1 E. Myślak, Narodowy Bank Polski w systemie ustrojowym Rzeczypospolitej Polskiej, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, s. 34.
2 Dekret wszedł w życie 2 lutego 1945 r.
3 Bank Polski rozpoczął działalność 28 kwietnia 1924 r. Zgodnie z założeniami reformy Władysława Grabskiego do jego zadań należało m.in. emitowanie banknotów. Co ciekawe, znajdował się w rękach prywatnych. Akcjonariat był jednak mocno rozproszony. Milion akcji, z których każda miała wartość nominalną 100 zł, należało w sumie do 176 tys. polskich podmiotów gospodarczych i osób prywatnych. "[Wśród nich] przedsiębiorstwa przemysłowe wykupiły 36 proc. akcji, urzędnicy, wojskowi i wolne zawody - 25 proc., banki 14 proc., handel 10 proc., rolnictwo 8 proc. Skarb Państwa posiadał zaledwie 1 proc. akcji" - pisał Wojciech Morawski w Słowniku historycznym bankowości polskiej do 1939 r. [za:] W. Morawski, Słownik historyczny bankowości polskiej do 1939 r., Wyd. Muza, Warszawa 1998, s. 34. Pierwszym prezesem Banku Polskiego został były minister skarbu Stanisław Karpiński. Ten urodzony w październiku 1870 r. w Raduczu ekonomista rezydował w budynku przy ul. Bielańskiej w Warszawie, gdzie wcześniej znajdował się Rosyjski Bank Państwa. Od samego początku był on zwolennikiem uniezależnienia polskiej gospodarki od czynników zewnętrznych.Chciał zbudować silny narodowy bank centralny, bez możliwości ingerencji w jego działalność zagranicznych podmiotów. W swoim pierwszym przemówieniu po objęciu fotela prezesa banku Karpiński podkreślał: "Bank Polski był własnością i chlubą narodu [...] bez względu na formy prawne organizacji, należy również do narodu i jemu tylko służyć będzie". [za:] http://nowahistoria.interia.pl/kartka-z-kalendarza/news-28-kwietnia-1924-r-bank-polski-rozpoczal-czynnosci,nId,1724039 [dostęp 12.03.2017].
4 [za:] E. Myślak, Narodowy Bank Polski w systemie ustrojowym Rzeczypospolitej Polskiej, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, s. 34.
5 Krzysztof Kopeć, Uratować złoto, http://pamiec.pl/pa/tylko-u-nas/15259,Uratowac-zloto-tekst-Krzysztofa-Kopcia.html [dostęp 4.03.2017].
6 W 1939 r. cena 1 uncji złota wynosiła 35 dol., a 1 kg złota - 1125,25 dol. Dolar kosztował ok. 5,3 zł, a funt brytyjski 24,8 zł. W tym czasie robotnik zarabiał w Polsce niespełna 30 zł tygodniowo, kilogram cukru kosztował 1 zł, kilogram chleba ok. 30 gr, [za:] Krzysztof Kopeć, Uratować złoto, http://pamiec.pl/pa/tylko-u-nas/15259,Uratowac-zloto-tekst-Krzysztofa-Kopcia.html [dostęp 4.03.2017].
7 Tak o powodach jego nominacji na to stanowisko pisała na pierwszej stronie "Gazeta Polska" z 3 stycznia 1932 r.: "Motywem nominacji na to stanowisko p. wiceministra Koca, któremu podlega całokształt polityki obrotu pieniężnego, jest przede wszystkim dążność do ściślejszego skoordynowania polityki w zakresie obrotu pieniężnego Ministerstwa Skarbu i Banku Polskiego".
8 [za:] Krzysztof Kopeć, Uratować złoto, http://pamiec.pl/pa/tylko-u-nas/15259,Uratowac-zloto-tekst-Krzysztofa-Kopcia.html [dostęp 4.03.2017].
9 Oni tam byli. Wywóz złota we wspomnieniach 8-latka, "Bankoteka", wydanie specjalne, NBP, wrzesień 2014 r., s. 42.
10 Roman Dębecki, Złota odyseja, wycinek artykułu z gazety, 356/191, archiwum Ministerstwa Finansów.
11 [za:] Wojenna wędrówka polskiego złota, "Dziennik Zachodni", 26-27.01.1969, nr 22, 356/191, archiwum Ministerstwa Finansów.
12 Oni tam byli. Wywóz złota we wspomnieniach 8-latka, "Bankoteka", wydanie specjalne, NBP, wrzesień 2014, s. 42-44.
13 [za:] Oni tam byli, Mistrzyni olimpijska kierowcą autobusu ze złotem, "Bankoteka", wydanie specjalne, NBP, wrzesień 2014, s. 40.
14 Porwane złoto II RP, Wojciech Surmacz, "Forbes" 2012, nr 12.
15 Wojenne losy polskiego złota, prof. Wojciech Rojek, wydanie specjalne, NBP, wrzesień 2014, s. 10.
16 Roman Dębecki, Złota odyseja, wycinek artykułu z gazety, 356/191, archiwum Ministerstwa Finansów.
17 Wojenna wędrówka polskiego złota, "Dziennik Zachodni", 26-27.01.1969, nr 22, 356/191, archiwum Ministerstwa Finansów.
18 Wojenna wędrówka polskiego złota, "Dziennik Zachodni", 26-27.01.1969, nr 22, 356/191, archiwum Ministerstwa Finansów.
19 [za:] Wojenne losy polskiego złota, prof. Wojciech Rojek, wydanie specjalne, NBP, wrzesień 2014, s. 16.
20 [za:] http://www.rp.pl/artykul/949726-Przejmowanie-stolicy-11-listopada-1918.html [dostęp 17.06.2017].
21 Pocztowa Kasa Oszczędności została powołana do istnienia dekretem naczelnika państwa Józefa Piłsudskiego z 7 lutego 1919 r.
22 [za:] Waleria Mikołajczyk, Janusz Ostaszewski, 80 lat PKO, "Gazeta Wyborcza. Magazyn", 10.11.1999, s. 16.
23 Sprawozdanie z działalności Banco Polaco w Buenos Aires, Archiwum Akt Nowych, Ministerstwo Przemysłu i Handlu/3592, s. 54.
24 Sprawozdanie z działalności Banco Polaco w Buenos Aires, Archiwum Akt Nowych, Ministerstwo Przemysłu i Handlu, 3592, s. 54.
25 Wśród nich znajdowały się: The National City Bank of New York, The First National Bank of Boston, Banco Holandes Unido i Banco Germanico [za:] Sprawozdanie z działalności Banco Polaco w Buenos Aires, Archiwum Akt Nowych, Ministerstwo Przemysłu i Handlu, 3592, s. 54.
26 "[...] wobec obowiązującego w Argetynie ustawodawstwa bankowego, istnienie każdego banku może zostać przez Banco Central zakwestionowane. Na wniosek tego Banku i bez ujawnienia podanych we wniosku powodów, rząd może w każdej chwili spowodować likwidację każdego banku. Taka decyzja rządu jest niezaczepialna i położenie Banco Polaco z punktu widzenia pewności egzystencji nie różni się w tym kierunku od położenia każdego innego banku argentyńskiego [...] Bank Centralny może też odebrać możliwość prowadzenia bankom poszczególnych rodzajów transakcji. Z tego względu pojawił się pomysł, aby w Banco Polaco akcje objął poważny i wpływowy argentyński kapitał, najlepiej państwowych banków" [za:] Sprawozdanie z działalności Banco Polaco w Buenos Aires, Archiwum Akt Nowych, Ministerstwo Przemysłu i Handlu, 3592, s. 87-88.
27 Sprawozdanie z działalności Banco Polaco w Buenos Aires, Archiwum Akt Nowych, Ministerstwo Przemysłu i Handlu, 3592, s. 54.
28 Sprawozdanie z działalności Banco Polaco w Buenos Aires, Archiwum Akt Nowych, Ministerstwo Przemysłu i Handlu, 3592, s. 57.
29 Sprawozdanie z działalności Banco Polaco w Buenos Aires, Archiwum Akt Nowych, Ministerstwo Przemysłu i Handlu, 3592, s. 59.
30 http://wyborcza.pl/AkcjeSpecjalne/1,157051,2002559,gombrowicz-w-argentynie-koledzy-z-pracy-skarzyli-sie-ze.html?disableRedirects=true [dostęp 23.04.2017].
31 https://histmag.org/Henryk-Gruber-1892-1973-self-made-man-z-Sokala-Przyczynek-do-biografii-cz.-2-7847 [dostęp 19.06.2017].
32 https://histmag.org/Henryk-Gruber-1892-1973-self-made-man-z-Sokala-Przyczynek-do-biografii-cz.-2-7847, [dostęp 19.06.2017].
33 Mirosław Azembski, Dwie godziny z Gombrowiczem, "Miesięcznik Literacki", 1975 r., nr 9.
34 http://wyborcza.pl/AkcjeSpecjalne/1,157051,2002559,gombrowicz-w-argentynie-koledzy-z-pracy-skarzyli-sie-ze.html?disableRedirects=true [dostęp 23.04.2017].
35 http://wyborcza.pl/AkcjeSpecjalne/1,157051,2002559,gombrowicz-w-argentynie-koledzy-z-pracy-skarzyli-sie-ze.html?disableRedirects=true [dostęp 23.04.2017].
36 Notatka w sprawie utworzenia polskich placówek bankowych za granicą, Archiwum Akt Nowych 638/23/148, s. 7.
37 Raport, IPN BU 0236/116, t. 11, s. 8.
38 Notatka służbowa, 21.08.1958, IPN BU 0236/116, t. 11, s. 17-18.
39 Raport, IPN BU 0236/116, t. 11, s. 11.
40 Uwagi, 2.06.1958, IPN BU 0236/116, t. 11, s. 4.
41 Faszystowska granda kwitnie na koszt Polski (odpis), IPN BU 0236/116, t. 11, s. 59-60.
42 Akta cudzoziemca Talmont Władysław, IPN BU 1268/7085.
43 Notatka, 11.04.1958, IPN BU 0586/479, s. 12.
44 Faszystowska granda kwitnie na koszt Polski (odpis), IPN BU 0236/116, t. 11, s. 61-63.
45 Faszystowska granda kwitnie na koszt Polski (odpis), IPN BU 0236/116, t. 11, s. 64.
46 Uwagi, 2.06.1958, IPN BU 0236/116, t. 11, s. 5-7.
47 Doniesienie agenturalne, 30.01.1960, IPN BU 0236/116, t. 11, s. 71-72.
48 Notatka w sprawie dyrektora działu personalnego Centralnego Zarządu Energetyki ob. Mucznika Henryka i jego stosunku do Energobudowy, IPN BU 0586/479.
49 Raport, 31.05.1951, IPN BU 0586/479.
50 Notatka służbowa z rozmowy przeprowadzonej z ob. Pionowskim Wiktorem, 20.11.1959, IPN BU 0236/116, t. 11, s. 43.
51 Notatka służbowa, 21.08.1958, IPN BU 0236/116, t. 11, s. 18.
52 Pismo wicedyrektora Departamentu II MSW ppłk. E. Roszkowskiego do dyrektora Departamentu I MSW płk. Sienkiewicza, 5.02.1960, IPN BU 0586/479, s. 10.
53 Pismo II Zarządu Sztabu Generalnego LWP do dyrektora Departamnetu II MSW płk. Matejewskiego, 6.06.1960, IPN BU 0236/116, t. 11, s. 78.
54 Notatka agenturalna, 30.04.1959, IPN BU 0236/116, t. 11, s. 21.
55 Notatka agenturalna, 30.06.1959, IPN BU 0236/116, t. 11, s. 37.
56 Notatka agenturalna, 30.04.1959, IPN BU 0236/116, t. 11, s. 24.
57 Notatka agenturalna, 30.04.1959, IPN BU 0236/116, t. 11, s. 25.
58 Notatka agenturalna, 30.04.1959, IPN BU 0236/116, t. 11, s. 23.
59 Notatka agenturalna, 30.04.1959, IPN BU 0236/116, t. 11, s. 31.
60 Notatka agenturalna, 30.06.1959, IPN BU 0236/116, t. 11, s. 36.
61 Notatka agenturalna, 30.04.1959, IPN BU 0236/116, t. 11, s. 38.
62 Notatka agenturalna, 30.04.1959, IPN BU 0236/116, t. 11, s. 31.
63 Akta osobowe cudzoziemca Henryk Mucznik, IPN BU1268/30445.
64 "Z uwagi na to, że wym. instytucja [PKO SA] prowadzi szeroko zakrojoną obsługę obrotów pieniężnych z zagranicą oraz udziela kredytów jednostkom prowadzącym działalność gospodarczą w Polsce, m.in. firmom polonijnym, niezbędna jest operacyjna ochrona tego obiektu w zakresie realizowanym przez Departament V MSW. W ramach sprawy obiektowej praca operacyjna koncentrować się będzie na następujących kierunkach: ujawnianiu marnotrawstwa, niegospodarności oraz nieprawidłowości w polityce ekonomicznej banku; kontroli funkcjonowania zagranicznych afiliacji banku; nadzorowaniu współpracy banku z firmami polonijnymi; zabezpieczeniu międzynarodowej wymiany osobowej; ochronie tajemnicy służbowej i państwowej, rozpoznawaniu ujemnych zjawisk rzutujących na prawidłowy tok funkcjonowania tej instytucji, a mogących wywołać niezadowolenie społeczne (szczególnie przy rozliczaniu zagranicznych przekazów pieniężnych) [za:] Wniosek o wszczęcie sprawy obiektowej kryptonim "Lokata", IPN BU 0236/421, s. 8.
65 [za:] Pismo płk. A. Kowalskiego, naczelnika Wydziału IV Departamentu V MSW, do ppłk. J. Lareckiego, p.o. naczelnika Wydziału Departamentu I MSW, 15.06.1987, IPN BU 0236/421, s. 125-126.
66 Załącznik do informacji dziennej z dnia 1987.02 (bez daty dziennej), IPN BU 0236/421, s. 32-33.
67 Według oświadczeń Zygmunta Wierczuka z tytułu zasiadania w radzie nadzorczej Mercompu otrzymywał 4,8 tys. zł miesięcznie. Pensja jego żony z kolei wynosiła 25 tys. zł. Drugie tyle firma Mercomp - po potrąceniu podatku - płaciła za wynajem lokalu [za:] Oświadczenie Zygmunta Wierczuka, 2.12.1986, IPN BU 0236/421, s. 170-171.
68 Notatka partyjna, egzekutywa POP przy centrali banku PKO SA, 23.03.1987, IPN BU 0236/421, s. 161-162.
69 Notatka w sprawie wniosku firmy Konspol o udzielenie kredytu obrotowego w kwocie 83 mln zł, IPN BU 0236/421, s. 184-186.
