w sierpniu 1966 roku Charles Whitman otworzył ogień do studentów na University of Texas w Austin i zabił szesnaście osób. Ale dziś rzadko się już pamięta, że mordowanie zaczął poprzedniego wieczoru od własnej żony i matki.
Z przemocą domową mamy jednak również do czynienia w pozostałych czterdziestu sześciu procentach przypadków masowych strzelanin. Znajdziemy jej ślady w życiu wielu zabójców. Omar Mateen, który w czerwcu 2016 roku zabił czterdzieści dziewięć osób w klubie Pulse w Orlando, dusił swoją pierwszą żonę - na Florydzie, gdzie mieszkał, taki czyn stanowi przestępstwo, a według przepisów prawa federalnego jego sprawca mógł trafić za kratki na dziesięć lat. Tyle że Mateenowi nigdy nie postawiono zarzutów. Wcześniej, przez trzy koszmarne tygodnie w październiku 2002 roku, snajper o nazwisku John Allen Muhammad terroryzował stany Wirginia i Maryland oraz stolicę kraju, Waszyngton, strzelając do przypadkowych osób. Uczniowie podstawówek nie wychodzili wówczas na przerwę poza budynek szkoły, zaś na stacjach benzynowych zawisły plandeki, które miały osłonić klientów. Tymczasem Muhammad przez wiele lat znęcał się nad żoną Mildred, aż w końcu od niego odeszła, a jak się później okazało, ataki snajperskie stanowiły zwykłą przykrywkę. Sprawca zeznał policjantom, że zabijając przypadkowych, nieznanych mu ludzi, chciał odwrócić uwagę od swojego zasadniczego planu - zamordowania Mildred. A co byłoby, gdyby Dylann Roof, który przez lata patrzył, jak ojciec znęca się nad macochą, w porę otrzymał wsparcie i pomoc13? Czy to ocaliłoby życie dziewięciu osób, które w czerwcu 2015 roku zginęły w Afrykańskim Kościele Metodystyczno-Episkopalnym w miejscowości Charleston w Karolinie Południowej?
Niestety, przytoczone tu przypadki to wyłącznie te, które zapisały się w świadomości publicznej. W rzeczywistości jest ich o wiele, wiele więcej. W Stanach Zjednoczonych masową strzelaniną nazywa się takie sytuacje, w których są przynajmniej cztery ofiary, co oznacza, że wzmianki o znacznej większości tego typu incydentów pojawiają się tylko w wiadomościach lokalnych lub regionalnych, o ile w ogóle media o nich wspominają. Nazajutrz, najwyżej po dwóch dniach, nikt już o nich nie mówi, choć co roku w ich wyniku giną tysiące kobiet, mężczyzn i dzieci. Przywołane przypadki, podobnie jak wiele innych, wyraźnie pokazują, że przemoc domowa to bynajmniej nie problem prywatny, ale najbardziej paląca kwestia zdrowia publicznego.
Wszystko to ostatecznie sprawiło, że wiosną 2015 roku stanęłam na progu usianych wgnieceniami drzwi Paula Monsona. Wtedy znałam już od kilku lat większość członków jego rodziny i usłyszałam historię Michelle i Rocky'ego od matki i sióstr Michelle. Jednak Paul nie potrafił mówić o tym zabójstwie. Ból zdawał się go przytłaczać, poczucie winy czasem go wręcz dusiło. O przemocy domowej mówi się trudno. Jak dowiedziałam się w trakcie prowadzonych badań, jest to też jeden z najtrudniejszych tematów w pracy dziennikarskiej. Jest to kwestia zarówno rozległa i niewygodna, jak i pozostająca w całkowitym ukryciu. Jako reporter możesz stanąć w środku strefy wojny i opisać to, co widzisz. Możesz pojechać na miejsce klęski głodu czy zarazy i opowiadać o nich w czasie rzeczywistym. Możesz odwiedzić klinikę HIV/AIDS, centrum onkologiczne, obóz dla uchodźców czy sierociniec i na bieżąco donosić o tym, co się tam dzieje. Możesz pisać o problemach społecznych i środowiskowych, związanych ze zdrowiem publicznym i geopolityką, których konsekwencje widzisz na własne oczy. Nawet jeśli piszesz o powojennej rzeczywistości, co często robiłam w Kambodży, możesz założyć, że twoi rozmówcy są już w pewnym stopniu bezpieczni, bo wojna, klęska żywiołowa czy jakakolwiek katastrofa, która cię tam sprowadziła, dobiegła już końca.
