Śladami bogów - Sandor Marai

Kup ebooka

33.15 zł
21.55 zł (21,55 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Przed­mowa

(do nowego wyda­nia)

Pre­zen­to­wane tu zapi­ski sta­no­wią trwały ślad wspo­mnień ze spo­tka­nia mło­do­ści i podróży, od któ­rego minęło już ponad dzie­sięć lat. Teraz, pod­czas ponow­nej lek­tury, zwią­za­nej z popra­wia­niem ich na potrzeby nowego wyda­nia, ze szcze­gólną nostal­gią zauwa­ża­łem bijącą ku mnie z tych kart tem­pe­ra­turę prze­kor­nego, upar­tego entu­zja­zmu i opty­mi­zmu - do tak sil­nego i wzbu­dzo­nego w dobrej wie­rze zapału zdolna jest jedy­nie naj­wcze­śniej­sza mło­dość, gdy czło­wiek świę­cie wie­rzy, że świat wyna­le­ziono i urzą­dzono aku­rat na jego cześć, a praw­dziwy sens tego wyna­lazku - gatun­ków, krain, dzieł ludz­kich i ponadludz­kich - zawiera się w tym, że on, czło­wiek, jest podróż­ni­kiem i że ten wyna­la­zek poznaje, zachwyca się nim i go używa. Byłem entu­zja­stycz­nym wędrow­cem. I wła­śnie ów entu­zjazm jest jedyną racją publi­ka­cji niniej­szego tomu.

Nie­wąt­pli­wie Aurél Stein1, arche­olog i geo­graf, zwraca w swo­ich podró­żach uwagę na inne aspekty. Jed­nakże mło­dość postrzega świat z okrutną siłą i nie­kiedy siła tej wizji zastę­puje skom­pli­ko­wane i czułe instru­menty nauko­wej per­cep­cji. Ten rodzaj podróży, który kra­iny i ludy przy­swaja w postaci wizji, nie nadaje się do zare­je­stro­wa­nia tego, co jest rze­czy­wi­sto­ścią topo­gra­ficzną i etno­gra­ficzną; ale gdy gorączkę entu­zja­zmu podró­żu­ją­cej duszy wymie­szać z refrak­cją wizji, to osta­tecz­nie i taka podróż prze­każe infor­ma­cję - podob­nie dzieje się w wypadku przy­by­łego z obcego świata pro­mie­nia świetl­nego, pochwy­co­nego przez krysz­tał i roz­sz­cze­pio­nego prze­zeń na spek­trum barw. Kiedy rusza­łem na Wschód, zabra­łem ze sobą dwa płó­cienne ubra­nia, kape­lusz tro­pi­kalny, zdu­mie­wa­jąco mało pie­nię­dzy oraz Fau­sta Goethego. To nie był pro­fe­sjo­nalny ekwi­pu­nek. Wcze­śniej, na mniej awan­tur­ni­cze wyprawy, wyru­sza­łem wypo­sa­żony bar­dziej przy­tom­nie i grun­tow­nie. Co do kape­lu­sza tro­pi­kal­nego, to już w Alek­san­drii oka­zało się, że jest cał­ko­wi­cie nie­przy­datny, ponie­waż lepi się do skóry i jest w nim gorąco. Mimo to w każ­dej chwili tej trzy­mie­sięcz­nej podróży mia­łem poczu­cie, że jestem bada­czem, że gdzieś pomię­dzy dwoma świa­tami, pomię­dzy połu­dni­kami wyzna­cza­ją­cymi świat dostępny zmy­słom oraz ten, który jest im nie­do­stępny, wyko­nuję prace wyko­pa­li­skowe, z pomię­tym egzem­pla­rzem Fau­sta w kie­szeni. Na tyle nie­skromny jest czło­wiek - z początku. Chciał­bym jesz­cze raz w życiu podró­żo­wać tak bied­nie i tak nie­skrom­nie.

W kra­inach, przez które wio­dła moja droga, widać było ślady stóp ludzi, któ­rzy znik­nęli, i tropy bogów, któ­rzy prze­pa­dli. Kiedy czy­tam te dawne zapi­ski, ude­rza mnie ocza­ro­wa­nie, w każ­dym momen­cie wyprawy wska­zu­jące mi wła­ściwą trasę. Podró­żo­wa­łem w pół­śnie, bez mapy. Przed połu­dniem podzi­wia­łem jakie­goś daw­nego boga, po połu­dniu - jakąś Ame­ry­kankę, wie­czo­rem - małego sza­kala: w Jero­zo­li­mie, przed hote­lem, w bla­sku księ­życa, na skrzy­żo­wa­niu dróg. Podró­żo­wa­łem jak ktoś, kto wycho­dzi naprze­ciw przy­mie­rzu żywych i umar­łych i wie, że wszę­dzie zosta­nie przy­jęty z prze­świad­cze­niem, że można mu zaufać, bo jest pojętny i wraż­liwy na to, co ludz­kie i co boskie, a co po dro­dze będzie roz­ta­czać się przed jego oczami. Chyba tylko tak warto podró­żo­wać. To była poucza­jąca wyprawa: podró­żo­wa­łem pośród zabój­ców i zabyt­ków, pustyni i czoł­gów, wygna­nych bogów i wygna­nych ludzi. Mło­dym oso­bom i dzi­siaj nie mogę pole­cić trasy bar­dziej poucza­ją­cej. I pro­szę wszyst­kich, któ­rzy prze­mie­rzają kra­iny cza­rów, niech nie zapo­mną wziąć z domu dwóch przy­dat­nych akce­so­riów w bagażu podróż­nika: Fau­sta oraz entu­zja­zmu. Kape­lusz tro­pi­kalny nie jest bez­wa­run­kowo konieczny. Za to dresz­cze i naboż­ność, które mnie prze­nik­nęły, gdy po raz pierw­szy przy­sta­ną­łem w doli­nie Libanu, czy też na Górze Oliw­nej, są do takiej podróży abso­lut­nie nie­zbędne.

jesień 1937

S.M.

Bydło w wago­nie

Kiedy pociąg prze­jeż­dżał obok Awi­nionu, był już wie­czór, a ja nawet na widok drzew oliw­nych nie byłem skory zapo­mnieć anna­mic­kich3 żoł­nie­rzy we fran­cu­skich mun­du­rach, wie­zio­nych cię­ża­rówką z Lyonu do Mar­sy­lii, a stam­tąd dalej, do Syrii; cho­dzi­łem po kory­ta­rzu, nękany mdło­ściami - i co z tego, że poświata księ­życa, Awi­nion, kiedy nie spo­sób pojąć, ogar­nąć rozu­mem, kiedy nie można pogo­dzić się z tym, że ludzie wciąż się nawza­jem mor­dują. Fran­cuzi pro­wa­dzą wojnę w Syrii, a do tej kam­pa­nii potrzebni są ci sko­śno­ocy anna­miccy żoł­nie­rze. Ale gdzie są Fran­cuzi? Mój prze­dział jest pełen Fran­cu­zów, z któ­rych jeden je poma­rań­czę, drugi, wąsaty, śpi z otwar­tymi ustami, trzeci czyta powieść grozy. Ci tutaj? Rze­czy­wi­ście tego chcą? Ni­gdy i ni­gdzie. "Fran­cuzi" - ten ter­min wydaje mi się teraz nie­re­alny - "Fran­cuzi" kochają życie, dobre wino, dużo pie­nię­dzy, kobiety, wyra­fi­no­wane przy­stawki, nie zaś brud, wszy, rany, trupy, wojnę. Kto w Paryżu lubi wojnę? Na Quai d'Orsay, w pokoju wykle­jo­nym czer­woną tapetą, refe­rent do spraw zagra­nicz­nych, który przed kil­koma dniami wyda­wał mi wizę, ude­rzył się w pierś i zaczął krzy­czeć, pur­pu­rowy na twa­rzy: "My się tam wykrwa­wiamy!... My tam pro­wa­dzimy wojnę!...". Nikt mu nie robił krzywdy, prze­cież sie­dział w ogrze­wa­nym pokoju, a z okna roz­ta­czał się ładny widok na ogród mini­ster­stwa spraw zagra­nicz­nych. Pano­wała cisza, a on miał chu­s­teczkę skro­pioną per­fu­mami. Wie­czo­rem pew­nie pla­no­wał zjeść kola­cję ze swoją lubą... no więc dla­czego "my"? Kim są ci "my", miał­bym ochotę zapy­tać po pesz­teń­sku, kim są ci "my" - ty i ja, czy to my niby krwa­wimy? Ten pan lubi wojnę. Mógł być sekre­ta­rzem innego pana, który jesz­cze bar­dziej lubi wojnę i sie­dzi w jakimś innym pokoju, gdzieś w Paryżu albo w Lon­dy­nie - któż to wie? Moż­liwe, że to sta­rzec z brodą i w bino­klach, taki kokiet, ale moż­liwe też, że to tylko cichy, głupi czło­wiek, a mimo to wła­śnie on pew­nego dnia jaśniej niż słońce wytłu­ma­czy dwu­dzie­stu innym ludziom, że trzeba wysłać do Damaszku anna­mic­kich żoł­nie­rzy. Na sta­cji w Lyonie stały dwa wagony, w jed­nym anna­miccy żoł­nie­rze, w dru­gim żywe bydło. Tej para­leli jesz­cze ni­gdy nie widzia­łem w tak przej­rzy­stej aran­ża­cji.

