Gdzie diabeł mówił dobranoc
Jeszcze w połowie XIX wieku Zakopane było niewielką osadą, w której diabeł mówił dobranoc. Mało kto spośród ludzi z wyższych sfer zapuszczał się w te rejony. I trudno się dziwić, skoro nie było tu pensjonatów, żadnych światowych rozrywek, a podróż z Krakowa rozklekotaną furką trwała półtora dnia. Tak naprawdę na początku brakowało w Zakopanem wszystkiego - poza deszczem, wiatrem halnym i Tatrami. Czasem pojawiali się jacyś "ludzie naukowi" (ornitolodzy, geolodzy, botanicy) czy szaleni "lubownicy Tatr", gotowi spać w zapchlonej karczmie, a bywało, że z braku miejsca - na podłodze wyścielonej słomą. Ale to wymagało wyrzeczeń, więc ich liczba nie była wielka. W dodatku Podhale uchodziło za siedlisko zbójników, ludzi porywczych i skorych do bitki, których prawdziwą namiętnością było kłusownictwo, zwane też czasem "tajnym myślistwem".
Lekarz Teodor Tripplin w opisie swojej podróży z 1848 roku podaje, że przez długi czas szukał sposobności zobaczenia na własne oczy cudu, jakim miały być Tatry (zwane wtedy częściej Karpatami). Niestety, pomimo najszczerszych chęci nie był w stanie znaleźć w Krakowie nikogo chętnego do wspólnego wyjazdu, bo studenci "[...] Uniwersytetu Jagiellońskiego rzadko kiedy, albo nawet nigdy, nie puszczali się w góry Karpackie, zamieszkałe, według przesądu powszechnego, a najniesłuszniejszego, przez samych rabusiów i rozbójników"[1].
Obawy kolegów Tripplina, dotyczące napadów na drogach w tym czasie, były mocno przesadzone, ponieważ władze austriackie zaniepokojone skalą rozbojów sprowadziły w latach 1805-1817 wojsko i ustanowiły sądy wojenne. Zastosowano także prastarą instytucję wyjęcia spod prawa, zgodnie z którą każdy mógł zabić bezkarnie tego, kto był nią dotknięty[2]. A że zbójnik nie zawsze grabił bogatych i z miejscową ludnością nieraz miał na pieńku, znaleźli się wśród niej żądni zemsty. W konsekwencji "zgraje" zostały wyłapane i powywieszane, "wróciło bezpieczeństwo zupełne [...] i nikogo z podróżnych więcej nie niepokojono". Potwierdza to Maria Steczkowska w książce z 1858 roku, informując, że "hultajstwo" pod Tatrami zostało wytępione. "Dzisiaj złodziejstwo nieznane w Zakopanem; na noc nawet nie zamykają domów [...], a nigdy nie słychać o kradzieży"[3]. Tak więc w latach pięćdziesiątych XIX wieku zbójnictwo było już raczej historią (nie licząc pojedynczych epizodów).
Nie zmienia to faktu, że fama o procederze trwała w opowieściach i pieśniach. Co więcej, wspomnienie było żywe w pamięci górali, z których niejeden miał na sumieniu "chodzenie na zbój". A który? To już była ich wewnętrzna sprawa.
Wojciech Kossak wspomina, że bohaterem na Podhalu nie był ani Tadeusz Kościuszko, ani książę Józef Poniatowski, których nawet tu nie znano, ale słowacki zbój Janosik i inni do niego podobni[4]. Gdy w pozostałej części kraju na ścianach wieszano portrety bohaterów narodowych, w góralskiej chacie na domowników ze ściany spoglądał niezdarnie namalowany na szkle Janosik z towarzyszami. Tworzono o nim i jego gromadzie legendy, opowiadano o jego odwadze i o tym, jak grabił bogatych, by obdarowywać biednych. To ostatnie, niestety, nie zawsze było prawdą, ale legenda rządzi się własnymi prawami i ma to do siebie, że lubi upiększać rzeczywistość.