Oto jeden z najtrudniejszych aspektów zajmowania się przemocą domową: piszesz o sytuacji tak zapalnej, że możesz narazić na niebezpieczeństwo ofiarę, która i tak znajduje się w samym epicentrum szalenie groźnej, niepewnej sytuacji. Jednak etyka dziennikarska nakazuje, by każdemu dać szansę opowiedzieć swoją wersję wydarzeń - zarówno ofierze, jak i sprawcy przemocy. W kilku przypadkach oznaczało to, że nie mogłam wykorzystać przeprowadzanych wywiadów przez całe tygodnie, a czasem miesiące, bo gdybym tylko zwróciła się do sprawcy z prośbą o komentarz, naraziłabym ofiarę. Jedna kobieta, z którą przeprowadzałam rozmowy przez ponad rok, musiała się wycofać dla własnego bezpieczeństwa. Jej wieloletni partner i oprawca przyciskał czasem jej nagie ciało do rur instalacji grzewczej w ich mieszkaniu albo zarzucał jej koc na głowę i owijał szyję taśmą. Historia o tym, jak po latach maltretowania wreszcie się od niego uwolniła, to jedna z najbardziej przejmujących opowieści, jakie słyszałam. Nawet teraz, kiedy o niej piszę, nie mogę wspomnieć o żadnych innych szczegółach, które pozwoliłyby ją zidentyfikować, a te elementy - rury grzewcze czy koc - pojawiają się także w relacjach wielu innych kobiet.
W przypadku ofiar przemocy domowej cierpienie często nigdy się nie kończy. Kobiety, którym udaje się uwolnić od oprawców, muszą ustalić z nimi kwestię opieki nad dziećmi. A nawet jeśli nie mają dzieci, to wiele ofiar trwa w stanie czujności jeszcze długo po ucieczce od przemocy - zwłaszcza jeśli z jej powodu sprawca trafił do więzienia. Jeśli znajdują nowego partnera, oboje mogą być narażeni na niebezpieczeństwo. Jedna z moich rozmówczyń określiła ten stan jako "oczy dookoła głowy" - przynajmniej do czasu, gdy dzieci dorosną. Momenty odwiedzin czy przekazania dziecka są szalenie ryzykowne nawet dla tych ofiar, którym udaje się uciec. Poznałam kobietę, której w takich właśnie okolicznościach były mąż rozbił twarz o kamienny mur na oczach dzieci, obserwujących zajście z tylnego siedzenia samochodu. Byli już wówczas wiele lat po rozwodzie. Kiedy to piszę, wiem już, że poprzedniego dnia, to jest 12 września 2018 roku, w kalifornijskiej miejscowości Bakersfield zginęło sześć osób, w tym była żona zabójcy i jej nowy partner (wpisanie w wyszukiwarkę Google fraz "mąż w separacji" i "zabił" daje ponad piętnaście milionów wyników). Ucieczka z przemocowego związku rzadko kiedy gwarantuje, że zagrożenie znikło. Dlatego też dokładałam wszelkich starań, by w miarę możliwości zachować równowagę między etyką dziennikarską a bezpieczeństwem osób, które wykazały się nie lada odwagą i udzieliły mi wywiadu. Tak często, jak to tylko możliwe, rozmawiałam z wieloma osobami na temat danego incydentu albo relacji, ale zdarzało się, że nie mogłam się kontaktować ze sprawcą, bo było to zwyczajnie zbyt niebezpieczne dla ofiary. W kilku przypadkach pozostali uczestnicy zajścia lub jego świadkowie już nie żyli. Nazwiska kilkorga rozmówców zostały zmienione, a ich tożsamość ukryta, aby ochronić ich bezpieczeństwo i prywatność. Przyjęta przeze mnie metodologia zakładała, że pewne dane mogę pominąć, ale niczego nie zmieniam, z wyjątkiem nazwisk. Za każdym razem zaznaczałam to odpowiednią adnotacją w tekście.
