Przedmowa
Bajka afrykańska zajmuje szczególne miejsce wśród wszystkich gatunków bajek; jest nawet wyróżniana jako odrębna forma literacka. Fascynuje egzotyczną bliskością z naturą, komunikacją z dzikimi zwierzętami, ujmuje prostotą tematów i zawiłością fabuły. Pozostając na obrzeżach literackich trendów i innowacji strukturalnych, bajka afrykańska nie jest włączona do globalnych procesów transferu wątków i motywów, i pozostaje zapisem rodzimej tradycji ustnej.
Księga Magana Jari Ce, autorskie dzieło Abubakara Imama, której pierwsze wydanie ukazało się w roku 1937, długo nie mogła zająć należnego jej miejsca w kanonie literatury hausa. Powstała jako utwór literacki, inspirowany rodzimą tradycją Hausa, ale czerpiący obficie z bajkowego dorobku innych obszarów, w tym tradycji europejskiej, bliskowschodniej i indyjskiej. Tym samym został złamany jej kod afrykańskości, choć dla czytelników posługujących się językiem hausa książka od początku była świadectwem tradycji rodzimej i ważnym tekstem kultury Hausa.
Próba udostępnienia polskim czytelnikom pełnego tekstu księgi, której przesłaniem jest wartość słowa mówionego i umiejętności wysławiania się, została podjęta wiele lat temu. Zadania przekładu tego obszernego dzieła podjęli się absolwenci polskiej hausanistyki, którzy w książce odnaleźli sedno swoich afrykanistycznych zainteresowań, prowadzących do poszukiwania tego, co wspólne kulturom odległym geograficznie i cywilizacyjnie, ale także tego, co jest wspólne pomimo dystansu kulturowego. Impulsem do podjęcia prac nad przekładem był wyjazd grupy afrykanistów na staż językowy do Nigerii w roku 1985. Bezpośredni kontakt z hausańską społecznością, w tym głównie ze studentami Uniwersytetu Ahmadu Bello w Zarii, pozwolił spojrzeć na dzieło nigeryjskiego autora oczami czytelników rodzimych, dla których książka została napisana. Liczne wydania oryginalnej wersji księgi i funkcjonowanie cytatów z tekstu w komunikacji codziennej tylko potwierdzają, że Magana Jari Ce należy do kanonu literatury hausa.
Przekład tekstu z języka afrykańskiego na jakikolwiek język europejski jest wielkim wyzwaniem, ponieważ oprócz różnic systemowych języków, w tym sposobów kodowania znaczeń, przekład musi uwzględniać specyfikę stylu narracji i innych strategii, mających znaczenie dla odbiorców języka oryginału, a nieistotnych lub niezrozumiałych dla czytelnika przekładu, w tym przekładu polskiego. Największą barierą, jaką stawia tekst Magana Jari Ce w wersji oryginalnej, jest zastosowana w niej konwencja przekazu ustnego, sięgającego do skojarzeń dźwiękowych, obrazów słownych i licznych powtórzeń, ułatwiających zapamiętywanie treści. Przeniesienie tych strategii na język posługujący się odmiennymi kodami nie może być pełne i z konieczności musi uwzględniać percepcję narzuconą przez tłumacza.
Prace nad przekładem tej książki mają swoją historię i stanowią sumę doświadczeń translatorskich, barier formalnych, zmieniających się poglądów i tendencji w patrzeniu na Afrykę, a literaturę afrykańską w szczególności. Poza tymi uwarunkowaniami kształtowała się metodologia tłumaczenia fragmentów nieprzetłumaczalnych, tak pod względem treści, jak i formy przekazu. Jest ona wspólnym doświadczeniem polskich hausanistów, którzy starali się przekazać nabytą w trakcie studiów afrykanistycznych wiedzę o odległej kulturze w jak najbardziej przystępny sposób. Praca nad tekstem była przygodą, w której dzieło Abubakara Imama stało się inspiracją do badań nad językiem i kulturą Hausa także w wymiarze naukowym, z teoretycznym zapleczem językoznawczym, literaturoznawczym i kulturoznawczym. Chciałabym przede wszystkim podziękować zespołowi, który przygotował pierwszą wersję tłumaczenia już kilka dekad wstecz, zostawiając niektóre zawiłości językowe i interpretacje kulturowe kolejnym adeptom sztuki tłumaczeniowej. Wiele propozycji translatorskich na rzecz ekwiwalencji tekstu hausa i polskiego wnieśli też studenci afrykanistyki, dla których tekst Magana Jari Ce był materiałem do ćwiczeń podczas zajęć językowych.
Obecna wersja w dużym stopniu zachowuje wypracowane w pierwszej wersji tłumaczenia strategie przekładu z języka hausa na język polski. Uwzględnia ona także poszerzaną przez lata wiedzę o kulturowych treściach tekstów w języku hausa, a w pewnym stopniu zaznacza również zmiany w polskim patrzeniu na Afrykę, które dokonują się na przestrzeni dekad. Przede wszystkim jednak eksponuje te elementy systemu językowego hausa i wybranych określeń, które wyrażają najistotniejsze cechy kultury hausańskiej.
Polski przekład Magana Jari Ce jest pierwszym tłumaczeniem całości księgi na język europejski. Udostępnienie polskim czytelnikom ważnego tekstu literackiego napisanego w języku hausa przybliża mało znany w Polsce ponad 50-milionowy lud Afryki Zachodniej. Daje też świadectwo wieloletniej tradycji polskich badań afrykanistycznych, dla których dzieło Abubakara Imama stanowi materiał źródłowy.
Polski przekład Magana Jari Ce jest też potwierdzeniem kontaktów polskiej hausanistyki z nigeryjską, w szczególności współpracy akademickiej między Uniwersytetem Warszawskim i Uniwersytetem Bayero w Kano. Wyrażając serdeczne podziękowania Abubakar Imam Foundation, reprezentującej rodzinę Autora, która w roku 2017 wyraziła zgodę na opublikowanie dzieła w polskim przekładzie i przekazanie praw do tłumaczenia Katedrze Języków i Kultur Afryki Uniwersytetu Warszawskiego, chciałabym jednocześnie podziękować nigeryjskim badaczom języka i kultury Hausa, którzy wspierali inicjatywę przekładu i pomagali pokonać bariery stojące na drodze do jej urzeczywistnienia, w tym prof. prof. Abdalla Uba Adamu, Aliyu Mu'azu, Hafizu Miko Yakasai i Yakubu Magaji Azare.
Wydanie dzieła "Skarb w słowach zaklęty" nie byłoby możliwe bez wsparcia finansowego udzielonego przez Prorektora Uniwersytetu Warszawskiego, Wydział Orientalistyczny Uniwersytetu Warszawskiego i Fundację Uniwersytetu Warszawskiego. W przygotowaniu tekstu do druku i ilustracji cenna okazała się też pomoc indywidualnych darczyńców i rzeczników polskiej edycji dzieła. Chciałam serdecznie podziękować Beacie Jeż, która była strażnikiem przetrwania planu wydania polskiej edycji Magana Jari Ce, zrodzonego wiele lat temu na ziemi nigeryjskiej, i która w jej finalnym kształcie podzieliła się swoją wiedzą z zakresu analizy literaturoznawczej oryginału. Podziękowania kieruję także do anonimowych recenzentów projektów składanych do instytucji wspierających naukę i przekłady literatury, którzy dostrzegli w tym przedsięwzięciu unikalne zadanie badawcze i ważny cel, prowadzący do poszerzenia źródeł wiedzy o kulturze Hausa.
Jednym z pytań, które towarzyszyły pracy nad przekładem tekstu Magana Jari Ce, było pytanie o wartości, jakie polski czytelnik może znaleźć w polskiej wersji afrykańskich bajek. Na pewno jest w nich potwierdzenie wartości uniwersalnych, ogólnoludzkich, takich jak uczciwość, prawdomówność, sprawiedliwość, choć wyrażone inaczej, niekiedy opowiedziane w zaskakujący sposób, jakby testujący granice naszej wyobraźni i naszych kryteriów dobroci, uczciwości i sprawiedliwości. Można więc pokusić się o stwierdzenie, że lektura bajek afrykańskich jest źródłem poznania nas samych.
Nina Pawlak
Wstęp
A wani gari a kasashen gabas an yi wani babban Sarki wanda a ke kira Abdurrahman.
Tak rozpoczyna się Magana Jari Ce1 w oryginale, w języku hausa, którym porozumiewają się Hausańczycy i inne grupy etniczne w Afryce Zachodniej. Tytuł w dosłownym tłumaczeniu znaczy "Mówienie jest skarbem" i jest jedną z najbardziej znanych i popularnych sentencji, używanych w różnych kontekstach dla pokazania znaczenia słowa mówionego. Wyraża uznanie dla umiejętności wysławiania się z jednej strony, a z drugiej – dla zawartej w słowach mądrości i jej wartości w życiu każdego człowieka.
Alhaji Abubakar Imam2, nigeryjski pisarz i autor książki, nieprzypadkowo wybrał to właśnie przysłowie na tytuł swego dzieła, które poprzez zawarte w nim baśnie, przypowieści, legendy, uczy tego, co jest dobre, a co złe – według "starych jak świat" mądrości ludowych.
Dzieło opatrzone polskim tytułem "Skarb w słowach zaklęty" składa się z trzech części. Kompozycja utworu nawiązuje do opowieści szkatułkowej, znanej z arabskiej "Księgi tysiąca i jednej nocy". W każdej części – odrębnym tomie – opowieść ramowa ma swój wątek narracyjny, uzasadniający dobór tekstów i ich przesłanie. Postacią zapewniającą ciągłość i spójność opowieści oraz trzech tomów jako całości dzieła jest papuga, opowiadająca większość historii. W pierwszej części pretekstem do snucia opowieści jest chęć zatrzymania młodego księcia Musy, który chce wymknąć się z pałacu i pójść w ślady przyjaciela walczącego na wojnie. W drugim tomie trwa rywalizacja między dwiema papugami o mistrzostwo w sztuce słowa, umiejętność snucia opowieści, co w istocie oznacza rywalizację dwóch władców, właścicieli papug. W trzecim tomie papuga – bohaterka wątku narracyjnego – uczy swego syna sztuki słowa, umiejętności opowiadania bajek.
Księga Magana Jari Ce powstała jako zbiór tekstów języka hausa, ale odnajdziemy w niej wiele wątków i motywów znanych ze zbiorów baśni i bajek w innych językach. Okoliczności powstania dzieła wskazują, że autor sięgał nie tylko do rodzimej tradycji literackiej, ale także do źródeł treści bajkowych powstałych w innych obszarach kulturowych, takich jak baśnie braci Grimm czy Hansa Christiana Andersena, fragmenty lub obszerne narracje z "Księgi tysiąca i jednej nocy", Pańćatantry, opowieści biblijne, "Dekameron" Giovanniego Boccaccia, a nawet mit grecki. Można zadać pytanie o kryteria wyboru poszczególnych tekstów na potrzeby ich adaptacji do tomu bajek hausa. Wydaje się, że obecność wybranych motywów w zbiorze hausańskim nie jest przypadkowa, zwłaszcza że deklarowanym celem autora było napisanie książki o charakterze edukacyjnym, która promowałaby wartości uznawane za ważne dla kultury Hausa. Należy jednak od razu podkreślić, że "Skarb w słowach zaklęty" nie jest zwykłym tłumaczeniem opowieści znanych w innych kręgach kulturowych na język hausa, lecz doskonałą adaptacją do rodzimych tradycji literackich, odwołujących się do bezpośredniego przekazu ustnego.
Abubakar Imam bardzo zręcznie przeniósł zapożyczone motywy z kręgu wartości uniwersalnych do kultury ludu Hausa i dostosował je do wymogów kultury rodzimej. Pokazując ludzi mądrych i głupich, dobrych i złych, szczodrych i skąpych, sprytnych, bezwzględnych, chciwych i litościwych, umieścił ich w lokalnym, afrykańskim środowisku. Przekazał ich zachowania w kontekście społecznych nierówności i relacji międzyetnicznych, pokazując przy tym całe bogactwo kultury niematerialnej Hausa poprzez częste odwoływanie się do obrzędów, mitów. Obok rodzimej, hausańskiej społeczności, pojawiają się przedstawiciele innych grup etnicznych z ich stereotypowymi portretami, jak Fulanie, ludzie pochodzenia Igbo, Joruba, Nupe. Adaptacja była też dostosowana do estetycznych wzorców ludowej bajki hausańskiej, uwzględniających nie tylko "etatowe" postaci zwierząt i ludzi, ale także włączanie do narracji bajkowej pieśni pochwalnych.
Opowieści i bajki ze zbioru Abubakara Imama, osadzone w realiach lokalnych, uwzględniają nie tylko religijność opartą na kanonach wiary muzułmańskiej, ale także różne odmiany wierzeń tradycyjnych. Wyróżniają się pod tym względem bohaterowie bajek reprezentujący niezislamizowanych członków społeczności Hausa, tzw. Maguzawa. Jest im przypisany bajkowy wizerunek ludzi o niższym statusie społecznym, cywilizacyjnie odstających od reszty społeczeństwa, choć niekiedy i oni wychodzą poza ramy obowiązujących stereotypów. Niektóre wyrażenia językowe wprost odwołują się do skojarzeń podbudowanych lokalnymi osądami, na przykład takimi, że Maguzawa nie jedzą mięsa małp.