70 Notatka, 07.1987 (bez daty dziennej), IPN BU 0236/421, s. 191.
71 "W związku z wytypowaniem ważnych obiektów, których operacyjną ochroną zajmuje się Departament II Min. Spraw Wewnętrznych zachodzi operacyjna konieczność ochrony centrali Narodowego Banku Polskiego przed dywersją i wrogą działalnością zarówno ośrodków zagranicznych, jak i wrogich elementów działających wewnątrz kraju. W ramach sprawy obiektowej będziemy ujawniali ewentualne zagrożenia występujące na obiekcie oraz prowadzili przedsięwzięcia zmierzające do zapobiegania ich powstawaniu lub do ich likwidacji" [za] Wniosek o wszczęcie sprawy obiektowej o kryptonim "Emisja", 10.09.1976, IPN BU 0236/421, s. 7.
72 [za:] Załącznik do informacji dziennej z 23.01.1986, IPN BU 0236/428, s. 12.
73 Notatka dla prezesa Narodowego Banku Polskiego prof. W. Baki, IPN BU 0236/421, s. 145.
74 W drugiej połowie lat 80. w polskich bankach istniały trzy rodzaje rachunków: A, B i C. Kategoria A to konta złotówkowe posiadane przez obywateli. Kategoria B to konta dewizowe posiadane przez obywateli. Z kolei kategoria C to konta cudzoziemców.
75 Załącznik do informacji dziennej z dnia (bez daty), IPN BU 0236/421, s. 66.
76 Notatka w sprawie rozważenia celowości dalszego traktowania dinara jugosłowiańskiego jako waluty wymienialnej sporządzona przez Wydział Techniki Operacji Zagranicznych NBP, 27.08.1987, IPN BU 0236/421, s. 144-145.
77 Notatka służbowa, 24.10.1987, IPN BU 0236/421, s. 137-138.
78 Notatka służbowa, 24.10.1987, IPN BU 0236/421, s. 137-138.
79 Notatka służbowa, 29.10.1987, IPN BU 0236/421, s. 139-140.
80 [za:] Zbigniew Landau, Jerzy Tomaszewski, Bank Handlowy w Warszawie S.A. Zarys dziejów 1870-1995, Warszawa 1995, s. 7-16.
81 W uroczystym podpisaniu aktu założycielskiego Banku Handlowego wzięli udział: Aleksander hr. Berg, Jan Bloch, Stanisław Ludwik Kronenberg, Henryk Natanson, Jakób Natanson, Julian Simmler, Henryk Toeplitz, Juliusz Wertheim, Władysław Wodziwiński, Stanisław Wołowski, Antoni Wrotnowski.
82 "[...] faktyczny udział Leopolda Kronenberga w założeniu i kierownictwie Banku nie mógł być początkowo ujawniony. Już jednak 22 października 1870 r. wszedł on oficjalnie do Rady Banku na miejsce ustępującego Henryka Toeplitza, a podczas walnego zgromadzenia 21 lutego 1871 r. ujawnił, że posiada 510 akcji (z ogólnej liczby 4 tys. akcji zgłoszono 2180), członkowie jego rodziny zaś oraz osoby spowinowacone dysponowały dalszymi 240. Pewna liczba akcji znajdowała się też w posiadaniu najbliższych współpracowników. Bez przesady można więc powiedzieć, iż rzeczywista dyspozycja działalnością banku znajdowała się od początku w ręku jego inicjatora, który formalnie i faktycznie dysponował podczas walnych zgromadzeń zblokowanymi akcjami rodziny i współpracowników. Nie możemy przy tym stwierdzić, czy grupa Kronenberga ujawniała wszystkie akcje znajdujące się w jej posiadaniu [...] Kolejne emisje akcji spowodowały rozszerzenie kręgu akcjonariuszy. Znaleźli się wśród nich m.in. finansiści rosyjscy (w sierpniu 1871 r. na ogólną liczbę 2346 zgłoszonych akcji aż 1100 złożono w Petersburgu) [za:] Zbigniew Landau, Jerzy Tomaszewski, Bank Handlowy w Warszawie S.A. Zarys dziejów 1870-1995, Warszawa 1995, s. 18-19.
83 Zbigniew Landau, Jerzy Tomaszewski, Bank Handlowy w Warszawie S.A. Zarys dziejów 1870-1995, Warszawa 1995, s. 159.
84 Zbigniew Landau, Jerzy Tomaszewski, Bank Handlowy w Warszawie S.A. Zarys dziejów 1870-1995, Warszawa 1995, s. 163.
85 Notatka w sprawie utworzenia polskich placówek bankowych za granicą, Archiwum Akt Nowych 638/23/148, s. 7.
86 "Bank Handlowy wymaga operacyjnej ochrony przed wrogą działalnością z uwagi na zakres i ważność realizowanych zadań dla gospodarki narodowej. W ramach sprawy praca operacyjna koncentrować się będzie głównie na: ochronie tajemnicy służbowej i państwowej; kontroli styku kraj -zagranica; ujawnianiu osób skłonnych do przekazywania przedstawicielom banków kapitalistycznych interesujących ich informacji handlowych; operacyjnego uzyskiwania od cudzoziemców wartościowych dla banku i handlu zagranicznego wiadomości; ujawnianiu i przeciwdziałaniu wszelkiej wrogiej i szkodliwej działalności przy zawieraniu umów kredytowych; ujawnianiu i przeciwdziałaniu ewentualnym próbom działalności destrukcyjnej" [za:] Wniosek o wszczęcie sprawy obiektowej kryptonim "Bankierzy", 27.01.1971, IPN BU 0236/455, s. 10.
87 Pismo do dyrektora Departamentu Krajów Socjalistycznych Banku Handlowego Leszka Zabłockiego, 5.02.1990, IPN BU 3415/41, s. 21.
88 Pismo do płk J. Górskiego, naczelnika Wydziału VII Departamentu V MSW, 19.01.1987, IPN BU 0236/455, s. 117-118.
89 Załącznik do informacji dziennej z 30.10.1985, IPN BU 0248/240, t. 1, s. 19.
90 Załącznik do informacji dziennej z dnia (bez daty), IPN BU 0236/455, s. 28.
91 Załącznik do informacji dziennej z 18.06.1986 r., IPN BU 0236/455, s. 35.
92 Akta w sprawie karnej Grzegorza Żemka i innych, VIII K 37/98, protokół rozprawy głównej z 29 kwietnia 2003 r., Sąd Okręgowy w Warszawie, k. 3590-3600.
1. Bankowość w stalinizmie
1.1. Tajemnica przedwojennego złota
Po zakończeniu II wojny światowej wysłani przez Józefa Stalina komuniści zaczęli przejmować władzę w Polsce i wdrażać ideologię komunistyczną we wszystkich obszarach państwa, dziedzinach życia, w tym w gospodarce, tworząc system finansowy i jego kluczowy element - bankowość. Wszelkie decyzje podejmowała całkowicie uzależniona od Moskwy Krajowa Rada Narodowa. Przewodził jej Bolesław Bierut, pupil Stalina, agent sowieckiego wywiadu, który stał się symbolem zbrodni komunistycznych w Polsce. Utworzony, a potem nadzorowany przez niego aparat represji doprowadził do śmierci dziesiątków tysięcy Polaków. Pozbawiono życia wielu żołnierzy Armii Krajowej i członków różnych organizacji podziemia niepodległościowego, a także przeciwników politycznych i społecznych niewygodnych dla Sowietów. Komunistyczna władza dokończyła zmiany struktury społecznej w PRL-u (wyniszczono ziemiaństwo, burżuazję), wdrażając procesy wywłaszczenia i nacjonalizacji majątku, zrywając jednocześnie więzi z II Rzecząpospolitą. W tym kontekście trzeba koniecznie przypomnieć, że okupacja Polski podczas II wojny światowej należała do najokrutniejszych spośród wszystkich państw okupowanych. Okupanci III Rzeszy i ZSRS realizowali planową eksterminację obywateli II Rzeczypospolitej, w tym szczególnie jej elit. Zakończenie wojny było dla milionów Polaków wybawieniem okupionym milionami zabitych i okaleczonych fizycznie i psychicznie. Jednocześnie zmiana granic (utrata Kresów Wschodnich II Rzeczypospolitej na rzecz tzw. Ziem Zachodnich i Północnych) oraz związane z tym przesiedlenia ludności i ogrom strat w majątku narodowym i prywatnym były wielkim wyzwaniem dla dalszej państwowości polskiej.
Ten okres zniewolenia, wynik decyzji jałtańskich, wepchnął Polskę w objęcia Stalina i ideologii komunistycznej. Ważnym przykładem intencji działań władz PRL-u na szkodę Polski było zaniechanie działań odszkodowawczych od Niemców i odmowa przyjęcia planu Marshalla, czym skazano nasz zrujnowany i zniewolony kraj na biedę i ograniczono możliwości sfinansowania odbudowy i rozwoju gospodarczego. Dokumenty przywołane w tej książce ujawniają istotne kulisy nieznanej historii powstania systemu bankowości w PRL-u, pokazują mechanizmy działania, patologie i przybliżają sylwetki istotnych tuzów bankowości oraz ich rolę.
W tej tragicznej sytuacji politycznej, gospodarczej, społecznej oraz atmosferze stalinowskiego terroru zaczęto tworzyć nową politykę finansowo-monetarną Polski Ludowej opartą na zasadach komunizmu. Decydujący głos co do jej kształtu miała Moskwa. To właśnie tam pojawił się pomysł utworzenia nowego banku centralnego, którego "emisja mogła się stać ważkim instrumentem przejęcia władzy w Polsce"1. Marionetkowa władza nad Wisłą szybko wykonała postawione przed nią zadanie. Dekretem z 15 stycznia 1945 r.2 powołano do istnienia Narodowy Bank Polski. Miał on zastąpić funkcjonujący przed wojną Bank Polski SA3, przejmując jednocześnie jego majątek. Komuniści ostrzyli sobie zęby przede wszystkim na dziesiątki ton złota ewakuowane z Polski po wybuchu II wojny światowej. Ten kruszec stanowił skarb narodowy, który miał zostać wykorzystany w trudnych dla kraju momentach. Po jego ewakuacji kontrolę nad nim sprawował rząd RP na uchodźstwie. Jednak o zwrot złota zaczął się starać po ukonstytuowaniu kontrolowany przez Stalina Rząd Tymczasowy w Warszawie, potem przemianowany na Tymczasowy Rząd Jedności Narodowej. Jednak dopiero powołany w lutym 1947 r. rząd Józefa Cyrankiewicza przekonał Zachód do zwrotu narodowego skarbu.
W rezultacie w latach 1947-1950 do Polski wróciły ponad 32 tony złota pochodzące ze skarbców przedwojennego Banku Polskiego. Świadczy o tym raport pięcioosobowej komisji złożonej z urzędników Ministerstwa Finansów z 31 lipca 1950 r. Dokument znajduje się w archiwum resortu. Wynika z niego, że złoto zwrócone przez Bank of England, Federal Reserve Bank, Bank of Canada i Banque Nationale w Rumunii znalazło się w gestii kontrolowanego przez Sowietów NBP.
Formalnie przejęte złoto należało do Banku Polskiego, którego kompetencje po powstaniu NBP zostały ograniczone. Obydwie instytucje miały też jednego szefa. Marionetkowy rząd Polski Ludowej pierwszym prezesem NBP mianował Edwarda Drożniaka, byłego dyrektora Centralnej Kasy Spółek Rolniczych. Został on również szefem Banku Polskiego. Było wiadomo, że likwidacja tego przedwojennego banku centralnego to tylko kwestia czasu. Kiedy do tego dojdzie, zależało od powodzenia operacji odzyskania ewakuowanego podczas wojny złota. Gdy więc tylko kruszec przyjechał do Polski, zapadła decyzja o likwidacji Banku Polskiego. Cały proces miał przeprowadzić Bank Gospodarstwa Krajowego (BGK). Likwidacja zakończyła się 7 stycznia 1952 r. W rezultacie właśnie tego dnia, po 28 latach, Bank Polski przestał istnieć. Ogłoszenie likwidacji tej symbolicznej międzywojennej instytucji finansowej ukazało się w Monitorze Polskim trzy tygodnie później4.
Do dziś tajemnicą pozostaje, co kontrolowane przez Sowietów władze w Polsce zrobiły z odzyskanym złotem. Brakuje jakiejkolwiek dokumentacji na ten temat. Wiadomo, że pieczę nad sprowadzonym do Polski kruszcem sprawował Hilary Minc, ówczesny minister przemysłu i handlu, a potem wicepremier odpowiedzialny za sprawy gospodarcze. Tak opisywał jego działania Krzysztof Kopeć z IPN-u: "Dość szybko spieniężył złoto, głównie dokonując za granicą zakupów na potrzeby odbudowującej się gospodarki polskiej. Warto zaznaczyć, że uzyskane w ten sposób środki przeznaczono - zgodnie z dyrektywą Stalina - przede wszystkim na rozbudowę przemysłu ciężkiego i zbrojeniowego, nie licząc się z potrzebami społeczeństwa"5.
Dokumenty NBP-u potwierdzające otrzymanie przedwojennego polskiego złota.
Kluczowe pytanie w tym kontekście jest więc jedno: Jaka część odzyskanego złota trafiła faktycznie do ZSRS w zamian za towary i sprzęt lub została przez Sowietów po prostu skradziona z komunistycznej Polski? Pewnie nigdy nie poznamy na nie odpowiedzi. Te 32 tony złota Banku Polskiego, które wróciły do rządzonej przez komunistów Polski, były tylko częścią tego, co w przededniu II wojny światowej znajdowało się w jego skarbcach i zagranicznych depozytach. Wówczas ten centralny bank II RP posiadał 79,5 tony cennego kruszcu. Jego wartość wynosiła wówczas blisko 89,5 mln dolarów, czyli ponad 474 mln złotych6. To jak na owe czasy było kwotą wręcz astronomiczną. Gdy 1 września 1939 r. oddziały niemieckie wkroczyły na terytorium Polski, podjęto decyzję o ewakuacji za granicę złotego skarbu. Jednak operacja szybkiego i sprawnego wywozu tak gigantycznego majątku z ogarniętego wojną kraju wydawała się wręcz niemożliwa. Mimo to podjęto się tego zadania. Kulisy jego realizacji mogłyby stać się kanwą trzymającego w napięciu filmu sensacyjnego, pokazującego odwagę, patriotyzm i pomysłowość Polaków.