Przemoc domowa nie przypomina innych przestępstw. Nie dochodzi do niej w próżni. Nie dochodzi do niej, ponieważ ktoś znalazł się w złym miejscu i o złym czasie. Nasz dom i rodzina powinny stanowić święte terytorium, "azyl w bezdusznym świecie", jak uparcie określała to moja wykładowczyni socjologii na studiach. (I na jej zajęciach po raz pierwszy usłyszałam to zdanie). To właśnie sprawia, że przed przemocą domową nie sposób się obronić. Doświadczasz jej z rąk kogoś, kogo znasz, kto twierdzi, że cię kocha. Najczęściej ukrywa się ją nawet przed najbliższymi, a często przemoc fizyczna przynosi mniejsze szkody niż agresja emocjonalna i słowna. Nie umiem powiedzieć, jak często słyszałam skargi sprawców, że nie potrafią przestać kochać tej samej kobiety, nad którą znęcali się tak bardzo, że wylądowali w więzieniu. Kto wie, może to potężny afrodyzjak - idea, że ktoś dał się ponieść miłości tak głębokiej, że jest wobec niej bezsilny. Niemniej ów intelektualny przymus, niezbędny, by człowiek uwierzył, że jego miłość i agresja wyrastają w nim z tego samego miejsca, opiera się, rzecz jasna, na całkowicie fałszywych przesłankach. Z czasem zauważyłam u sprawców wysoki poziom narcyzmu. A występujące z wysoką częstotliwością inne czynniki, które mogą sprawić, że fałsz to kwestia przetrwania - uzależnienia, ubóstwo i inne akty desperacji - często okazują się szczególnie zabójcze w połączeniu ze swoistą toksyczną męskością.
Żyjemy w kulturze, w której mówi się nam, że dzieci muszą mieć ojca, że związek to najwyższa wartość, że rodzina stanowi fundament społeczeństwa, że lepiej zostać i rozwiązywać swoje "problemy" między dwojgiem ludzi, niż odejść i wychowywać dzieci jako samotna matka. Michelle Monson Mosure powtarzała to w kółko, tłumacząc mamie, że nie chce, by jej dzieci wychowywały się w "rozbitym domu". Jakby dom, w którym jedno z rodziców znęca się nad drugim, nie był wystarczająco rozbity, jakby istniały różne rozbicia. Takie komunikaty są tyleż podstępne, co konsekwentne. Docierają do nas, gdy politycy debatują nad ponownym wprowadzeniem ustawy o przeciwdziałaniu przemocy wobec kobiet, a następnie przeznaczają na ten cel fundusze tak nikłe, że w budżecie federalnym to w zasadzie okruszek. Na wdrażanie wspomnianej ustawy - Violence Against Women Act (VAWA) - przekazano fundusze w wysokości niespełna czterystu osiemdziesięciu dziewięciu milionów dolarów14. Dla porównania, cały roczny budżet Departamentu Sprawiedliwości, który nadzoruje Biuro do spraw Przemocy wobec Kobiet, wynosi obecnie dwadzieścia osiem miliardów dolarów15. Można też ująć to inaczej: najbogatszy człowiek na świecie, Jeff Bezos, którego majątek szacuje się na sto pięćdziesiąt miliardów dolarów, mógłby sfinansować obecny budżet VAWA na trzysta lat i jeszcze zostałoby mu parę milionów na skromne życie16.
Tymczasem do ofiar z różnych stron dociera przekaz, żeby nie odchodziły od swojego oprawcy. Spójrzmy na system wymiaru sprawiedliwości: podczas procesu zmusza się ofiarę do konfrontacji z człowiekiem, który już kiedyś próbował ją zabić i któremu - o czym ona dobrze wie - następnym razem może się to udać. Świadczą również o tym decyzje sądów, które wymierzają nader łagodne kary - często grzywnę czy kilka dni aresztu dla sprawcy brutalnego pobicia. Taki sygnał dostajemy także wtedy, gdy organy ścigania traktują przemoc domową jako drobny wyskok czy "małżeńską sprzeczkę", a nie jako przestępstwo, którym przecież bezspornie jest. Chcę wierzyć, że gdyby karty się odwróciły, gdyby to kobiety maltretowały i zabijały mężczyzn na tak ogromną skalę - każdego miesiąca w Stanach Zjednoczonych z rąk swoich partnerów ginie pięćdziesiąt kobiet, nie licząc przypadków innych niż morderstwo z użyciem broni - to problem nie schodziłby z pierwszych stron gazet w całym kraju. Najpewniej znalazłyby się też nieograniczone fundusze na badania naukowe, które pomogłyby ustalić, co jest nie tak ze współczesnymi kobietami.