Sia­dam z powro­tem w prze­dziale, roz­draż­niony, wiem, że nie da się uciec przed ludźmi, na próżno podróż i odle­głość, nie zdo­łam umknąć nawet przed wła­snym mija­ją­cym życiem, wszel­kie moje tro­ski podą­żają wraz ze mną, są tu, w mojej kie­szeni, w moim bagażu - jakiś list, jakaś obiet­nica, jakieś błędne mnie­ma­nie, jakieś prze­ko­na­nie. Przed tym wszyst­kim na próżno wyjeż­dżam na Wschód, na próżno opusz­czam Europę, by zoba­czyć wiel­błądy, palmy i ład­nych, mądrych Ara­bów, darem­nie jadę przyj­rzeć się śla­dom daw­nych bogów. Oso­bliwy jest ten nie­po­kój, który trwa od wielu dni: jak­bym przed czymś ucie­kał w sen­nym kosz­ma­rze, choć z góry wiem, że przy końcu tego snu i tak zostanę schwy­tany, pew­nego poranka obu­dzę się w swoim miesz­ka­niu, pośród sta­rych kło­po­tów, spo­cony; wszystko prze­mi­nęło, nie spo­sób uciec. Jeśli na dworcu w Mar­sy­lii został­bym przy­pad­kiem aresz­to­wany i osą­dzony, nie bar­dzo był­bym, tak myślę, skłonny pro­te­sto­wać.

Pociąg pośpieszny przy­bywa do Mar­sy­lii, auto zawozi mnie do hotelu, wokoło panuje cisza, noc, w opu­sto­sza­łym holu sły­chać fon­tannę. Wszystko to działa osza­ła­mia­jąco, bo zawiera w sobie poczu­cie odda­le­nia; wcią­gam powie­trze, wycho­dzę na ulicę, noc jest cie­pła, ulice są gło­śne; ave, obce mia­sto, obcy świe­cie, ave, wszystko, co obce. Prze­peł­nia mnie przy­ja­zne nasta­wie­nie, ustę­puje zaś powścią­gli­wość wzglę­dem tego, co obce; chcę się zapo­znać, zbli­żyć, dotknąć tego podej­rza­nego, cie­płego, obcego życia.

Sie­dzę w kawiarni, w otwar­tej nocą mar­syl­skiej kawiarni, w któ­rej wszystko jest reklamą gustu pana Dufay­ela, wiel­kich pary­skich domów towa­ro­wych; pan Dufayel urzą­dza na kre­dyt wszyst­kie kawiar­nie na fran­cu­skiej pro­win­cji; nie mogę się powstrzy­mać od uśmie­chu pod tymi zło­co­nymi lustrami. Znam ten nastrój ule­gło­ści, bo łatwo­wierny ze mnie podróżny, któ­remu nie trzeba wiele, w któ­rym wszystko budzi zapał, jakieś drzewo przed Awi­nio­nem, wła­sna porażka, pewien czło­wiek śpiący w prze­dziale kole­jo­wym. Nie jestem but­nym podróż­ni­kiem, szybko się pod­daję.

Roz­glą­dam się wokoło i żegnam z Fran­cją na jakiś czas. Wiem, że dobrze będzie powró­cić, wiem, że kie­dyś jesz­cze poczuję wielką nostal­gię za Pary­żem; wiele rze­czy tutaj zro­zu­mia­łem, wiele polu­bi­łem. Ale teraz pra­gnę już stąd wyje­chać, cał­kiem po cichu wyłą­czyć się z tego zakładu pro­duk­cyj­nego, który, nie­ważne jak nie­wielki, wciąż prze­cież jest zakła­dem, inte­re­sem, moim życiem. Te dziwne, trudne lata - można się udu­sić, nie spo­sób tak dalej. Dla­czego czło­wiek nie może być cał­kiem szczery w życiu i w pracy? Przy­po­mina mi się, że kie­dyś już sie­dzia­łem tu, w Mar­sy­lii, w tej otwar­tej nocą kawiarni... Kie­dyś już tu byłem, przy­je­cha­łem z Riwiery, porzu­ciw­szy karty i pro­mie­ni­ste słońce, to też prze­mi­nęło, ten zły i tani nie­po­kój, ta pry­mi­tywna i naiwna radość z przy­pad­ko­wo­ści. Dzi­siaj już bym nie potra­fił grać w karty, nudzi mnie to; na rze­czy trzeba zara­biać powoli i za wszyst­kie trzeba zapła­cić, tylko wtedy są inte­re­su­jące; jeśli zaś oka­zje świata rzuci ci do stóp rouge albo noire, to można nad tym przy­snąć.

Bar­dzo mądry jestem dzi­siaj wie­czo­rem, wcale to do mnie nie pasuje. Idę pospa­ce­ro­wać bul­wa­rem La Canebi?re. Czarny, wcze­sno­wio­senny skwar. Moim śla­dem jesz­cze w kawiarni ruszył męż­czy­zna we wło­skim kape­lu­szu, a teraz upar­cie, jed­no­staj­nie brzmią­cym gło­sem ofe­ruje mi odsło­nię­cie tajem­nic Mar­sy­lii.

- Ale mimo wszystko, na co ma pan chęć?... - pyta ze zło­ścią przy końcu ulicy, przed hote­lem, w każ­dej chwili gotów do ucieczki. Kiedy odwra­cam się gwał­tow­nym ruchem, spo­glą­dam mu w oczy, w nie­spo­kojne ludz­kie oczy, i czę­stuję go papie­ro­sem, potul­nieje, odwraca wzrok w zakło­po­ta­niu, nie­śmiało wycią­gnię­tymi pal­cami bie­rze papie­rosa i powta­rza z waha­niem, nie patrząc na mnie:

- Ale mimo wszystko... Jeśli pan chce, jeśli życzy pan sobie coś obej­rzeć...

- Jakie to smutne - mówię do niego, sam nie wiem dla­czego - że musi pan z tego żyć...

Śmieje się ner­wowo, pod­nosi na mnie wzrok - teraz w jego spoj­rze­niu nie ma nic bez­czel­nego, patrzy nie­omal jak czło­wiek, z nie­jaką cie­ka­wo­ścią. Zawsze popeł­niam błąd, gdy jestem szczery. On śmieje się i mówi w spo­sób świad­czący o braku roze­zna­nia w tej kwe­stii:

- Och, prze­żyć...