* * *
Początek II wojny światowej. 2 września 1939 r. Dzień po ataku Niemców na Polskę. To właśnie wówczas zapadła decyzja, aby ewakuować z kraju 78,5 tony złota należącego do Banku Polskiego. Większość tego cennego kruszcu znajdowała się w skarbcu przy ulicy Bielańskiej w Warszawie, gdzie mieściła się jego siedziba. Część już wcześniej została wywieziona poza stolicę - do Brześcia, Lublina, Siedlec i Zamościa, a pozostałe od dawna leżało bezpiecznie w skarbcach zagranicznych banków. Misję ewakuacji znajdującego się w kraju narodowego skarbu powierzono oficerowi Legionów Polskich, jednemu z najbliższych współpracowników Józefa Piłsudskiego - płk. Adamowi Ignacemu Kocowi. W II RP pełnił on stanowisko wiceministra skarbu, był również komisarzem rządowym w Banku Polskim7. W pamiętnikach tak opisał swoje przemyślenia po otrzymaniu zadania: "Dowiedziałem się, że gros złota Banku Polskiego było w kraju. Wiadomość bardzo niepomyślna, ponieważ waga złota musiała wynosić co najmniej 80 ton. Transportowanie tak dużego ciężaru podczas wojny, po zatłoczonych szosach, podczas ustawicznego bombardowania przez lotnictwo niemieckie, musiało zagrażać bezpieczeństwu złota [...]. Niepokoiłem się, czy w tych warunkach uda się przeprowadzić ewakuację [...]. Jedynie działanie z największym pośpiechem mogło dawać pewne szanse powodzenia, mając wciąż do użycia mosty przez Wisłę"8. Przygotowania do ewakuacji trwały około 48 godzin. Brał w nich udział Henryk Mikołajczyk, szef wydziału administracji centrali Banku Polskiego. "Cały depozyt był dość pokaźny objętościowo. Same archiwa, banknoty, które jeszcze były w zasobach Banku, no i inne depozyty zajmowały więcej miejsca niż samo złoto" - relacjonował po latach jego syn Andrzej, który w czasie ewakuacji miał osiem lat9. Do ich przetransportowania potrzebne było kilkadziesiąt pojazdów. W tym celu zarekwirowano samochody ciężarowe i autobusy miejskie, popularne "czerwonaki". Niektórych pojazdów użyczyła Polska Wytwórnia Papierów Wartościowych.
Warszawski skarbiec Banku Polskiego 5 września 1939 r. opustoszał. Transport był gotowy do drogi. Konwój ochraniany przez grupę żołnierzy i 100 konwojentów10 ruszył wieczorem sprzed parku Paderewskiego w kierunku Lublina11. Wraz z nim rodzina Mikołajczyka, żona, syn i dwie córki. "Transport odbywał się nocą [...]. Moja starsza siostra Barbara - o czym dowiedziałem się później - została zobowiązana przez ojca do zapisywania poszczególnych godzin wyjazdu. Jej córki znalazły po latach kartkę z dokładnym zapisem, o której godzinie co się wydarzyło" - wspomina Andrzej Mikołajczyk12.
Konwój przyjechał na miejsce następnego dnia nad ranem. Był to dopiero pierwszy przystanek podróży. Szybko złoto ruszyło z Lublina w kierunku Łucka, czyli terenów dzisiejszej Ukrainy. Gdy transport dotarł do celu, nadzór nad nim od płk. Koca przejęli jego przyjaciele, byli ministrowie: skarbu płk Ignacy Matuszewski i handlu mjr Henryk Floyar-Rajchman. Dalszym celem podróży była Rumunia. Transport złożony z 40 autobusów wypełnionych skrzyniami złota, banknotami i dokumentami bankowymi ruszył więc w kierunku rumuńskiej granicy, do miejscowości Śniatyń. Za kierownicą jednego ze "złotych" pojazdów siedziała żona Matuszewskiego - Halina Konopacka, najsłynniejsza polska sportsmenka okresu międzywojennego13. To pierwsza polska mistrzyni olimpijska. Po złoty medal sięgnęła w 1928 r. podczas IX Letnich Igrzysk Olimpijskich w Amsterdamie, wygrywając konkurs w rzucie dyskiem.
Transport ewakuowanego z Warszawy złota 12 września 1939 r. dotarł do Śniatynia. Dojechały tam również pojazdy z kruszcem Banku Polskiego z innych miejscowości, wywiezione jeszcze przed wybuchem wojny. Przy granicy rumuńskiej złoto umieszczono w 1208 skrzyniach, które następnie załadowano do specjalnie podstawionych wagonów kolejowych. W nocy z 13 na 14 września transport ruszył dalej, w głąb Rumunii. Celem był znajdujący się nad Morzem Czarnym port w Konstancy.
W archiwum Ministerstwa Finansów znajduje się bilans ewakuowanego z Polski majątku Banku Polskiego sporządzony na 17 września 1939 r., czyli na dzień agresji Sowietów na Polskę. Wynika z niego, że wartość wywiezionego złota wynosiła ponad 471 mln zł. Oznacza to, że z ogarniętego wojną kraju udało się ewakuować całość kruszcu należącego do Banku Polskiego.
Dokument opisuje, że to bilans na "dzień przejścia granicy rumuńskiej przez Bank Polski". Jednak ewakuowane złoto granicę rumuńską przejechało w nocy z 13 na 14 września, czyli trzy dni wcześniej. W dniu 17 września ewakuowany z Polski majątek znajdował się już w ładowni płynącego w stronę Turcji niewielkiego tankowca "Eocene", należącego do amerykańskiej kompanii naftowej Socony Vacuum. Być może więc znajdujący się w archiwum Ministerstwa Finansów bilans dotyczył momentu, gdy złoto opuszczało już Rumunię, a jego opis jest po prostu nieprecyzyjny.
Niewiele jednak brakowało, aby z kraju kierowanego wówczas przez premiera Armanda Călinescu nigdy nie wyjechała nawet jedna sztabka złota. Cenny transport za wszelką cenę chcieli przejąć ludzie Adolfa Hitlera. "Niemiecki ambasador w Bukareszcie Wilhelm Fabricius na spotkaniu z Grigore'em Gafencu, ministrem spraw zagranicznych Rumunii, złożył protest przeciwko łamaniu przez ten kraj neutralności. Rumuński minister uratował skarb Rzeczypospolitej, udając, że nie ma pojęcia o transporcie, ale obiecał przeprowadzić śledztwo w tej sprawie. W ten sposób dał Polakom czas na zorganizowanie transportu z Konstancy" - opisywał te wydarzenia sprzed 75 lat miesięcznik "Forbes"14.
Nie było to takie proste. Dopiero brytyjski konsul w Rumunii zarekwirował tankowiec "Eocene" i polecił jego kapitanowi przewiezienie cennego ładunku do Turcji. Niemcy zostali z pustymi rękami, a Călinescu kilka dni później - 21 września 1939 r. - zginął w zamachu. Został zastrzelony wraz z ochroniarzem i kierowcą. O udział w zamachu podejrzewano niemieckie służby specjalne.
Na pokładzie płynącego do Turcji tankowca nie znalazła się jednak całość ewakuowanego z Polski złota. "[...] w Rumunii pozostawiono cztery tony kruszcu, które jeszcze na terenie Polski odłączono od głównego transportu na polecenie naczelnych władz wojskowych. Dotarły one do Bukaresztu. Po sprzedaży około jednej tony pozostała część została złożona w depozycie w Narodowym Banku Rumunii" - podkreślał historyk prof. Wojciech Rojek15.
Cenny ładunek dotarł do Turcji. Został rozładowany w porcie w Stambule. Był to jednak tylko kolejny przystanek. Złoto szybko przewieziono pociągiem do libańskiego miasta Rayak, a następnie do Bejrutu. W tym czasie ten niewielki, słynący z cedrów i wina kraj znajdował się pod protektoratem Francji. Docelowy przystanek polskiego skarbu był już bardzo blisko. Była nim właśnie ojczyzna Napelona Bonapartego. Do Francji polskie złoto zostało przetransportowane na pokładzie krążownika "Emil Berlin" i dwóch niszczycieli "Vaubaun" i "Eparvier". Następnie umieszczono je w skarbcu oddziału Banku Francuskiego w Nevers16.
Jednak dynamiczne zmiany na froncie wojennym spowodowały, że także tam cenny ładunek nie był zbyt długo bezpieczny. Gdy 10 maja 1940 r. Niemcy zaatakowali Francję, było wiadomo, że złoty ładunek czeka kolejna podróż. Zygmunt Karpiński, wieloletni pracownik Banku Polskiego biorący udział w ewakuacji polskiego złota: "W dniu kapitulacji Francji [22 czerwca 1940 r. - przyp. aut.] załadowaliśmy nasze skrzynie w porcie Lorient na okręty floty francuskiej. Zgodnie z porozumieniem między rządem generała Sikorskiego a rządem francuskim złoto miało być przewiezione do Stanów Zjednoczonych, wówczas kraju neutralnego. Już na morzu admirał dowodzący grupą okręgów wojennych franc. otrzymał polecenie rządu Petaina zawrócenia do Dakaru. Na nic zdały się protesty dyrektora Stefana Michalskiego, który opiekował się złotem na okręcie. Po kilku dniach nasze złoto zostało wyładowane w porcie i przewiezione do fortu Keyes blisko Bamako, obecnej stolicy Mali"17.
Dokumenty przedwojennego Banku Polskiego zawierające cenne informacie o ewuakowanym złocie.
Tu po raz kolejny pojawiło się zagrożenie zrabowania polskiego złota przez Niemców. Francja skapitulowała 22 września. Karpiński: "Otrzymałem wtedy polecenie naszego rządu w Londynie, by udać się do Nowego Jorku i tam położyć sekwestr na zapasach złota francuskiego w bankach amerykańskich jako swego rodzaju zabezpieczenia dla Polski. Rozpoczęły się żmudne zabiegi o uzyskanie takiej decyzji ze strony władz federalnych Ameryki"18. Plan był prosty. Wynajęta przez rząd emigracyjny amerykańska kancelaria Sullivan and Cromwell wytoczyła w USA proces Bankowi Francji o zwrot złota19. Ze względu na toczące się działania wojenne nie było to łatwe. Dlatego amerykańscy prawnicy złożyli wniosek o zabezpieczenie części należącego do Francji złota, znajdującego się w skarbcu Banku Rezerwy Federalnej w Nowym Jorku. Sąd wyraził na to zgodę. To najprawdopodobniej uratowało narodowy skarb przed "zaginięciem". Podczas wojennej zawieruchy wszystko było możliwe. Ostatecznie Francuzi potwierdzili, że polskie złoto znajduje się pod ich kontrolą w Afryce. W grudniu 1943 r. w Algierze, stolicy Algierii, podpisali porozumienie o jego zwrocie. Rok później kruszec był już bezpieczny w skarbcach w Londynie i Ottawie. Komuniści po przejęciu władzy nad Wisłą otrzymali więc bezcenny prezent, którego ocalenie kosztowało polskich patriotów bardzo wiele trudu.
1.2. Okna na zachodni świat - PKO SA (Pekao SA)
Stalinowcy kierowani przez Bieruta położyli łapę nie tylko na przedwojennym złocie, ale zawłaszczyli cały sektor bankowy. Pod ich kontrolą znalazły się więc także dwa kluczowe podmioty - założony jeszcze w XIX w. Bank Handlowy (BH) i pięćdziesiąt lat młodsza Polska Kasa Opieki (PKO SA). Obydwa działają do dziś. Ten ostatni pod nazwą Pekao z charakterystycznym żubrzykiem w logo. Pod koniec lat 40. sterowani z Moskwy komuniści zdecydowali, że właśnie na BH i PKO SA oprą politykę finansową kraju. Banki te jako jedyne działały wówczas w formie spółki akcyjnej. Dodatkowo posiadający bogatą historię BH zdążył już zdobyć renomę w Europie. Z kolei wartością PKO SA były aktywa (spółki i przedstawicielstwa) posiadane w Nowym Jorku, Paryżu, Tel Awiwie i Buenos Aires. Dla Polski Ludowej, która znalazła się po sowieckiej stronie żelaznej kurtyny, stały się one oknami na Zachód. Dzięki nim nawiązywano relacje z zamieszkującą tam Polonią. Podmioty te specjalizowały się w obsłudze rachunków polskich emigrantów, a także przekazywaniu paczek dla ich bliskich w kraju. Posiadały również potencjał wywiadowczy. Dlatego do swoich celów zaczęły wykorzystywać je tworzące się pod czujnym okiem Sowietów służby specjalne Polski Ludowej.
* * *
"Gazeta Poranna" 11 listopada 1918 r. informowała: "Wiadomości o przewrocie w Niemczech i o przyjeździe Piłsudskiego wywołały w mieście silne wrażenie i ruch niezwykły, jakiego Warszawa nie pamięta od 1905"20. To tego dnia po ponad 123 latach zaborów Polska odzyskała niepodległość. Euforia, podniecenie, radość. To był wielki dzień dla milionów Polaków. Jednak proces rozbrajania Niemców w stolicy na dobre rozpoczął się już dzień wcześniej. Czynnie uczestniczył w nim 26-letni Henryk Gruber, pochodzący z Sokala chorąży Legionów Polskich. Patriota z krwi i kości. Dzielnie walczył z rosyjskimi oddziałami m.in. w bitwie pod Kostiuchnówką na początku lipca 1916 r. Ponad dwa lata później, dzień przed oficjalnym odzyskaniem niepodległości, Gruber w mundurze legionisty z polskim orłem w koronie w towarzystwie dwóch kolegów przejął od niemieckiego okupanta Zamek Królewski. Potem walczył jeszcze w wojnie polsko-bolszewickiej. Za odwagę i męstwo otrzymał wówczas najwyższe polskie odznaczenie bojowe przyznawane od czasów króla Stanisława Augusta Poniatowskiego - Order Virtuti Militari. Zaprawiony wojaczką Gruber stał się w II RP jednym z budowniczych sektora ubezpieczeniowego, a potem bankowego. Tajniki funkcjonowania rynku finansowego zdążył poznać tuż po ukończeniu dwudziestego roku życia. Pracował wówczas w Wiedniu w jednym z towarzystw ubezpieczeniowych.
W wieku 36 lat Gruber został mianowany prezesem Pocztowej Kasy Oszczędności (PKO)21. Urzędowanie w okazałym gmachu przy ulicy Świętokrzyskiej 31/33 rozpoczął dokładnie 1 kwietnia 1928 r. Przez kilka lat z kierowanego przez siebie banku stworzył najpotężniejszą instytucję finansową II RP. To był synonim międzywojennego sukcesu. Doskonale pokazujący, jak szybko Polska potrafi podnieść się z kolan. Swój sukces Gruber zawdzięczał w dużej mierze dbałości o wizerunek banku i krzewieniu idei powszechnego oszczędzania. Wykorzystywał w tym celu wszelkie możliwe narzędzia marketingowe - jak dziś można byłoby to określić. Wyznawał bowiem nowatorską jak na owe czasy maksymę - "reklama dźwignią handlu". Dbał, aby płatne ogłoszenia PKO pojawiały się niemal we wszystkich ukazujących się wówczas gazetach. Bez względu na linię polityczną, jaką reprezentowały. Reklamy namawiające do oszczędzania zdecydował się umieścić nawet na paczkach papierosów i opakowaniach zapałek.