A my mamy czelność pytać, dlaczego ofiara nie zostawi oprawcy.
W rzeczywistości wiele z nich - w tym Michelle Monson Mosure i jej dzieci - niejednokrotnie podejmuje potajemne próby odejścia, działając w ramach istniejącego systemu i - krok po kroku, zachowując nieustanną czujność - robi wszystko, co w ich mocy, żeby uciec. Gdy rozpatrujemy przypadek Michelle oraz wielu innych osób, wydaje nam się, że widzimy kogoś, kto postanowił pozostać w związku z dręczycielem, podczas gdy tak naprawdę nie potrafimy rozpoznać ofiary, która powoli i ostrożnie odchodzi od oprawcy.
Nie jest to przesadnie zaskakujące, jeśli weźmiemy pod uwagę, że poza nielicznymi wyjątkami ludzkość od zarania dziejów w zasadzie nie widziała w przemocy domowej nic złego. W judaizmie, islamie, chrześcijaństwie tradycyjnie panowało przekonanie, że mąż ma wszelkie prawo karać żonę, podobnie jak wolno mu dyscyplinować i kontrolować wszystko, co do niego należy, w tym służbę, niewolników i zwierzęta. Rzecz jasna, święte teksty - Koran, Biblia czy Talmud - z których takie przeświadczenia wyrastają, stanowią po prostu interpretację dokonaną przez (jakżeby inaczej) mężczyzn z ówczesnej epoki17. Czasem interpretacje te zawierały nawet wskazówki co do sposobu bicia żony, na przykład należało unikać bezpośrednich ciosów w twarz albo zadbać o to, by nie spowodować trwałych uszkodzeń ciała. W IX wieku gaon z akademii talmudycznej w Surze argumentował, że kobieta pobita przez męża doświadcza mniejszej traumy, niż gdyby spotkało ją to z rąk obcego, ponieważ zgodnie z prawem żona podlega mężowskiej władzy18. W Stanach Zjednoczonych ustanowione przez purytanów prawa zakazywały wprawdzie bicia żony, ale miały w dużej mierze charakter czysto symboliczny i egzekwowano je rzadko albo wcale. Uważano natomiast, że maltretowane żony prowokowały swoich mężów - to samo przekonanie przewija się w literaturze na temat przemocy domowej przez całe stulecia, a pierwsze teksty, w których kwestionuje się ten pogląd, pojawiły się w zasadzie dopiero w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XX wieku. W tych nielicznych przypadkach, gdy sprawca przemocy domowej trafiał przed oblicze wymiaru sprawiedliwości, sąd zwykle stawał po stronie mężczyzny, o ile żona nie odniosła trwałych obrażeń19.
Dopiero w ostatnim stuleciu w Stanach Zjednoczonych uchwalono prawo zakazujące bicia żony, ale nawet stany, które pod koniec XIX wieku jako pierwsze rozpoczęły prace nad wprowadzeniem ustaw przeciw przemocy małżeńskiej - Alabama, Maryland, Oregon, Delaware i Massachusetts - nieczęsto egzekwowały własne przepisy20. Amerykańskie Towarzystwo Zapobiegania Okrucieństwu wobec Zwierząt (American Society for the Prevention of Cruelty to Animals - ASPCA) powstało kilkadziesiąt lat przed uchwaleniem prawa zakazującego okrucieństwa wobec własnej żony, co oznacza, jak przypuszczam, że losem psów przejmowaliśmy się bardziej niż sytuacją maltretowanych kobiet. (W latach dziewięćdziesiątych w kraju działało niemal trzykrotnie więcej schronisk dla zwierząt niż schronisk dla ofiar przemocy domowej)21. Jesienią 2018 roku, kiedy piszę te słowa, w kilkunastu krajach na świecie przemoc wobec współmałżonka lub członka rodziny pozostaje całkowicie legalna - nie wprowadzono tam żadnych konkretnych przepisów przeciwdziałających przemocy domowej. Są to, między innymi, Egipt, Haiti, Łotwa, Uzbekistan i Kongo22. Jest jeszcze Rosja, gdzie w 2017 roku zdekryminalizowano wszelką przemoc domową, której skutkiem nie były obrażenia ciała23. A także, rzecz jasna, Stany Zjednoczone, gdzie pierwszy prokurator generalny mianowany przez administrację Trumpa uznał, że przemoc domowa nie stanowi podstawy do przyznania azylu i że w przypadku takich cudzoziemców można co najwyżej mówić o "pechu" (misfortune)24. Innymi słowy, w dzisiejszych czasach, jeśli masz dość szczęścia i prześladują cię poza domem siły twojego własnego rządu, to możesz ubiegać się o azyl, ale jeśli to prześladowanie odbywa się w czterech ścianach za zamkniętymi drzwiami - masz pecha i możesz liczyć wyłącznie na siebie.