Kiedy w pozostałej części kraju artyści opisywali romantyczną śmierć bohaterów na polach walk, na barykadach czy w powstaniach, "porządny" góral - jeżeli już - fantazjował o śmierci na szubienicy, takiej jaka spotykała rabusiów. O egzekucji, przed którą zawadiacko palono fajkę, patrząc w kierunku ukochanych Tatr, żartowano z katem jak gdyby nigdy nic, po czym odchodzono z tego świata bez zmrużenia oka, z pogardą dla życia. Opowiadało się o takiej śmierci, dzięki której można było przetrwać w pamięci następnych pokoleń opisujących w legendach odwagę. "Chłopu zywot końcyć w pościeli to niehonorno rzec" - mawiał gawędziarz Sabała.
Zawadiacki stosunek do spraw ostatecznych nieraz znajdował wyraz w śpiewkach.
Ej, kiedy mnie złapią, to ja będę wisiał,
Na szczycie jodełki będę się kołysał!
Ej, obróć mnie, mistrzu, oczkami ku drodze,
Niech ja się napatrzę tej zbójeckiej "chodze"[5].
W przypadku górali można mówić o dwojakim podejściu do zbójnictwa. Po pierwsze o tym romantycznym, znajdującym odzwierciedlenie w sztuce i opowieściach, opisanym powyżej, po drugie o stosunku pragmatycznym. Jeśli w późniejszym okresie po wsiach ktokolwiek grasował i kradł, to raczej zwykli rabusie i hultaje, których z rozpędu nazywano zbójnikami i z którymi nie obchodzono się bynajmniej romantycznie: chwytano ich na własną rękę, przeprowadzano śledztwa połączone z torturami, tak by odzyskać skradzione przedmioty, a następnie karano domowym (czytaj: okrutnym) sposobem. Kto by tam "wałęsał się po sądach" i przedstawicielom Temidy z Nowego Targu zawracał głowę lokalnymi sprawami? Zatem czym innym było opowiadanie letnikom czy dzieciom o zbójnikach z dawnych lat, śpiewanie o nich, a czym innym przyłapanie nocą w komorze złodzieja ze skradzioną słoniną w ręku. Inaczej nieco postępowano w poważnych przypadkach: na pojmanym sprawcy wymuszano przyznanie się do winy, dokonywano samosądu, po czym dopiero wtedy posyłano po stróżów prawa, by dokończyli dzieła.
Oto jak lokalne samosądy opisuje w 1827 roku Franciszek Klein (zarządca huty w Dolinie Kościeliskiej, a następnie leśniczy w Bukowinie Tatrzańskiej): "Pięcioletniego chłopca oddają starszemu pasterzowi owiec do pomocy w pasaniu. Uczy się on od tego starszego śpiewać małe, krótkie piosenki, mające związek z kradzieżą, a tak przyrodzony pociąg do złodziejstwa jeszcze się podnieca i pobudza. Taki mały złodziej góralczyk zaczyna od nożów, fajek, nie zaniecha żadnej sposobności, byle coś ukraść. Kradną się nawzajem, jeżeli jednak złapią kogoś na kradzieży, to biją go bez litości kawałkiem drzewa, kopią nogami i targają za włosy tak długo, aż nie daje znaku życia. Wtedy pilnują go, jeżeli jednak okładany w ten sposób nie wstanie sam w jakie pół godziny, podnoszą go, stawiają na nogi i przemocą prowadzą do wójta [...]"[6].
Samosądów dokonywano nie tylko na rabusiach. Michał Bałucki w 1865 roku opisał historię gospodarza Szymona, który zabił żonę, a następnie upozorował samobójstwo. Niestety, powiesił ją na zbyt wiotkiej gałęzi - trupa odnaleziono w pozycji klęczącej i zaczęto mieć podejrzenia, czy aby na pewno kobieta sama odebrała sobie życie. Na miejscu zdarzenia Bałucki zastał taką oto scenę: "Wśród ludzi miotających przekleństwa i obelgi siedział przywiązany do drzewa Szymon, zbity, pokrwawiony i pokaleczony - oczami dziko, błędnie rzucał dokoła, a usta miał z wściekłości spienione i odwracał się co chwila, by nie widzieć sinego trupa, co klęczał przed nim zaczepiony na brzozie"[7].
