Rumunia. Pęknięte lustro Europy - Dorota Filipiak

Kup ebooka

33.99 zł

-
Proszę czekać

Zamiast wstępu

"Jak doj­mu­jące lek­tury, praw­dziwa podróż stała się aktem sprze­ciwu wobec sza­leństw epoki elek­tro­nicz­nej i wobec wszyst­kich dołu­ją­cych nas zmar­twień przez tę epokę zro­dzo­nych. Dobra książka zasłu­guje na to, by prze­czy­tać ją do końca, podob­nie jak zapa­da­jący w pamięć kra­jo­braz pra­gnie, by zoba­czyć go raz jesz­cze i dokład­nie zba­dać. Doma­ga­jąc się nie­ustan­nego sku­pie­nia, podróż i poważna lek­tura psują szyki okre­som bez­myśl­nej nie­uwagi, które szpecą czas, jaki spę­dzamy na tej ziemi".

Robert D. Kaplan, W cie­niu Europy. Dwie zimne wojny i trzy­dzie­sto­let­nia podróż przez Rumu­nię, a nawet dalej

To było gdzieś mię­dzy Klu­żem a Media?. Mniej wię­cej. Szosa bie­gła przez góry podobne do naszego Beskidu Niskiego. Wzgó­rza nie impo­no­wały wyso­ko­ścią, ale droga była - jak na góry przy­stało - wąska i kręta. Zjeż­dża­li­śmy z prze­łę­czy. Z jed­nej strony asfalt docho­dził do nie­mal pio­no­wego zbo­cza zaro­śnię­tego gęstym buko­wym lasem. Po dru­giej stał spory hotel z wido­kiem na roz­le­głą dolinę. Na par­te­rze budynku znaj­do­wała się restau­ra­cja.

Była nie­dziela, pora obia­dowa. W knaj­pie tłum. Prze­je­cha­li­śmy obok bar­dzo powoli, bo przez jezd­nię co chwila ktoś prze­cho­dził, piesi krę­cili się po cia­snym pobo­czu. Trzeba było uwa­żać, bo ci, naj­wy­raź­niej w leni­wych nastro­jach, naje­dzeni i opici, nie wyka­zy­wali szcze­gól­nej czuj­no­ści i snuli się niczym muchy w mio­dzie.

Wresz­cie minę­li­śmy budy­nek i naszym oczom uka­zał się wielki, czarny, tere­nowy samo­chód zapar­ko­wany pod boczną ścianą hotelu, nie­mal o nią oparty, skryty w chłod­nym cie­niu. Wóz pło­nął. Spod maski w górę strze­lały pło­mie­nie. Wyglą­dało na to, że za chwilę nie będzie już czego rato­wać.

Nikt z hote­lo­wych gości nie inte­re­so­wał się tym poża­rem. Samo­chód pło­nął sobie spo­koj­nie, a ludzie sie­dzieli w knaj­pie za ścianą i jedli obiad. Ci, któ­rzy szli do swo­ich pojaz­dów, nie widzieli tere­nówki, bo par­king znaj­do­wał się z dru­giej strony hotelu. Poza nami chyba nikt się nie zorien­to­wał, co się dzieje.

Jesz­cze przez wiele kilo­me­trów, gdy zjeż­dża­li­śmy w dolinę, widzia­łam wysoki słup czar­nego dymu.

Byli­śmy w Rumu­nii. Znowu.

***

Zbie­ram śmieci. Z każ­dej podróży poza mają­cymi sta­no­wić swego rodzaju pamiątkę z podróży pocz­tów­kami, któ­rych ni­gdy nikomu nie wysy­łam, przy­wożę para­gony, bilety par­kin­gowe, bilety wstępu do muzeów, ulotki, rachunki za noc­leg, za kawę, kwity za toa­letę i całą masę innych papie­rów, papie­rzysk, papier­ków, które potem, cza­sem po latach, wypa­dają z książki, do któ­rej tra­fiły w cha­rak­te­rze zakładki. Śmieć uru­cha­mia wspo­mnie­nia. Poje­dyn­czy, cza­sem bar­dzo nie­po­zorny świ­stek przy­wo­łuje kon­kretne miej­sce, moment, sytu­ację, kon­kret­nych ludzi. Dla­tego zna­le­ziony przy­pad­kiem wraca tam, skąd wypadł. Po to, by po latach znów stać się swo­istym memento.