Bajkowymi bohaterami są także reprezentanci lokalnej wspólnoty religijnej 'Yan Sama Jannati (w polskim tłumaczeniu: Ludzie nieba), którzy podporządkowują swoje wierzenia czekającej ich chwili, kiedy będą latać w przestworzach jak ptaki. Przede wszystkim jednak bajki są przesiąknięte lokalną tradycją duchów dodo, wszechobecnych dżinnów, które ingerują w życie doczesne i mają moc czynienia tego, czego ludzie nie są w stanie dokonać. Hausańskie wierzenia zyskują w ten sposób specyficzny koloryt afrykański, poszerzający spektrum moralnych i obyczajowych zasad społeczności muzułmańskiej.
Oprócz bajek zmyślonych, w księdze zostały zamieszczone treści mitów, a wśród nich przekazów związanych z postacią historyczną Usmana ?an Fodio, muzułmańskiego pisarza i reformatora, który działał w Afryce Zachodniej w XIX wieku i na terenach Hausa założył kalifat. Jeszcze za życia stał się on postacią mityczną, stąd jego miejsce w pamięci zbiorowej i obecność w tekstach przekazywanych drogą ustną.
Społeczność Hausa jest w zdecydowanej większości zislamizowana i do wyznawców Proroka adresowana jest treść opowieści zawartych w Księdze. Dialogi zawierają więc wiele sformułowań przybierających formę religijnych nakazów. Także narracja bajkowa przesiąknięta jest muzułmańską tradycją odwołań do Allaha. Nawiązują one do wyznawanych wartości, ale są także przejawem rytuałów komunikacyjnych, które obowiązują w języku i kulturze Hausa. Do charakterystycznych cech tej narracji należy także nadawanie bohaterom imion-wizytówek, które podkreślają jakąś szczególną cechę danej osoby. W polskim tekście zostały też zachowane pieśni pochwalne, które są składnikiem przekazu ustnego i elementem tradycji kulturowych. W ten sposób tłumaczenie przynajmniej w części oddaje kulturowe cechy języka, przybliżające czytelników do miejsc i okoliczności, w których toczy się akcja opowieści.
Prawdziwą skarbnicą wiedzy o normach i zasadach, które są wartościowane pozytywnie i stanowią oznakę mądrości, są przysłowia. W tekście Magana Jari Ce przysłowia zajmują szczególne miejsce. Są nie tylko elementem stylu literackiego, nawiązującego do tradycji oralnej, w którym można pewne treści przekazywać w sposób niebezpośredni, zostawiając słuchaczom miejsce na interpretację, ale jednocześnie kierują uwagę na wartości ogólnoludzkie, w których należy szukać prawdy i wzorów zachowania. Zbiory przysłów hausańskich są niezwykle bogate i część z nich pojawia się w opowieściach papugi albo w formie tytułu, albo jako morał. Bardzo często przysłowia są używane jako podsumowanie wypowiedzi, jako komentarz do sytuacji czy wreszcie jako sposób na uniknięcie konfrontacji z rozmówcą. Przysłowia, zwłaszcza te, które sięgają do skojarzeń podbudowanych warunkami przyrodniczymi i doświadczeniami wspólnoty, są nie lada wyzwaniem dla tłumacza, który chce przekazać ich treść w języku odległym geograficznie i kulturowo. Wybory podjęte w przekładzie księgi "Skarb w słowach zaklęty", są podyktowane zrozumieniem dystansu kulturowego, jaki dzieli nas od społeczności Hausa, a jednocześnie poszukiwaniem wspólnych sposobów patrzenia na życie i miejsce człowieka na ziemi. Z takiej perspektywy można dostrzec wiele wspólnych wartości i tych samych prawd, choć podbudowanych często różnymi doświadczeniami.
W przekazie literackim autor zachował również tradycyjną kompozycję bajek, w których następują częste zmiany miejsca i akcji, powroty do uprzednich zdarzeń. Jest to typowa struktura wielowątkowej hausańskiej bajki tradycyjnej, której ustny sposób przekazywania wymagał od bajarza ciągłego przypominania słuchaczom poprzednich faktów.
Dokonana przez Abubakara Imama adaptacja obcych opowieści jest na tyle wiarygodna, że sami Hausańczycy uważają Magana Jari Ce za dzieło prawdziwie hausańskie. "Skarb w słowach zaklęty" jest więc raczej inspiracją do twórczego uwypuklenia dorobku własnej kultury i stanowi wręcz unikatową pozycję w literaturze ludu Hausa.
"Skarb w słowach zaklęty" – skarbnica ponadczasowych ludowych mądrości – uczy, radzi, ostrzega i bawi. Poprzez wielokulturowość wątków i motywów potwierdza, że wszystkie bajki i baśnie świata czerpią z jednego wspólnego dziedzictwa, przyczyniając się w ten sposób do jego bogactwa i różnorodności. Książka ta, choć powstała w epoce kolonialnej, która dla Nigerii jest już historią, jest także znakiem bardzo współczesnych czasów, w których rozkwita zjawisko globalizacji z jego efektem coraz szybszego tempa poznawania świata i wymiany doświadczeń między kulturami.
Beata Jeż
1 Magana jari ce – czyt. magana dżari cze.
2 Alhaji Abubakar Imam (1911–1981) – nigeryjski pisarz, dziennikarz i polityk. Pierwszy człon, Alhaji [czyt. alhadżi], jest tytułem nadawanym osobom, które odbyły pielgrzymkę do Mekki. Biografia autora zamieszczona jest w Aneksie na końcu książki.
Mądre słowo jest warte każdych pieniędzy
Zdarzyło się to w pewnym kraju, którym rządził niezwykle bogaty sarki3 Abdurrahman. Sława jego bogactwa sięgała daleko poza granice królestwa i można ją porównać tylko z tym, co zostawił w pamięci potomnych legendarny bogacz Karun4. By poznać miarę tego bogactwa, wystarczy wspomnieć o pałacu, bo kto choć raz przekroczył bramy królewskiego domu, nie znajdował słów, by wyrazić swój zachwyt. Ludzkie oczy długo mogły się upajać wspaniałym widokiem, jaki się przed nimi roztaczał. Przepychem olśniewały już pałacowe przedsionki, a komnaty robiły jeszcze większe wrażenie. Próżno by szukać gdzie indziej na świecie takiego bogactwa.
Miał jednak władca zmartwienie, które nie pozwalało mu cieszyć się sławą i dobrobytem. Allah nie obdarzył go męskim potomkiem, który mógłby dziedziczyć po nim władzę. Sarki nie miał nawet brata, który, zgodnie z prawem, mógłby zasiąść na tronie po jego śmierci. Ucieszył się, gdy pewnego dnia królewska rodzina się powiększyła. To jedyna córka Abdurrahmana urodziła syna. Chłopcu nadano imię Mahmud. Sarki pokochał wnuka całym sercem, jednak smutek go nie opuszczał. Nadal bowiem nie miał następcy, gdyż Mahmud jako wnuk ze strony córki nie dziedziczył prawa do tronu.
Sarki niemal pogodził się z myślą, że umrze bezpotomnie, gdy oto któregoś dnia do pałacu zawitał wędrowny mędrzec. Przybył wyjawić władcy swój proroczy sen, w którym Allah zapowiedział, że królewski potomek przyjdzie na świat, jeśli przez czterdzieści dni i czterdzieści nocy czterdziestu bogobojnych duchownych będzie się o to żarliwie modlić.
Uszczęśliwiony tą wieścią Sarki rozkazał zebrać czterdziestu malamów5 i poprosił ich o spełnienie woli Allaha.
– Oby tylko Miłosierny nas wysłuchał – odpowiedzieli.
Czterdzieści dni i czterdzieści nocy trwały modły czterdziestu malamów. Były tak gorliwe, że Allah wysłuchał ich próśb. W niedługim czasie jedna z królewskich małżonek stała się brzemienna, a po dziewięciu miesiącach urodziła syna. Wielka radość zapanowała na dworze władcy i w całym kraju. Chłopcu nadano imię Musa. Zgodnie z życzeniem władcy Mahmud i Musa wychowywali się razem i prawie nigdy się nie rozstawali. A byli do siebie tak podobni, że często brano ich za bliźniaczych braci.
Nie wszyscy na dworze byli jednak szczęśliwi, że Sarki ma następcę i wie, komu przekaże władzę. Z pewnością nie cieszył się z tej sytuacji wezyr6, który chciał rządzić krajem po śmierci władcy. Żywił wcześniej wielką nadzieję, że Sarki umrze bezpotomnie, lecz narodziny następcy tronu pokrzyżowały jego plany. Od dnia, w którym Musa przyszedł na świat, serce wezyra przepełniał wielki niepokój i gniew. Począł rozmyślać, jak zabić chłopca. Nie było to łatwe, gdyż Mahmud i Musa byli zawsze u boku władcy, towarzyszyli mu nawet w podróżach po kraju.
Pewnego dnia wezyrowi przyszedł do głowy pomysł na wyjście z tej trudnej sytuacji.
– Allah jest wielki! Skoro Musa nigdy nie jest sam, bo zawsze trzyma się ojca, to trzeba zrobić wszystko, by chociaż rozdzielić go z Mahmudem. Najlepiej, żeby Sarki wyprawił gdzieś Mahmuda. Musa będzie za nim tęsknić i zapewne spróbuje jakoś się do niego dostać.
Następnego dnia w pałacu odbywała się narada. Nadworni dostojnicy rozprawiali o ważnych sprawach tego świata. Kiedy tematem debaty stała się wojna, wezyr zabrał głos:
– Wybacz panie, lecz jeśli o nas chodzi, żyjemy tu sobie spokojnie i w ogóle nie jesteśmy przygotowani do wojny, gdyby Allah nam ją zesłał.
– Cóż cię tak niepokoi, wezyrze? – spytał Sarki. – Trzeba dziękować Stwórcy, że pokój panuje na świecie.
– To prawda, panie. Nie wiemy jednak, co jutrzejszy dzień przyniesie. Lepiej być gotowym, bo potem może być za późno.
Sarki starał się uspokoić wezyra:
– Jesteśmy dobrze przygotowani. Mamy nawet wodza – to nasz minister wojny; mamy też dzielnych wojowników, tak konnych, jak i pieszych. Poradzimy sobie z każdym, kto wejdzie nam w drogę!
Wezyr upierał się jednak:
– To prawda, panie. Pomyśl wszakże, iż głównodowodzący ukończył już siedemdziesiąt lat i czas, by go ktoś zastąpił. Moja rada jest taka, żeby Mahmud zaczął się uczyć wojennego rzemiosła.
Gdy usłyszał to Musa, spochmurniał i powiedział:
– Nie chcę rozstawać się z Mahmudem. Razem będziemy się uczyć.
Wezyr nie omieszkał wyrazić swego niezadowolenia:
– A co tobie do tego? To są poważne sprawy.
– Nie zostanę sam – upierał się chłopiec.
Wtedy odezwał się Sarki:
– Jak widzisz, wezyrze, Musa nie zgadza się na twój plan.
Wezyr chciał jeszcze coś powiedzieć, gdy do komnaty wszedł strażnik.
– Panie, przybył wezyr władcy krainy Sinari wraz z całym dworskim orszakiem.
Sarki polecił wprowadzić przybysza. Ten wręczył mu list od swego pana. Nadworny sekretarz rozwinął zwój, by przeczytać, co tam zostało napisane: "Ja, sarki Muminai, władca krainy Sinari, syn szejka Muhtara, pragnę, by twój syn, Musa, poślubił moją córkę Sinaratu, a małżeństwo to niechaj umocni przyjaźń i więzy rodzinne między nami".
Rozgniewany Sarki poderwał się z miejsca, wyrwał list z rąk sekretarza, zgniótł go i rzucił na ziemię, po czym podszedł do wezyra władcy Sinari, chwycił go za brodę i z całej siły potrząsnął.
– Czy mój syn to byle kto, żeby miał się żenić z jakąś tam Sinaratu? Mogę się przyjaźnić z władcą krainy Sinari, ale nie aż tak, by Musa żenił się z jego córką!
Natychmiast kazał przepędzić posłańców. Uciekali tak szybko, że wkrótce tylko echo po nich zostało.
Po chwili uczestniczący w naradzie imam7 zwrócił się do Abdurrahmana:
– Wybacz, panie, niech Allah da ci zwycięstwo, ale czy słusznie postąpiłeś?
– Co masz na myśli? – zapytał Sarki, wciąż poirytowany. – Niech wezyr z Sinari poskarży się swojemu władcy. Mało mnie to obchodzi.
– Obawiam się jednak, panie, że kiedy władca Sinari dowie się o tym, co zaszło, nie daruje nam tego – powiedział wezyr, udając zatroskanie.
– A ty co, przyłączasz się do imama? – zapytał Sarki, spoglądając gniewnie na wezyra.
– Wybacz, panie, ale obawiam się, że od tej pory nie zaznamy spokoju.