Trzy noce i trzy dni sprawca spędził przymocowany sznurem do pnia naprzeciwko swojej ofiary, aż w końcu do wsi przyjechał sędzia.
Jeszcze w 1846 roku górale z Zakopanego nie mieli ani kościoła, ani cmentarza, ani szkoły; zaledwie dwie osoby z całej osady umiały czytać[8]. Byli na wpół cywilizowanym ludem pasterskim. Pierwszy kościół wybudowano dopiero w 1847 roku, w stylu typowym dla zapadłych wioseczek, gdzie o bryle świątyni decydowali ksiądz, cieśla i przypadek. Zbudowany z drewna stoi do dziś obok cmentarza na Pęksowym Brzyzku i stanowi obowiązkowy punkt programu turystycznego. Dopóki go nie postawiono, korzystano z odległych kościołów w Chochołowie i Poroninie. Nie ma się zatem co dziwić, że zajęty doczesnością góral zachodził przed oblicze Pana rzadko, zdarzało się, że zaledwie raz czy dwa razy do roku. No ale przecież nie można się Panu Bogu naprzykrzać, jak twierdził niejeden. Mało który zakopiańczyk potrafił uczciwie, to jest bez błędów, odmówić Ojcze nasz.
Nie lepiej było w przypadku pieśni kościelnych. Kazimierz Przerwa-Tetmajer wspomina, że w jednej z okolicznych wsi, bodaj w Chochołowie, miejscowy proboszcz zapragnął nauczyć wiernych śpiewania po łacinie Stabat Mater. Skutek był taki, że po pewnym czasie zamiast: "Stabat Mater dolorósa iuxta crucem lacrimósa", wierni śpiewali, przekręcając słowa na wszystkie strony: "Statyr matyr deleruze, wiśta kluce laceruze"[9].
Na taki oto grunt trafił w 1847 roku, niczym misjonarz, Józef Stolarczyk, który miał zostać proboszczem i jednocześnie pasterzem zbłąkanych podhalańskich owieczek. Łatwo nie było. W innych częściach kraju chłopi ściągali czapki przed księdzem, kłaniali się mu nisko, całowali po rękach. Tymczasem przywykły do wolności góral z Zakopanego na duchownego spoglądał z ukosa. Nietknięty pańszczyzną niczego nie brał za dogmat, wszystko musiał przeanalizować ze swoim filozoficznym zacięciem i zinterpretować tak, jak było mu wygodnie. No bo skoro Bóg jest wszędzie, równie dobrze można pójść do lasu, by z nim porozmawiać, zamiast siedzieć w kościele. "Jakiegoś mie Panie Boże stwozył, takiego mie mos" - szemrał pod nosem niejeden gazda.
Pierwszy kościół w Zakopanem pw. św. Klemensa, później Matki Boskiej Częstochowskiej, stojący do dziś przy ul. Kościeliskiej (1860)
Fot. Melecjusz Dutkiewicz/Muzeum Tatrzańskie im. dra Tytusa Chałubińskiego w Zakopanem
W konsekwencji narzekał na panujące stosunki ksiądz Józef Stolarczyk w kronice parafialnej: "[...] rozpatrzywszy się wszystkiemu powoli, ujrzałem się w bardzo przykrym położeniu. Pleban - bez plebanii, bez kościoła, bez inwentarza, zgoła bez wszystkiego; do tego lud na [w]pół dziki, chytry i chciwy, którzy zbiegali się koło mnie, aby coś zyskać, nie z nauki, ale z grosza, a ja byłem bez grajcara"[10].
Po nabożeństwie ściągano sprzed ołtarza lampkę, by odpalić od niej fajkę. Jak pisał Stanisław Witkiewicz (ojciec Stanisława Ignacego, zwanego Witkacym), w sadle świstaka widziano tu więcej tajemnej mocy niż w mszach i koronkach. W rezultacie na początku ksiądz Stolarczyk, mimo braku funduszy, musiał odwdzięczać się wiernym za wizyty w kościele drobnymi pożyczkami, a za spowiedź wręczać im podarunki.