Ogromna większość precedensów prawnych związanych z przemocą domową zaistniała naprawdę niedawno. Dopiero w 1984 roku Kongres uchwalił ustawę o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie i służbach publicznych (Family Violence Prevention and Services Act), która miała pomóc maltretowanym kobietom i dzieciom - wspomagać finansowanie schronisk i innych środków wsparcia dla ofiar25. Stalking uznano za przestępstwo dopiero na początku lat dziewięćdziesiątych, choć często nadal nie jest on postrzegany jako prawdziwe zagrożenie - ani przez organy ścigania, ani przez sprawców, ani nawet przez same ofiary, mimo że trzy czwarte kobiet zabitych w Ameryce doświadczyło wcześniej stalkingu ze strony obecnych lub byłych partnerów26. Niemal dziewięćdziesiąt procent ofiar zabójstw w wyniku przemocy domowej było uporczywie nękanych i pobitych w roku poprzedzającym ich śmierć27. Krajowy telefon alarmowy dla ofiar przemocy domowej zorganizowano dopiero w 1996 roku28.
Od Suzanne Dubus dowiedziałam się, że w całym kraju podjęto zasadniczo trzy inicjatywy, które rewolucjonizują nasze podejście do kwestii przemocy domowej. Należy do nich jej własny program, uruchomiony w 2003 roku. Polega on na tym, że w instytucjach zajmujących się przemocą domową powołano zespoły do spraw wysokiego ryzyka, które starają się oszacować potencjalne niebezpieczeństwo każdego przypadku, a następnie otoczyć ofiary ochroną. Druga to otwarcie w 2002 roku pierwszego w kraju ośrodka sprawiedliwości rodzinnej - Casey Gwinn, były pełnomocnik miasta San Diego, zaproponował, żeby pod jednym dachem zgromadzić wszystkie miejskie służby pomagające ofiarom: policję, prawników, wsparcie w zakresie odszkodowania, doradztwo, edukację i dziesiątki innych. (W ramach ośrodka w San Diego działało trzydzieści pięć różnych instytucji. W innych miejscowościach liczba współpracujących agencji może się różnić). Trzecią ze wspomnianych inicjatyw był Program Oceny Śmiertelności (Lethality Assessment Program - LAP), zapoczątkowany w stanie Maryland w 2005 roku przez byłego policjanta Dave'a Sargenta, powołany przede wszystkim po to, by monitorować postępowanie organów ścigania podczas interwencji wobec sprawców przemocy domowej29.
To nie przypadek, że wszystkie trzy programy zainicjowano mniej więcej w tym samym czasie. Ruchy kobiece w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych zwróciły uwagę narodu, dopiero zaczynającego akceptować ideę równości, na sytuację maltretowanych kobiet. Skupiono się wówczas na tworzeniu schronisk, zapewnieniu im finansowania i izolacji bitych kobiet od ich oprawców. Jednak w latach dziewięćdziesiątych zaczęło się to zmieniać. Aktywistki, prawnicy, policja i sędziowie w całym kraju mówili mi, że spowodowały to dwa wydarzenia. Pierwszym z nich był proces O. J. Simpsona.