– Wezyr ma rację – przytaknęli zebrani. – Wojna jest nieunikniona. Czas więc pomyśleć o następcy wodza naszej armii.
Sarki zastanawiał się przez chwilę, po czym odezwał się:
– Czy nie za wcześnie tak się martwicie? Ale mogę wam jedno obiecać: w razie wojny Mahmud stanie na czele naszych wojowników.
Narada dobiegła końca. Wezyr wrócił do siebie, przekonany, że oto nadarza się okazja, by urzeczywistnić swój plan. Postanowił napisać do władcy Sinari:
"Nie przestrasz się panie Abdurrahmana i nie puszczaj w niepamięć zniewagi, jakiej od niego doznałeś. Pomogę ci pokonać mojego władcę, jeśli mi obiecasz, że twoje zwycięstwo zapewni mi miejsce na tronie. Posłuchaj mnie i zrób tak, jak ci powiem. Przygotuj się dobrze do wojny i wyślij zaraz swych ludzi do wąwozu Kimba. Jest tam przejście, o którym nikt nie wie. Mój zaufany sługa będzie tam czekał i przeprowadzi twoich ludzi".
Wezyr zawołał sługę imieniem Barakai, wręczył mu list i wyjaśnił, co ma robić.
Władca Abdurrahman nie wracał już więcej do sprawy poselstwa z krainy Sinari. Któregoś dnia wybrał się wraz z Musą i Mahmudem na konną przejażdżkę po okolicy. Po drodze spotkali arabskiego kupca, który niósł w klatce papugę. Musa od razu zapragnął kupić ptaka. Zapytali więc, jaką cenę mieliby zapłacić za papugę. Kupiec uśmiechnął się i powiedział:
– Nie sprzedam jej taniej niż za sakiewkę złotych monet.
– Ośmielasz się kpić z naszego władcy, człowieku? – zapytał jeden z towarzyszących Abdurrahmanowi ludzi. Sarki rozkazał pojmać zuchwalca, ale wtedy papuga przemówiła ludzkim głosem:
– Wybacz mu, panie. Ten człowiek mówi prawdę. Myślę, że warto tyle za mnie zapłacić.
Zdumiony Sarki popatrzył na ptaka.
– A dlaczegóż to? – spytał.
Papuga skinęła łebkiem i rzekła:
– Nazywam się Aku i, jak widzisz, z papuziego pochodzę rodu. Nie chodzi o to, że sam się tak cenię, ale ja naprawdę tyle jestem wart. Musisz wiedzieć, że Allah obdarował mnie niezwykłym darem opowiadania ciekawych historii. Potrafię też odgadywać przeszłość, jak też przepowiadać to, co dopiero się wydarzy. Za sprawą Allaha znam się także na czarach i wróżeniu. Jeśli chciałbyś posłuchać opowieści o duchach, złodziejach czy wielkich władcach, to również i z tego powodu warto mnie kupić. Snuję bowiem opowieści ciekawsze niż te, które być może czytaliście w arabskiej "Księdze tysiąca i jednej nocy" lub w innych księgach o podróżach i niezwykłych wydarzeniach. Jeśli mnie kupisz, panie, i dasz dobrą zapłatę kupcowi, nigdy tego nie pożałujesz. Spełnię każde twoje życzenie.
– Ale na cóż mi te twoje opowieści? – spytał Sarki.
– Nie są to zwykłe opowieści, panie – powiedziała urażona papuga. – Czyż nie wiesz, że w słowach kryje się wielki skarb?
Musa i Mahmud zapragnęli mieć papugę. Sarki ciągle się zastanawiał, ale w końcu rzekł:
– Przekonamy się, czy mówisz prawdę. Jeśli rzeczywiście jesteś taki mądry, to powiedz, ile lat ma teraz mój syn.
Dworzanie towarzyszący władcy kiwali głowami w oczekiwaniu na odpowiedź:
– Niech Allah ci sprzyja, panie. Teraz się przekonamy.
Aku spojrzał na Musę i rzekł:
– Musa ma czternaście lat, pięć miesięcy i trzy dni.
– Na Allaha, to prawda – zdumieli się wszyscy.
Sarki ciągle jednak nie dawał wiary papudze.
– Pewnie od kogoś słyszała i stąd o tym wie. Przecież Musę każdy zna.
Po czym zwrócił się do Aku:
– Może nam więc jeszcze powiesz, którego dnia Musa się urodził.
Aku odpowiedział:
– Twój syn, panie, przyszedł na świat w piątym dniu tygodnia, wieczorem.
– Na Allaha, to prawda – wykrzyknął Sarki. – Ale skoro taki mądry z ciebie ptak, chcę wiedzieć, co go czeka.
Aku chwilę milczał, aż w końcu odezwał się:
– Wolałbym ci tego nie mówić, bo to by cię bardzo zasmuciło, panie. Jak mówi przysłowie, lepiej zostawić kurę w jej piórach.
Władca jednak upierał się i zagroził papudze, że jeśli nie powie, każe ją upiec żywcem na ogniu. Aku nie miał więc wyjścia.
– Wybacz, panie, ale to, co powiem, rozgniewa cię. Twój syn Musa stanie się wkrótce przyczyną wielkich nieszczęść. Z jego powodu zginie wiele ludzi w tym kraju.
Oburzony Sarki chwycił klatkę i rzucił ją na ziemię, jego słudzy zaś dopadli kupca, by dać mu nauczkę. Ale w tej samej chwili ujrzeli zbliżającego się jeźdźca. Przybysz zeskoczył z konia ostatkiem sił, gdyż był ranny, i padł na kolana przed władcą:
– Ratuj nas, panie. Na Allaha, sarki z Sinari napadł na nasz kraj, zniszczył wiele miast i wsi. Tylko ja ocalałem i ledwo uszedłem z życiem.
Wszyscy zamarli z przerażenia, gdy nagle usłyszeli sarkastyczny śmiech papugi:
– Otóż i macie. Przecież mówiłem ci panie, ostrzegałem, ale nie chciałeś mi uwierzyć. Ale jeśli teraz uczynisz, co powiem, wszystko skończy się dobrze.
– Mówże prędzej, jeżeli coś wiesz.
– Kto pyta, nie błądzi. Niech Allah ma nas w swojej opiece – dodał Musa.
– Ostrzegam cię jednak, żebyś mnie nie zwodził, bo ukręcę ci ten papuzi łeb – powiedział władca.
Aku odezwał się po chwili:
– Teraz władca Sinari zbliża się do wąwozu Kimba; potem uda się na wschód, aby napaść na twoich ludzi w miejscu, gdzie nikt się tego nie spodziewa.
– Skąd władca Sinari zna tę drogę, o której mało kto wie? – zamyślił się Abdurrahman.
Aku mówił dalej:
– Słyszałeś, co powiedziałem, panie? Wyślij teraz swoich ludzi do wąwozu Kimba, niech tam czekają w ukryciu i przygotują zasadzkę.
– Ta niepozorna papuga wie to, czego my nawet się nie domyślamy – powiedział Musa. – Zróbmy tak, jak radzi.
Sarki nie zastanawiał się dłużej i wydał odpowiednie rozkazy. Wrócił do pałacu, zabierając ze sobą Aku, i czekał na wieści. Po pięciu dniach powrócił jeden z wysłanych ludzi.
– Allah czuwa nad nami, panie. Papuga mówiła prawdę. Uczyniliśmy tak, jak kazała. Przygotowaliśmy zasadzkę w wąwozie Kimba i otoczyliśmy wrogów. Prawie wszyscy zginęli. Ci, którym udało się uciec, porzucili swych rannych braci i uciekali nie oglądając się za siebie, a za nimi tylko kurz się unosił.
Sarki, uszczęśliwiony tą wiadomością, dziękował Aku za dobrą radę. Zapłacił kupcowi sowicie: dał mu dwie sakiewki pełne złota, dwanaście worków tkanin i siedmiu sług.
Wkrótce powrócił do pałacu sługa wezyra, Barakai, i opowiedział swemu panu o tym, co wydarzyło się w wąwozie:
– Nie spodziewaliśmy się zasadzki. Kiedy zobaczyłem, że nic się już nie da zrobić, położyłem się pod konia udając, że nie żyję. Leżałem tak bez ruchu, a wokół toczyła się zacięta walka. Kiedy wszystko ucichło, mogłem wrócić.
– Czy jesteś pewien, że nikt cię tam nie widział? – zapytał wezyr.
– Jestem pewien, że nikt mnie nie widział – powiedział Barakai.
– Dobrze. Zastanawiam się jednak, skąd Abdurrahman mógł wiedzieć, że władca Sinari wyśle swych ludzi do wąwozu Kimba.
– Zapewniam cię, panie, że to nie ja zdradziłem nasz plan. To pewnie ci głupcy z Sinari nie dochowali tajemnicy – tłumaczył się Barakai.
Minęły trzy dni. Sarki zwołał naradę wojenną. Trzeba było pilnie powołać oddziały do wyprawy w odległe rejony podległej mu krainy, gdzie toczyły się walki z armią Sinari. Rozpoczęły się przygotowania, przed pałacem gromadzili się ochotnicy przybywający z okolicznych wiosek. Kiedy oddziały zaczęły się formować, Sarki wydał niezbędne rozkazy. Na początek zwrócił się do wezyra, powierzając mu odpowiedzialność za bezpieczeństwo pałacu i całej okolicy na czas jego nieobecności. Polecił zaufanym strażnikom baczyć, w dzień i w nocy, by – dopóki on nie wróci z wyprawy – Musa pod żadnym pozorem nie wychodził poza teren pałacu. Nakazał też dworzanom:
– Wam także nie wolno opuszczać pałacu, kiedy mnie nie będzie. We wszystkim zasięgajcie rady papugi i bądźcie posłuszni wszystkim jej rozkazom.
Na koniec Sarki zwrócił się do Aku:
– Ty zaś pamiętaj, że ci zaufałem. Staraj się zatem mnie nie zawieść.
– Bądź spokojny, panie. Stanie się tak, jak sobie życzysz. Allah czuwa nad nami.
Kiedy władca dosiadł już konia, zjawił się przy nim wezyr.
– Czy zapomniałeś, panie, o swojej obietnicy? Mahmud miał z tobą wyruszyć na wojnę.
O tylu sprawach trzeba było pamiętać przed wyprawą, że ta akurat umknęła. Ale cóż było robić, skoro się obiecało? Sarki wezwał chłopca i powiedział:
– Pojedziesz ze mną.
Kiedy Musa także chciał im towarzyszyć, Sarki z ciężkim sercem rozkazał:
– Ty zostaniesz tutaj.
Chłopiec rozpłakał się z żalu, że opuszcza go ukochany przyjaciel i towarzysz zabaw.
Gdy ucichł tumult wojennej wyprawy, wezyr zaczął rozmyślać, jak pozbyć się Musy, zanim Sarki powróci z wojny. To było teraz najważniejsze i nawet rozważanie, kto wygra tę wojnę, nie miało znaczenia. Jeśli zwycięży władca Sinari, jego plan i tak się ziści, ale co będzie, gdy zwycięży Abdurrahman? Wniosek jest jeden – trzeba jak najszybciej zabić chłopca. Wezyr wezwał czterech zaufanych niewolników i obiecał im wolność w zamian za pozbycie się Musy.
– Jak zdołamy go zabić, skoro go tak wszyscy pilnują? – zapytali niewolnicy.
Wezyr uspokoił ich:
– Polegajcie na mnie. Teraz jedynym marzeniem Musy będzie uciec z pałacu i dołączyć do Mahmuda. Musicie więc czekać na sposobną chwilę. Kiedy Musa wyjdzie z komnaty, złapcie go, zwiążcie i wrzućcie do rzeki.
– Tak zrobimy, panie – obiecali.
Tymczasem Musa bardzo przeżywał rozstanie z Mahmudem. Zgodnie z wolą ojca nie mógł opuścić pałacu. Kiedy nad ranem słudzy usnęli, postanowił pójść do Aku i prosić, by pozwolił mu przyłączyć się do Mahmuda. Aku jeszcze spał, więc chłopiec zwrócił się do innej papugi, którą ojciec niedawno sprowadził dla towarzystwa Aku. W końcu to też papuga – pomyślał w duchu Musa.
– To niemożliwe – powiedziała papuga. – Sarki powierzył cię naszej opiece. Jak więc wytłumaczylibyśmy się przed nim?
Musa, słysząc to, wpadł w złość.
– Ty wstrętna papugo, ośmielasz się zabraniać mi zobaczyć się z moim ukochanym przyjacielem? Oj, zgubi cię twoja zuchwałość!
Chwycił papugę za piórka i cisnął o ziemię. Hałas obudził Aku. Zobaczył, co się stało i bał się, że Musa może z nim zrobić to samo. Zastanawiał się więc przez chwilę nad tym, co powiedzieć, po czym rzekł:
– Nie przejmuj się tym, co usłyszałeś od mojej małżonki. To tylko takie babskie gadanie. Porozmawiajmy jak mężczyźni. Nikt ci nie może niczego zabronić, Muso. Ale pamiętaj, że twój ojciec kazał ci mnie słuchać. A ja także muszę być posłuszny jego rozkazom. Trzeba słuchać rodziców i nauczycieli. W przeciwnym razie może być tak, jak z tym biednym lwiątkiem, które nie słuchało starszych. Powiadam ci, że źle się to skończyło.