Francuski literat Wiktor Tissot po podróży do Zakopanego w 1880 roku wspomina, że gdy przed trzydziestu laty przybył tutaj proboszcz, miejscowa ludność była jeszcze "zupełnie dzika". "Ich nieczesane włosy zwieszały się w nieporządnych strączkach spod wysokich baranich czapek, koszula nie sięgała im niżej jak do połowy piersi, pozwalając widzieć brzuch goły, opasany szerokim skórzanym pasem, za którym tkwiły nóż i pistolet"[11].
Jedną z pierwszych decyzji księdza było założenie wiejskiej szkółki, co nastąpiło w 1848 roku; obowiązek nauczania powierzono organiście Janowi Sławińskiemu. Nie miała ona wiele wspólnego ze współczesnymi placówkami. Z uwagi na brak budynku dzieci gromadziły się najpierw w chałupie Katarzyny "po Janie Bachledzie, alias Tadówki", "dokąd i ja co dzień, tak dla dozoru, jak i udzielania Religii, uczęszczałem" - pisze ksiądz w kronice[12]. Potem w domu Macieja Szaflaka, jeszcze później w domu organisty. Andrzej Chramiec wspomina, że gdy w 1866 roku ojciec posłał go do jednoklasowej szkoły, nauczyciel miał zaledwie osiemnaście lat, co najlepiej świadczy o poziomie lokalnej edukacji[13].
Pomimo spartańskich warunków inicjatywa rozwijała się pomyślnie. Mieszkańcy Zakopanego docenili przedsięwzięcie i "w szkolnej nauce zasmakowali". Dzięki temu niejeden mógł patrzeć na innych w kościele z wyższością, że oto potrafi modlić się "na książce". Jak chwali się proboszcz w swoim życiorysie, "lud, co litery nie znał i gęby w kościele otworzyć nie umiał, prawie wszystek czytać umie, a śpiewem zachwyca przebywających tu latem gości. Lecz na to trzeba było dwadzieścia przeszło lat pracy"[14].
W kronice księdza można znaleźć opis ciekawego zdarzenia, które obrazuje, do jakiego stopnia wiara mieszała się we wsi z przesądami i zabobonem. W 1864 roku zastrzelił się z powodu "melancholii niejakiej" bogaty gospodarz Wojciech Walczak. Pochowano go na terenie cmentarza. Wzbudziło to oburzenie wśród mieszkańców, ponieważ stary, znany jeszcze w Polsce przedrozbiorowej zwyczaj nakazywał grzebać samobójców poza granicami poświęconej ziemi. Ten, kto samowolnie pozbawiał się daru danego przez Boga, nie zasługiwał na chrześcijański pochówek. Gdy zima się przedłużała, a potem ziemia nie wydawała plonów, nie miano wątpliwości, że przyczyną tego nieszczęścia było złamanie odwiecznych zwyczajów. Józef Stolarczyk pisze, że "wiele bardzo pracy mię kosztowało, nim mogłem tego nieszczęśliwego trupa od wykopania obronić"[15]. Juliusz Zborowski, który w 1911 roku dopytywał o tę sprawę, dowiedział się od górali, że wybuchł bunt przeciwko proboszczowi, a zwłoki samobójcy zaczęto już nawet wykopywać, by spalić je pod reglami. Ksiądz jednak postawił na szali cały swój autorytet i wygrał, choć długo nie chciano mu zapomnieć uporu[16].
Proboszcz w kazaniach prawił nie tylko o sprawach duchowych, ale także o sposobie ubierania się, przekonywał do porządku domowego i kąpieli. W dodatku "jegomość", jak go nazywano, oduczał pijaństwa, bijatyk i "hulanek karczemnych". A było kogo strofować, bo jak wspomina matka Heleny Roj-Kozłowskiej, "jak świat stary, tak pijaków nigdy nie brakowało". Gdyby nie gorzałka, ludzie nie mieliby się z czego spowiadać, o co procesować i nie zarobiłby "ani sędzia, ani adwokat, boby niepotrzebni byli"[17].