Dla wielu osób Nicole Brown Simpson stała się symbolem ofiary nowego typu. Była piękna, bogata i sławna. Skoro ją spotkało coś takiego, to równie dobrze mogło się przydarzyć każdemu. Organy ścigania miały pełną świadomość, że O. J. dopuszczał się wobec niej przemocy. Został aresztowany, zwolniony za kaucją, a następnie skazany na udział w "terapii telefonicznej" przez kalifornijskiego sędziego (ostatecznie sprawę umorzono). Nagranie rozmowy Nicole z operatorem numeru alarmowego dało słuchaczom wgląd w sytuację rzadko obecną w przestrzeni publicznej: oto kobieta osaczona przez mężczyznę, który twierdzi, że ją kocha. Groźby, manipulacje, zastraszanie - wszystko tam było. Jej zabójstwo wysunęło na pierwszy plan kwestię, o której aktywiści mówili od lat - że to może się zdarzyć wszędzie, każdemu. W tamtym okresie najważniejsze dla nich było to, jak dotrzeć do ofiar, którym nie udaje się poprosić o wsparcie. Jednak kiedy w lokalnych gazetach zaczęły pojawiać się relacje na temat morderstwa Nicole Brown Simpson i Rona Goldmana, po raz pierwszy niemal zawsze towarzyszyły im informacje, gdzie szukać pomocy. Dzięki procesowi ofiary uzyskały dostęp do wsparcia na niespotykaną dotąd skalę. Dzwoniły więc na telefony zaufania, do schronisk i na policję30. Przemoc domowa wkroczyła w dyskurs na poziomie ogólnokrajowym.
Sprawa Simpsona stała się również katalizatorem działań na rzecz ofiar pochodzących z mniejszości etnicznych, które słusznie pytały, dlaczego społeczeństwo zainteresowało się problemem śmiertelnych konsekwencji przemocy domowej dopiero wtedy, gdy zginęła bogata, piękna, biała kobieta. Przedstawicielki mniejszości etnicznych doświadczały tego typu przemocy w tym samym lub nawet wyższym stopniu co białe kobiety, a dodatkowo zmagały się jeszcze z uprzedzeniami na tle rasowym. W następstwie sprawy Simpsona ten aspekt ogólnokrajowej debaty coraz częściej pojawia się dziś w kontekście społeczności rdzennych Amerykanów, imigrantów oraz grup, które są defaworyzowane na skalę większą niż kiedykolwiek wcześniej. Po części przyczynił się do tego drugi kamień milowy, który zmienił nasze podejście do kwestii przemocy domowej: ustawa o przemocy wobec kobiet (Violence Against Women Act - VAWA).
To właśnie ten akt prawny sprawił, że kwestią przemocy między partnerami życiowymi zajęli się wreszcie ustawodawcy, którzy dotąd postrzegali ją jako sprawę prywatną, problem kobiet, a nie systemu sądownictwa karnego. Projekt ustawy przedstawił w 1990 roku w Kongresie ówczesny senator Joseph Biden, ale weszła ona w życie dopiero jesienią 1994 roku, zaledwie kilka tygodni po zakończeniu procesu O. J. Simpsona. Wtedy też po raz pierwszy w historii miasta i miasteczka w całym kraju mogły ubiegać się o dotacje federalne na walkę z przemocą domową w swoich społecznościach. Fundusze te przeznaczano na organizację specjalistycznych kursów dla służb ratowniczych i mundurowych, zatrudnienie pracowników społecznych, tworzenie schronisk i mieszkań tymczasowych, prowadzenie zajęć interwencyjnych dla sprawców oraz szkoleń z zakresu prawa. Fundusze VAWA oznaczały, że ofiary nie muszą już płacić z własnej kieszeni za zestawy sprzętu do pobierania materiału dowodowego w sprawie o gwałt, a maltretowane przez partnera kobiety, eksmitowane z domu w następstwie zdarzeń związanych z przemocą, mogły liczyć na odszkodowanie i pomoc; znalazły się też środki na wsparcie dla ofiar z niepełnosprawnościami oraz osób potrzebujących konsultacji prawnej. Wszystkie te mechanizmy wsparcia dla osób dotkniętych przemocą domową, a także wiele innych, jakimi dziś dysponujemy, zawdzięczamy bezpośrednio ustawie VAWA. Po jej uchwaleniu ówczesny senator Biden oświadczył agencji Associated Press: "[Przemoc domowa] to przestępstwo nienawiści. Chcę zapewnić kobietom wszelkie przewidziane przepisami możliwości dochodzenia zadośćuczynienia, nie tylko w ramach prawa karnego, ale także w postępowaniu cywilnym. Chcę uświadomić ludziom w tym kraju, że prawa obywatelskie kobiet - ich prawo do życia w spokoju - są zagrożone"31.