– O jakim lwiątku mówisz? – zaciekawił się Musa.
– Opowiem ci więc – rzekł Aku i zaczął swą pierwszą historię.
3 Sarki – tradycyjny tytuł władcy w kulturze Hausa.
4 Karun – bogacz żyjący w czasach Mojżesza, ukarany przez Boga za zbuntowanie się przeciwko niemu; w tradycji muzułmańskiej postać przywoływana jest we frazach wnoszących symbolikę niezmierzonych bogactw.
5 Malam – człowiek wykształcony, uczony.
6 Wezyr – najważniejszy dostojnik na dworze władcy.
7 Imam – duchowny prowadzący wspólne modlitwy w meczecie.
O tym, jak lwiątko spotkało człowieka
Od dawien dawna człowiek i dzikie zwierzęta prowadzą ze sobą walkę: człowiek zastawia na zwierzęta pułapki, zwierzęta zaś robią wszystko, by nie dać się złapać człowiekowi.
Pewnego dnia zwierzęta zebrały się na naradę i wspólnie zastanawiały się nad wyborem najbardziej skutecznego sposobu ratowania życia przed swoim wrogiem. Jako pierwszy zabrał głos szakal:
– My, walczący z człowiekiem o życie, bardzo dobrze znamy jego przebiegłość i spryt. Tu nie chodzi o nas, ale o nasze dzieci. Proponuję więc utworzenie tu, w buszu, szkoły, w której nasze dzieci uczyłyby się, co robić, gdy ujrzą człowieka.
Wszyscy jednogłośnie przyznali, że ten pomysł ma sens. Hiena zabrała głos jako pierwsza i zadała bardzo istotne pytanie:
– Kto będzie nauczycielem?
Lew, król zwierząt, po chwili namysłu zdecydował, że nauczyciel zostanie wybrany spośród wszystkich zwierząt buszu. Przedstawił plan:
– Każde z was opowie, w jaki sposób wymyka się człowiekowi. Najsprytniejszy będzie przekazywać swą mądrość naszym dzieciom. To on zostanie nauczycielem.
Zwierzętom spodobał się pomysł władcy, a ponieważ każde z nich uważało siebie za najmądrzejsze, wkrótce wszystkie zaczęły się nawzajem przekrzykiwać. Hiena zaproponowała ucieczkę, ale zaraz zmieniła tę propozycję na coś zupełnie przeciwnego, czyli zaatakowanie człowieka, z czym nie zgodził się zając, który pisnął:
– Niech Allah przeklnie twój plan! Jesteś silna i pewnie możesz się rzucić na człowieka, ale jaka to rada dla mnie? – Tu przedstawił swoją metodę postępowania, która miała polegać na wykopaniu jamy z dziesięcioma otworami. Wtedy, jeśli człowiek czyha przy jednej dziurze, on, zając, czmycha z innej. Pozostali roześmiali się w odpowiedzi, bo czyż kto widział taką norę, w której mógłby się ukryć wół? Słoń również był wyraźnie niezadowolony i ostro skarcił zajączka. Na koniec rozpętała się kłótnia. Każde zwierzę obstawało przy swoim pomyśle. Każde zapewniało, że jego taktyka jest najlepsza. No cóż, każde pragnęło udowodnić, iż jest najmądrzejsze i każde chciało zostać nauczycielem. Burzliwa narada trwała bardzo długo.
Gdy już prawie wszyscy się wypowiedzieli i wrzawa nieco ucichła, przed oblicze lwa wyskoczył szakal, pokłonił się i szybko wyjawił swoje sposoby postępowania. Wyjaśnił, że często zwodzi człowieka tym, że wyje, kierując głos w jedną stronę, a ucieka w drugą. Przedstawił sposób, jak zachować ostrożność przy wodopoju, gdzie człowiek często poluje na zwierzęta. Powiedział, że nie wolno pochylać się nad wodą, gdyż przestaje się widzieć to, co dzieje się dookoła. On sam macza tylko ogon w wodzie, a potem odchodzi na bok i go wysysa, dzięki czemu człowiek nie może go zaskoczyć przy źródle wody. Wtrącił się lampart, mówiąc, że nie wodopój jest problemem, tylko pułapki, które człowiek zastawia w buszu. Na to szakal też miał odpowiedź. Stwierdził, że omija miejsca, gdzie znajdują się świeżo ścięte drzewa lub leżą sterty gałęzi. Tak, sztuczki szakala to było coś! Zwierzęta z uznaniem pokiwały głowami. A gdy szakal dodał jeszcze, że rezygnuje ze ścigania zdobyczy, jeśli jest ona w miejscu trudno dostępnym, nikt nie miał wątpliwości, że jest on najbardziej przebiegłym wśród wszystkich zwierząt. Jego też mianowano nauczycielem.
Następnie zwołano młode zwierzęta i szakal rozpoczął pierwszą lekcję. Najmniej zainteresowane nauką było lwiątko. Powiedziało, że z powodu człowieka, który dla króla zwierząt nie jest żadnym problemem, nie będzie tracić czasu i wysłuchiwać opowieści o jego obłudzie. A gdy szakal nadal namawiał je na pozostanie, dumne lwiątko odrzekło:
– Na Allaha, wiem, że kiedyś spotkam człowieka, a dzień ten będzie kresem jego życia. Gdy go dopadnę, to rozerwę na strzępy, porozrzucam jego kości, pożrę mięso i będę pił jego krew, aż do zachłyśnięcia!
Następnego dnia lwiątko wraz z żyrafką wybrały się na spacer po buszu. Szły razem, gdy nagle dostrzegli dwunożną istotę niosącą na grzbiecie gałęzie. To był Fulanin Bororo8, który rozglądał się za odpowiednim miejscem na ustawienie szałasu. Idąc, nucił sobie jakąś piosenkę, wykrzykując przy tym niektóre słowa. Zachowywał się jak ktoś niespełna rozumu. Gdy tylko żyrafka ujrzała tę postać, w jej uszach zabrzmiały słowa szakala i przypomniała sobie wszystko, co usłyszała o człowieku.
– Tak, ten stwór to na pewno On – pomyślała. I uciekła.
Lwiątko zaś, dumne i odważne lwiątko, przystanęło i przyglądało się tej nader dziwnej istocie. Nigdy przedtem kogoś takiego nie widziało!
Przez ten czas ów dziwoląg znacznie się przybliżył, a wtedy lwiątko zawołało:
– Hej, ty! Zatrzymaj się! Kim jesteś? Nie widziałem cię wśród zwierząt. Nie bywasz w siedzibie władcy.
Ten odłożył tobołek i skłonił się przed lwem, tłumacząc:
– Nie pokazuję się u władcy, gdyż wstydzę się siebie samego. Wszyscy mają cztery nogi, ja tylko dwie; każdy ma ogon, a ja? Ani śladu! Popatrz na swą wspaniałą sierść i porównaj: ja wyglądam, jakbym wyszedł prosto z ognia!
Ciekawskie lwiątko pytało dalej:
– No już dobrze. A dokąd to idziesz z tym drzewem?
– Hiena poprosiła mnie, bym zbudował jej chatę. Chce się w niej ukryć, ponieważ boi się człowieka.
Lwiątko, nie mogąc opanować zniecierpliwienia, wykrzyknęło:
– Na Allaha! A gdzie mogę go spotkać? Szukam go już tyle czasu, dzień za dniem mija, a ja jeszcze nie widziałem człowieka.
Dziwoląg znowu pokłonił się przed majestatem królewskim i pocieszył lwiątko:
– Zobaczysz go, nie dziś to jutro. On po prostu boi się niespodziewanego spotkania z takimi jak ty. No, ale nie zatrzymuj mnie, spieszę do hieny, a tu słońce zaczyna grzać coraz mocniej. Nie ma nic przyjemniejszego od chłodnej, zacienionej chaty.
– Zaczekaj! Mnie najpierw zbudujesz chatę.
Fulanin nie zgodził się:
– Nie, Wasza Wysokość, nie mogę tak postąpić, skoro z hieną zawarłem umowę. Uczciwość tak mi nakazuje. Najpierw zbuduję chatkę dla niej, a potem wrócę tu do ciebie.
– Zbędne gadanie. A kimże jest hiena, że to jej pierwszej budujesz schronienie, zaś mnie dopiero potem? – Lwiątko poczuło się urażone. Szarpnęło za opaskę biodrową Fulanina. Ów spojrzał z żalem na swoją nowiutką, teraz już zniszczoną, opaskę i gniew zaczął w nim wzbierać. Stłumił jednak swoje rozdrażnienie i odezwał się spokojnie:
– Skoro chcesz tego, Wasza Wysokość, spełnię twe życzenie.
Lwiątko odrzekło:
– Nie masz wyjścia. Każdy musi słuchać jakichś rozkazów.
Lwiątko patrzyło na Fulanina jak na swego poddanego, a ten nic nie powiedział, tylko przykucnął i rozłożył swoje patyki i gałęzie. Z nich zrobił szkielet chatki. Umocował go do kilku drzew przy pomocy sznurów. Następnie zebrał dużo trawy i drobnych patyczków. Ułożył je po jednej stronie tak, jakby przygotowywał się do wypalania garnka. Inne wiązki trawy rzucił na wierzch, zostawił tylko otwór na tyle duży, by lwiątko mogło wejść do środka. Gdy ukończył budowanie chatki, skłonił się, mówiąc:
– Gotowe, Wasza Wysokość. Wejdź i sprawdź, czy szałas jest dla ciebie odpowiedni.
Lwiątko nie dało się prosić dwa razy, weszło do środka i wtedy Fulanin szybko zastawił wejście tak, by zwierzę nie mogło się wydostać. Wykrzesał parę iskier i rozniecił ogień naokoło szałasu, który od razu pogrążył się w kłębach dymu. Lwiątko zaczęło się dusić i rozpaczliwie szukało wyjścia. Bez powodzenia. Widząc, że nic nie wskóra, krzyknęło:
– Hej, ty! Ta twoja chatka jest bardzo ciasna! Nawet oddechu nie mogę złapać! Wypuść mnie stąd!
– Za późno, oj, za późno. To właśnie ja jestem człowiekiem. Człowiekiem, którego tak chciałeś zobaczyć – odrzekł. – Zanim zacząłeś obnosić się ze swą dumą i pychą, należało posłuchać starszych. Dowiedziałbyś się, jaką walkę prowadzimy ze sobą! – dodał.
Lwiątko, czując języki ognia na swej skórze, skomlało:
– Żałuję! Daruj mi, proszę! Zlituj się i, na Allaha, wypuść mnie!
Na to człowiek odrzekł twardym tonem:
– Nie ma mowy. Sam się o to prosiłeś.
I ogień pochłonął harde lwiątko. Człowiek zaś spokojnie poszedł swoją drogą.
– Wydaje mi się, że słyszałem wołanie na modlitwę9 – powiedział Musa, kiedy Aku skończył opowiadać. Papuga nadstawiła uszu.
– Rzeczywiście, czas na modlitwę, choć przysiągłbym, że muezzin10 trochę się pośpieszył. Czyżby to już ranek nastał?
Musa odszedł bez słowa. I tym razem jego plany spełzły na niczym, gdyż wszyscy już zdążyli się obudzić. Cały dzień spędził na smutnych rozmyślaniach. Nie mógł doczekać się nocy, kiedy znów będzie mógł spróbować wymknąć się z pałacu. Miał nadzieję, że tym razem mu się powiedzie.
Kiedy upewnił się, że słudzy głęboko zasnęli, poszedł do papugi prosić o zgodę na opuszczenie pałacu.
– Na Allaha! Czy ja ci zabraniam tego, czego tak pragniesz? Zwłaszcza, że to, o czym marzysz, nie może przynieść wstydu prawdziwemu muzułmaninowi. Pośpiesz się więc, by zdążyć przed świtem.
Uradowany Musa już zamierzał odejść, gdy Aku przypomniał:
– Nie zapomnij wziąć ze sobą lampy. Słyszałem, że wczoraj strażnicy przepędzili z pałacu kilku złodziei.
– Jak to się stało, że ja nic o tym nie wiem? – zapytał Musa.
Aku odparł z uśmiechem:
– Twoje myśli są zajęte czym innym. A to była naprawdę zabawna historia. Najpierw przyszedł jeden złodziej z workiem i włożył do niego wszystko, co chciał ukraść. Tymczasem pojawił się drugi. Więc ten pierwszy, myśląc, że to strażnik, zaczął uciekać. Z kolei drugi złodziej, usłyszawszy hałas, był przekonany, że to jego ktoś goni i także rzucił się do ucieczki. Zupełnie jak w tej historii o złodziejach, których przepędzono z pola.
– A to co znowu? To takie rzeczy się dzieją w pałacu, kiedy nie ma mego ojca?
– Nie, to zupełnie co innego. Posłuchaj, opowiem ci – rzekł Aku.
8 Fulanie – grupa ludów zamieszkująca rozległe obszary Afryki Zachodniej w geograficznym pasie Sahelu rozciągającym się od Senegalu do Kamerunu. Są głównie pasterzami, koczującymi w porach sprzyjających wypasaniu stad bydła. Fulanie Bororo reprezentują pasterzy z obszaru Nigerii, którzy nie mają swoich stałych siedzib, a przenosząc się z miejsca na miejsce, budują szałasy.