I nagłym gestem ściąga kape­lusz, rzu­ca­jąc:

- Pro­szę mi wyba­czyć...

Skręca za rogiem; jak zręcz­nie znika w cze­lu­ściach La Canebi?re! Spo­glą­dam za nim i po raz pierw­szy od lat chciał­bym za kimś zawo­łać:

- Oczy­wi­ście, jakie to trudne... Pro­szę mi wyba­czyć... Jeste­śmy ludźmi, jakie to trudne.

Do wszyst­kiego przy­wiera ciężka woń: zapa­chy, olej, skwar, noc na Połu­dniu z tym swoim lep­kim zamę­tem; a od czasu do czasu wszystko to spłu­kuje i zaciera pły­nące od strony portu gorz­kie tchnie­nie zasta­łych wód morza.

Alzat­czyk

Na Cap Polo­nio, w marcu 1926

Na brzegu stoją dwaj neapo­li­tań­scy muzy­kanci, śpie­wają pary­ską pio­senkę poetycką. Aktorka, która z powo­dze­niem wyko­ny­wała ją swego czasu w pew­nym fran­cu­skim teatrze, kiwa im głową i woła w dół, w kie­runku brzegu: Valen­cia!... Sto­imy przy bur­cie, cze­kamy na odcu­mo­wa­nie, poni­żej zaś, na mię­dzy­po­kła­dzie, sie­dzi w ciszy kom­pa­nia fran­cu­skich żoł­nie­rzy; nie­któ­rzy z nich pole­gują na płasz­czach bądź opie­rają się o barierkę. Przy samym skraju nabrzeża stoją fran­cu­scy ojco­wie i fran­cu­skie matki, z toboł­kami i koszy­kami. Poże­gna­nie mają już za sobą - teraz nie pła­czą, nie krzy­czą, nie machają, ponie­waż są Fran­cu­zami, któ­rzy wie­dzą, że bólu nie wypada oka­zy­wać publicz­nie.

Mie­siąc póź­niej znów ci mło­dzi żoł­nie­rze, tym razem mię­dzy Bej­ru­tem a Damasz­kiem, na poste­run­kach wzdłuż linii kole­jo­wej, w czter­dzie­sto­stop­nio­wym, przy­pra­wia­ją­cym o omdle­nie skwa­rze, pod górami Libanu; i podróż z nimi, pod jed­nym dachem, w pociągu pan­cer­nym do Damaszku, a śla­dem każ­dego ich kroku - strasz­liwy swąd wojny. I w każ­dym ich ruchu, geście ta przy­wo­dząca do roz­pa­czy, rześka cheł­pli­wość: "Jeń­ców nam nie trzeba" oraz "Nie wolno tra­fić do nie­woli". I ich powód, dobry powód, by tak myśleć. Tak dobry, jak i powód wybu­chu wojny tam, w Syrii - i zresztą każ­dej wojny, którą pro­wa­dzą "mocar­stwa" i którą nakrę­cają dyplo­maci.

Te młode twa­rze patrzą teraz wprost na brzeg, w nie­le­d­wie posępne chłop­skie obli­cza kobiet i męż­czyzn sto­ją­cych w dole na nabrzeżu. Nikt się nie odzywa, panuje cisza, świeci słońce.

Nie­zau­wa­żal­nie sta­tek rusza. I ta droga, wio­dąca mnie przez cały Egipt, aż po Sudan, poprzez Pale­stynę, a także przez Gre­cję, Tur­cję i Wło­chy, żeby dopiero mie­siące póź­niej dopro­wa­dzić do ponow­nego spo­tka­nia z towa­rzy­szami początku podróży, z tymi mło­dymi żoł­nie­rzami u stóp gór Libanu, w Syrii, ta wyprawa roz­po­czyna się dla mnie od takiego wła­śnie akcentu, który towa­rzy­szy mi potem cały czas - od spoj­rze­nia stu mło­dzień­ców, któ­rych fran­cu­ski sta­tek wie­zie do Syrii, aby tam pole­gli wsku­tek poli­tyki wiel­kich mocarstw. A wszystko to dzieje się tak mimo­cho­dem, tak cicho, że czło­wiek mógłby sądzić, że tych mło­dych męż­czyzn wie­zie się na jakieś manewry czy po to, żeby zbu­do­wali gdzieś most; w pierw­szej zaś kla­sie ofi­ce­ro­wie w bia­łych ręka­wicz­kach pro­szą panie do tańca. Póź­niej, w takie gorące i jasne tro­pi­kalne noce, w dro­dze do Afryki, spoj­rze­nie cza­sem z okna sali balo­wej na tam­tych żoł­nie­rzy, jak leżą na płasz­czach pod roz­gwież­dżo­nym nie­bem, mię­dzy nie­bem a wodą, i przy pły­ną­cych z pierw­szej klasy dźwię­kach jazz-bandu cze­kają, żeby ten sta­tek zawiózł ich pod obce gwiazdy, gdzie trzeba napra­wić to, co zepsuł gene­rał Sar­rail...

Taki to obraz będę nosić w sobie tygo­dniami peł­nymi emo­cji i wszę­dzie, gdzie ktoś pokaże mi znaki świad­czące o się­ga­ją­cej tysięcy lat wstecz "wiel­ko­ści czło­wieka" - ostro­słupy i pira­midy, świą­ty­nie i bogów, na któ­rych cześć przed pię­cioma tysiąc­le­ciami zma­sa­kro­wano tu i ówdzie w inte­re­sie impe­riów kilka tysięcy ludzi - będzie mi się przy­po­mi­nał widok z początku podróży: stu niemo wzru­szo­nych ludzi na mię­dzy­po­kła­dzie i posępne obli­cza męż­czyzn oraz kobiet w dole na brzegu, bez mała już obo­jęt­nych z bólu, sto­ją­cych nie­ru­chomo w czar­nych odświęt­nych stro­jach chłop­skich z Bre­ta­nii, na gra­nicy fran­cu­skiej ziemi, i spo­glą­da­ją­cych za stat­kiem, póki widać na hory­zon­cie pasemko, kre­skę dymu uno­szą­cego się z komina. Jak mocno wbije mi się w pamięć tam­ten obraz, obraz tam­tych chło­pów z ich wsty­dli­wie skry­wa­nym, bez­brzeż­nym bólem, sto­ją­cych przed stat­kiem, przed wago­nem towa­ro­wym, jak czę­sto będę przy­wo­ły­wał go w trak­cie tych dzie­się­ciu lat od czasu podróży... Im, jedy­nie im przy­pada ta cięż­sza, trud­niej­sza część, wszę­dzie na świe­cie; tym wła­śnie cichym chło­pom, któ­rzy bez­rad­nie spo­glą­dają za swo­imi synami.

- Valen­cia!... - mówi aktorka, a potem przed­sta­wia się jej pewien pod­po­rucz­nik i razem odcho­dzą wypić ape­ri­tif.