Dzięki Gruberowi bank dosłownie rozbłysnął. Na rogu Brackiej i Alei Jerozolimskich kazał zainstalować pierwszy w Warszawie neon. To była nowość. Podświetlana reklama z hasłem "Pewność, zaufanie" szybko więc stała się hitem, podnosząc wizerunek i autorytet PKO. Jednak Gruber chciał zainstalować także drugi neon. Miał on się znaleźć w najbardziej prestiżowym miejscu Warszawy - przy placu Piłsudskiego. Podobnie jak dziś, także w II RP odbywały się tam niemal wszystkie patriotyczne uroczystości. Na montaż świetlnej reklamy nie zgodził się właściciel nieruchomości, na której miała zostać zainstalowana. To nie powstrzymało Grubera. Prezes PKO zdecydował się kupić budynek, a następnie zgodnie z planem umieścił na nim neon22. Potem ten sprawdzony mechanizm marketingowy Gruber wykorzysta w wypadku narodowego biura podróży Orbis, które utworzył w 1933 r.
Reklama to był tylko element polityki prowadzonej przez Grubera. Mocno dbał on przede wszystkim o dynamiczny rozwój PKO. Strzałem w dziesiątkę okazał się pomysł utworzenia nowego, komercyjnego banku.
Bank Polska Kasa Opieki (PKO SA) został powołany do istnienia w marcu 1929 r. decyzją ówczesnego ministra skarbu Gabriela Czechowicza. Jednak do jego oficjalnej rejestracji doszło dopiero siedem miesięcy później. Nowy bank swoje usługi miał świadczyć nie tylko w Polsce, ale również za granicą. Szczególnie tam, gdzie znajdowały się największe skupiska Polonii. Dlatego duży nacisk od samego początku położono na tworzenie zagranicznych placówek. Pierwsza filia nowego banku, jeszcze w 1929 r., powstała w Paryżu. Cztery lata później powołano do istnienia oddział PKO SA w Tel Awiwie, który swoją siedzibę miał na terenach palestyńskich. W tym czasie oczko w głowie Grubera znajdowało się jednak tysiące kilometrów dalej - w Argentynie. To tam PKO SA utworzyło pierwszy polski zagraniczny bank. Jednak przeszedł on do historii nie ze względu na swoją działalność, ale na osobę słynnego powieściopisarza i nowelisty Witolda Gombrowicza, który pracował tam przez blisko osiem lat.
Miejsce nie było przypadkowe. Właśnie Argentyna w XIX w. stała się dla wielu polskich emigrantów nowym domem. Szlak jako pierwsi przetarli dawni żołnierze uczestniczący w kampanii napoleońskiej. Potem w "kraju nad srebrną rzeką", jak określa się popularnie Rio de la Plata, lepszej przyszłości zaczęły szukać polskie rodziny rolnicze. Ich śladem ruszyli także robotnicy i naukowcy. Ten kierunek stał się szczególnie popularny w okresie międzywojennym. Szacuje się liczebność Polonii w Argentynie w tym czasie na ponad 150 tys. osób. Henryk Gruber, prezes PKO i przewodniczący rady nadzorczej PKO SA chciał, aby stali się oni klientami polskiego banku. Utworzenie podobnego oddziału - jak ten w Paryżu - okazało się jednak niemożliwe. Nie pozwalało na to argentyńskie prawo. Wyjście było więc tylko jedno: powołanie oddzielnej instytucji, działającej na obowiązujących w tym kraju zasadach. Misję utworzenia polskiego banku w Buenos Aires otrzymali Eugeniusz Bączkowski i Julian Nowiński. Do stolicy Argentyny przybyli w lipcu 1931 r. Kilka miesięcy później mogli świętować sukces. Banco Polaco, z siedzibą przy Leandro N. Alem, róg Lavalle, rozpoczął działalność. Akcjonariuszami zostali: PKO i PKO SA. Formalnie na czele banku stanął rezydujący na co dzień w Warszawie Henryk Gruber. Z kolei wiceprezesem został przebywający na stałe w Buenos Aires Bączkowski. Banco Polaco był niedużą, jak na ówczesne argentyńskie realia, instytucją finansową. Kapitał zakładowy wynosił zaledwie 200 tys. peso. W owym czasie nie było to nawet 50 tys. dolarów23. To nie budziło zaufania wśród polskiej emigracji, która - jak wynika ze sprawozdania Banco Polaco - "była słabo uświadomiona zarówno gospodarczo, jak i politycznie i wskutek tego była szczególnie wrażliwa na materialną siłę Instytucji, której miała powierzyć swe rezerwy życiowe"24. Tymczasem na początku lat 30. konkurencja była bardzo duża. O polskich klientów starało się kilka dużych banków działających w Buenos Aires. Niektóre z nich w tym celu otworzyły nawet polskie referaty25.
W tym czasie sektor bankowy w Argentynie nie podlegał żadnym regulacjom. Zmieniło się to dopiero w 1935 r., cztery lata po powstaniu Banco Polaco. Wówczas argentyńskie władze powołały do istnienia bank centralny - Banco Central - mający sprawować pieczę nad całym sektorem. Jego akcjonariuszami zostały najbogatsze banki działające w Argentynie. Kryterium było jedno: posiadanie kapitału własnego przekraczającego 1 mln peso. Wśród akcjonariuszy banku centralnego Argentyny zabrakło więc Banco Polaco. Kapitał zakładowy polskiej instytucji był o połowę niższy niż wymagano. Wynosił wówczas zaledwie 500 tys. peso.
Wraz z powołaniem banku centralnego wprowadzono w Argentynie również wiele restrykcji mających zapewnić stabilność systemu i przeciwdziałać wypływaniu kapitału za granicę. Zakazano m.in. trzymania równowartości posiadanych depozytów poza Argentyną. Dotyczyło to przede wszystkim banków zagranicznych. Złamanie zakazu było surowo karane. Bank centralny bez konieczności uzasadnienia swojej decyzji mógł nawet odebrać licencję bankową. Dlatego już wówczas zastanawiano się nad wprowadzeniem do akcjonariatu Banco Polaco stabilnego - najlepiej państwowego - inwestora26.
Gruber doskonale zdawał sobie sprawę z panujących w Argentynie trudności. Dlatego już w połowie lat 30. zaczął stopniowo podwyższać jego kapitał. W 1937 r. wynosił on 1 mln peso. W tym czasie wiceprezesem Banco Polaco był Juliusz Nowiński. Mimo że formalnie na jego czele cały czas stał Gruber, to właśnie ten pochodzący ze Lwowa absolwent SGH faktycznie zarządzał bankiem.
Dzięki dokapitalizowaniu zaufanie do polskiego banku zaczęło rosnąć. Przełożyło się to na lawinowy wzrost depozytów. Na koniec 1938 r. ich wartość opiewała na 2,76 mln peso27. Argentyna była wówczas na fali wznoszącej, przeżywając okres gospodarczej prosperity. Wydawało się więc, że polski bank jest skazany na sukces. Niestety, na przeszkodzie stanął wybuch II wojny światowej. Po wkroczeniu wojsk niemieckich do Polski Banco Polaco zaczął masowo tracić depozyty. Ciosem dla finansów banku okazało się również zamrożenie jakichkolwiek operacji polsko-argentyńskiej wymiany handlowej. W efekcie bardzo poważnie skurczyły się środki na prowadzenie polityki kredytowej. Władze banku dla zbilansowania strat zdecydowały się więc na radykalne cięcia kosztów. W rezultacie pracę w Banco Polaco straciło trzy czwarte personelu. Pozostałym zredukowano wynagrodzenie o 25 procent. Wynajęto też jedno z pięter w siedzibie banku, inkasując dzięki temu 700 peso miesięcznie28. Mimo trudnej sytuacji - przynajmniej na papierze - majątek banku zbytnio nie ucierpiał. W 1938 r. szacowano go na ponad 1,14 mln peso. Z kolei na koniec 1945 r. wycena była tylko o 80 tys. peso niższa. Spadek wyniósł więc zaledwie 7 procent. Nie była to jednak zasługa kierownictwa banku, ale rosnących w błyskawicznym tempie cen nieruchomości. W owym czasie Argentyna przeżywała boom gospodarczy. Dlatego wartość najcenniejszego aktywa Banco Polaco - pałacyku w Bunos Aires, w którym mieściła się jego siedziba - z roku na rok była coraz wyższa. To pozwoliło przynajmniej na papierze wykazać dużo lepszy bilans banku, niż było to w rzeczywistości29.
* * *
Do portu w Buenos Aires 24 sierpnia 1940 r. zawija statek "Villa de Madrid". Wysiadającego z pokładu 48-letniego wówczas Henryka Grubera i jego syna Jana witają przedstawiciele polskiej emigracji, a także lokalni dziennikarze. Nie wszyscy jednak gorąco wiwatują. Z przybycia twórcy PKO SA najbardziej niezadowolony jest Julian Nowiński, który przez ostatnie lata niepodzielnie rządził Banco Polaco. W tym czasie cieszy się on ogromnym autorytetem. Nie przypadkiem. Ciężko na to zapracował. Wykazując się odwagą i patriotyzmem. W 1939 r., jeszcze przed wybuchem wojny, opuścił Buenos Aires. Udał się do Polski, gdzie wstąpił do armii. Walczył w kampanii wrześniowej przeciwko Niemcom. Po kapitulacji, poszukiwany przez gestapo, zdołał wydostać się z kraju i wrócić do Argentyny30.
Tymczasem sytuacja Grubera była krańcowo odmienna niż Nowińskiego. Gdy przybywał do Buenos Aires, był już w ostrym konflikcie z działającym w Paryżu rządem RP na uchodźstwie kierowanym przez gen. Władysława Sikorskiego. Jego reputacja była mocno podkopana. Dbali o to ludzie Sikorskiego, którzy za wszelką cenę próbowali go całkowicie zdyskredytować. W tym celu wykorzystali zeznania dwóch nieprzychylnych Gruberowi byłych pracowników PKO. Oskarżyli oni twórcę PKO SA o korupcję i defraudację środków banku. To tylko jeszcze bardziej zagęściło atmosferę wokół jego osoby. Minister skarbu na uchodźstwie płk Adam Koc (zasłynął z przeprowadzenia zakończonej sukcesem operacji wywozu polskiego złota za granicę), a potem także jego następca Henryk Strasburger mieli jeden cel: usunąć go ze stanowiska prezesa PKO. Ostatecznie Gruber zrezygnował sam. W zamian pozostawiono go na stanowisku prezesa Banco Polaco (piastował je od samego początku powstania tej instytucji).
Mimo słabej pozycji Grubera, Nowiński zdawał sobie sprawę, że będzie musiał podzielić się z nim władzą w pałacyku przy ulicy Tucuman 642 w Buenos Aires. Tymczasem były już prezes PKO nie chciał mieć w wiceprezesie wroga. Wręcz przeciwnie, próbował się z nim zaprzyjaźnić, okazując szacunek i respekt dla jego pracy. Zdecydował się nawet na zmniejszenie swojego wynagrodzenia, tak aby było ono niższe niż pobory Nowińskiego31. Dziś, z perspektywy czasu, trudno stwierdzić, na ile Gruber w tej sytuacji wykazał się pragmatyzmem. Przecież od początku musiał doskonale zdawać sobie sprawę, że jest traktowany jako człowiek narzucony z zewnątrz. Nieznający argentyńskich realiów. Burzący zbudowany przez Nowińskiego porządek w banku. Szybko okazało się, że wewnętrzne rozgrywki to żaden problem w porównaniu z rozgorzałym na nowo konfliktem z rządem RP na uchodźstwie. Gruber, będąc prezesem Banco Polaco, nie chciał oddać nad nim kontroli współpracownikom gen. Sikorskiego. Ci z kolei szybko za punkt honoru przyjęli sobie usunięcie go ze stanowiska. Ta walka polsko-polska, która rozgorzała w momencie trwającej II wojny światowej, odbiła się szerokim echem na arenie międzynarodowej, szczególnie wśród wspierających Polskę aliantów. To mocno podkopało i tak już słabnącą wiarygodność rządu gen. Sikorskiego. Gruber doskonale zdawał sobie sprawę z konsekwencji. Dlatego zaledwie dwa lata po przyjeździe do Argentyny zdecydował się zrezygnować z kierowania Banco Polaco. Szczegółowo pisał o tym historyk Henryk Michalski:
Trwający niecałe dwa lata okres osobistych rządów Grubera w Banco Polaco naznaczony był konfliktem o akcje banku, który toczony był z Ministerstwem Skarbu. Zgodnie ze statutem banku jego akcje należały do PKO oraz PKO S.A. Posiadanie poszczególnych akcji czasowo mogło być jednak przenoszone na osoby fizyczne, które sprawowały określone funkcje w Banco Polaco. W praktyce największą ilością akcji dysponował prezes Dyrekcji, czyli właśnie Gruber. Wszystkie akcje Banco Polaco zostały przed wybuchem wojny zdeponowane w skarbcu tego banku. Przed przyjazdem Grubera do Argentyny Nowiński przekazał akcje banku do siedziby poselstwa polskiego w Buenos Aires. Na początku września akcje zostały zdeponowane w argentyńskim oddziale The National City Bank of New York, skąd mogły być odebrane przy obopólnej zgodzie Banco Polaco (reprezentowanego przez prezesa Grubera) oraz poselstwa polskiego w stolicy Argentyny (reprezentowanego przez posła Zdzisława Kurnikowskiego). Takie rozwiązanie nie satysfakcjonowało rządu londyńskiego, dodatkowo zainteresowanego usunięciem Grubera z banku. 11 stycznia 1941 roku prezydent Raczkiewicz na wniosek rządu zwolnił Grubera ze służby państwowej, co w przekonaniu władz stanowiło podstawę do usunięcia go również z Banco Polaco.
Władysław Raczkiewicz, prezydent RP na uchodźstwie (1939-1947). W świetle prawa argentyńskiego decyzja prezydenta nie miała mocy wiążącej w kwestii zmiany prezesa Banco Polaco (dokonać tego mogło tylko Walne Zgromadzenie Akcjonariuszy). W lutym 1941 roku do Buenos Aires przybył Antoni Bądzyński, którego minister Strassburger mianował kuratorem Banco Polaco z zadaniem przejęcia akcji banku. Ponieważ Gruber nie zgadzał się z decyzjami Londynu, Bądzyński wystąpił na drogę sądową w celu przejęcia kontroli nad bankiem. Trwający kilka lat proces okazał się wizerunkową porażką poselstwa polskiego i szkodził sprawie polskiej, o czym już po kilku miesiącach od jego rozpoczęcia informowali Londyn przedstawiciele polskiej diaspory w Argentynie oraz miejscowy rezydent polskiego wywiadu. "Polska wojenka" o bank była również przedmiotem korespondencji prowadzonej przez alianckich dyplomatów akredytowanych w Buenos Aires32.