9 Każdy muzułmanin ma obowiązek modlić się pięć razy dziennie. Modlitwa poranna odbywa się przed wschodem słońca.
10 Muezzin – osoba wzywająca wyznawców islamu do modlitwy. Przed porą modłów zwraca się kolejno na wszystkie strony świata, by wezwanie dotarło do wiernych.
O trzech takich, co ukradli maniok
Pewnego razu w jednym z miast zapanował wielki głód, tak wielki, że jedzenie trzeba było zdobywać sposobem. Biedacy mieli tylko maniok11, ale i jego nie starczało dla wszystkich. Najbiedniejszym nie pozostawało więc nic innego, jak zakradać się w nocy na pole maniokowe.
Któregoś dnia trzech mężczyzn postanowiło pójść na pole pewnego bogacza, by zebrać trochę bulw maniokowych. Jednego z nich zwali Chciwy-bez-umiaru, drugiego – Żarłoczny-jak-pluskwa, a trzeciego – Sprytny-co-zawsze-wygrywa.
Kiedy zapadła noc, wzięli ze sobą kosze i zakradli się na pole. Na miejscu zdecydowali, że najpierw sami najedzą się do syta, a dopiero potem napełnią kosze, które rano zaniosą na targ. Wygrzebali z ziemi trochę bulw, zerwali brązowe skórki i gdy dotarli do białego miąższu, usiedli pod drzewem i zaczęli się posilać. Chciwy spojrzał na swych towarzyszy i rzekł:
– Maniok tego bogacza to sama słodycz!
– Dosłownie rozpływa się w ustach – westchnął Żarłoczny.
– Chyba sam Allah otworzył przed nami wrota obfitości – dodał Sprytny.
Tak szeptali, zapominając o niebezpieczeństwie, i już cieszyli się na myśl o tym, jak to wrócą do domów z koszami pełnymi manioku. Kiedy najedli się do syta, napełnili kosze. Niestety swoją nieroztropną szeptaniną, która w nocy brzmi donośnie i niesie się daleko, ściągnęli sobie na kark strażników lokalnych służb porządkowych. Ci podeszli ukradkiem i zaatakowali ich, krzycząc:
– Łapaj, trzymaj złodzieja! Zabić ich!
I zasypali ich gradem strzał. Ale po sposobie zachowania i pośpiechu, z jakim zaatakowali tę trójkę, można było zorientować się, że są to wiejscy głupcy, kompletne niedołęgi, których niedawno przyjęto do pracy. Gdyby byli doświadczonymi strażnikami, już wraz z zapadnięciem zmroku zachowywaliby się bardziej powściągliwie, a wtedy złapaliby złodziei na gorącym uczynku. A tak, stracili okazję, bo gdy tylko nasza trójka posłyszała strażników, chwyciła kosze i rzuciła się do ucieczki. Ponieważ była ciemna noc, strażnicy nie mogli nadążyć za złodziejami, którzy pędzili co sił w nogach.
– Uf! Już nie mogę – szepnął w pewnym momencie Chciwy do swych towarzyszy. – Musimy zostawić te kosze i pomyśleć przede wszystkim o tym, by nie dać się złapać.
– Zgadzam się z tobą – odezwał się Żarłoczny.
– Nie poddawajcie się tak szybko – odszepnął Sprytny. – Wiem, co trzeba zrobić. – Mówiąc to, rzucił się na ziemię i krzyknął: – Na Allaha, trafili mnie! Ta strzała była zatruta! Bracia, miejcie litość nade mną, ratujcie mnie!
Po tych słowach przekazał towarzyszom, co mają mówić. Wtedy oni zaczęli głośno wykrzykiwać.
– Na Allaha, wstań! Pójdziemy szybko do domu, weźmiesz odtrutkę i zwrócisz to świństwo.
– Ze mną już koniec. Nie mam siły się podnieść – mamrotał Sprytny.
– Wytrzymaj jeszcze trochę – poprosił Chciwy. – Jeżeli umrzesz, pójdziemy do pałacu władcy razem ze strażnikami i każemy im opowiedzieć, jak cię zabili za tych kilka nędznych bulw maniokowych, którymi chciałeś zaspokoić głód.
– Dobrze, chodźmy – zgodził się Sprytny. – Nie jestem tylko pewien, czy będę mógł iść.
Po czym cała trójka przyspieszyła kroku. Słysząc to, strażnicy spojrzeli po sobie.
– Słyszałeś? – spytał jeden z nich.
– Tak – odrzekł drugi, po czym zwrócił się do kolegi: – Ty też słyszałeś, co oni mówili?
– Mhm – odparł trzeci. – Cokolwiek się z nimi stanie, będzie zgodne z wolą Allaha. Sprawdźmy, czy zostawili to, co ukradli.
I poszli za złodziejami.
Gdy Sprytny posłyszał, że się zbliżają, ponownie padł na ziemię i wykrzyknął:
– Tak jak obiecałem, wytężam wszystkie siły, żeby dojść do domu, bo tam zaopiekują się mną i zrobią wszystko, bym nie spuchł do rana. Ale czuję, że trucizna już zaczęła działać i dzieje się ze mną coś dziwnego. Zostawcie mnie, a sami uciekajcie. Moje dni są policzone. Gdy wrócicie do domu, okażcie współczucie mojej żonie i rodzinie, bo będą rozpaczać, gdy o wszystkim się dowiedzą.
Strażnicy, słysząc to, zatrzymali się.
– Czynię was wykonawcami mojej ostatniej woli – ciągnął Sprytny, zwracając się do kompanów. – Słuchajcie tego, co powiem. Z pieniędzy, które pozostawiam, przeznaczam trzecią część na jałmużnę12. Waszej opiece powierzam moje dzieci; opiekujcie się nimi dobrze, by nie zeszły na złą drogę. Moje życie dobiega końca. – Tu wypowiedział kilka wersetów Koranu, jakby żegnał się ze światem.
Strażnicy patrzyli na siebie zdumieni, a w tym czasie Chciwy i Żarłoczny zaczęli lamentować i głośno uderzać rękami, co potęgowało ich rozpacz.
– Nie możemy pozwolić, by w tym miejscu dopadła cię śmierć! Posłuchaj, jeśli tak się stanie, winni zostaną ukarani i z polecenia władcy skazani na wbicie na pal o wschodzie słońca. Kazano im łapać złodziei, a nie zabijać. Jeśli umieją tylko zabijać, niech i nas pozbawią życia, przecież nasz brat umiera. Skoro my zginiemy, niech i oni zostaną zgładzeni, bowiem jesteśmy muzułmanami, a nie niewiernymi.
Strażnicy nabrali przekonania, że naprawdę zabili człowieka. Zaczęli się naradzać, czy nie lepiej byłoby wziąć nogi za pas, zanim ktoś ich zobaczy. Właśnie zastanawiali się, w którą stronę czmychnąć, gdy posłyszeli, że leżący na ziemi złodziej zaczyna rzęzić. Po chwili rzężenie przeszło w głośny charkot i nagle urwało się. Zapadła cisza. Jednocześnie dwaj złodzieje zaczęli odmawiać modlitwę i w pewnym momencie powiedzieli:
– Umarł.
Tego było już za wiele. Przerażeni strażnicy rzucili się do ucieczki. Gdy Sprytny posłyszał odgłos oddalających się kroków, ruszył w kierunku domu, a za nim Chciwy i Żarłoczny. Po powrocie ugasili pragnienie zimną wodą. Wtedy niedojrzały maniok, który zjedli na polu bogacza, dał o sobie znać, powodując okropny ból żołądka. Złodzieje zaczęli jęczeć i stękać. Przed świtem straszliwie spuchli i w mękach przenieśli się na tamten świat. Gdy nastał ranek, wyglądali okropnie, z brzuchami pękatymi jak skórzane naczynie na wodę, unurzani we własnych wydzielinach. A w kącie chaty stały kosze wypełnione niedojrzałym maniokiem, który był przyczyną ich śmierci.
Tymczasem strażnicy nie mieli pojęcia o tym, co się stało z trzema złodziejami.
– Jak sądzicie, który z nas zabił wczoraj tego człowieka? – zapytał jeden z nich, gdy spotkali się następnego dnia. – Jestem pewien, że to nie ja.
– Ja też nie – odpowiedział drugi. – Przecież szedłem za wami.
Trzeci popatrzył na nich.
– Uważacie więc, że to ja zrobiłem, ale przecież krzyczeliście, żebym strzelał – odrzekł.
– To prawda – przyznał pierwszy – ale przecież celowałeś w górę, a nie w tego człowieka.
– Tak, celowałem w niebo – odpowiedział trzeci. – Dlatego bardzo się zdziwiłem, że moja strzała go dosięgła. Widocznie tak mu było sądzone.
Postanowili więc, że będą siedzieć cicho i nic nikomu nie powiedzą.
Od tego dnia starali się usilnie przekonywać ludzi, że nic nie zrobili, chociaż nikt ich o to nie pytał. Wyrzuty sumienia nie dawały im spokoju. Żyli w ciągłym strachu, że zostaną rozpoznani, co nie pozwalało im żyć spokojnie. Nawet chcieli zapytać kogoś, czy wiadomo, kto zabił tych biednych ludzi, ale bali się, że ta ich ciekawość tylko zrodzi podejrzenia, że to oni są winni. Bili się z tymi myślami i cierpieli aż do kresu swych dni.
– Ależ to byli głupcy! – powiedział Musa.
– Mieli tyle samo rozumu, co pewien młodzieniec z kraju Hausa, który wybrał się kiedyś na handel do sąsiedniego kraju – rzekł Aku, zachęcając Musę do wysłuchania następnej opowieści.
– Cóż to za historia? – zapytał Musa.
Aku powiedział z namysłem:
– Musisz wiedzieć, chłopcze, że wszędzie można spotkać i ludzi mądrych, i takiego jak ten, nierozgarniętka. Posłuchaj zatem opowieści, w której – jak mówią – co jeden to głupszy, a znane przysłowie ujmuje to tak...
11 Roślina mająca postać krzewu osiągającego wysokość do 2 m, której bulwy korzeniowe mogą osiągać masę do 4 kg. W stanie surowym są niejadalne, ale poddane płukaniu i obróbce termicznej stanowią ważny składnik diety. Wyrabia się z nich mąkę, mającą szerokie zastosowanie w kuchni hausańskiej.
12 Jałmużna jest jednym z pięciu obowiązków (filarów wiary) muzułmanina. Polega na dzieleniu się swoim majątkiem z biednymi.
Szedł głupi z niemądrym, spotkali gamonia, wzięli go ze sobą
Zdarzyło się kiedyś, że pewien Nierozgarniętek z kraju Hausa udał się na handel na Południe, gdzie mieszka lud Joruba. Nie mówił on jednak ich językiem, zaś ludzie, których spotykał po drodze, nie znali języka hausa.
Zbliżał się właśnie do jakiegoś miasta, gdy ujrzał przed sobą stado bydła, tak licznego i dobrze wypasionego, jakiego nigdy przedtem nie widział. Zdumiony, począł się zastanawiać, do kogo może należeć tak dorodne stado. Zapytał o to człowieka przy miejskiej bramie:
– Nie rozumiem – odpowiedział ten w języku joruba.
Kiedy Nierozgarniętek to usłyszał, pomyślał, że "nie rozumiem" to zapewne imię właściciela stada. "To dopiero bogacz, ten Nierozumiem" – rzekł sobie w duchu i poszedł dalej. Nie uszedł daleko, gdy jego uwagę zwróciło okazałe domostwo, którego samo ogrodzenie już przyciągało wzrok13. Długo je oglądał, nie kryjąc zachwytu. Wreszcie zapytał stojącego przy wejściu chłopca:
– Na Allaha! Powiedz mi, młodzieńcze, do kogo należy ta piękna posiadłość?
Chłopiec, który nie znał języka hausa, odpowiedział w swoim języku:
– Nie rozumiem.
"No tak – zadumał się Nierozgarniętek. – Chyba w całym mieście albo i w całej okolicy nie ma człowieka bogatszego od Nierozumiem. Ot, choćby ten dom, toż to istny pałac! Co za przepych, co za bogactwo!".
Nierozgarniętek poprawił sandały i krok za krokiem ruszył dalej. Dotarł nad brzeg rzeki i zobaczył łódź, z której wyładowywano towary. Zapytał stojącego w pobliżu człowieka:
– Powiedz mi, bracie, czy to wszystko należy do jednego człowieka?
Ten popatrzył na Nierozgarniętka i odparł w języku joruba:
– Nie rozumiem.
Usłyszawszy znowu to samo, Nierozgarniętek wykrzyknął:
– Na Allaha! Czy to możliwe? Kim jest ten człowiek? Chciałbym kiedyś poznać tego bogacza! – Po czym usiadł pod baobabem, aby chwilę odpocząć. Wyjął tykwę14 z wodą, zaspokoił pragnienie i udał się w dalszą drogę. Gdy ponownie znalazł się u bram miasta, ujrzał kondukt żałobny. Na cmentarz niesiono zmarłego. Ludzie płakali. Nierozgarniętek podszedł do starej kobiety i spytał:
– Któż to opuścił ten świat, by odejść do Domu Wiecznego?