W kwestii trzeźwości proboszcz nie ograniczał się wyłącznie do kazań. W zbiorach Muzeum Tatrzańskiego w Zakopanem zachowała się książka wstrzemięźliwości z 1857 roku, prowadzona przez niego niemal do śmierci, w której umieszczał nazwiska osób ślubujących trzeźwość - z rozróżnieniem na te zobowiązujące się powstrzymywać od picia zupełnie i niezupełnie[18].
Pierwszy proboszcz Zakopanego ks. Józef Stolarczyk (ok. 1888)
Fot. Karol Dutkiewicz/Muzeum Tatrzańskie im. dra Tytusa Chałubińskiego w Zakopanem
Działalność edukacyjną prowadził ksiądz Stolarczyk bez przesady i popadania w skrajności. Mimo głoszonych nauk potrafił z przymrużeniem oka spojrzeć na przywary swoich wiernych. Tomasz Gadeja wspominał, jak to pewnego razu opił się i poszedł spać na plebanię do kuchni, czyli do najbardziej niefortunnego miejsca, jakie mógł wybrać. Jegomość okazał się na tyle wyrozumiały, że zakazał kucharkom przeszkadzać śpiącemu. Kiedy rano alkoholowy winowajca obudził się i "poobzieroł", gdzie jest, wstyd wziął go niemiłosierny. Nie potrafił sobie darować tego, co zrobił, choć proboszcz nigdy nie zwrócił mu z tego powodu uwagi[19].
Kazania były dla górali niczym uniwersytet ludowy. Dzięki nim poznawali świat, wszechświat i zbliżali się do cywilizacji. Gdy Stolarczyk wchodził na ambonę, pod jego zwalistą postacią skrzypiały schody. Kazalnica sięgała mu niewiele ponad kolana. Dla nadania powagi swoim słowom i lepszego odbioru lubił uderzać w nią dłonią, do czego musiał się schylać. Prawił prostym językiem, mówił jak chłop do chłopa, unikając barokowych ceregieli. "Nie chodźcie dzisiaj do karczmy, gdyż pijaństwo jest źródłem grzechu" - grzmiał do ludu, zwracając uwagę na to, że utworzył bractwo wstrzemięźliwości, a ci, którzy jeszcze nie wstąpili do niego, powinni przyjść i się zapisać.
Wielu spośród tych, którzy przyjeżdżali do Zakopanego, zauważało, że górale nie mają wielkiego pociągu do wódki. Nie oznaczało to, że żaden nie zachodził do karczmy i nie pocieszał się zaglądaniem do szklanki, jednak pijaństwo było tu mniej powszechne niż w innych regionach.
W innym kazaniu proboszcz pouczał, że sakramenty święte są jak leki, pigułki i krople od doktora. Gdy się już zdrowie chrześcijańskie popsuje, trzeba je nimi łatać. Sakramenty też poprawią, za pomocą łask boskich, stosunek wiernego do Boga zepsuty grzechami i będzie wierny jeszcze dzieckiem Chrystusowym, aby tylko godnie do nich przystępował[20].
Nie mniej interesująco brzmiała nauka o aniołku: "Aniołkiem stróżem to by ja za żadne skarby niebieskie nie był, bo to biedak daje człowiekowi do garści szczęście, pilnuje go wszędzie, żeby mu nie było źle, ale dobrze i miał zbawienie duszy, a on ci się ten człowiek nie odwdzięczy, ale ci jeszcze jęzor paskudny pokaże. Strasznie to biedna jest ta robota tego aniołka stróża. Kto go jednak ma i kocha, a słucha, szczęśliwy to człowiek na wieki"[21].
Nie bez znaczenia dla kształtowania się światopoglądu górali było odczytywanie w kościele cyrkularzy (okólników), czyli aktów prawnych, i ogłoszeń w sprawach lokalnych. W zbiorach archiwum Muzeum Tatrzańskiego zachowała się księga ogłoszeń parafialnych Józefa Stolarczyka[22]. Można w niej przeczytać, że oto w pierwszą niedzielę postu 1848 roku opublikowano okólnik "względem lenistwa ludu napominający ludzi do pracy". Za to w dziewiętnastą niedzielę 1851 roku ogłoszono o robakach, które lasy niszczą - aby na nie uważano i zaraz dawano znać. Pod rokiem 1852 znalazła się odezwa do nowożeńców, "żeby [...] w piątek i w sobotę rano na pacierze przychodzili i nigdy sami, ale zawsze mieli świadka starszego od siebie, jak pacierze odmawiają". W 1860 roku pojawiło się napomnienie, aby rodzice jednak dzieci do szkoły posyłali i złożyli się na nauczyciela, bo ten "żyć nie ma z czego".