Ponownie na placu boju pozostał tylko Nowiński. Przez kilka lat udawało się mu unikać problemów, dzięki zręcznemu lawirowaniu między rządem RP na uchodźstwie, a tworzącą się w Polsce władzą komunistyczną. Jego historia i dokonania pod argentyńskim niebem pewnie zostałyby przysypane piaskiem czasu, gdyby nie decyzja, jaką podjął w grudniu 1947 r. To właśnie dzięki niej przeszedł do historii. Wówczas pracę w Banco Polaco zaproponował Witoldowi Gombrowiczowi, słynnemu już wówczas powieściopisarzowi i noweliście. "Panie Witoldzie, mówił [Nowiński], nie musi pan w biurze nic robić, zresztą nie jestem pewien, czy pan coś z bankowości umie. Musi pan jednak urzędować, przynajmniej przychodzić do biura, tego wymaga regulamin Banku" - miała brzmieć propozycja33. Gombrowicz, który od przybycia do Argentyny w 1939 r. żył w skrajnej nędzy, ofertę Nowińskiego przyjął z wielką radością. Formalnie został zatrudniony w sekretariacie prezesa banku. Szybko stał się dużym problemem. Popadł w konflikt z niemal wszystkimi pracownikami banku. "Skarżyli [się] na niego, że godzinami zajmuje toaletę. Ktoś wtargnął do ubikacji, a on tam siedział i pisał. Kiedy za bardzo mu dokuczali, spluwał w ich stronę pestkami pomarańczy. Kiedyś sekretarka powiedziała do ojca: Albo on, albo ja" - wspominała Anna Nowińska de Fiume, córka ówczesnego prezesa Banco Polaco34. Gombrowicz nienawidził swojej pracy. Zresztą nigdy tego nie ukrywał. Kiedyś miał wręcz powiedzieć: "[...] wolę obóz koncentracyjny niż siedzieć z tymi urzędnikami"35. Mimo to właśnie na bankowej maszynie miał napisać Trans-Atlantyk i spore fragmenty Dziennika. Gdyby nie oferta pracy, jaką Gombrowiczowi złożył Nowiński, dzieła te mogłyby więc nigdy nie powstać. Pracując w Banco Polaco autor słynnej Ferdydurke mógł z bliska przyglądać się przemianom sektora bankowego przełomu lat 40. i 50. To właśnie wówczas PKO, tak mocno rozwinięte w okresie międzywojennym przez Grubera, zostało zlikwidowane przez komunistów. Kontynuatorem miała być powołana w 1950 r. Polska Kasa Oszczędności, która przetrwała do dziś jako PKO BP. Był to jeden z elementów komunistycznej reformy sektora bankowego. Niestety, przypadła ona na bardzo trudny okres dla Polski. Kraj podnosił się ze zniszczeń wojennych. Odbudowa była długotrwałym i bardzo kosztownym procesem. Tymczasem kasa państwowa świeciła pustkami. Bierut wraz z towarzyszami postanowili więc wypełnić ją pieniędzmi obywateli. W tym celu opracowali plan, który głęboko sięgnął do kieszeni społeczeństwa, pozbawiając je dwóch trzecich oszczędności, czyli około 750 mln dolarów. Gdyby przyrównać ją do dzisiejszych realiów i siły nabywczej pieniądza, to kwota ta byłaby dziesięciokrotnie wyższa. Cały plan był trzymany w wielkiej tajemnicy. W życie został wprowadzony w sobotę 28 października 1950 r. Tego dnia PRL-owski sejm uchwalił przepisy o zmianie systemu pieniężnego. "Skok na kasę" obywateli stał się faktem. Przeprowadzono go pod płaszczykiem denominacji złotego. Problem jednak w tym, że wymiana starych pieniędzy na nowe była całkowicie niekorzystna dla społeczeństwa. Dodatkowo nowe przepisy surowo karały za posiadanie dewiz, a także cennych kruszców, jak złoto czy platyna. Za obrót nimi groziła nawet kara śmierci. Sterowani z Moskwy polscy komuniści nie mieli litości dla zmęczonego wojną społeczeństwa.
Być może właśnie z chęci uzupełnienia państwowej kasy reżim Bieruta zdecydował się na sprzedaż Banco Polaco. Do transakcji doszło w 1955 r. Argentyński inwestor odkupił polski bank w Buenos Aires za 700 tys. dolarów, a następnie zmienił jego nazwę na Banco Continental SA36. Dziś, z perspektywy czasu, trudno ocenić opłacalność i sens tej transakcji. Brakuje wystarczającej dokumentacji na ten temat.
* * *
Wojska niemieckie 5 września 1939 r. szturmują Warszawę, dokonując regularnych nalotów bombowych. Zagraniczni dyplomaci akredytowani w Polsce pośpiesznie pakują walizki. Wśród nich są pracownicy Ambasady USA w Warszawie, w tym szef placówki Anthony J. Drexel Biddle junior. Z Waszyngtonu otrzymał jasny sygnał - ma jak najszybciej wraz z personelem ewakuować się z Polski. Tego dnia udaje się mu wydostać z broniącej się Warszawy i ruszyć w kierunku Paryża. Najprawdopodobniej także w tym czasie stolicę opuszcza pracownik średniego szczebla amerykańskiego attachatu wojskowego. Nazwijmy go Jones. W podróż za ocean zabiera ze sobą polską współpracowniczkę, piękną blondynkę Eugenię. Kobieta kilka miesięcy wcześniej formalnie została zatrudniona w amerykańskiej ambasadzie w Warszawie. Wszystko wskazuje na to, że jest informatorem amerykańskich służb specjalnych, a Jones jest jej oficerem prowadzącym. Decyduje się na wyjazd, mimo że w pogrążającym się w wojnie mieście zostawia chorą matkę i męża. Taka jest cena wolności. Po przybyciu do USA Eugenia rozpoczyna nowe życie w Nowym Jorku. Szybko dzięki swoim amerykańskim przyjaciołom znajduje pracę w mającym siedzibę w tym mieście polskim Konsulacie Generalnym. Znajduje się on w sześciopiętrowym budynku przy 149 East 67th Street. Zresztą pod tym samym adresem swoje siedziby mają także inne polskie instytucje, m.in. biuro odpowiedzialne za zakup dla polskich ofiar wojny używanej odzieży.
Piękna blondynka błyskawicznie zaczyna podbijać serca pracujących tam mężczyzn. Z czasem dorobi się przydomku "Cesarzowa Eugenia". Nie bez powodu. W latach 40. i 50. kobieta miała szerokie wpływy nie tylko w amerykańskiej administracji, ale także w polskich przedstawicielstwach handlowych i dyplomatycznych w USA. Historia jej intryg, miłości i zdrad zostanie dokładnie opisana w donosach, jakie szerokim strumieniem zaczną płynąć pod koniec lat 50. do Służby Bezpieczeństwa, świeżo powstałej na zgliszczach stalinowskiego narzędzia terroru Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Trudno jednak z perspektywy czasu oddzielić opisaną w nich prawdę od kłamstw i manipulacji. Niewątpliwie jednak historia Eugenii Kruczkowskiej ściśle wiąże się z drugą po Banco Polaco zagraniczną spółką powołaną przez PKO SA.
Bank utworzony przez Henryka Grubera swoje przedstawicielstwo w USA próbował uruchomić już na początku lat 30. Stany Zjednoczone szybko stawały się największym skupiskiem polskiej emigracji. Nie było to jednak łatwe. Na przeszkodzie stanęła też II wojna światowa. Ostatecznie ta sztuka udała się dopiero w 1948 r. Wówczas w stanie Delaware została zarejestrowana spółka PKO Trading Corporation z siedzibą na nowojorskim Manhattanie37. W momencie rejestracji jej kapitał zakładowy wynosił 23 tys. dolarów. Pekao SA miała jednak nad nią nadzór tylko iluzoryczny. Kluczowe decyzje zapadały w Konsulacie Generalnym PRL-u w Nowym Jorku, przy akceptacji polskiej ambasady w Waszyngtonie. W czasie gdy tworzyła się spółka, konsulem generalnym był Jan Galewicz. Ten urodzony w styczniu 1911 r. prawnik, uczestnik powstania warszawskiego, należał do zaufanych ludzi tworzącego się w Polsce komunistycznego reżimu Bieruta. W 1945 r. wstąpił do Polskiej Partii Robotniczej w pełni kontrolowanej przez Sowietów. Galewicz po przyjeździe do USA szybo zaprzyjaźnił się z Eugenią Kruczkowską. Dzięki tej znajomości kobieta bez problemu przeforsowała na prezesa PKO Trading Corporation kandydaturę swojego ówczesnego męża, prawnika z wykształcenia Władysława Talmonta. W tym czasie kierował on nowojorskim oddziałem GAL-u - przedsiębiorstwa Gdynia-Ameryka Linia Żeglugowa.
Talmont urodził się 20 sierpnia 1906 r. w Odessie (obecna Ukraina). Przed wojną pracował w stołecznej kancelarii adwokackiej Wacława Minkiewicza. W 1943 r. wraz z żoną i dwójką dzieci wyemigrował do USA.
Podczas częstych wizyt w Konsulacie Generalnym PRL-u w Nowym Jorku poznał Kruczkowską. Stracił dla niej głowę. Gdy żona Talmonta dowiedziała się o romansie męża, popełniła samobójstwo. Wyskoczyła z okna. Wówczas prawnik ożenił się właśnie z Kruczkowską38.
Władysław Talmont, szef PKO Trading Corporation był podejrzewany o współpracę z FBI.
Amerykańska firma PKO SA, na czele której stanął Talmont, specjalizowała się w przesyłaniu do kraju paczek od Polaków mieszkających w USA. Mechanizm działania był prosty. Zamówione przez nadawców towary były przesyłane do kraju. Następnie komórka eksportu wewnętrznego działająca w Peako SA w Warszawie rozprowadzała je wśród adresatów. W całych Stanach Zjednoczonych PKO Trading Corporation miała ponad 200 przedstawicieli. Regularnie reklamowała się też w polskich czasopismach. "[...] wśród społeczeństwa polsko-amerykańskiego w tym kraju istnieje silny nurt niesienia pomocy i przesyłania wszelkiego rodzaju podarunków dla rodaków w Polsce. Jest to objaw zupełnie naturalny u każdego społeczeństwa. Nurt ten szuka sobie ujścia w różnych kierunkach i wyraża się w wielomilionowych sumach w przesyłkach, przekazach pieniężnych i rozmaitych formach darów dla swych najbliższych w Polsce" - czytamy w jednym z raportów z lat 50.39. Dzięki tej pozytywnej koniunkturze firma zaczęła bardzo szybko się rozwijać. Pieniądze płynęły szerokim strumieniem. Dla Talmonta i jego żony rozpoczęło się eldorado. Tylko jego roczne wynagrodzenie wynosiło 21 tys. dolarów. Na tę gigantyczną, jak na owe czasy, sumę składały się pensje z nowojorskiego oddziału GAL-u, PKO Trading Corporation oraz świeżo powołanej jej spółki córki w Toronto. Tysiące dolarów rocznie kosztowały też jego podróże i wydatki służbowe oraz koszty reprezentacyjne. Spółka stała się prywatnym imperium Talmonta40. Sytuacja opływającego w luksusy byłego warszawskiego adwokata i jego żony nijak nie przystawała do tego, co wówczas działo się w podnoszącej się po wojennych zniszczeniach Polsce. Wątpliwości budziła także prowadzona przez niego polityka finansowa oraz zawierane z kontrahentami umowy. Dzięki układowi z konsulem Galewiczem wszystko zamiatano pod dywan. Zresztą dyplomata czerpał z tego prywatne korzyści. Nad tym, aby nic nie wyszło na zewnątrz, czuwała zatrudniona w nowojorskim konsulacie Kruczkowska. Do czasu. Na początku lat 50. do MSZ-etu trafił donos szeroko opisujący patologię panującą w kierowanej przez Galewicza placówce. Jednym z głównych wątków było zachowanie Kruczkowskiej: "Przychodziła do pracy cztery razy w tygodniu, gdzie inni pracowali sześć. Notorycznie się spóźniała, a służbowe auto konsulatu używała do prywatnych celów"41. Centrala w Warszawie poleciła Galewiczowi zwolnienie kobiety. Kruczkowska odeszła więc z konsulatu, inkasując w ramach rekompensaty czteromiesięczną wysokość poborów, i trafiła na etat sekretarki do kierowanej przez męża PKO Trading Corporation.
W tym czasie Talmont miał już amerykański paszport. Obywatelstwo otrzymał w 1951 r. Gdy więc chciał przyjechać do Polski, musiał otrzymać wizę42. Już wówczas był podejrzewany przez PRL-owskie służby o współpracę z FBI43.
Ciemne interesy Talmonta i Galewicza o mały włos nie wyszły na jaw już pod koniec 1953 r. Wówczas konsul odmówił powrotu do Polski, po czym uciekł do Urugwaju z walizką wypełnioną 120 tys. dolarów44. Wydawało się, że dni byłego warszawskiego adwokata w PKO Trading Corporation są policzone. Tym bardziej że wiedzę o nieprawidłowościach w tej spółce miał jeden z jego zaciekłych wrogów - Stanisław A. Gutowski, prawnik Ambasady PRL-u w Waszyngtonie. Nie zdążył jednak ujawnić posiadanej wiedzy. 10 października 1954 r. zmarł w tajemniczych okolicznościach. Miał zatruć się gazem w swoim mieszkaniu. Był wówczas pod wpływem alkoholu45. Nie tylko Gutowski wiedział o wątpliwych działaniach Talmonta, ale również Jan Sikora, przedstawiciel Polonii, dyrektor w PKO Trading Corporation. O swoich podejrzeniach zaczął regularnie informować centralę w Warszawie. Wspierał go w tym czterdziestokilkuletni wówczas Jan Wołoszyn, zatrudniony przy Ambasadzie PRL-u w Waszyngtonie, potem - na przełomie lat 80. i 90. - jeden z najbardziej wpływowych ludzi w polskiej bankowości. To dzięki niemu informacje Sikory trafiły do Warszawy. Pracownik PKO Trading Corporation wskazywał, że z pieniędzy firmy Talmont finansuje Komitet Wolnej Europy, a intratne zlecenia daje amerykańskim podmiotom pomijając w tym polskie spółki. Dowodem obciążającym byłego warszawskiego adwokata były wyniki finansowe. Kierowana przez niego spółka w 1957 r. osiągnęła obroty w wysokości 5 mln dolarów. Jednak już rok później były one o milion mniejsze. Z tego rabaty dla dealerów i koszty utrzymania firmy pochłonęły aż 720 tys. dolarów46.
Zarząd Pekao SA zdecydował o konieczności sprawdzenia tych doniesień. W tym celu do USA został wysłany Zbigniew Augustowski, radca Pekao SA. Negatywnie ocenił on postawę Talmonta. Dodatkowo zwrócił uwagę na skłócenie kadry w kierowanej przez niego spółce47. Sprawa wydawała się bardzo poważna. Zdecydowano więc o przeprowadzeniu kontroli w PKO Trading Corporation. Misję tę powierzono Henrykowi Mucznikowi, dyrektorowi Pekao SA. To jedna z bardzo tajemniczych postaci polskiej bankowości lat 50. i 60.
Jego oficjalny życiorys znajdujący się w IPN-ie jest niespójny. Różni się m.in. datą i miejscem urodzenia. Początkowo Mucznik wskazywał, że urodził się 22 lipca 1909 r. w Zgierzu. Potem jednak poważnie skorygował te dane. Zaczął utrzymywać, że urodził się jedenaście lat później 13 marca 1920 r. nie w Zgierzu, ale w oddalonej o około czterdzieści kilometrów Łęczycy. Taka wersja została potem uznana za oficjalną. Jednak cały życiorys Mucznika ma wiele luk i sprzeczności. Można jednak spróbować go zrekonstruować.