VAWA wymaga ponownego przegłosowania co pięć lat. W 2013 roku głosowanie zablokowano, ponieważ republikanie oprotestowali projekt uwzględniający partnerów tej samej płci, rdzennych Amerykanów zamieszkałych w rezerwatach oraz pochodzące z innych krajów ofiary maltretowania, które znalazły się w USA bez dokumentów i ubiegały się o wizę tymczasową. Po zaciekłych dyskusjach zarówno w Izbie Reprezentantów, jak i w Senacie ustawa ostatecznie przeszła. Kiedy to piszę, Kongres szykuje się właśnie do kolejnego głosowania. Docierają do mnie sygnały od aktywistek z całego kraju - mają one pełną świadomość, jak niepewna jest ich sytuacja i szanse na kontynuację finansowania w obecnym klimacie politycznym, pod rządami przywódcy, który nie kryje się z seksizmem i mizoginią, którego kilkanaście kobiet oskarżyło o molestowanie, a pierwsza żona zarzuciła mu napaść na tle seksualnym. (Później stwierdziła, że nie miała na myśli przestępstwa, ale raczej poczucie, że naruszona została jej nietykalność32). Funkcję sekretarza Trumpa w Białym Domu pełnił Rob Porter, o którym było wiadomo, że znęcał się nad partnerkami, aż w końcu media i naciski z zewnątrz - a więc bynajmniej nie moralny imperatyw - zmusiły go do złożenia dymisji. Naprawdę żyjemy w czasach, w których prawo do posiadania broni staje się ważniejsze niż prawo do życia. "To, co [Trump] mówi i robi, ma dla kobiet ogromne konsekwencje - powiedziała mi Kit Gruelle, ocalała z doświadczenia przemocy i aktywistka. - Cofamy się w przerażającym tempie".
Jakiś czas temu wybrałam się na lunch z Lynn Rosenthal, pierwszą konsultantką w relacjach między Białym Domem a Biurem do spraw Przemocy wobec Kobiet. Nawiasem mówiąc, to utworzone za czasów Obamy stanowisko pod rządami administracji Trumpa od dwu lat pozostaje nieobsadzone. Zapytałam ją: gdyby miała nieograniczone fundusze i swobodę dysponowania nimi według własnej woli, to jak rozwiązałaby problem przemocy domowej? Odparła, że wybrałaby społeczność, zbadała, co się sprawdza, a potem zainwestowała we wszystko. "Nie można spojrzeć na pojedynczy fragment systemu i stwierdzić: "Och, to jest lek na całe zło. Właśnie tego ludzie chcą". Gdybyśmy mogli zainwestować w jedną rzecz, co by to było? Prawda jest taka, że jedna rzecz niczego nie rozwiąże".
Właśnie o to w tym wszystkim chodzi: przemoc prywatna w taki czy inny sposób wpływa na niemal każdy aspekt współczesnego życia, a jednak nasza zbiorowa nieumiejętność publicznego postępowania z tym problemem odsłania zdumiewający brak zrozumienia dla owej wszechobecności.
Przystępując do pracy nad niniejszą książką, chciałam rzucić światło na najciemniejsze zakamarki, pokazać, jak przemoc domowa wygląda od środka. Podzieliłam ją na trzy części, a w każdej staram się rozwiązać jedno fundamentalne zagadnienie. Część pierwsza próbuje odpowiedzieć na najbardziej uporczywie zadawane pytanie: dlaczego ofiary nie odchodzą. (Kit Gruelle powiedziała mi kiedyś: "Po napadzie rabunkowym nikt nie mówi prezesowi: "Musisz przenieść ten bank""). Życie i śmierć Michelle Monson Mosure pokazały nam jasno, że nie rozumiemy tego, co rozgrywa się na naszych oczach, że rozważanie, czy ktoś powinien odejść, czy też zostać, nie uwzględnia całej masy czynników, jakie oddziałują w przemocowym związku.
W części drugiej, dla mnie chyba najtrudniejszej, badam samo sedno przemocy - rozmawiam ze sprawcami. Ich punkt widzenia, tak przecież istotny dla sprawy, zazwyczaj się pomija, a wypowiadają się wyłącznie ofiary, aktywistki i policja. W obecnym klimacie dominacji toksycznej męskości chciałam się dowiedzieć, jak wygląda taki człowiek, jak postrzega samego siebie w społeczeństwie i we własnej rodzinie. Przez lata zbierania materiałów do książki po wielokroć pytałam, czy można nauczyć przemocowca nie stosować przemocy. Odpowiedzi niemal zawsze były takie same: od policjantów i aktywistek słyszałam "nie", ofiary mówiły, że mają taką nadzieję, natomiast mężczyźni sprawcy twierdzili, że owszem, można. W moim odczuciu ta ostatnia odpowiedź to nie tyle teoria, ile raczej wyraz ich chęci. W świecie przemocy domowej co rusz ktoś cytuje powiedzenie "skrzywdzeni krzywdzą innych". Co więc musiałoby się wydarzyć, żeby taki zraniony człowiek zmierzył się z własnym bólem i spróbował stawić mu czoła, zamiast jak zwykle skierować go na zewnątrz i wyładować na bliskich?