Także pod­po­rucz­nika posyła się do Syrii. Sta­tek jest już w dro­dze, od morza pły­nie świeże powie­trze i wypłu­kuje mi z nosa Mar­sy­lię, ciężką woń tego tłu­stego, nie­spo­koj­nego mia­sta, na którą skła­dają się kurz, per­fumy, węgiel kamienny, olej, zgiełk, dziwne, strojne kobiety, znów per­fumy, znów zgiełk, tro­chę pracy, mnó­stwo szumu, gar­dło­wa­nia, nie­wzbu­dza­jąca zaufa­nia i nasy­cona emo­cjami atmos­fera wiel­kich por­tów na Połu­dniu, a potem znów mie­szają się ze sobą słod­kawy, roz­cho­dzący się wokoło zapach per­fum, pro­mienne słońce i kurz... Prze­cho­dzę wzdłuż burty, na pokła­dzie w trze­ciej kla­sie stoi czwórka mło­dych Żydów, jedna dziew­czyna i trzech chło­pa­ków, wszy­scy czworo wystro­jeni z żenu­jącą buda­pesz­teń­ską ele­gan­cją. Emi­granci. Oni też nie żegnają się z Europą; stoją w mil­cze­niu, jedno odwró­cone ple­cami do brzegu. Sta­tek pły­nie już szybko, od strony Zatoki Lwiej można nawet wyczuć w morzu nie­wielki, nie­spo­kojny prąd. Paro­wiec holow­ni­czy już się poże­gnał, świeci słońce, a ponad wodą wieje świeży, słony, prze­sy­cony zapa­chami wiatr. Przy­po­mi­nają mi się tamte dwa wagony towa­rowe na sta­cji w Lyonie. Ten obraz nie chce znik­nąć mi sprzed oczu - odzywa się ciało, zaczyna mnie mdlić. W tym momen­cie czuję bli­skość z czte­rema żydow­skimi emi­gran­tami sto­ją­cymi tam w dole; i uświa­da­miam sobie, że ten odruch pro­te­stu wcale nie jest oso­bi­sty. Wygląda na to, że nie tylko ja jestem ura­żony, lecz że współ­cze­snym świad­kiem minio­nego obłą­ka­nego dzie­się­cio­le­cia jest oprócz mnie każdy, kto wdra­pał się na ten sta­tek, a nie żegna się z Europą, nie macha, niczego nie ocze­kuje i na nikogo się nie gniewa, lecz ma przez moment wra­że­nie, że wraca do sie­bie do Azji, a odrywa się od Europy, gdzie koniec koń­ców nabrano go, oszu­kano, obra­bo­wano i zepsuto. To wra­że­nie powróci do mnie potem raz jesz­cze: w Jero­zo­li­mie, pod Bramą Jafy, na targu, pośród azja­tyc­kich Ara­bów - ten przy­mus ucieczki, rato­wa­nia się: z tar­bu­szem na gło­wie wmie­szać się w bez­kre­sny tłum, pozo­stać w Azji, do nikogo nie pisać, wszystko zapo­mnieć, wojnę i lite­ra­turę, wielki kapi­tał i tele­fon, wró­cić do sie­bie, do domu, pod palmę, i z tymi set­kami milio­nów dalej śnić ów wielki wschodni sen - sen o ojczyź­nie, którą nie­gdyś opu­ści­łem.

W kabi­nie tele­gra­fi­sty szumi radio. Ste­no­graf zapi­suje naj­śwież­sze wie­ści z Lon­dynu i Paryża, przy­go­to­wuje gazetę radiową, która wie­czo­rem zosta­nie roz­dana pasa­że­rom w restau­ra­cji. Naj­śwież­sze wie­ści z Lon­dynu i Paryża na otwar­tym morzu, mię­dzy dwoma kon­ty­nen­tami, oso­bli­wie tracą na zna­cze­niu. Widzia­łem ban­kie­rów, któ­rzy na statku odpy­chali na bok, znu­dzeni, naj­now­szą infor­ma­cję o kur­sie franka, i widzia­łem samego sie­bie - kogoś, kto przez dwa mie­siące nie wziął do ręki gazety.

Wie­czo­rem bar­man zdra­dza mi, że sta­tek, ta dziwna, wypeł­niona losami arka, która pły­nie tu nocą, ze mną i z tysią­cem innych na pokła­dzie, wcale nie jest fran­cu­ski; a jego nazwa - waleczne imię Gene­rał Met­zin­ger - wcale nie jest praw­dziwa. Sta­tek ma pocho­dze­nie nie­miec­kie, to Cap Polo­nio4, który w momen­cie wybu­chu wojny ugrzązł razem z nim, bar­ma­nem, w Bra­zy­lii, a następ­nie po skom­pli­ko­wa­nych per­trak­ta­cjach tra­fił w ręce fran­cu­skiego towa­rzy­stwa żeglu­go­wego. Fran­cuzi prze­ma­lo­wali nie­miec­kie napisy na fran­cu­skie, a Cap Polo­nio - teraz już pod fran­cu­ską ban­derą - pły­nie w kie­runku Afryki.

- Ja jestem Alzat­czy­kiem - mówi bar­man. - Przed­tem byłem Niem­cem, teraz jestem Fran­cu­zem. Mój ojciec był Fran­cu­zem, matka Niemką. Ale firma zatrzy­mała mnie, ponie­waż jestem Alzat­czy­kiem. Starą załogę oczy­wi­ście odpra­wiono. Ja tu zosta­łem, bo sam o to pro­si­łem. Jestem na tym statku od dwu­dzie­stu lat.

Mil­czymy, on mie­sza napoje, jeste­śmy w barze sami. Krząta się, spo­koj­nie, ale z ener­gią; widać po nim, że na tym statku, na któ­rym żyje od dwu­dzie­stu lat, czuje się jak u sie­bie, jak w domu. Ostroż­nie dodaje jesz­cze:

- Wszyst­kiego pró­bo­wa­łem, moja żona mieszka w Mar­sy­lii, mamy dwie córeczki, usa­mo­dziel­ni­łem się na lądzie, aż w końcu nie wytrzy­ma­łem, wró­ci­łem na sta­tek, bo... - urywa, namy­śla się, szuka słów - bo tylko tutaj jestem wol­nym czło­wie­kiem... Ni­gdy nie opusz­czam statku, jeśli zawi­jamy gdzieś do portu; nie lubię scho­dzić na ląd. Zostaję tu, żyję na nim od dwu­dzie­stu lat. Teraz już zresztą mnie stąd nie prze­niosą, wie­dzą, że chcę na nim zostać.

Na pokła­dzie wiatr pod­rywa płachtę; bar­man wycho­dzi, popra­wia coś sta­ran­nymi i wyćwi­czo­nymi ruchami, gestami wła­ści­ciela, który strzeże swego majątku. Ten nie­miecki stary i ułomny sta­tek, który pod fran­cu­ską ban­derą pły­nie tu po morzu, zupeł­nie niczym kawa­łek Alza­cji, dla niego, dla Alzat­czyka, naj­wy­raź­niej jest ojczy­zną. Sto metrów kwa­dra­to­wych desek mię­dzy kon­ty­nen­tami, obszar, któ­rego nie jest skłonny ni­gdy wię­cej opu­ścić, póki żyje - on albo sta­tek. Na mię­dzypokła­dzie toczy się ner­wowy, prze­peł­niony pod­nie­ce­niem dia­log: czwórka emi­gru­ją­cych Żydów spiera się na temat nowej ojczy­zny, któ­rej szu­kają i wypa­trują; na temat Pale­styny. Bar­man wycho­dzi przed drzwi kabiny, z chłop­skim spo­ko­jem nabija fajkę, siada sobie, słu­cha namięt­nej dys­ku­sji, splata przed sobą ramiona. W tej chwili naprawdę wygląda jak alzacki chłop przed swoim domem po całym dniu pracy. Nie obcho­dzi go spór tych, któ­rzy zaj­mują zie­mię ojczy­stą; on jest już w domu.

Gdy tak sie­dzi, ma w sobie jakąś tra­giczną god­ność. Trwa nie­ru­chomo, niczym prze­ma­lo­wane sumie­nie statku: inni ode­szli, on pozo­stał, pozo­stał u sie­bie w domu, bo tutaj jest jego miej­sce. Czego miałby szu­kać w Peki­nie? Czego miałby szu­kać w Mar­sy­lii? Czego miałby szu­kać w świe­cie? Nie udaje się do Pale­styny, aby zająć ojczy­znę, ani nie udaje się do Stras­burga; on zostaje tu w domu. Ciśnie mi się na usta, że zostaje tu w domu na ojczy­stej ziemi, w tym barze, na pokła­dzie Cap Polo­nio, gdzie żyje od dwu­dzie­stu lat.