– Nie rozumiem – odparła staruszka, ona bowiem także nie znała języka, w którym mówił Nierozgarniętek.
Kiedy i tym razem Nierozgarniętek usłyszał to, co słyszał wcześniej, złapał się za głowę.
– Na Allaha! Jakiż ten los jest okrutny! Nawet wielki bogacz Nierozumiem skończył tak marnie. Za życia miał wszystko, a teraz musi mu wystarczyć kawałek tkaniny, w który go owinęli15. Był wielkim panem, a teraz zostało po nim tylko wspomnienie... Zaprawdę Allah czuwa nad nami. Przywiódł mnie tutaj, aby ostrzec przed tym, co spotkało Nierozumiem. Wrócę więc do domu i będę się cieszyć tym, co mam. Słusznie powiadają, że przestrogą dla innych jest los tego, kogo Allah pokarał.
Znów nastał świt. Wezyr zaczął się niecierpliwić. Minęły już bowiem dwa dni i dwie noce, a nie nadarzyła się jeszcze okazja, aby zabić syna władcy. Po namyśle wysłał do Musy starą służącą, która miała nakłonić chłopca do opuszczenia pałacu.
Starucha skłoniła się przed Musą i rzekła:
– Przysłał mnie do ciebie Mahmud – skłamała, tak jak kazał wezyr. – Jakiż to dzielny wojownik! Pragnie cię ujrzeć jak najszybciej. Nie chcesz chyba siedzieć tu bezczynnie, gdy tam Mahmud naraża życie?
Musa zawstydził się.
– Niech się tak stanie. Wracaj natychmiast i powiedz Mahmudowi, że wkrótce do niego dołączę.
Z nadejściem nocy Musa zjawił się w komnacie Aku.
– Powiedz mi, czy to sprawiedliwe, że ja tu próżnuję, gdy tymczasem Mahmud walczy z wrogiem? – zapytał.
– Nie trać nadziei, chłopcze – odrzekła mądra papuga. – Wierzę, że Allah ci pomoże, tak jak pomógł pewnemu młodemu myśliwemu przechytrzyć hienę i zdobyć zaufanie samego Króla Lwa.
I Aku zaczął opowiadać.
13 Tradycyjny hausański dom (gida), w którym zamieszkuje rodzina, jest zespołem zabudowań, gdzie członkowie rodziny (w tym żony gospodarza domu) mają swoje odrębne pomieszczenia. Cały teren jest ogrodzony.
14 Tykwa – wysuszony owoc dyniowca, który może służyć jako pojemnik na wodę.
15 W tradycji muzułmańskiej nie stosuje się do pochówku drewnianych trumien, zmarłych owija się w biały całun.
Najmłodszy syn wieśniaka u króla zwierząt
Gdy najmłodszy syn wieśniaka, nazwany Auta – zgodnie z lokalną tradycją nadawania imion – osiągnął wiek młodzieńczy, jego ojciec postanowił przygotować go do nowej roli w rodzinie. Pewnego dnia wieśniak zwrócił się do syna:
– Nadszedł już czas, abyś mnie wyręczył w zdobywaniu pożywienia dla naszej rodziny.
Odtąd każdego ranka Auta wyprawiał się z łukiem do buszu na polowanie. Raz trafił mu się zając, innym razem ustrzelił antylopę. Starał się nie wracać z pustymi rękami, bo gdy się kiedyś to zdarzyło, ojciec spuścił mu tęgie lanie. I może nie warto byłoby dłużej o tym opowiadać, gdyby nie pewne wydarzenie. Otóż codzienne wyprawy Auty dały się srodze we znaki wszystkim zwierzętom zamieszkującym tereny, na których chłopiec polował. Kiedy wyczerpała się wreszcie ich zwierzęca cierpliwość, poszły na skargę do swojego władcy. Król Lew bardzo się zmartwił:
– Cóż możemy na to poradzić, moi drodzy bracia? Człowiek zawsze górował nad nami. Widać już taki nam przeznaczony los. Wszystko w rękach Allaha.
Na to odezwała się hiena:
– Bądź pozdrowiony, nasz panie! Ja, hiena, zawsze ci wiernie służyłam, i teraz także mam na uwadze jedynie dobro twojego królestwa i nas wszystkich, twoich wiernych poddanych. Widzę tylko jedno wyjście. Trzeba przyprowadzić tego człowieka przed twoje szlachetne lwie oblicze, ty zaś postąpisz z nim tak, jak uznasz za słuszne.
– Hiena ma rację! – zgodnie wykrzyknęły zwierzęta, po czym pokłoniły się nisko i odeszły.
Jeszcze tego samego dnia Auta natknął się podczas polowania na szakala. Naciągnął łuk i już miał wypuścić strzałę, gdy szakal przemówił:
– Nie strzelaj, człowieku! Posłuchaj, co ci powiem. Zgaduję, że potrzeba ci mięsa. Ze mnie nie będziesz go miał za wiele. Ale mogę cię zaprowadzić w miejsce, gdzie znajdziesz tyle mięsa, ile dusza zapragnie.
Auta pomyślał, że szakal ma dla niego ciekawą propozycję, poszedł więc za nim bez wahania. Dotarli razem do siedziby władcy zwierząt. Weszli do środka: Auta pierwszy, a szakal za nim. Król Lew siedział na tronie, zwierzęta otaczały go ze wszystkich stron. Trwała narada.
Szakal pozdrowił władcę, kłaniając się nisko. Auta zaś stał wyprostowany i dumnie się prezentował przed obliczem władcy zwierząt.
– Dlaczegóż to, zarozumiały człowieku, nie okazujesz szacunku naszemu władcy? – zapytała hiena.
– Nic ci do tego – odparł Auta. – Przyszedłem tutaj z szakalem i jego będę słuchał, a nie ciebie.
Zaraz skłonił się jednak i pozdrowił lwa. Ten zaś zezwolił mu usiąść, po czym zwrócił się do szakala:
– Czy to ten właśnie człowiek was prześladuje?
Zanim szakal zdążył odpowiedzieć, uprzedziła go hiena:
– To on, Wasza Lwia Wysokość, to ten Fulanin. Poznałam go po głowie podobnej do orzecha kokosowego.
– Powiedz mi, chłopcze, dlaczego zabijasz moich braci? – zapytał Król Lew.
Lecz znowu hiena była pierwsza:
– Obyś żył wiecznie, panie! Czy nie domyślasz się, że chodzi mu tylko o to, by jeść nasze mięso i wyprawiać nasze biedne skóry?
Tym razem zuchwałość hieny rozgniewała Autę. Zwrócił się do władcy:
– Wybacz mi moje pytanie, Wasza Królewsko-Lwia Mość, ale właściwie kto tutaj rządzi, ty czy hiena?
Król Lew uznał pytanie za słuszne i zwrócił się do hieny:
– Żebym cię więcej nie słyszał! Ja jestem królem, a ty masz mnie słuchać!
Auta skłonił się nisko przed władcą i powiedział:
– Zapytałeś mnie, królu, dlaczego poluję na twoich braci. Robię to nie z własnej woli, panie. Starszyzna w naszej wiosce uradziła, że jeśli my, ludzie, będziemy zabijać zwierzęta, to przekonamy się, czy prawdą jest to, czego dowiedzieliśmy się od tej tu hieny.
– A co takiego mówiła wam hiena? – zaciekawił się Król Lew.
– My, ludzie, mamy już dosyć rządów naszego władcy. Chcieliśmy wybrać nowego, i to właśnie ty, panie, miałeś nim zostać. Pragnęliśmy, abyś rządził i zwierzętami, i ludźmi. Tak to sobie planowaliśmy, kiedy któregoś dnia w naszej wiosce zjawiła się hiena. Powiedziała, że to ty, panie, przysłałeś ją do nas. Powiedziała także, że uważasz ludzi za swych wrogów i jeśli jakiś człowiek obrazi cię lub wyrządzi ci krzywdę, każesz go zabić. Jeżeli więc teraz rozkażesz mnie zabić, będzie to oznaczało, że hiena mówiła prawdę.
Król Lew spojrzał złowrogo na hienę. Tego było już za wiele.
– Czy kiedykolwiek wysyłałem cię do ludzi? Mów zaraz!
Hiena zakipiała ze złości:
– Królu, ten człowiek kłamie! Nigdy nie chodziłam do wioski.
– Ja kłamię? – oburzył się Auta. – Na co ty sobie pozwalasz? Zapomniałaś już, jak kazałaś sobie przynieść krzesło i usiadłaś na nim jak na tronie? Byłaś taka dumna i pewna siebie, i uwierzyliśmy, iż to sam władca przysłał cię do nas.
Hiena chciała jeszcze coś powiedzieć, ale Król Lew nie zamierzał już jej dłużej słuchać. Kazał rozprawić się z nią okrutnie. Zwierzęta obskoczyły hienę, wpijając w jej ciało ostre kły, szpony, pazury, i rozszarpały ją na strzępy.
Król Lew podziękował Aucie i obdarował go sowicie. Auta zaś obiecał władcy, że odtąd będzie wychwalał jego lwią mądrość.
Od tego czasu żaden człowiek, który spotkał na swej drodze lwa, nie musiał się go obawiać. Wystarczyło, by nisko się przed nim pokłonił i powiedział: "Obyś żył długo, panie!", a żadnej krzywdy od niego nie doznał.
Upłynęła kolejna noc, a Musa znowu nie zdołał wymknąć się z pałacu. Wieczorem, gdy wszyscy pogrążeni byli w głębokim śnie, chłopiec znów stawił się w komnacie mądrej papugi. Aku był tego wieczora w doskonałym humorze. Gdy Musa zapytał o powód owego dobrego humoru, Aku ze śmiechem odpowiedział:
– Wyobraź sobie, Muso, że wczoraj dworzanie opowiadali niezwykle zabawne historie. A potem ja odwzajemniłem się im opowieścią o pewnym wieśniaku i jego kolegach z miasta. Ale tobie chcę teraz opowiedzieć inną historię. Zapewniam cię, że jest tak wesoła, iż doprawdy trudno powstrzymać się od śmiechu, gdy się jej słucha. Znam ją jeszcze z dzieciństwa i choć słyszałem ją wiele razy, za każdym razem coraz bardziej mnie bawi.
I zaczął opowiadać...
O Niedojdzie i jego żonie Niedorajdzie
Żył sobie kiedyś młody człowiek, którego zwano Niedojda. Przez ani jedną chwilę nie pomyślał, że powinien poszukać jakiejś pracy, a jedynym dobytkiem, jaki posiadał, była koza. Całe dnie spędzał na pastwisku nad strumieniem, gdzie pasła się koza, a o zmierzchu wracał z nią do domu. Żywił się mlekiem swojej kozy, a czasem sprzedawał je na targu i wtedy kupował coś innego do jedzenia. Kiedy koza przestała dawać mleko, sprzedał ją i kupił inną, też mleczną. Bardzo się zmartwił, gdy okazało się, że nowa koza wymaga większej uwagi i zmusza go do większego wysiłku.
– Do licha – narzekał sobie wieczorami. – Same kłopoty z tą kozą. Żar leje się z nieba, marzysz o chłodnym cieniu, gdzie mógłbyś ułożyć się wygodnie i zdrzemnąć... Ale nic z tego. Trzeba chodzić za nią krok w krok, bo a nuż narobi szkód, pobodzie ludzi, nie zechce wrócić, a hiena tylko czeka na taki kąsek. Muszę jakoś temu zaradzić. Dość mam już tych kłopotów. Życie, jak powiadają, jest jak orzech kola, który rośnie i dojrzewa w spokoju i nie trzeba mu w tym przeszkadzać.
Biedził się tak nad swoją dolą i biedził, aż wymyślił:
– Wiem już! Ożenię się z Niedorajdą. Ona także pasie jedną kozę, po ślubie będzie więc pasła obie, ja zaś będę mógł wreszcie poleniuchować.
I poślubił Niedojda Niedorajdę, a jej rodzice powiedzieli mu, wyrażając zgodę na to małżeństwo:
– Dajemy ci naszą córkę. Warci jesteście siebie nawzajem.
Po ślubie Niedorajda przeniosła się do domu męża i od razu zajęła się kozami, które stanowiły ich jedyny majątek. Niedojda wysypiał się teraz do woli i nie musiał chodzić za kozą na pastwisko.
Nie minęło jednak wiele czasu, a już Niedorajda zaczęła się uskarżać:
– Mężu! Panie mój! Zmęczyła mnie ta praca, bez przerwy gryzą mnie muchy, nieustannie się potykam. Spójrz, jak wygląda teraz moje ciało. Allah widzi wszystko. Gdy po raz pierwszy przestąpiłam próg twego domu, olśniewałam urodą, a teraz moje ciało stało się brzydkie od ukąszeń much i zaczyna więdnąć. O nie! Nie chcę się zestarzeć za młodu. Musimy coś wymyślić!
Powtarzała to coraz częściej i Niedojda zdążył się przyzwyczaić do jej utyskiwań.