Przyszłego dyrektora Pekao SA II wojna światowa zastała w Kutnie. Pracował tam jako pielęgniarz w szpitalu dla polskich jeńców. Potem przedostał się do Warszawy, gdzie chwytał się różnych zajęć. Przez rok był nawet dezynfektorem w warszawskim getcie. Tam też nawiązywał pierwsze kontakty z Żydowską Organizacją Bojową. Sam zresztą również był Żydem. Relacje te utrzymywał przez kolejne lata.
W tym czasie jego rodzina została zagazowana przez Niemców. On sam wprawdzie trafił do obozu pracy do Nałęczowa, ale po dwóch miesiącach udało mu stamtąd uciec. Po wojnie wstąpił do kontrolowanej przez Józefa Stalina komunistycznej PPR. Stał się aktywnym działaczem, szybko piął się po szczeblach partyjnej struktury. Dzięki temu kariera w powojennej Polsce Ludowej stanęła dla niego otworem. W 1946 r. trafił na stanowisko kierownicze do Centrali Handlowej Przemysłu Chemicznego. Następnie pracował w Centrali Mięsnej i Centralnym Zarządzie Energetyki (CZE), gdzie został dyrektorem. Nie cieszył się tam jednak pozytywną opinią: "W pracy dyr. Mucznika daje się zauważyć wielkie lenistwo. Prawie nigdy nie można go osiągnąć w biurze - zawsze gdzieś wychodzi"48. Zbytnio nie interesował się też sprawami pracowniczymi. Zdecydował, że wszelkie decyzje o zmianach zatrudnienia będzie podejmował tylko dwa razy w roku. Jednak nie to wzbudziło największe kontrowersje. Mucznik został oskarżony o sabotaż planu sześcioletniego firmowanego przez Bolesława Bieruta. Jednym z jego punktów było postawienie elektrowni. Zadanie miało zrealizować przedsiębiorstwo Energobudowa. Aby to się udało, potrzebni byli fachowcy. Miał ich zapewnić właśnie dyrektor Mucznik. Okazało się, że zupełnie do tego się nie przyłożył. Do pracy w Energobudowie oddelegował przypadkowych, często niekompetentnych ludzi. Niektórzy nawet nigdy nie mieli nic wspólnego z energetyką!
Henryk Mucznik, dyrektor Pekao SA był gorliwym współpracownikiem stalinowskiego Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego.
Nie złamało to kariery Mucznika. Przyszły dyrektor Pekao SA znajdował się pod ochroną siejącego postrach stalinowskiego Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Wniosek o przyjęcie tam do pracy złożył już w lipcu 1946 r. Nie chciał jednak występować pod swoich nazwiskiem. Zaproponował więc, że dla MBP stanie się Ryszardem Kalińskim. Nie wiadomo, jak jego wniosek został rozpatrzony. Jednak to właśnie wtedy Mucznik własnoręcznie podpisał zobowiązanie do współpracy. Został zarejestrowany jako współpracownik o pseudonimie "Karski".
Po odejściu z CZE Mucznik został skierowany przez MBP do pracy w charakterze naczelnika Wydziału Ochrony Głównego Urzędu Statystycznego. Było to stanowisko zapewniające bardzo wysokie wpływy. Późniejszy dyrektor Pekao SA otrzymał stałą przepustkę do warszawskiej siedziby kontrolowanej przez Stalina bezpieki. Otrzymał również zgodę na prowadzenie pracy operacyjnej. Mógł więc samodzielnie werbować współpracowników, a także prowadzić źródła. Tak uzasadniano powierzenie mu tych zadań: "Tow. Mucznik [...] wykazuje pewne zdolności w pracy operacyjnej, co można wnioskować z właściwie stawianych wniosków w niektórych sprawach oraz zadań stawianych przed kontaktami poufnymi, z którymi dotychczas pracuje"49.
Z GUS-u trafił prosto na fotel dyrektora naczelnego Pekao SA. Wówczas pojawił się pomysł wysłania go do Kanady z planem objęcia przez niego fotela szefa mającej tam powstać placówki banku. Dlatego bardzo szybko znalazł się w zainteresowaniu Departamentu I MSW, który przerejestrował go na swój kontakt. Nadano mu też nowy pseudonim: "Dyrektor". Gdy wyjeżdżał do USA na kontrolę działalności Talmonta, otrzymał też z wywiadu zadania do realizacji. Dokładnie jednak nie wiadomo, co zostało mu zlecone.
Podczas trzymiesięcznego pobytu w Nowym Jorku Mucznik wyrobił sobie doskonałe zdanie o Talmoncie. Uważał wręcz, że bez niego "cały interes padnie"50. Ofiarą kontroli padł za to Sikora, który stracił pracę w PKO Trading Corporation. Na jego miejsce został zatrudniony J. Daniec, obywatel amerykański, właściciel firmy handlowej w Nowym Jorku51.
Kontrola zlecona przez zarząd Pekao SA od początku była farsą. Zderzenie z amerykańską rzeczywistością Mucznika żyjącego na co dzień w siermiężnej, pogrążonej w kryzysie finansowym poststalinowskiej Polsce musiało być dla niego szokiem. Wszystko miał na wyciągnięcie ręki, o co od początku jego pobytu w USA dbał Talmont. Luksusowy hotel, niekończące się biesiady, drogie prezenty. Prezesowi PKO Trading Corporation udało się kupić Mucznika. Gdy informacje o tym trafiły do SB, zaczęto przyglądać się osobie dyrektora Pekao SA. Odkryto, że Mucznik "jest powiązany bliżej nierozpoznanymi kontaktami charakteru przestępczego z dyrektorem Trading Corporation Talmontem i innymi osobami w New Yorku"52.
Ustalono również, że na sumieniu ma m.in. nielegalny handel walutami53 i udział w największym skandalu bankowym przełomu lat 50. i 60.
Do nadzorowanego przez Mucznika Pekao SA przy ulicy Mazowieckiej w Warszawie 6 kwietnia 1959 r. weszli funkcjonariusze milicji. Aresztowali dwie pracownice. Jedną z nich była Irena Maleta, żona majora lotnictwa. Bank zamknięto i rozpoczęto remanent. Akcja milicji rozwścieczyła pracowników banku. Gdy wyprowadzono kobiety, upust swojemu oburzeniu dawali głośno gwiżdżąc i rzucając obelgi pod adresem milicjantów. "Przy wyjściu z banku jacyś handlarze wypowiadali się, że ten, który sypnął Maletę, nie będzie żył"54. W kolejnych dniach zatrzymywano kolejnych pracowników Pekao SA przy Mazowieckiej. Okazało się, że działała tam zorganizowana szajka okradająca klientów. W pierwszej kolejności okradani byli ci, którzy długo nie zgłaszali się po znajdujące się na kontach pieniądze: "Przed podejmowaniem pieniędzy z kont tych ludzi, członkowie omawianej grupy upewniali się, że w/w już wyjechał. W tym celu wysyłali do nich pisma z zapytaniami, dlaczego nie realizują wpłat. W wypadku zwrotu tych pism z adnotacją urzędu pocztowego, że klient jest nieobecny, była już pewność, że nikt się nie zgłosi"55. Następnie na podstawie fałszywych dokumentów wyjmowano pieniądze z takich kont. Proceder nie wyszedłby na jaw, gdyby 18 kwietnia 1959 r. do okienka banku przy ulicy Mazowieckiej nie zgłosił się zamieszkały we Wrocławiu Zachariasz Zylberbert. Odkrył on, że z jego konta zniknęło 100 dolarów. Okazało się, że dokumenty, na podstawie których wypłacono pieniądze, sfałszowała Janina Oziemkowska. Zbulwersowany sytuacją klient wszczął awanturę w banku. Wówczas przełożony kobiety o nazwisku Tejszewski wezwał ją na dywanik i stwierdził, że musi się rozmówić z mieszkańcem Wrocławia, gdyż "nie może dopuścić, aby wymieniony zwrócił się do prokuratury"56. Tejszewski wiedział, że to mogłoby ujawnić złodziejski układ panujący w banku. Kobiecie udało się dojść do porozumienia z okradzionym klientem. Zachariasz Zylberbert złożył nawet swój podpis pod oświadczeniem, w którym znalazło się zdanie: "W związku z powyższym nie mam żadnej pretensji ani do banku, ani do Janiny Oziemkowskiej"57. Najprawdopodobniej kobieta zwróciła mu ukradzione wcześniej 100 dolarów.
Mimo wyciszenia afery o procederze dowiedziała się milicja, która zaczęła badać sprawę. Działania te monitorowała SB. Powód? Pracownicy banku zostali uprzedzeni o działaniach milicji jeszcze przed zatrzymaniami. Z informacji SB wynikało, że zostali o tym uprzedzeni przez jednego z funkcjonariuszy, który w zamian otrzymał "dwie pary nulonów" łapówki oraz zarobił na pewnej nielegalnej transakcji związanej z "kapami pluszowymi".
Tymczasem afera w banku przy ulicy Mazowieckiej zataczała coraz szersze kręgi. Klientów okradano na różne sposoby: "Np. apaszki zagraniczne są w cenie od 0,50 do czterech dolarów. Nie wszyscy klienci, a zwłaszcza ci z prowincji orientują się w cenach danych artykułów, a jeszcze mniej w poszczególnych gatunkach. Obydwie pracowniczki ze stoiska Zleceń Różnych były niewątpliwie w zmowie i klientom słabo orientującym się w cenach wydawały towary tańsze po cenach wygórowanych. Np. zamiast 10 sztuk apaszek po 4 dolary każda wydawały 10 sztuk po 2 dolary. Natomiast podstawionym przez siebie handlarzom wydawały apaszki droższe po niższej cenie i dzieliły się wspólnie z nimi zyskiem. [...] Przy obrotach dziennych sięgających w PKO setek tysięcy dolarów, tego rodzaju transakcje mogły dawać im tysiąc złotych zysku"58.
Kobiety zaangażowane w ten proceder zdradziły... drogie ubrania i buty: "Każdej z aresztowanych pracownicy np. powodziło się bardzo dobrze. Niektóre zamawiały u szewców po dwie pary najdroższych butów na raz, inne specjalnie oddawały suknie do farbowania ręcznie (kosztowny zabieg)"59.
Jednak dowody obciążające kobiety zniknęły. W nocy z 14 na 15 maja 1959 r. doszło do napadu na jedno ze stanowisk Pekao SA przy ulicy Mazowieckiej. Ukradziono oryginalne dokumenty, które wskazywały na fałszerstwa i okradanie klientów banku. Sprawców nie znaleziono. Podejrzewano jednak, że napad był zorganizowany przez pracowników banku: "[...] stoisko znajduje się na terenie Banku włamania mogły dokonać raczej osoby spośród personelu mające możliwość ukrycia się na terenie Banku przed jego zamknięciem względnie przebywania tam po godzinach urzędowania [...]"60.
Szajka z Pekao SA nie tylko mataczyła w śledztwie, niszcząc dowody, ale także zaczęła szukać osób, które mogły o ich nielegalnym procederze opowiedzieć milicji. Podejrzenia padły na Marię Galicką, rozwódkę z dzieckiem. Niejaki Roman Szyszko, zwolniony z banku za udział w nielegalnym procederze, postanowił sam wymierzyć sprawiedliwość. "[...] przyjechał do mieszkania Galickiej, zdemolował je, a ją samą pobił" - wynika z jednego z donosów, jakie trafiły do SB61. O sprawie kobieta powiadomiła dyrektora Mucznika. Ten nie mógł wiele zrobić. Zawiadomienie organów ścigania nie wchodziło w grę. Odebrał więc przysługujące Szyszce w okresie wypowiedzenia trzymiesięczne wynagrodzenie. Potem się okazało, że Mucznik jest kochankiem Galickiej. SB odkryła, że ich miłosne schadzki miały się odbywać w mieszkaniu wynajmowanym od innej pracownicy Pekao SA62. Dla bezpieki była to bardzo cenna informacja. Mogła posłużyć jako narzędzie szantażu dyrektora Pekao SA.
Mimo stwierdzenia nadużyć dokonywanych przez Mucznika, włos mu z głowy nie spadł. Pozwolono mu również w 1969 r. na stały wyjazd do Izraela, gdzie przyjął tamtejsze obywatelstwo. Wraz z nim wyjechała żona Krystyna Kułakiewicz, pracownica Banku Handlowego, oraz jej matka. W 1973 r. Mucznik został wpisany na listę osób niepożądanych w PRL-u. Jego nazwisko skreślono z niej dopiero w 1987 r.63.
* * *
W późniejszych latach wielokrotnie pojawiały się wątpliwości co do działalności nie tylko zagranicznych podmiotów kontrolowanych przez Pekao SA, ale również całego banku. Dlatego w marcu 1984 r. Departament V MSW zdecydował się formalnie objąć go ochroną kontrwywiadowczą, rozpoczynając sprawę obiektową o kryptonimie "Lokata"64. Miało to pomóc w eliminowaniu nieprawidłowości i patologii, których w tym banku, należącym do największych w PRL-u, nie brakowało. Część zdobytych informacji lądowała na biurku najważniejszych ówczesnych PZPR-owskich dygnitarzy. Jedna z nich, z końca lutego 1987 r., dotyczyła Romualda Napiórkowskiego, dyrektora Departamentu Ekonomiki i Organizacji Pekao SA. Ówczesny prezes banku Edmund Zawadzki, mimo negatywnej rekomendacji SB, mianował go prezesem spółki PEKAO Delta Trading Company (PDTC) w Sydney.
W PRL-u Zawadzki uchodził za bardzo wpływową postać. Urodził się w 7 stycznia 1932 r. w Lidzbarku, w woj. ciechanowskim. W wieku 24 lat ukończył SGPiS. Trafił do Ministerstwa Finansów. Pracował tam do kwietnia 1978 r. zajmując istotne stanowiska kierownicze, m.in. dyrektora departamentu zagranicznego. W tym czasie zasiadał też w radzie Pekao SA. Na przełomie lat 70. i 80. był radcą finansowym Ambasady PRL-u w Waszyngtonie. Po powrocie do kraju, w marcu 1983 r., został prezesem Pekao SA65.