A zwój lin, o, tam w kącie, jest dla niego tym, czym dla kogoś innego - aka­cja5.

Modli­twa za zmar­łych

Pan Dyck, który wie wszystko, tylko po fran­cu­sku nie rozu­mie ani słowa, i który był w gru­pie osad­ni­ków przy­by­łych do Tel Awiwu po pierw­szej woj­nie świa­to­wej - ale cała ta sprawa mu się znu­dziła, bo chciał pra­co­wać z Ara­bami, sta­no­wią­cymi jego zda­niem lep­szą siłę robo­czą niż Żydzi, lecz ten zamysł został uda­rem­niony - sło­wem, pan Dyck po her­ba­cie odna­lazł mnie na pokła­dzie, zde­ner­wo­wany, i przed­sta­wił swoje skargi.

- Podró­żuje tu na mię­dzy­po­kła­dzie jeden stary Żyd - powie­dział z nie­na­gan­nie ber­liń­skim obu­rze­niem - któ­remu unie­moż­li­wiono odmó­wie­nie modli­twy za zmar­łych.

Prze­pły­wa­li­śmy nie­opo­dal Krety, pano­wał wielki skwar.

- Nie rozu­miem - odpar­łem z roz­tar­gnie­niem - jak można komuś unie­moż­li­wić odmó­wie­nie modli­twy? Jeśli ktoś chce się modlić, siada albo i nie siada, sku­pia się w ciszy i się modli. W jaki spo­sób inni mogą w tym prze­szko­dzić? Niech pan popa­trzy na Kretę...

Jed­nak pan Dyck ma innego rodzaju tro­ski i jest blady ze zde­ner­wo­wa­nia. Podró­żuje pierw­szą klasą i udaje się teraz do Pale­styny tylko po to, żeby ścią­gnąć tam swoje należ­no­ści. To czło­wiek chory na żołą­dek, ner­wowy; ja nie mogę mieć nawet poję­cia - mówi - jakież emo­cjo­nu­jące lata prze­żył w Ber­li­nie; infla­cja i sta­bi­li­za­cja, brak kre­dy­tów, czło­wiek nie wie, co będzie, jak się obu­dzi następ­nego dnia! Popsuł sobie żołą­dek. Ma słabe nerwy. Nie może spać. Nie pije alko­holu, ale dużo pali. Cały ten czło­wiek to jeden ogólny, osta­teczny roz­strój żołądka. W dobrze skro­jo­nym ubra­niu spa­ce­ruje tu po pokła­dzie w pierw­szej kla­sie, infor­muje się po nie­miecku, ner­wowo mruga oczami, gdy wzrok kie­ruje na wyspę, mewę, kobietę, kel­nera. W kie­sze­niach upy­cha gazety i brom. To ner­wowo chory spe­ku­lant, który wie, że zain­we­sto­wał już w inte­resy wię­cej, niż może zyskać: wła­sne zdro­wie, życie, wiek męski; to zwy­czaj­nie każ­dego dnia tonący, nowo­cze­sny czło­wiek inte­resu. Wagon sypialny, tele­fon, kolej żela­zna, kursy i ceny, auto. Nie­kiedy raz i drugi ude­rza się w czoło, jakby w prze­stra­chu pytał: "O mój Boże, co ja zro­bi­łem?...". W takich momen­tach zasta­na­wia się, dla­czego nie kupił raczej papie­rów wyemi­to­wa­nych przez Sie­mensa-Hal­skego. Majątku już od dawna nie posiada; ma tylko "inte­resy".

- Ten stary Żyd na mię­dzy­po­kła­dzie, nazwi­skiem Schle­sin­ger - mówi teraz i ogar­nięty gnie­wem zapala papie­rosa - nie może odmó­wić modli­twy za zmar­łych.

- On kona? - pytam prze­stra­szony.

- Nie; ale umarła mu matka. Nie teraz, przed czte­rema już laty. Modli­twę za zmar­łych odma­wia się we dwóch, jeden ją odczy­tuje, a drugi za nim powta­rza. Wszystko to musi odby­wać się dość gło­śno, jeśli się chce, żeby coś dało. Pasa­że­ro­wie na mię­dzy­po­kła­dzie nie mają kajut, a nikt nie może się prze­cież doma­gać od Schle­sin­gera, żeby modli­twę za zba­wie­nie duszy swo­jej matki odma­wiał pod gołym nie­bem, w oto­cze­niu tuzina moto­cy­kli, dwóch koni, kom­pa­nii fran­cu­skich pie­chu­rów i nie­wie­rzą­cych żydow­skich emi­gran­tów. Do takiej modli­twy potrzebne jest pomiesz­cze­nie zamknięte, przy­naj­mniej jakaś kabina. Drugi ofi­cer, który zała­twia sprawy admi­ni­stra­cyjne zwią­zane z życiem na statku, odrzu­cił prośbę i nie dał pogrą­żo­nemu w żało­bie Żydowi kabiny na cele modli­twy; jeśli chce się modlić, to niech się modli na pokła­dzie...

Mru­czę pod nosem "hm". Sta­tek będzie jutro w Alek­san­drii, mówię nie­śmiało; czy nie można by odło­żyć modli­twy do tego czasu?... Tam znaj­dzie syna­gogę, ciszę, samot­ność.

- Nie! - ener­gicz­nie odpiera pan Dyck. - Po pierw­sze, modli­twę należy odmó­wić w dniu, w któ­rym przy­pada rocz­nica śmierci. Po dru­gie, tu cho­dzi o coś wię­cej...

Wyłusz­cza, o co tu cho­dzi. Słu­cham go z nie­po­ko­jem. Każdy sta­tek to zamknięty świat, spo­łe­czeń­stwo w soczewce, z kastami, war­stwami, kla­sami, z panu­ją­cym i nie­wol­ni­kami, z odręb­nym kodek­sem. Jest tutaj wszystko - w mniej­szej skali - co na brzegu oddziela od sie­bie ludzi. Nacje, klasy... i dopiero cztery dni, jak wyru­szy­li­śmy, a na naszym statku poja­wiła się już nawet i kwe­stia żydow­ska. Cie­kawe, jak bar­dzo zde­ner­wo­wany jest pan Dyck! W Ber­li­nie ma biuro na Mom­m­sen­strasse i raz w roku, kiedy przy­pada Sądny Dzień6, zwykł cho­dzić do świą­tyni, lecz teraz argu­men­tuje z fre­ne­tyczną nie­po­czy­tal­no­ścią czło­wieka ner­wowo cho­rego... Ale prze­cież ten Żyd ma prawo!... Tu cho­dzi o coś wię­cej!...

Wcho­dzimy do salonu, sia­damy. Sta­ram się go uspo­koić, bez powo­dze­nia. Niech pan posłu­cha, pro­szę go, być może to wszystko nie jest jed­nak tak ważne. Tego rodzaju kwe­stii nie wolno sta­wiać na ostrzu noża, gdyż są one nie­bez­pieczne. Drugi ofi­cer z pew­no­ścią nie jest anty­se­mitą, tylko sztywno, dro­bia­zgowo trzyma się regu­la­minu, który zabra­nia pasa­że­rom z mię­dzy­po­kładu prze­kra­cza­nia linii odgra­ni­cza­ją­cej pierw­szą klasę. Wszystko to jest bar­dzo smutne, ale świat, nie­stety, jest jak na razie taki małost­kowy i nie­do­sko­nały. Pan Dyck wali się w pierś; jesz­cze zoba­czymy! Jego słowo ma jakieś zna­cze­nie w Ber­li­nie i także w biu­rach syjo­ni­stycz­nej egze­ku­tywy7. Mam iść z nim do kapi­tana i powie­dzieć, że jeśli natych­miast nie dadzą pogrą­żo­nemu w żało­bie Żydowi osob­nej kabiny na cele modli­twy, to on, pan Dyck, podej­mie sto­sowne dzia­ła­nia, aby w przy­szło­ści żydow­scy emi­granci nie pły­nęli przez morze stat­kami tego fran­cu­skiego towa­rzy­stwa. Tak, odpo­wia­dam, ale na razie to naj­tań­szy spo­sób, a oni jakoś prze­cież będą musieli prze­do­stać się przez wodę.