– Widzę, że się zmieniłaś, nie jestem ślepy, ale popatrz na mnie, czy zauważyłaś, że ja też mam problem, bo obrastam w tłuszcz? Czy myślisz, że można coś zrobić, żeby ci pomóc? Co możemy wymyślić?
– Może nasz sąsiad Czary-Mary weźmie od nas kozy, a da nam w zamian ul. Postawimy go za domem, a pszczoły będą nam robiły miód. Miód jest bardzo zdrowy, no i możemy go dobrze sprzedać. Sam widzisz, że nie potrafimy paść kóz, po co więc się męczyć?
– No, no! Nieźle to wymyśliłaś. Przecież wszyscy mówią, że miód jest lepszy od mleka – ucieszył się Niedojda. Wysłał żonę do sąsiada, by dobiła z nim targu. Sąsiad chętnie przystał na propozycję, gdyż od razu dostrzegł w niej zysk dla siebie. Dał Niedorajdzie jeden ul, który zaraz z Niedojdą ustawili za domem. Pszczoły regularnie dostarczały im miodu. Napełniali nim dużą tykwę i nieśli na targ.
Życie stało się łatwiejsze. Niedojda kładł się spać jak zwykle wieczorem i spał aż do południa. Powtarzał przy tym, że ranne wstawanie przeszkadza szczęściu i powoduje kurzą ślepotę.
Pewnego dnia obudził się, jak to miał w zwyczaju, gdy słońce było wysoko na niebie. Otworzył leniwie oko i ujrzał żonę dźwigającą tykwę. Zaczerpnęła z niej miodu i zabrała się do przygotowywania napoju. "A więc to tym raczymy się codziennie" – zrozumiał Niedojda i dotarło do niego, że tak mało miodu sprzedają, bo go codziennie zjadają. Złość zajęła natychmiast miejsce senności.
– Wy, kobiety, nic nie rozumiecie i tylko szkody wyrządzacie, zamiast pomyśleć, co można zrobić, żeby było lepiej! Popatrz na tykwę, niewiele w niej zostało. Zanim miód się skończy, trzeba go szybko sprzedać, kupić kurę i koguta. Będziemy mieli jajka, a z czasem także pisklęta.
Niedorajda zastanowiła się.
– Skoro tak, trzeba znaleźć chłopca, który zająłby się pojeniem i karmieniem kur. Ja tego robić nie będę!
– W istocie, hodowla kur to okrutnie męczące zajęcie. Ale dzisiejsza młodzież ma w głowie tylko figle, jest leniwa. Przypuśćmy, że znajdziesz chłopca, a on nie będzie się przykładał do pracy, tylko myślał o zabawie...
– Niechby tylko spróbował. Jak wezmę kij... – to mówiąc, chwyciła niskie drzewo – jak mu przyłożę raz a dobrze po głowie!
I powaliła drzewko na kalebasę, która pękła, a miód wyciekł. Niedojda był coraz bardziej zły.
– Cóż za pech mnie prześladuje! Jak tego biedaka, któremu ukradziono jedyny snopek zboża! Teraz nie będziemy mogli kupić kur ani wynająć chłopca do pracy. Cały nasz majątek płynie sobie po ziemi! Nie wytrzymam już dłużej! Widzisz przecież, że kawałek kalebasy jeszcze się zachował, pospiesz się, pozbieraj wszystko z ziemi, dopóki nie zaschło. I strzeż się mojego gniewu, jeśli głód mnie zbudzi w nocy.
Niedorajda zabrała się do pracy, a co zebrała – wkładała do naczynia. Widząc jej pracę, można by rzec, że gotowa była wylizać ziemię, byle tylko zadowolić męża i nie ściągnąć na swą głowę jego gniewu.
– Co się odwlecze, to nie ucieczce – zagadywała męża. – Słyszałam kiedyś taką historię: żółwia zaproszono na wesele, ale szedł tak wolno, że dotarł tam po wielu miesiącach. Właśnie tego dnia odbywało się święto nadania imienia dziecku, które przyszło na świat w rok po ślubie. Gdy mu to powiedziano, żółw odrzekł flegmatycznie:
– Nic nie szkodzi, pośpiech rodzi zwłokę.
Niedojda siedział tymczasem na łóżku, a żona piła miód i raczyła go tą bezsensowną paplaniną.
– Co ty wygadujesz? Rąk i nóg ta twoja gadanina nie ma. Powinnaś robić tak, żeby ci się zawsze udawało. Spójrz, jakich strat narobiłaś mi swoim niedorajdztwem, nawet dwóch kur nie możesz sama hodować, tylko zachciewa ci się chłopca, ty bezużyteczna, dziuraworęka kobieto!
– To ty jesteś bezużyteczny! – zaperzyła się Niedorajda. – Kładziesz się o zmierzchu, a przed południem ani myślisz wygrzebać się z łóżka.
– I to ty, Niedorajdo, śmiesz rzucać na mnie obelgi? Ty niecna istoto! Poganka16 jedna!
– Ty jesteś poganinem, nie ja. Gdybyś był prawym człowiekiem, raczej zabiłbyś mnie niż tak poniżał.
Tego było już za wiele. Niedojda stracił panowanie nad sobą, podniósł się i jednym skokiem był przy żonie. Rozgorzała bójka na całego. Tłukli się i tłukli, a może tłuką się aż po dziś dzień, gdyż żadne z nich nie chce ustąpić.
– To rzeczywiście zabawne! – roześmiał się Musa, gdy Aku zakończył opowieść o Niedojdzie i jego żonie Niedorajdzie. – A cóż to za historia, o której wspominałeś wcześniej? Co przytrafiło się owemu wieśniakowi, który znalazł się w mieście?
– A, to także bardzo ciekawa historia – odparł Aku i rozpoczął kolejną opowieść...
16 W kulturze Hausa określenie "poganka" (lub "poganin") jest epitetem obraźliwym. Wskazuje na osobę niespełniającą norm wyznaczonych przez islam, ale jednocześnie porównuje tę osobę z niezislamizowanymi Hausa (Maguzawa), którzy sytuowani są niżej w hierarchii społecznej i nie integrują się z muzułmańską społecznością.
Jak chłopcy z miasta zakpili z wieśniaka
Pewnego dnia kilku chłopców siedziało na poboczu drogi prowadzącej do miasta i obserwowało kręcących się po niej ludzi. Nie minęło wiele czasu, gdy uwagę ich przykuł wieśniak, który ciągnął za sobą na powrozie osła. Wieśniak udawał się na targ, gdzie zamierzał sprzedać osła, nieznośnego uparciucha. Parę kroków przed nim popisywał się tancerz, który również podążał na targowisko, by tam zarobić zabawianiem ludzi. Otaczał go kolorowy i roześmiany tłum. Jego podskokom towarzyszyła gra na bębnach, a tancerz, dodatkowo rzucając wysoko w górę dużą motykę i zręcznie ją chwytając raz prawą, raz lewą ręką, wzbudzał co chwila ogólny zachwyt.
Chłopcy z rozbawieniem śledzili wieśniaka, który z szeroko rozdziawioną buzią gapił się na tancerza. Zwłaszcza popisy kuglarskie tak go pochłonęły, że zupełnie zapomniał o swoim zwierzęciu. Naraz jeden z chłopców odezwał się:
– Możecie mi nie wierzyć, ale jeśli tylko zechcę, to na oczach wszystkich ludzi zabiorę osła temu głupcowi.
– Skoro jesteś tak zuchwały, to powiedz, jak chcesz tego dokonać? – zaciekawili się pozostali. – Przecież nie możesz go teraz, ot tak po prostu, napaść. Co innego nocą, ale za dnia? Będziesz oskarżony o kradzież!
Na to ów chłopiec podniósł się bez słowa i ruszył w ślad za wieśniakiem, a jego koledzy, bezszelestnie, podążyli za nimi. Chłopiec zbliżył się do osła, zdjął z jego szyi powróz i zawiązał na swojej. Wtedy towarzyszący mu koledzy przejęli zwierzę i poprowadzili je w przeciwnym kierunku. Wieśniak, czując napięty powróz, człapał prosto przed siebie zapatrzony w popisy tancerza.
Gdy chłopiec upewnił się, że kompani już zniknęli ze zdobyczą w jakimś zaułku, przystanął i mocno zaparł się nogami. Wieśniak szarpnął powrozem raz, drugi i trzeci, ale nadal nie odrywał oczu od tanecznych popisów. Obawiał się, że jeśli obejrzy się za siebie, to akurat wtedy tancerz pokaże coś zadziwiającego i on tego nie zobaczy. Szarpał więc powrozem coraz częściej i coraz mocniej. Gdy jednak zorientował się, że ten na powrozie nie chce iść – odwrócił się, aby kijem popędzić uparte stworzenie. I wtedy, ku swemu ogromnemu zaskoczeniu, zamiast osła ujrzał młodego człowieka.
– A to co?! – wykrzyknął, nie wierząc własnym oczom. Chłopiec na to odpowiedział:
– To ja, twój osioł. Posłuchaj mej opowieści, gdyż, zapewniam cię, jest ona zadziwiająca. Ja wcale nie urodziłem się osłem. Na początku byłem człowiekiem, tak jak ty, i mieszkałem z matką. No i pewnego razu młodzieńcza lekkomyślność przewróciła mi w głowie: upiłem się piwem i w takim stanie wróciłem do domu. Matka zwróciła mi uwagę, ale nie był to poryw gniewu. Wiesz – i tu ciężko westchnął – gdy ktoś się upije, to traci rozum. Zelżyłem ją. Matka uniosła głowę i spojrzała na mnie mówiąc: "Obrażasz mnie? Czyżby Allah zesłał nam takie czasy, w których dzieci lżą swoich rodziców?". A ja, jak każdy oszołomiony piwem, odrzekłem jej: "Obraziłem cię? A kimże to ty jesteś, że nie wolno mi tego robić?". Ona wtedy złapała się za głowę i, zanosząc się od płaczu, błagała Allaha, by zamienił mnie w osła. Właśnie od tamtej pory byłem osłem, a Allah sprawił, iż dostałem się w twe ręce. Dziś, tak na to wygląda, matka mi przebaczyła, i jak widzisz, znowu stałem się człowiekiem.
Wieśniak wzruszył się do głębi serca historią chłopca, którego teraz widział z zaciśniętym na szyi powrozem.
– Na Allaha! – rzekł. – Zawsze bądź posłuszny rodzicom. Nie dopuszczaj do tego, żeby młodość i beztroska owładnęły twym rozumem. Bądź przykładem dla innych. Jesteś urodziwym młodzieńcem, ale twe serce jest przepełnione złem.
Chłopiec, jak na muzułmanina przystało, wysłuchał morałów wieśniaka ze skruszoną miną. Gdy ten zamilkł, chłopak stwierdził:
– Chyba rzeczywiście posłucham twoich rad.
Ale gdy tylko wieśniak zaczął rozwiązywać powróz i przestał na niego patrzeć, ten wykrzywił twarz w przedrzeźniającym grymasie. Uwolniony, szybko zniknął w tłumie. Wkrótce dołączył do kompanów i razem ukryli osła w bezpiecznym miejscu. Uwiązali go i chcieli poczekać do następnego dnia targowego, aby go sprzedać.
Natomiast wieśniak, skoro nie miał już po co iść na jarmark, wrócił do domu i opowiedział żonie o dziwnej przygodzie, jaka go spotkała. Serca obydwojga przepełniła litość i współczucie dla owego chłopca. Poczuli się winni, bo traktowali go jak juczne zwierzę. Ale skąd mogli wiedzieć, że był on istotą ludzką?
Słońce kilkakrotnie wschodziło i zachodziło, i w kolejny dzień targowy chłopcy zaciągnęli osła na jarmark, by go sprzedać i uzyskać w ten sposób pieniądze na hulanki.
Zrządzeniem losu wieśniak także przybył na targ. Chciał kupić nowego osła, a raczej oślicę, bo to właśnie z tego powodu pragnął sprzedać swego osła parę dni wcześniej. A na targu, pierwszą rzeczą, jaka wpadła mu w oko, był jego własny osioł! Podszedł bliżej, dokładnie go obejrzał i głośno cmoknął.
– Bądź potępiony przez Allaha! Więc wszystkie moje nauki poszły na marne! Nie posłuchałeś mnie! Rozumny człowiek nigdy nie traci rozsądku. A wy, młodzi, popijacie sobie i narażacie uczciwych ludzi na straty! Zapomniałeś już, jak ciężko u mnie pracowałeś? Nic nie zmądrzałeś, nie poprawiłeś się i pewnie znowu zacząłeś pić. Tak, tak, poznaję cię – podkreślił. – Znajdź sobie innego naiwnego gospodarza, ja już nie dam się nabrać. – Zgromił go spojrzeniem i odszedł.
– Zaprawdę, tylko wieśniaka mógł zadowolić taki koniec tej historii! – zakrzyknął Musa, ale Aku pospiesznie zaoponował:
– A skąd wiesz, że to już cała opowieść o tym naiwniaku?! Posłuchaj tylko, co było dalej...
Wieśniak nie miał tego dnia udanych zakupów na targu. Nie wypatrzył oślicy, którą chciałby kupić, wracał więc do domu z niczym, po drodze przeklinając wszystkich lekkoduchów.