Nie wiadomo jednak, dlaczego Zawadzki aż tak promował Napiórkowskiego. Zresztą przed powołaniem go na prezesa PDTC, na kilka miesięcy oddelegował go tam do pracy. Do Warszawy zaczęły wówczas wpływać niepokojące informacje. Okazało się, że Napiórkowski wielokrotnie wyjeżdżał służbowo na koszt australijskiej spółki, odwiedzając m.in. Tasmanię. Oficjalnie jako powód podróży wymienił służbowe spotkanie z dilerem. Problem jednak w tym, że ów diler zapewniał PDTC zysk w wysokości zaledwie 50 dolarów rocznie. Takich wątpliwych, kosztownych wyjazdów miało być więcej. Zresztą Napiórkowski pieniądze spółki wykorzystywał też m.in. do sfinansowania swojego leczenia stomatologicznego. Zrobił tak, mimo że nie miał do tego prawa. Wydawało się, że w poważne tarapaty wpadnie dopiero ze względu na zniżkę, jakiej przy okazji zakupu samochodu marki Volvo udzielił swojemu lekarzowi - Australijczykowi polskiego pochodzenia. Tym bardziej że jako zleceniodawca transakcji, zapewne aby sprawa nie wyszła na jaw, widniała jedna z pracownic PDTC. Sprawę zamieciono jednak pod dywan.
Zresztą Napiórkowski kłopoty miał już ponad trzy lata przed wyjazdem do Sydney. W styczniu 1984 r. nie uzyskał zgody na objęcie stanowiska prezesa spółki PEKAO Trading Corporation w Kanadzie. Powodem było znalezienie u jego przyjaciółki - byłej przewodniczącej Solidarności w Pekao SA - zdeponowanego pliku dokumentów bankowych. Poza zablokowaniem wyjazdu Napiórkowskiemu sprawa uszła jednak na sucho66.
Gdy organizował się już w Australii jako świeżo powołany szef PDTC, w Warszawie w poważne problemy popadł wiceprezes Pekao SA Zygmunt Wierczuk. Kilka miesięcy wcześniej odkryto, że wraz z żoną czerpią spore zyski dzięki współpracy z firmą Mercomp, będącą klientem zarządzanego przez niego banku. Wierczuk wynajmował część domu, w którym mieszkał, pod biuro tej spółki zatrudniającej jego żonę. Sam z kolei zasiadał w radzie nadzorczej Mercompu, na co nie miał zgody prezesa banku. Dzięki temu miesięcznie państwo Wierczukowie pobierali ok. 55 tys. złotych67. Było to ponad dwa razy więcej niż wynosiła wówczas w Polsce średnia pensja.
Wierczuk w oświadczeniach kierowanych do prezesa Zawadzkiego starał się tłumaczyć, że w związku z adaptacją lokalu na potrzeby handlowe musiał wziąć kredyt, którego miesięczna rata wynosiła około 34 tys. złotych. Podkreślał także, że koszty jego utrzymania to kolejne 8-10 tys. złotych miesięcznie.
Wierczuk urodził się 3 października 1936 r. Początkowo pracował w NBP. W 1977 r., mając 41 lat, został zatrudniony w Pekao SA. Siedem lat później był już wiceprezesem banku. Aktywnie działał też w PZPR-ze. Jednak nawet partyjna komórka działająca przy centrali Pekao SA surowo oceniła jego związek z Mercompem. W sporządzonej opinii rekomendowała czasowy zakaz sprawowania przez niego stanowisk zarządczych68.
Czarę goryczy przepełniło zaangażowanie Wierczuka w przyznanie przez Pekao SA 83 mln zł kredytu firmie Konspol z Nowego Sącza. To założone w lipcu 1982 r. przedsiębiorstwo zajmujące się produkcją i sprzedażą wyrobów mięsnych o pożyczkę do banku wystąpiło 23 lipca 1986 r. Departament kredytów nadzorowany przez Wierczuka miał jednak poważne wątpliwości co do akceptacji wniosku. Okazało się, że firma ma zaległości podatkowe, a także jest podejrzewana o prowadzenie działalności niezgodnej z oficjalnie zadeklarowanym przedmiotem. Mimo to wiceprezes naciskał, aby kredyt został przyznany. Ostatecznie tak się jednak nie stało. Prezes Zawadzki ze względu na wątpliwe działania Wierczuka odebrał mu nadzór nad departamentem kredytów, a 27 maja 1987 r. wystąpił z wnioskiem o odwołanie go ze stanowiska wiceprezesa banku69. Proces ten trwał jednak dobrych kilka tygodni i wzbudził wiele kontrowersji. Tym bardziej że Wierczuk, jeszcze w czerwcu, mimo negatywnej opinii POP i wniosku o odwołanie, otrzymał z NBP-u przydział samochodu marki Polonez. "[...] wywołało [to] wśród załogi Banku szereg negatywnych komentarzy. W szczególności podkreśla się fakt lekceważenia opinii partyjnej i całej załogi Banku oraz powrót do niedobrych praktyk lat minionych"70.
W III RP Wierczuk działał w spółkach zajmujących się rolnictwem i handlem paliwami. Do 2007 r. zasiadał w Polsko-Białoruskiej Izbie Handlowo-Przemysłowej.
Jego syn Jarosław Wierczuk był znanym kierowcą wyścigowym.
Sprawa Wierczuka przyspieszyła zmiany w całym kierownictwie Pekao SA. Odwołano Edmunda Zawadzkiego. Jego miejsce na krótko zajął Jerzy Malec, którego potem zastąpił Marian Kanton.
* * *
Ulica Świętokrzyska 21 w Warszawie - to tu od drugiej połowy lat 40. znajduje się serce PRL-owskiej bankowości - Narodowy Bank Polski. Oprócz Ministerstwa Finansów i Wydziału Ekonomicznego KC PZPR także tu w okresie PRL-u zapadały najważniejsze decyzje dla polskiej gospodarki. Pracowano tu również na najbardziej delikatnej i strategicznej dla PRL-u wiedzy. Szczególnie istotną komórką NBP-u był VI Oddział (potem przemianowany na Oddział Wojewódzki NBP w Warszawie), który zajmował się obsługą finansową MON-u i MSW, a także kredytowaniem przedsiębiorstw przemysłu obronnego. Jednak dopiero we wrześniu 1976 r. instytucja ta została objęta ochroną kontrwywiadowczą w ramach sprawy obiektowej o kryptonimie "Emisja"71. W tym czasie na czele NBP-u stał urodzony 15 czerwca 1927 r., absolwent SGPiS-u Witold Józef Bień.
NBP nadzorował cały sektor bankowy. Jednym z istotnych jego zadań była też kontrola polityki dewizowej. To tam ustalano kursy walut, a także analizowano ich stan w poszczególnych krajowych bankach. Formalnie odpowiadał za to Departament Dewizowy NBP-u. Ta strategiczna komórka nie działała jednak prawidłowo. W 1986 r. SB odkryła, że nie tylko panuje tam ogromny bałagan, ale także brakuje odpowiedniego systemu kontroli wewnętrznej i jakichkolwiek procedur dotyczących m.in. sposobu gospodarki dewizami72. Te nieprawidłowości kosztowały bardzo drogo. Przykładem był handel dinarami jugosłowiańskimi, na których PRL poniósł poważne straty. W latach 1986-1987 Jugosławia coraz bardziej pogrążała się w kryzysie finansowym. W zatrważającym tempie zaczęła rosnąć inflacja, osiągając w pewnym momencie nawet 170 procent. To bardzo poważnie osłabiało oficjalną walutę - dinara jugosłowiańskiego. W pewnym momencie jego wartość była tak niska, że nawet w samej Jugosławii zaczęto powszechnie stosować jako środek płatniczy dolara amerykańskiego. W tej twardej walucie zaczął rozliczać się nawet Banque Nationale de Iugoslavie (bank centralny Jugosławii).
Mimo to NBP cały czas utrzymywał bardzo atrakcyjny - niemal sztywny - kurs dinara jugosłowiańskiego do złotego. W rezultacie na wymianie tej waluty na terenie Polski można było zarobić nawet 1,5 razy, a także płacić za towary w Pewexie. To Przedsiębiorstwo Eksportu Wewnętrznego powstało w 1972 r. z przekształcenia sklepów dewizowych Pekao SA. Można było tam nabyć za dewizy zachodnie towary niedostępne w polskich sklepach.
Niektórzy na jugosłowiańskich dinarach zwietrzyli sposób na szybki biznes.
Pekao SA zaczęło bić na alarm już w lutym 1986 r. Wszystko dlatego, że miesiąc wcześniej - w styczniu - bank skupił aż 209,5 mln dinarów jugosłowiańskich, co było bardzo dużym wzrostem w porównaniu z poprzednimi miesiącami73. To poważnie zaniepokoiło władze Pekao SA, które zawiadomiły o tej anomalii NBP, jednocześnie wnioskując o szybkie obniżenie kursu dinara jugosłowiańskiego do złotego. Kierowany wówczas przez prof. Władysława Bakę bank centralny jednak nie reagował. Nie zajął nawet żadnego stanowiska w tej sprawie (!). Tymczasem proceder kwitł w najlepsze. Im bardziej pogarszała się sytuacja finansowa w Jugosławii, tym większy był skup tamtejszej waluty w Polsce. Proceder był bardzo prosty i co najważniejsze - legalny. O czym przekonał się m.in. niejaki Witold Sośnicki. Posiadał on rachunek walutowy (kategoria "B"74) w Pekao SA. Zaczął tam wpłacać duże kwoty w dinarach jugosłowiańskich - w sumie około 70 milionów. Następnie po wymianie po bardzo korzystnym kursie na marki zachodnioniemieckie lub szylingi austriackie transferował środki za granicę. Ani bank, ani żaden z organów państwowych nie mógł mu w tym przeszkodzić, co z wielkim niezadowoleniem stwierdził nawet Departament V MSW. Wszystko bowiem było legalne.
Eldorado wykorzystywali też sami Jugosłowianie, którzy tłumnie zaczęli odwiedzać Polskę. Nie przyjeżdżali jednak w celach turystycznych, ale tylko i wyłącznie handlowych. Za tracące wartość dinary towarzysze z Jugosławii mogli nabyć w Pewexie luksusowe importowane towary, z którymi zadowoleni wracali do swojego kraju75. Mogli też zarobić na wymianie w Polsce czeków podróżnych wystawionych przez Narodowy Bank Jugosławii w ich oficjalnej walucie.
W ten sposób PRL zaczął więc dysponować coraz większymi ilościami jugosłowiańskiej waluty. Problem pojawił się, gdy polskie banki chciały wymienić te pieniądze w jugosłowiańskim banku centralnym. Nie tylko bardzo niechętnie przyjmował on dinary, ale robił to tylko po potrąceniu tzw. opłaty manipulacyjnej. Często była to niemal połowa wartości całej kwoty. Tak było w kwietniu 1987 r. w wypadku Pekao SA, który przekazał do Jugosławii 769 590 dinarów (ok. 1439 dol.). Tamtejszy bank centralny potrącił opłatę manipulacyjną w wysokości aż 647 dolarów76. Takich wypadków było jednak więcej. Na każdym z nich tracił budżet PRL-u. Nie wiadomo jednak, ile dokładnie wyniosły straty na handlu jugosłowiańskim dinarem. Musiały jednak być spore, skoro proceder trwał ponad półtora roku. Szczegółowe dane powinny znajdować się w NBP-ie, choć kierowana przez prof. Bakę instytucja mogła je celowo ukrywać, aby nie dopuścić do wybuchu skandalu. Afera mogłaby poważnie uderzyć w NBP, który jako jedyny ponosił winę za zaistniałą sytuację: "Błędem [NBP] było w ogóle dopuszczenie dinara jako waluty wymienialnej (w Jugosławii nie można kupić za dinara dolarów, waluta jugosłowiańska nie jest więc w pełni wymienialna), a jeżeli już zdecydowano się na ten krok, to należało pilnować kursu kupna dla pieniędzy. Winę za zaniżony kurs ponosi NBP, ponieważ ta właśnie instytucja ustala kursy. Sprawa zresztą nie jest nowa i powinna być dawno uregulowana, a kurs na bieżąco korygowany w dół, jak to jest zresztą na całym świecie"77. Tak się jednak nie działo. NBP dopiero we wrześniu 1987 r. (rok i siedem miesięcy po pierwszym alarmującym piśmie Pekao SA) wystąpił do Pekao SA z wnioskiem o wstrzymanie wymiany dinarów na wszystkie waluty poza złotówkami. Jednak ostatecznie proceder został wstrzymany ponad miesiąc później - dokładnie 1 listopada 1987 r. Tego dnia w Pekao SA wprowadzono formalnie ograniczenie prowadzenia kont tylko do ośmiu walut: dolar USA, marka RFN, frank szwajcarski, frank francuski, funt angielski, korona szwedzka, dolar australijski i dolar kanadyjski78.
Strony 54-57: schematy opracowane przez SB w ramach ochrony kontrwywiadowczej Narodowego Banku Polskiego - sprawa o kryptonimie "Emisja".
Konsultant SB o pseudonimie "Czesław" tak oceniał powody wielomiesięcznego braku jakichkolwiek działań w sprawie jugosłowiańskich dinarów: "[...] cała sprawa wskazuje na olbrzymie zbiurokratyzowanie działalności NBP, a zarazem na brak jakiejkolwiek samodzielności innych banków. Powoduje to odwlekanie decyzji, a w następstwie tego określone straty finansowe. Taki stan rzeczy wymaga rozwiązań systemowych, które powinny połączyć pełną samodzielność poszczególnych banków z pełną odpowiedzialnością"79.
Czy jednak aby na pewno dziwna opieszałość NBP-u w sprawie dinara jugosłowiańskiego była spowodowana tylko zbytnią biurokratyzacją tej instytucji? A może zyski dzięki atrakcyjnemu kursowi tej waluty do złotego czerpały też PRL-owskie służby specjalne lub niektórzy PZPR-owscy dygnitarze? Trudno jednoznacznie odpowiedzieć na te pytania z powodu braku dokumentacji na ten temat. Niewątpliwie sprawa dinara jugosłowiańskiego pokazała słabość ówczesnego systemu bankowego. Obnażyła też brak kompetencji osób zasiadających na szczytach PRL-owskiej finansjery.
1.3. Dziedzictwo Kronenbergów - Bank Handlowy
Rok 1870 stał się wręcz symboliczny dla historii polskiej bankowości. Sytuacja polityczna nie była wówczas łatwa. Mijało 75 lat od momentu, kiedy Polska zniknęła z mapy Europy. Kraj w wyniku rozbiorów został rozszarpany przez trzech zaborców - Austrię, Prusy i Rosję. Największa jego część - wraz z miastem stołecznym Warszawą - przypadła temu ostatniemu. Decyzją kongresu wiedeńskiego na ziemiach tych w 1815 r. powstaje Królestwo Polskie, quasi-państwo posiadające pewną autonomię, ale w praktyce w pełni uzależnione od Imperium Rosyjskiego. Mimo kolejnych wybuchających tam powstań - 1830-1831 (powstanie listopadowe) i 1863 (powstanie styczniowe) - Polakom nie udaje się wyzwolenie spod rosyjskiego jarzma. Po stłumieniu buntów wzmagają się represje zaborcy wobec polskiego społeczeństwa. Ograniczeniu ulega też autonomia Królestwa Polskiego, na czele którego od 1855 r. stoi formalnie car Aleksander II Nikołajewicz, ale w jego imieniu rządy sprawuje namiestnik.