- Jest i towa­rzy­stwo wło­skie - mówi pan Dyck - a ono zapew­nia także czy­stość koszer­nego wiktu.

Nie mogę powstrzy­mać się od śmie­chu, bo przy­pad­kiem wiem, w jak wiel­kie tara­paty popa­dło to wło­skie towa­rzy­stwo żeglu­gowe, kiedy naczel­nemu rabi­nowi Trie­stu przy­szło raz do głowy, żeby zba­dać zapasy zakwa­li­fi­ko­wane jako "koszerne"... Uzgad­niamy, że pan Dyck "podej­mie sto­sowne kroki".

Na razie podej­muje kroki tu na pokła­dzie: idzie tak, że aż dud­nią mu pod sto­pami deski. Widać po nim, że ta obraza bar­dzo go dotyka - postrzega ów atak jako sprawę oso­bi­stą. Jesz­cze nie widzia­łem, żeby ten cichy, dobrze ocio­sany, ner­wowy i nieco ogra­ni­czony czło­wiek był tak nie­cier­pliwy i nasta­wiony na osią­gnię­cie celu, żeby był w sta­nie takiej aktyw­no­ści. Mamy Wielką Sobotę kato­lic­kiej Wiel­ka­nocy, zbli­żamy się do Egiptu. Pan Dyck patrzy na Kretę, a zza jego zaci­śnię­tych zębów nie­ocze­ki­wa­nie padają słowa:

- Źle czy­nią Żydzi, nie jadąc do Pale­styny.

- Ale pan - opo­nuję - prze­cież tam był i wró­cił...

- Ja - przy­znaje nie­le­d­wie z pogardą - wró­ci­łem, bo nie byłem w sta­nie tam żyć. Ja mam w Ber­li­nie biuro, miesz­ka­nie... Ale - koń­czy, wyka­zu­jąc się upo­rem, jakby wła­śnie teraz pojął prawdę - tamci Żydzi, któ­rzy mogą, źle czy­nią, nie wyjeż­dża­jąc do Pale­styny.

Scho­dzi po stop­niach pro­wa­dzą­cych z pierw­szej klasy na mię­dzy­po­kład, by poin­for­mo­wać pogrą­żo­nego w żało­bie Żyda, że na razie niczego nie udało się zała­twić w jego spra­wie. Po kwa­dran­sie ruszają na pokła­dzie wie­czorne spa­cery. Przed salo­nem sie­dzą ofi­ce­ro­wie i piją mocny alko­hol, wszy­scy paplają, cze­kają na kola­cję. W pew­nym momen­cie ktoś woła: "Pro­szę pań­stwa, pro­szę tylko spoj­rzeć...". Pasa­że­ro­wie śpie­szą do prze­szklo­nych okien gór­nego pokładu, bo tra­fia się coś cie­ka­wego do obej­rze­nia, a do cze­goś takiego nie potrzeba sygnału trąbki. I widzą nastę­pu­jącą scenę:

Na mię­dzy­po­kła­dzie w naj­lep­sze trwa modli­twa za zmar­łych. Przy barier­kach stoją pie­chu­rzy z odkry­tymi gło­wami, w otwar­tych bok­sach - dwa konie, a dalej dwa­na­ście moto­cy­kli. Śro­dek placu jest pusty, stoi tam Schle­sin­ger, z modli­tew­ni­kiem w ręce, przed nim jakiś inny czło­wiek, też z modli­tew­ni­kiem, w nie­wiel­kiej zaś od nich odle­gło­ści, mię­dzy końmi a tą modlącą się dwójką, stoi pan Dyck, blady, z zaci­śnię­tymi zębami, niby uczest­nik demon­stra­cji. Publicz­ność opiera się o barierki, przy­gląda się i przy­słu­chuje modli­twie. Wszy­scy są poważni, pie­chu­rzy stoją nie­omal na bacz­ność. Na mię­dzy­po­kła­dzie chłosz­cze wiatr i - niczym teni­si­sta ude­rza­jący piłeczkę - hur­ko­cze sło­wami z ust tych, któ­rzy odpra­wiają modli­twę...

...tak oto pły­niemy ku Ziemi Obie­ca­nej. Powie­trze jest cie­płe, mamy wie­czór. Dwaj Żydzi gło­śno się modlą, tak samot­nie, tak osobno w tej spo­łecz­no­ści, oddzie­leni od wszyst­kich, zgoła w tra­gicz­nej pustce. Za trzy dni będą w Pale­sty­nie. Stoją pośrodku pokładu, wśród obcych ludzi, krnąbr­nie, hardo, bez reszty oddani modli­twie, na zewnątrz innych nacji, w oto­cze­niu koni i moto­cy­kli. Są sami na świe­cie.

Pan Dyck wraca póź­niej do salonu, przez cały wie­czór jest mil­czący, uśmie­cha się blado i z kon­ster­na­cją, jakby za coś prze­pra­szał.

Afryka

Około szó­stej rano Cap Polo­nio staje się cich­szy - jakby po pię­ciu dniach nie­prze­rwa­nej pracy zmę­czyło się serce statku - i ta wielka cisza, zatrzy­many sil­nik budzi każ­dego; po kilku minu­tach wyła­zimy z kabin, idziemy w górę po scho­dach, w drzwiach restau­ra­cji muszę prze­trzeć oczy: w bia­łej sza­cie, w czer­wo­nym tar­bu­szu, cały czarny na progu Afryki stoi Ala­dyn, a w ręce ma olbrzy­mią lampę, tę wła­śnie lampę, która rzuca świa­tło na cuda tysiąca i jed­nej nocy. Trzyma tę lampę tutaj, na statku, w alek­san­dryj­skim por­cie, o szó­stej rano, w spo­sób tak natu­ralny, że nie daje mi czasu ani się zdzi­wić, ani wąt­pić. Zie­wam, widzę przez okno mina­rety, letni pałac i harem kedywa8, widzę krą­żące ponad morzem mewy, które wier­nie towa­rzy­szyły nam od Mar­sy­lii, a teraz skwi­rzą przed kabiną inten­denta, afry­kań­skie mewy doma­ga­jące się bak­szy­szu; i widzę Ala­dyna, jak jed­no­znacz­nym ruchem wyciąga ku mnie lampę, a potem pięć pal­ców, któ­rymi sze­ścio­krot­nie macha w powie­trzu i dla unik­nię­cia wszel­kich nie­po­ro­zu­mień nad­mie­nia także po fran­cu­sku: trente pia­stres!...9.

Kilka chwil i sen się roz­pra­sza: oka­zuje się, że Ala­dyn wraz z pozo­sta­łymi Ala­dynami zakradł się na pokład, a lampę, która jest zwy­czajną elek­tryczną lampą na nocną szafkę, ukradł w jakimś hotelu i ze świet­nym wyczu­ciem inte­resu ofe­ruje teraz na sprze­daż tu, na statku, szla­chet­nym cudzo­ziem­com. Lampa jest jedy­nym ziem­skim mająt­kiem Ala­dyna, który ją gdzieś ukradł, wej­ście w jej posia­da­nie umoż­li­wiła mu w jakiś spo­sób łaska Allaha, a teraz z sze­ro­kim i przy­ja­znym uśmie­chem Ala­dyn ofe­ruje ten mają­tek na sprze­daż i - żebym go lepiej zro­zu­miał - rów­nież po arab­sku powta­rza, żebym ją kupił, bo jest naprawdę tania, tylko trzy­dzie­ści pia­strów.