Trochę więcej szczęścia mieli chłopcy sprzedający osła, choć i oni musieli spędzić na targu cały dzień i dopiero pod wieczór utargowali odpowiadającą im cenę i pozbyli się osła.
Minął tydzień i w mieście znowu odbywał się targ. Wieśniak udał się tam ponownie w celu kupienia oślicy. Po drodze mijał posiadłość zarządcy miasta. I właśnie wtedy dostrzegł chłopca, którego już kiedyś spotkał, zamienionego ponownie w osła. Wieśniak nie miał wątpliwości, że to ten sam młodzian, i aż zatrząsł się z gniewu. "No nie! Nie pozwolę, żebym ponosił straty przez tego nicponia!" – rzekł do siebie, a do chłopca zawołał:
– Więc to tak?! Znów jesteś człowiekiem!
Chłopak starał się nie zwracać na niego uwagi, a wtedy rozwścieczony wieśniak podszedł do niego, chwycił mocno za ręce, nałożył mu na głowę uzdę i oświadczył, iż go dosiądzie i pojedzie na nim handlować ziarnem. Z początku chłopak wziął to za żart, ale wieśniak rzeczywiście usadowił się na jego grzbiecie. I mimo że chłopiec był zwinniejszy, to brakowało mu siły i wszelkie próby zrzucenia wieśniaka na ziemię spełzały na niczym. W oka mgnieniu zbiegli się ludzie, przyciągnięci tak zabawnym widokiem i ciekawi wyroku Allaha w tym sporze. Wieśniak ignorował ich obecność i cmokał na chłopca, ściskał udami jego boki, dźgał go piętami pod żebra i, na dodatek, popędzał go batem, zupełnie tak, jakby dosiadał prawdziwego osła. Chłopak dość szybko zrozumiał, że nie da rady się uwolnić i padł bez tchu na ziemię. Wieśniak obił go jeszcze parokrotnie batem i pozwolił wstać.
– Odpocznij. Potem zaprowadzę cię do mnie – rzekł. – U mnie dobrze będziesz się sprawował. Nie chcę ponosić strat. Piłeś i lżyłeś matkę, ona zamieniła cię w osła, a ja, nie wiedząc o tym, kupiłem cię. Ona ci potem wybaczyła i powróciłeś do ludzkiej postaci. Puściłem cię wolno i straciłem na tym. Tydzień temu – ciągnął dalej wzburzony – gdy przyszedłem na targ, okazało się, że ponownie coś przeskrobałeś, bo matka znów zamieniła cię w to uparte stworzenie. I oto dziś widzę, iż ona wybaczyła ci kolejny raz. Czyli ten, kto kupił cię w zeszłym tygodniu jako osła i uwolnił jako człowieka, tak jak ja naraził się na stratę.
I tu wieśniak popatrzył na zgromadzonych wokół nich ludzi i wykrzyknął:
– Na Allaha! Ludzie, powiedzcie sami, czy mam rację?! Przecież to jawne zakłamanie, jak w popisach hieny, za które nagrodę zbiera jej przeciwnik17. Nikt i nic mi nie zabroni, bym jeżdżąc teraz na nim handlował ziarnem, chyba że się wykupi! – I zaczął uderzać chłopca batem, by wstał i poszedł za nim do wsi.
W tym właśnie momencie zjawił się strażnik, który zabrał ich obydwu do sędziego. Wieśniak opowiedział całą historię od samego początku, nie pomijając niczego, a chłopiec wszystkiemu zaprzeczył. Parokrotnie powtarzał, że widzi wieśniaka pierwszy raz w życiu. Sędzia jednak dobrze znał naturę takich jak on miejskich nicponi, więc rozkazał strażnikom, aby zmusili go do prawdomówności. A gdy ci energicznie go chwycili, chłopiec poczuł, jak gorąca fala strachu zalewa jego ciało i zawołał:
– Na Allaha, poczekajcie!
Strażnicy istotnie zatrzymali się. Trochę się ociągając, winowajca tym razem potwierdził słowa wieśniaka.
Sędzia rozkazał chłopcu zapłacić wieśniakowi równowartość osła, ustalając cenę taką, za jaką ten go kupił. I jak to często bywa ze złodziejami, chłopiec poniósł stratę, gdyż musiał zapłacić cenę wyższą niż ta, za którą sprzedał osła w minionym tygodniu. Sędzia zawyrokował też, by go uwięziono. Natomiast wieśniak, gdy tylko dostał pieniądze, odszedł wolno w swoją stronę.
Ale wieśniak jest tylko wieśniakiem. Nawet na myśl mu nie przyszło, że chłopiec po prostu ukradł jego zwierzę i do tej pory wierzy, iż ten naprawdę zamieniał się w osła.
Znów zaczęło świtać. Dworzanie i strażnicy obudzili się. I tym razem Musa musiał przeczekać do wieczora. Gdy nastała noc, zjawił się u Aku.
– Przyszedłem pożegnać się z tobą – oznajmił stanowczo. – Nie będę dłużej słuchać twojej gadaniny.
– Gdybyś słuchał uważnie – odparła urażona papuga – nie mówiłbyś, że to próżne gadanie. Albowiem w tych opowieściach kryje się wielka mądrość, której tajemnice są niezgłębione. Pamiętaj, że to z woli Allaha rodzą się nasze opowieści, a ludziom nie wolno lekkomyślnie ich krytykować. Jeśli mi nadal nie wierzysz, to wysłuchaj jeszcze tylko tej oto historii...
17 Użyte tu przysłowie Kura da shan bugu, gar?i da kar?e kaya (dosł. "Hiena została pobita, a jej pogromca dostał nagrodę") nawiązuje do tradycyjnych popisów sprawnościowych z udziałem dzikich zwierząt, w których tresowane hieny, małpy i węże zapewniają rozrywkę.
O papudze i żonie jej pana
Pewien bogaty kupiec często opuszczał dom, by przemierzać szlaki handlowe. Wyprawa z towarem trwała nieraz kilka dni. Żona zostawała wówczas w domu sama. Nie spędzała jednak czasu bezczynnie w oczekiwaniu na powrót męża. Miała wprawdzie do towarzystwa papugę, ale gdy tylko mąż opuszczał domostwo, ona także wychodziła. Wracała zanim mąż pojawił się w domu, więc jej zachowanie nie wzbudzało żadnych podejrzeń. Nikt nie śmiał powiedzieć mężowi o wyprawach jego żony w czasie, gdy jego nie ma w domu. Służba, która najlepiej wszystko wiedziała, bała się cokolwiek powiedzieć panu w obawie, że nie uniknie za to srogiej zemsty pani. Takie sprawy trudno jednak ukryć.
Ktoś w końcu doniósł kupcowi, że jego żona znika z domu, gdy on zajmuje się handlem. Kupiec rozgniewał się srodze. Wezwał żonę. Najpierw przypomniał jej, jakie jest miejsce żony przy mężu, a potem wziął kij i tym kijem wymierzył karę za złe zachowanie.
Żona spakowała swoje rzeczy i wróciła do rodzinnego domu. Po jakimś czasie mąż jej przebaczył i zabrał z powrotem do siebie. Wyglądało na to, że wszystko skończyło się pomyślnie, ale kobietę dręczyło pytanie, kto doniósł mężowi, że ona wychodzi sama z domu. "To na pewno papuga" – ustaliła po namyśle. A że kobieta zdrady nie przebacza, postanowiła zemścić się. Odczekała kilka dni i gdy mąż wyszedł z domu na dłużej, złapała papugę, oskubała ją z piórek i wyrzuciła przez okno.
– Nie będziesz mi tu więcej donosić! – krzyknęła jeszcze za nią.
Kupiec wrócił do domu i dowiedział się od żony, że kot zjadł papugę. Nie dał jednak wiary tym słowom, pomyślał raczej, że to kolejne kłamstwo żony. Tym razem zezłościł się jeszcze bardziej i zbił żonę bezlitośnie, tak że ledwie w niej życie zostało, a na koniec wypędził z domu.
Poszła biedaczka w kierunku cmentarza, usiadła przy pierwszej mogile i zalała się łzami. A był to ten sam cmentarz, na którym schroniła się także wyrzucona papuga. Gdy papuga rozpoznała swą panią, odezwała się do niej z ukrycia:
– Przestań płakać, na pewno wrócisz jeszcze do domu. Musisz tylko wysłuchać mnie i podporządkować się woli Allaha. Zrób, co ci teraz powiem. Pójdź do swojej rodziny, każ zgolić sobie włosy na łyso, a potem wróć tu do mnie.
Kobieta rozejrzała się dokoła, ale nikogo w pobliżu nie było. Pomyślała, że to duch zmarłego tak do niej mówi. Nie namyślając się długo, wróciła do rodzinnego domu i kazała sobie ściąć wszystkie włosy z głowy. Następnego dnia o świcie pospieszyła na cmentarz. Wyglądała jak mężczyzna. Przyszła do tego samego grobu, przy którym siedziała poprzedniego dnia. Pochyliła się i cicho powiedziała:
– Jestem już. Zrobiłam, co mi kazałeś.
Wtedy usłyszała z grobu:
– Domyślasz się pewnie, dlaczego kazałem ci ściąć włosy. To za krzywdę ptaka, którego oskubałaś z piórek i wyrzuciłaś jak niepotrzebny mebel. Ten ptak jest niewinny, niesłusznie go oskarżyłaś i ukarałaś, niemalże pozbawiając życia. Teraz masz szansę zmazać ten grzech. Papuga, którą tak skrzywdziłaś, będzie żyć. Wróci do domu, tak jak i ty. Będziesz teraz o nią dbać. Musisz postarać się, by twój mąż przyjął jakiegoś chłopca, który będzie opiekował się nią na stałe. Niech nigdy nie braknie jej wody ani cukru. Dopilnuj jeszcze, by dzieci przestały się z nią drażnić i obrzucać przezwiskami.
Kobieta powtarzała co chwilę: "Tak, rozumiem, zrobię to".
– I jeszcze jedno – powiedział głos z grobu. – Dziś jest dwunasty dzień miesiąca Safar18. Każdego roku w dwunastym dniu miesiąca Safar masz ścinać sobie włosy tak jak dzisiaj. Może w ten sposób będziesz pamiętała, jak wiele zawdzięczasz papudze. Allah patrzy na ciebie, lepiej mu się nie narażaj i dbaj o tego ptaka, jak ci nakazuję. Jeśli kiedyś zapomnisz ściąć sobie włosy w wyznaczonym dniu, nie doczekasz już żywa końca roku.
Po krótkiej przerwie, głos mówił dalej:
– Wiesz już wszystko. Wracaj teraz do domu i niech Allah ma cię w swojej opiece. Zachowuj się zwyczajnie, jakby nic się nie stało. Bądź przy tym dobra dla swojego męża, zgadzaj się z nim w słowach i czynach. Może się jeszcze kiedyś spotkamy.
Kobieta podniosła się i ruszyła w stronę domu. Wcześniej przybyła tam już papuga. Stanęła przed kupcem i zapytała:
– Poznajesz mnie?
Kupiec spojrzał na oskubaną papugę i powiedział, że jej nigdy przedtem nie widział.
– Nie widziałeś mnie? – zdziwiła się papuga. – Jestem twoją papugą, którą zjadł kot.
– Gdyby cię zjadł kot, nie przyszłabyś tu do mnie.
– Ależ ja jestem twoją papugą! Wyszłam z kota, żeby ci powiedzieć, że wszystko, co żona mówiła o mnie i kocie jest prawdą. Nie karz jej za kłamstwo. A jeśli mnie choć trochę lubiłeś, pozwól zostać u siebie. Piórka mi odrosną i będę taka jak dawniej.
Milczenie kupca było oznaką zgody. Papuga pokiwała głową i przez chwilę także siedziała cicho, ale wkrótce odezwała się znowu:
– Widzę, mój panie, że jesteś smutny. Wiem, co masz zrobić, aby wróciła ci radość życia. Powiem ci, ale musisz spełnić jeden warunek. Będziesz szczęśliwy, jeśli przebaczysz swojej żonie. Nie tylko jej nie ukarzesz za to, co zrobiła, ale jeszcze zaczniesz ją traktować lepiej niż przedtem. To wystarczy, abyście byli szczęśliwi.
Kupiec się zamyślił. Wziął sobie do serca słowa papugi i gdy nadeszła żona, błagał ją o przebaczenie. Od tej pory spokój i radość zapanowały w ich domu. A o żonie kupca mówiono, że nie ma lepszej i wierniejszej w całej okolicy.
Kiedy opowieść Aku dobiegła końca, Musa chciał odejść, ale papuga zatrzymała go jeszcze:
– Na Allaha, widzę, że chciałbyś mnie opuścić. Spiesz się zatem, chłopcze. Nigdy jednak nie wiadomo, co komu przeznaczone. Ot, choćby takiemu władcy krainy Zairana...
Musa zaciekawiony zapytał:
– Zairana? A gdzie to jest? Co się stało z tym władcą?
– Na Allaha, nie znasz tej historii?!
I Aku zaczął opowiadać...
18 Safar – drugi miesiąc w kalendarzu muzułmańskim.