W trzeciej części podążam śladem osób, dzięki którym coś się zmienia, działających na pierwszej linii frontu walki z przemocą domową i zabójstwami w jej wyniku - jak Suzanne Dubus czy Kelly Dunne. Badam, co można zrobić i kto się tym zajmuje. Zgłębiam inicjatywy grup interesu, wymiaru sprawiedliwości i organów ścigania, a także przyglądam się, jak one wyglądają z poziomu ulicy.
W książce używam w stosunku do ofiar zaimka "ona", a w odniesieniu do sprawców - "on". Nie sugeruję przez to bynajmniej, że mężczyźni nie mogą być ofiarami, a kobiety sprawczyniami, jestem także świadoma, na jak skromne wsparcie mogą liczyć maltretowani partnerzy w związkach jednopłciowych oraz jak ponure są statystyki dotyczące przemocy domowej w relacjach i społecznościach LGBTQ. Moje rozumowanie jest tu dwojakie: po pierwsze, mężczyźni stanowią przytłaczającą większość sprawców, a kobiety - ofiar. Po drugie zaś, zaimki "on/ona" pomagają mi zachować spójność tekstu. Należy zatem przyjąć, że kiedy piszę "ona" o ofiarach, a "on" o sprawcach, jestem świadoma, że każdy może znaleźć się w obu tych sytuacjach, niezależnie od płci.
Coraz częściej słychać głosy, że ofiary przemocy domowej należałoby określać mianem "ocalałych", a w niektórych przypadkach "klientów/klientek". Ja jednak tego nie robię, o ile nie wiem z całą pewnością, że mam do czynienia z ocalałymi - że udało im się uciec z przemocowego związku i stworzyć nowe życie dla siebie i najbliższych. Ponadto podaję imiona i nazwiska rozmówców i rozmówczyń w pełnym brzmieniu, a o osobach, które podzieliły się ze mną swoją historią - stając się tym samym "postaciami" w rozumieniu literatury faktu - piszę, posługując się ich imionami.
Ostatnia kwestia: termin "przemoc domowa" od dawna stanowi przedmiot sporów wśród ocalałych i grup interesu. "Udomowienie" przemocy sugeruje pewnego rodzaju złagodzenie, jak gdyby pobicie przez członka rodziny nie zasługiwało na taką samą uwagę co napaść ze strony obcego człowieka. W środowisku grup interesu zauważa się obecnie tendencję do używania terminów "przemoc wobec partnera" lub "terroryzm wobec partnera". Te rozwiązania również nie są idealne, chociażby dlatego, że pomijają przemoc ze strony kogokolwiek innego niż partner. "Przemoc małżeńska" wiąże się z podobnymi ograniczeniami. W ostatnim dziesięcioleciu popularność zyskało wyrażenie "przemoc prywatna". Wszystkie te pojęcia są eufemistyczne w tym sensie, że nie uwzględniają konkretnej konstelacji sił - fizycznych, emocjonalnych i psychologicznych - z jakimi ma się do czynienia w takich relacjach. Od lat staram się wymyślić lepsze określenie, jak dotąd bezskutecznie, choć moim zdaniem słowo "terroryzm" najdokładniej oddaje to, jak czuje się osoba w takim związku. Niemniej skoro jest to termin powszechnie zrozumiały, w książce piszę o "przemocy domowej" lub "przemocy prywatnej", chyba że kogoś cytuję albo wystąpi oczywista redundancja kontekstowa - w takim przypadku od czasu do czasu używam innych wymienionych powyżej określeń.
A teraz wróćmy do domu Paula Monsona i do tamtego późnego popołudnia. Kończymy rozmowę o samochodach i przechodzimy do tematu, którego unika, źródła jego głębokiej żałoby: córki i wnuków, których już nie ma.