Ste­ward zja­wia się nie­zau­wa­że­nie i wyrzuca Ala­dyna, ten bez urazy daje dyla tra­pem w dół; ale w następ­nej chwili zgła­szają się nowi i wciąż nowi Ara­bo­wie z wszel­kimi towa­rami baza­rów Orientu: prze­raź­li­wie gło­śno potwier­dzają swój zmysł do han­dlu i zdol­ność do płyn­nego wysła­wia­nia się, oczy­wi­ście po arab­sku, ofe­rują ambrowe łań­cu­chy, per­fumy Anda­lu­zji i Lewantu, per­skie dywany i dama­sceń­skie cukier­nice, papie­rosy i cybu­chy; dopiero przed pię­cioma minu­tami przy­by­łem do Afryki, a już teraz mógł­bym zaku­pić z grub­sza wszyst­kie te zbędne i nie­gu­stowne rze­czy, które koniec koń­ców zgro­ma­dzę potem z tru­dem na baza­rach w Kon­stan­ty­no­polu, Smyr­nie i Kairze: turecką kawiarkę, bej­rucką jedwabną chu­stę i lewan­tyń­ski ole­jek różany, poza wszyst­kim to są wyroby solidne, czego dowo­dzi znak towa­rowy: "Made in Ger­many".

Przed oknem salonu roz­le­gają się nie­po­ha­mo­wane, gło­śne krzyki, a u wej­ścia na sta­tek, na tra­pie, poja­wia się dzika i pół­naga horda w nie­bie­skich, czer­wo­nych i żół­tych gał­ga­nach - ude­rza­jący języ­kiem o zęby Ara­bo­wie w tar­bu­szach, na czele z wodzem, zło­wiesz­czo posęp­nym Egip­cja­ni­nem; obsługa tłu­ma­czy, że to tra­ga­rze, któ­rzy rzu­cają się na podróż­nych i wszystko kradną, dla­tego trzeba szybko zamknąć drzwi do kajut i pocze­kać, aż Ame­ri­can Express prze­śle wszystko na ląd; na próżno jed­nak te tłu­ma­cze­nia, ja wiem, kim są ci roz­en­tu­zja­zmo­wani Ara­bo­wie i ten posępny pan na ich czele:

- To Ali Baba i czter­dzie­stu roz­bój­ni­ków.

* * *

Mamy nie­dzielę wiel­ka­nocną, jest cie­pło, a niebo pozo­staje zachmu­rzone; mia­sto pełne jest kwia­tów, barw­nych, pach­ną­cych, oso­bli­wych afry­kań­skich kwia­tów, wszy­scy niosą je narę­czami, ale potem oka­zuje się, że każdy chciałby sprze­dać te szla­chetne rośliny. Dys­tyn­go­wani woź­nice ofe­rują swoje pojazdy, lecz ja nie mam teraz ochoty na kom­fort: wska­kuję do auto­busu (w Afryce - pierw­szy i ostatni raz) i z bło­go­ścią pod­daję się myśli, że powie­zie mnie on przez mia­sto; jestem na nowym kon­ty­nen­cie, w nowym kraju, muszę się sty­kać z ludźmi, korzy­stać z ich środ­ków trans­portu, z nimi żyć, jeść, spać, podą­żać za ich zwy­cza­jami. Jalla10, chodźmy.

Omni­bus wyko­nano w warsz­ta­tach Forda, daw­niej było to auto cię­ża­rowe. Spryt­nie zmie­niono jego prze­zna­cze­nie: przez śro­dek prze­rzu­cono kilka desek i nad cało­ścią roz­cią­gnięto płachtę, za kie­row­nicą usiadł Arab, a na masce przy­bito tablicę z wypi­sa­nym po arab­sku kie­run­kiem podróży. Maszyna jest nad­zwy­czaj pro­sta i pełna uprzej­mych Ara­bów, któ­rzy ście­śniają się, żeby zro­bić mi miej­sce, i z zain­te­re­so­wa­niem cze­kają na roz­wój wyda­rzeń. Ja też. Kon­duk­tora nie ma. Tej funk­cji podej­muje się jeden z krew­nia­ków kie­rowcy, star­szy i wytworny Arab, który w mil­cze­niu i z god­no­ścią wyciąga ku mnie dłoń, żebym zapła­cił. No, a pła­ce­nie za coś w Egip­cie, zwłasz­cza dla cudzo­ziemca pół godziny po przy­by­ciu, nie jest takie pro­ste: pie­nią­dze wyko­nano wyłącz­nie dla orien­ta­li­stów i Ara­bów, z arab­skimi cyframi i pod­pi­sem zawie­ra­ją­cym imię suł­tana; metoda ta jest dobra do wszyst­kiego, tylko nie do tego, żeby Euro­pej­czyk roz­po­znał, ile warta jest moneta, którą trzyma w ręce. Dla­tego na wszelki wypa­dek daję tylko jedną, nie­dużą. Krew­niak, naprawdę sym­pa­tyczny i dys­tyn­go­wany Arab, macha, że to mało, mam dać wię­cej. Wobec tego daję mu jesz­cze jedną monetę, więk­szą. Tę wymianę kon­ty­nu­ujemy przez jakiś czas, przy zain­te­re­so­wa­niu ze strony wszyst­kich obec­nych Ara­bów, któ­rzy z powierz­chowną uwagą zer­kają, kiedy mi się to znu­dzi. Gdy daję mu czwartą monetę, kie­rowca zaczyna się cicho śmiać. Cie­szy się, bo jest Wiel­ka­noc. Wię­cej nic już nie daję. Krew­niak natych­miast wyje i w roz­pa­czy wyciąga obie ręce, żebym dał jesz­cze, dał jak najwię­cej, bo każde pie­nią­dze to w Ara­bii za mało. Ale kiedy patrzę na niego ponuro i kiwam ręką na znak, że nie dam już ani jed­nego pia­stra, natych­miast się uspo­kaja; w tym samym momen­cie kie­rowca trąbi, Ara­bo­wie sia­dają więc z powro­tem i miej­ski omni­bus rusza.

Biletu oczy­wi­ście mi nie dają.

Póź­niej poja­wia się kon­tro­ler, prosi o bilet, zawisa u boku cię­ża­rówki i nie chce się uspo­koić, dopóki nie kupię od niego ład­nej nie­bie­skiej kar­teczki za cał­kiem małą monetę; zachwyca mnie zwłasz­cza zacho­wa­nie pasa­że­rów, któ­rzy sie­dzą cicho i naj­wy­raź­niej myślą o nie­skoń­czo­nej mądro­ści Boga: Bóg od czasu do czasu kie­ruje nie­ro­zum­nych cudzo­ziem­ców do bied­nego Egiptu, a ci cudzo­ziemcy zmu­szeni są zaku­pić bilet dwu­krot­nie, bo trzeba żyć; i nie znaj­dzie się pośród nich jeden jedyny, który by zdra­dził, że raz już wnio­słem opłatę za prze­wóz. Tak oto docie­ramy, kłó­cąc się, ja w omni­bu­sie, a wrzesz­czący kon­tro­ler na błot­niku, na główny plac Alek­san­drii, przed budy­nek giełdy. Tu znaj­duję się już w samym sercu Afryki i wysia­dam.