Ksiądz proboszcz gazdował w swojej parafii pełną gębą, przekonywał górali do przyjmowania letników i pomagał w nawiązywaniu kontaktów. Prowadził korespondencję z chętnymi do przyjazdu, wynajdywał dla nich chałupy i przewodników. Wszystko to dawało góralom zarobek i ratowało ich od wszechobecnego głodu, z czasem jednak usłużność ta zaczynała ciążyć. W liście z 8 kwietnia 1874 roku, adresowanym do Walerego Eljasza-Radzikowskiego, pleban żali się, że jest zasypywany korespondencją w różnych, często nazbyt błahych sprawach. "Jestem listami zarzucony z różnymi pytaniami, na które albo nic, albo odmownie odpowiadam, bo to trudno komu dogodzić osobliwie w doborze stancji. Już nieraz byłem mocno poparzony. A ile wikt u restauratorów będzie kosztował, na to przecież odpowiadać byłoby śmiesznym, bo ani zamiaru restauratorów, ani smaku i strawności konsumentów nie znam"[23].
Przed początkiem sezonu proboszcz nie zapominał o przygotowaniu wiernych poprzez kazania do przyjmowania letników. Zwracał uwagę, że największe zagrożenie dla niewinności dziewczyn czyha ze strony samotnych juhasów na halach i turystów żądnych szybkiej rozrywki.
Co więcej, duchowny prawił z ambony gwarą, chodził po górach, był silny jak koń, a miejscowych przewyższał wzrostem o głowę. Z co silniejszymi gazdami mocował się na rękę. Jednym słowem - pomimo swojej jowialności budził respekt. Miał charyzmę w góralskim rozumieniu tego słowa. Nie lubił przy tym dewocji i nieraz nadgorliwe baby musiał przepędzać z kościoła, zwracając im uwagę, że za długo w nim siedzą, tymczasem chłop chodzi nieprany, a dzieciska zaniedbane tak, że aż się im robią kołtuny na głowach. Innym znów razem napominał: "Agnieszka, idź już siano grabić na Polanę. Pomodlić możesz się w czasie drogi i przy sianie. Nie trzeba tam tyle językiem mielić i na inne baby plotek robić, boście wszystkie jednakie. Lepiej się przeżegnać i zdrowaśkę zmówić. I to będzie Bogu miłe, i Matce Boskiej. Tu cudu nie wysiedzisz, co by ci siano samo z boiska wjechało"[24].
Mozolna praca u podstaw przynosiła rezultaty. W kościele robiło się coraz tłoczniej. Tytus Chałubiński w liście z 1873 roku donosi, że "prawie całe młode i średnie pokolenie tutejsze modli się w kościele na książkach i śpiewa bardzo przyzwoicie"[25]. Przychodzono do proboszcza po radę w sprawie ożenku czy sąsiedzkiej kłótni, po dobre słowo, a czasami tak po prostu, na pogawędkę. Ksiądz był dla górali wszystkim po trochu: sędzią, lekarzem, a nawet specjalistą od uprawy roli. Zapraszał też na plebanię góralki, by przypatrzyły się, jak wygląda prowadzone u niego gospodarstwo i gotowanie.
Mijał rok za rokiem, kazanie za kazaniem, aż w końcu Józef Stolarczyk został ukochanym księdzem miejscowej ludności, wyrocznią i autorytetem w kwestiach wszelakich. Leon Rzecznowski wspomina swoje zaskoczenie podczas mszy, gdy górale na głos wyrażali zdziwienie czy zadumę nad słowami kaznodziei, traktując je jak świętość. Kiwano i kręcono głowami, wykrzykując: "Oho!", "Ho!", "To tak?!" i tym podobnie[26].