W obawie przed aresztowaniami za granicę wyjeżdżają niektórzy czołowi polscy działacze polityczni. Wśród nich Leopold Kronenberg. Ten urodzony 24 marca 1812 r. zasłużony przedsiębiorca o umiarkowanych poglądach politycznych, należał do zwolenników istotnych reform ustrojowych w Królestwie Polskim. Mimo że był przeciwnikiem rewolucji, wydatnie wspierał finansowo ruch powstańczy. To mogło narazić go na poważne represje ze strony Rosjan. Jednak Kronenberg nie opuścił Warszawy na długo. Do Królestwa Polskiego wrócił na stałe już rok po powstaniu styczniowym.
W tym czasie jedyną dużą instytucją finansową w Królestwie Polskim był państwowy Bank Polski. Działały też różnego rodzaju towarzystwa kredytowe i drobne zrzeszenia o charakterze spółdzielczym. To było jednak za mało, aby finansować duże gospodarcze przedsięwzięcia. Doskonale zdawał sobie z tego sprawę właśnie Kronenberg, który w europejskiej finansjerze poruszał się jak ryba w wodzie. Nie tylko znał mechanizmy rządzące tym światem, ale posiadał także bezcenne kontakty, głównie we Francji i w Niemczech. Rosjanie traktowali go jednak bardzo nieufnie. Torpedowali na każdym kroku wszelkie jego gospodarcze projekty. Jednym z tych najważniejszych było utworzenie w Warszawie banku w formie spółki akcyjnej. To był nowatorski pomysł. Aby jednak został zaakceptowany przez rosyjskie władze, Kronenberg nie mógł tego oficjalnie firmować. Jego rola musiała być całkowicie utajniona. O zgodę na utworzenie banku zaczęli więc formalnie starać się jego zaufani współpracownicy. Ostatecznie projekt udało się wprowadzić w życie. Zaakceptował go bowiem car Aleksander II. Wszystko dlatego, że do projektu udało się pozyskać dwóch wpływowych Rosjan, w tym carskiego namiestnika Aleksandra hr. Berga80. Gwarantowali oni, że nowa instytucja nie będzie wspierała działalności wywrotowej wymierzonej w carat.
W Warszawie 30 kwietnia 1870 r. w pałacu Józefa hr. Zamoyskiego podpisano więc uroczyście akt założycielski Banku Handlowego81. Na spotkaniu zabrakło Leopolda Kronenberga. Koła bankowe nie tylko w Polsce, ale także w Europie wiedziały jednak, że to on jest faktycznym twórcą i właścicielem banku. Formalnie akcje posiadała jego rodzina oraz zaufani współpracownicy82. Dzięki autorytetowi Kronenberga nowo utworzona instytucja finansowa od początku cieszyła się dużym zaufaniem. Dzięki wsparciu Rosjan na swoją siedzibę otrzymała bezpłatnie pałac Mostowskich. Dziś w tym okazałym budynku przy placu Bankowym mieści się Komenda Stołeczna Policji.
Tak w tym trudnym dla Polski momencie, pod rosyjskim zaborem, narodziła się kluczowa instytucja finansowa, której udało się przetrwać I i II wojnę światową. Czarne chmury nad przyszłością Banku Handlowego pojawiły się dopiero po przejęciu władzy w Polsce przez stalinowski reżim Bolesława Bieruta. Uchwalona w 1948 r. reforma sektora bankowego zakładała jego całkowitą likwidację. Miał go zastąpić Bank Handlu Zagranicznego. Opracowano nawet jego statut, szczegółową strukturę, a także plan działania. Ostatecznie jednak pomysł ten pozostał tylko w szufladach planistów komunistycznej gospodarki. Tak powody tej decyzji wyjaśniali autorzy monografii o historii Banku Handlowego: "Prawdopodobnie zdecydowała o tym międzynarodowa pozycja Banku, posiadającego wyrobione kontakty zagraniczne i cieszącego się dobrą opinią, co pozwalało na łatwiejsze uzyskiwanie kredytów krótkoterminowych. Nieznana na rynku światowym nowa instytucja kredytowa mogłaby mieć z tym znacznie większe problemy"83. W międzyczasie państwo przejęło pełną kontrolę nad Bankiem Handlowym. Podzielił on więc los wielu innych prywatnych przedsiębiorstw, które zostały znacjonalizowane. Nadzór na nim przypadł formalnie Ministerstwu Finansów.
Oprócz Pekao SA, Bank Handlowy stał się fundamentem systemu bankowego tworzącej się Polski Ludowej. W połowie lat 50. zdecydowano, że zajmie się obsługą operacji związanych z handlem zagranicznym. Jednak proces wyposażania go w odpowiednie narzędzia trwał dobrych kilka lat. Wynikało to z przemian politycznych zachodzących w Polsce. W październiku 1956 r. do władzy powrócił Władysław Gomułka, który potępił wszelkie rodzaje radykalnego stalinizmu. Następowała odwilż. Przystąpiono do reform gospodarczych. Złagodzono prawo dewizowe. Pozwolono obywatelom na posiadanie walut, ale w dalszym ciągu handel nimi pozostawał nielegalny. Zaczęto otwierać się też na świat. Postawiono na rozwój handlu zagranicznego. Miał w tym pomóc właśnie Bank Handlowy, który wreszcie otrzymał narzędzia niezbędne do obsługi tego typu transakcji. Kluczowy okazał się rok 1963. Wówczas bank ten przejął kompetencje, wraz z personelem, części komórek Departamentu Zagranicznego NBP-u. To był początek rozkwitu instytucji utworzonej przez Leopolda Kronenberga. Bank zaczął otwierać swoje oddziały nie tylko w Polsce - w Gdyni, Katowicach, Łodzi i Szczecinie - ale również za granicą84. Pierwsze dwa utworzono pod koniec lat 60. Najpierw w bratniej Jugosławii przy Biurze Radcy Handlowego w Belgradzie. Potem w Stanach Zjednoczonych, w Nowym Jorku. Prowadził je oddelegowany tam na stałe attaché finansowy przy Ambasadzie PRL-u w Waszyngtonie85. Rozwój banku oraz podniesienie jego znaczenia dla gospodarki PRL-u spowodowało, że został uznany przez Departament V MSW - podobnie jak NBP i Pekao SA - za jednostkę strategiczną dla bezpieczeństwa ekonomicznego kraju. W rezultacie od 27 stycznia 1971 r. został objęty ochroną kontrwywiadowczą w ramach sprawy o kryptonimie "Bankierzy"86.
Przez kolejne lata Bank Handlowy zaczął umacniać swoją pozycję instytucji specjalizującej się w obsłudze transakcji wszelkich central, towarzystw i przedsiębiorstw handlu zagranicznego, a także polskiego zadłużenia zagranicznego. Nie ma więc co się dziwić, że jego pracownicy musieli mieć wydawane przez SB dopuszczenie do prac obronnych. Tym samym niemal wszyscy pracownicy Banku Handlowego przechodzili przez maszynkę PRL-owskich służb specjalnych. Część z nich, szczególnie ci na szczeblach kierowniczych, współpracowała z SB lub II Zarządem Sztabu Generalnego. Szczegółowo opiszę to w dalszej części tej publikacji. Podobnie zresztą jak kilka wypadków funkcjonariuszy służb, którzy w Banku Handlowym pracowali pod przykryciem. Tacy zaufani ludzie byli w tej instytucji niezbędni. PRL-owskie służby - zarówno wojskowe, jak i cywilne - za pośrednictwem Banku Handlowego prowadziły wiele tajnych działań, a także miały tam swoje konta operacyjne. Przykładem był kontrolowany przez Departament I MSW rachunek o numerze 374-15106-787. Formalnie należał do TZ Interhandel. Jednak o wypłatach z niego decydował PRL-owski wywiad87.
Zmorą Banku Handlowego okazało się załatwianie kredytów i akredytyw po znajomości, dzięki nieformalnym relacjom. W tym czasie wiele osób powoływało się tam na swoje możliwości przyspieszenia procedur bankowych. Jednak SB szczególnie zainteresowała się Ludmiłą M., Rosjanką, absolwentką chemii Politechniki Wrocławskiej. Jej mąż, obywatel Holandii, był właścicielem firmy Pentol. Firma - według SB - zajmowała się handlem komponentami do produkcji paliwa, a także handlem bronią. Swoje rosnące przychody miała zawdzięczać kontaktom Ludmiły M. "[Ludmiła M.] potrafi docierać do osób pełniących bardzo odpowiedzialne funkcje w administracji gospodarczej (MHZ, MPCHiL). W towarzystwie handlowców Petrolimpexu opowiadała o swoich wejściach u prezydenta Warszawy, a także u [wice]premiera [Zbigniewa] Szałajdy. Wejścia te zapewnia sobie prezentami w postaci drogich alkoholi. Swoją bezczelnością i kontaktami nieformalnymi z przedstawicielami przemysłu doprowadziła do zmonopolizowania rynku polskiego w zakresie produktów niezbędnych dla funkcjonowania Petrochemii płockiej"88. Czy tak faktycznie było? Nie wiadomo. Informacje te nie zostały zweryfikowane. Być może z jakichś powodów sprawa została odłożona ad acta. SB patrzyła bowiem na wiele spraw dziejących się w Banku Handlowym przez palce. Przykładem była afera związana z fałszowaniem wyników jednej z kluczowych komórek banku - Departamentu Gospodarki Dewizowej.
W połowie lat 80. odkryto, że od lat ukrywane są tam wielomilionowe straty osiągane na tzw. operacjach arbitrażowych, czyli transakcjach walutowych. Z oficjalnych dokumentów banku wynikało, że np. w 1985 r. zyski z tego tytułu wyniosły ponad 4,5 mln dolarów. Tymczasem faktycznie zanotowano ogromną stratę - ponad 5,6 mln dolarów89. Podobnie miało być w poprzednich latach. Mimo ewidentnych nieprawidłowości sprawa została zamieciona pod dywan, a winnym nie spadł włos z głowy. Można przypuszczać, że taki proceder był wówczas powszechny. Wyniki finansowe fałszował nie tylko Bank Handlowy, ale także Pekao SA, no i przede wszystkim NBP. Wszystko po to, aby przynajmniej na papierze pokazać siłę socjalistycznej gospodarki.
Jednak nie wszystkie afery w Banku Handlowym zamiatano pod dywan. W niektórych wypadkach winni nieprawidłowości byli przykładnie karani. Wśród nich znalazła się Irena Madanowska, naczelnik jednego z wydziałów w Departamencie Środkowoeuropejskim Banku Handlowego. Ta urodzona w 1937 r. kobieta ze średnim wykształceniem, stała się synonimem patologii trawiącej PRL-owską bankowość. Okazało się, że przez dłuższy czas przywłaszczała sobie dewizy Banku Handlowego zdeponowane na kontach w zagranicznych instytucjach finansowych. Następnie ukradzione środki przelewała na swoje rachunki w firmach wysyłkowych, m.in. Quelle w RFN, Och AG Kula w Austrii, zamawiając za nie luksusowe zachodnie towary. Eldorado Madanowskiej skończyło się 13 listopada 1984 r. Wówczas funkcjonariusze SB aresztowali kobietę, dokonując jednocześnie przeszukań u jej matki i siostry. W czasie czynności odkryto duże ilości towarów produkcji zachodniej, m.in. cztery telewizory kolorowe, sześć magnetofonów stereofonicznych, kilkanaście gier telewizyjnych, minikomputer, wiertarki elektryczne, zegarki elektroniczne, bardzo duże ilości odzieży oraz produktów spożywczych. Oprócz tego na kontach rodziny w Pekao SA zabezpieczono 2 tys. funtów brytyjskich i 1 tys. dolarów amerykańskich90. To był jednak dopiero początek. Okazało się, że w aferę zamieszanych jest także kilka innych osób, głównie pracowników Banku Handlowego. Wszyscy kupowali od Madanowskiej zachodnie towary po okazyjnych cenach - dużo niższych niż rynkowe. Jednak część z nich nie wiedziała, że kobieta nabywała je za pieniądze ukradzione z Banku Handlowego. Podczas przeszukań u "klientów" kobiety odkryto zachodnie towary o wartości około 1,3 mln złotych. Wśród nich m.in. siedem pralek automatycznych, pięć lodówek dwukomorowych, sześć magnetofonów, a także dywany, odzież, zegarki elektroniczne, maszyny do szycia i inny sprzęt gospodarstwa domowego. Wartość przywłaszczonych przez Madanowską dewiz szacowano na 900 tys. marek zachodnioniemieckich. To była jak owe czasy mała fortuna. Ostatecznie sąd uznał kobietę winną przywłaszczenia 707 tys. marek zachodnioniemieckich i 10 tys. funtów brytyjskich. Wówczas była to w sumie równowartość 27 mln złotych. Wyrok, który zapadł w maju 1986 r., był bardzo surowy. Madanowska została skazana na 12 lat więzienia91. Bardzo szybko wyszła jednak na wolność. Już w 1991 r. spotkał się z nią Anatol Lawina, dyrektor w Najwyższej Izby Kontroli tropiący nieprawidłowości w Funduszu Obsługi Zadłużenia Zagranicznego (FOZZ): "[...] pani Madanowska była osobą skazaną za przestępstwa nadużyć bankowych i w tym czasie była na wolności, bez pracy. Skontaktowałem się z panią Madanowską, której obiecałem załatwić pracę u mojego kolegi pod warunkiem, że opisze mi mechanizm dokonanego przez nią przestępstwa. Kiedy zapoznałem się z tym opisem, byłem zaskoczony banalnością sposobu dokonania tego przestępstwa. Świadczyło to o tym, że w banku nie istniał żaden nadzór nad czynnościami kontystów, tzn. osób prowadzących konta. Oznacza to, że uzyskane informacje od pani Madanowskiej były mi nieprzydatne. Nieprzydatne były też informacje uzyskane od osób, które prowadziły śledztwo w sprawie pani Madanowskiej"92.
Prezenetowane na stronach 64-65 dokumenty są jednym z przykładów, jak Departament I MSW wykorzystywał Bank Handlowy do prowadzenia swoich działań.
Skala przestępczego procederu naczelniczki Banku Handlowego szokowała. Kwoty przywłaszczone przez Madanowską były jednak drobnymi w porównaniu z tymi, jakie zdefraudowano na początku lat 80. w Banku Handlowym for the Middle East (BHME) w Bejrucie. Działalność tej niewielkiej, powstałej w 1974 r. instytucji doprowadziła do wybuchu największego skandalu bankowego w PRL-u. W rezultacie tej sprawy poważne zarzuty usłyszeli prezes i wiceprezes Banku Handlowego. Obydwaj na wiele miesięcy trafili też do aresztu. Dla wielu to był szok. Jak to możliwe, że dwóch najważniejszych przedstawicieli PRL-owskiej bankowości, posiadających parasol ochronny partyjnej wieruchuszki, trafiło za kratki? Historia ta mogłaby stać się kanwą dobrego filmu sensacyjno-szpiegowskiego. Arabscy terroryści, łapówki, piękne kobiety, intrygi, gra wywiadów i ogromne pieniądze, a wszystko w przepięknej libańskiej scenerii.