Oto, co widzę w sercu Afryki: przede wszyst­kim angiel­skie koszary, po nie­dziel­nemu ład­nie wyszo­ro­wane, a przed ich bramą uło­żone w stosy kule armat­nie i dwóch bob­bies w stroju khaki, blon­dy­nów masze­ru­ją­cych przed wej­ściem tam i z powro­tem z bro­nią na ramie­niu, broń zaś z nabi­tym bagne­tem. Następ­nie werandę klubu angiel­skiego; wokół sto­łów sie­dzą tam apa­tyczni ofi­ce­ro­wie zamiesz­ku­jący te koszary, w zębach mają fajki, w rękach - "Daily Mail", poza tym na każ­dym stole widać butelkę whi­sky. Dalej zaś angiel­ski kościół, a przed kościo­łem wystro­jone na nie­dzielę ladies, w śnież­no­bia­łych stro­jach, wypach­nione; potem ogromny sklep Forda; następ­nie wystawę kio­sku z gaze­tami, pełną naj­śwież­szych angiel­skich i ame­ry­kań­skich dzien­ni­ków; potem zakład fry­zjer­ski dla męż­czyzn, nad wej­ściem do niego drze­wiec z ame­ry­kań­ską flagą roz­świe­tloną gwiaz­dami, a na wysta­wie wielce udane foto­gra­fie księ­cia Walii, Mary Pick­ford i Piran­della; aż wresz­cie giełdę, ten olbrzymi budy­nek, jedną z naj­waż­niej­szych giełd na rynku bawełny, czynną natu­ral­nie także w Nie­dzielę Wiel­ka­nocną - i dopiero tutaj zaczy­nam docho­dzić do sie­bie i przy­pusz­czać, że muszę być jed­nak w Afryce, jako że człon­ko­wie giełdy, w tar­bu­szach na gło­wie, cicho i tak­tow­nie sie­dzą na scho­dach pro­wa­dzą­cych w górę, do wej­ścia, a każdy z tych ludzi trzyma w rękach sznur modli­tewny z bursz­ty­no­wych pacior­ków i w mil­cze­niu pali papie­rosa, w prze­ci­wień­stwie do giełdy pary­skiej, gdzie o takiej porze, o dwu­na­stej w połu­dnie, Euro­pej­czycy z oczami nabie­głymi krwią ska­czą już sobie do gar­deł z powodu codzien­nego kęsa, jaki przy­nosi Oil Trust Com­pany.

I wszystko to osła­nia dwójka bob­bies: z bagne­tem na broni trzy­ma­nej na ramie­niu i z bry­tyj­ską wier­no­ścią w sercu chro­nią ów obraz, ladies, koszary, kościół i giełdę. Tacy bob­bies peł­nią straż, począw­szy od bramy Afryki, przez cały Bli­ski Wschód, aż do wrót Azji, do Kan­tary, do Kanału Sueskiego; a dalej można ich zoba­czyć już nawet nie dwój­kami, lecz kom­pa­niami, roz­rzu­co­nymi po całej Pale­sty­nie i Bóg jeden wie, gdzie jesz­cze, wszę­dzie tam, gdzie rośnie bawełna. Angiel­ski żoł­nierz z bagne­tem jest pierw­szym i ostat­nim czło­wie­kiem, któ­rego podróżny spo­tyka w Afryce. To, co znaj­duje się pomię­dzy, to Wschód: miliony czar­nych i kolo­ro­wych ludzi, osza­ła­mia­jące, pół­dzi­kie i na poły nowo­cze­sne mia­sta oraz nędzne wsie zło­żone z lepia­nek; nie­po­ha­mo­wane bogac­two i nie­wy­obra­żalna nędza, reli­gie i sza­leń­stwa, okru­cień­stwo i fana­tyzm; w sześć­dzie­się­ciu pię­ciu pro­cen­tach jaglica, w innych wypad­kach syfi­lis i dżuma, suł­ta­no­wie i nie­wol­nicy, auta Forda i ludzie obok przy­stanku tram­wa­jo­wego, modlący się na klęcz­kach i z twa­rzami zwró­co­nymi w kie­runku Mekki; harem i whi­sky, naj­mici pra­cu­jący za pół pia­stra dniówki i pię­ciu efen­dich11, któ­rzy mają w rękach wszyst­kie zie­mie Egiptu; zimne, mar­twe bożki wykrzy­wione w gry­ma­sie i angiel­scy inży­nie­ro­wie wzno­szący tamy na Nilu, dopro­wa­dza­jący prąd do gro­bów fara­onów i budu­jący kolej żela­zną przez pusty­nię, tę samą pusty­nię, którą nie­gdyś wędro­wali Żydzi kie­ru­jący się ku nędzy Ziemi Obie­ca­nej, porzu­ciw­szy sie­dze­nie u żłobu w Egip­cie. Już nic nie jest cał­kiem nie­ska­lane, a mimo wszystko od tysiąc­leci całość pozo­staje nie­zmienna, jakby i dzi­siaj osta­tecz­nego obli­cza spraw nie for­mo­wało tu nic innego, tylko owe dwie siły, od tysięcy lat okre­śla­jące kształt i osta­teczny cha­rak­ter wszyst­kiego, co tu żyje: słońce, to okrutne i wieczne słońce, oraz woda, ten tajem­ni­czy i potężny bóg, Nil. Tutaj wszystko się zmie­niło, a nic się nie zmie­nia; Anglia przy­słała tu swoje bagnety, szcze­pionki i swo­ich inży­nie­rów, a w zamian wywozi bawełnę, Moskwa przy­słała tu swo­ich agen­tów i w miej­sce sta­rych bogów ofe­ruje nowych - Afryka wszystko tole­ruje, niczym gnu­śne zwie­rzę, zbyt ospałe i zmę­czone, żeby strzą­snąć z ciała te obce paso­żyty, i dalej roi sobie nie­opo­dal wody i pod słoń­cem.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Sir Marc Aurel Stein (węg. Stein Márk Aurél, 1862-1943) - uro­dzony na Węgrzech bry­tyj­ski podróż­nik i arche­olog, badacz Azji Środ­ko­wej i histo­rii Jedwab­nego Szlaku, odkrywca licz­nych bud­dyj­skich dzieł i doku­men­tów, autor arty­ku­łów i ksią­żek rela­cjo­nu­ją­cych jego podróże i bada­nia. (Jeśli nie zazna­czono ina­czej, wszyst­kie przy­pisy pocho­dzą od tłu­maczki). [wróć]

Par­tir, c'est mourir un peu (fr.) - odje­chać to tro­chę umrzeć. Cytat z wier­sza fran­cu­skiego poety Edmonda Harau­co­urta. [wróć]

Anna­mici - nazwa uży­wana na okre­śle­nie Wiet­nam­czy­ków, gdy Wiet­nam stał się pro­tek­to­ra­tem Fran­cji w 1881 roku i został podzie­lony na Kochin­chinę, Annam i Ton­kin. [wróć]

Opo­wieść bar­mana jest kom­pi­la­cją losów co naj­mniej dwóch róż­nych stat­ków zatrzy­ma­nych w Ame­ryce Połu­dnio­wej w związku z wybu­chem pierw­szej wojny świa­to­wej. [wróć]

To oczy­wi­ste nawią­za­nie do domu rodzin­nego Máraiego w Kassy, tam na podwórku rosła wła­śnie aka­cja, przy­wo­ły­wana rów­nież w innych utwo­rach pisa­rza. [wróć]

Hosszúnap (węg.) - błędna węgier­ska nazwa święta Jom Kip­pur, które jest jed­nym z naj­waż­niej­szych świąt w juda­izmie i ma cha­rak­ter pokutny. [wróć]

Naj­praw­do­po­dob­niej cho­dzi o Cen­tra­lve­rein, orga­ni­za­cję zało­żoną w 1893 roku, która w 1926 roku była naj­więk­szą orga­ni­za­cją sku­pia­jącą Żydów nie­miec­kich (przyp. red. meryt.). [wróć]

Dzie­dziczny tytuł władcy (wice­króla) Egiptu w latach 1864-1914. [wróć]

trente pia­stres (fr.) - trzy­dzie­ści pia­strów. [wróć]

Jalla (arab.) - wyra­że­nie wie­lo­znaczne: chodźmy, szybko, przy­śpiesz kroku. [wróć]

Efendi (z tur.) - pan, tytuł odno­szący się do wszyst­kich choć tro­chę wykształ­co­nych męż­czyzn (przyp. red. meryt.). [wróć]