Kolek­cja śmieci rośnie. Jeż­dżę i zbie­ram nowe. Pozwa­lam, by zbiór powięk­szał się w naj­lep­sze.

Podróż pierw­sza

Gdy­bym podobną scenę - pło­nący na pobo­czu ogromny, czarny samo­chód tere­nowy - ujrzała ponad dzie­sięć lat temu, gdy w wyniku róż­nych zbie­gów oko­licz­no­ści, pod wpły­wem fan­ta­zji i pew­nego pociągu do ryzyka po raz pierw­szy prze­kro­czy­li­śmy gra­nicę węgier­sko-rumuń­ską, nie wyklu­czam, że nastą­piłby szybki zwrot w kie­runku odwrot­nym od pla­no­wa­nego. Taki samo­chód - duża czarna tere­nówka z ciem­nymi szy­bami - w dwu­dzie­stym pierw­szym wieku koja­rzy się bowiem dość jed­no­znacz­nie. A samo­chód rado­śnie pło­nący jesz­cze bar­dziej umac­nia te sko­ja­rze­nia. To mogą być wyłącz­nie mafijne pora­chunki. A że to blok wschodni, wia­domo, kto za tym stoi. Lepiej trzy­mać się z daleka.

P. mógłby zatem gwał­tow­nie wyha­mo­wać, aż opony zapisz­cza­łyby na asfal­cie, pozo­sta­wia­jąc na nim czarny ślad, i pomknąć z powro­tem ku gra­nicy węgier­skiej, gdzie panują prawo, porzą­dek, ład i cywi­li­za­cja pra­wie zachod­nio­eu­ro­pej­ska.

Ale za pierw­szym razem nic nie wzbu­dziło naszego nie­po­koju. Żad­nych zna­ków, ostrze­żeń, sygna­łów. Była nie­dziela. Jecha­li­śmy przez Satu Mare i dalej, a na dro­dze nie działo się nic. Był pochmurny dzień, z nieba sią­pił deszcz. Do samego Klużu pusto i spo­koj­nie. Dopiero bli­żej mia­sta z krza­ków wyło­niła się jakaś psina i cho­ciaż budziła współ­czu­cie swą zmo­kło­ścią i chu­do­ścią, to jesz­cze do nas nie docie­rało, czego jest zwia­stu­nem. Do chwili mel­do­wa­nia się w hotelu Melody nie spo­tka­li­śmy żad­nego czło­wieka. Hotel mie­ścił się przy głów­nym placu, na któ­rym domi­no­wała syl­weta wiel­kiego gotyc­kiego kościoła z wie­żami się­ga­ją­cymi, jak na ten styl przy­stało, samego nieba.

W środku ani śladu śre­dnio­wie­cza. Wię­cej tam atmos­fery komuny niż daw­nych monar­chii. Co naj­wy­żej zostało nieco ck kurzu, gdzieś pod samym sufi­tem. Cała reszta to spa­dek po epoce Geniu­sza Kar­pat. Epoce minio­nej, ale nie­da­ją­cej o sobie zapo­mnieć. Jej relikty, także ludz­kie, trzy­mały się nie­źle. Panie kel­nerki w cha­rak­te­ry­stycz­nym obu­wiu, trwale zaon­du­lo­wane, były rów­nież odpo­wied­nio opry­skliwe, by gość w sekundę poczuł się jak prze­nie­siony w prze­szłość. Pan kel­ner, raczej pil­nu­jący gości niż zaj­mu­jący się ser­wo­wa­niem śnia­da­nia, był tak posu­nięty w latach, że z pew­no­ścią mógłby ura­czyć nie­jedną histo­rią z wła­snego życia pod dyk­ta­turą - jeśli oczy­wi­ście ktoś zechciałby zapy­tać. Nie­wy­klu­czone, że przed laty rów­nie pil­nie pil­no­wał hote­lo­wych gości, by potem skru­pu­lat­nie prze­ka­zać zdo­byte przy śnia­da­niu infor­ma­cje komu trzeba. A może to na niego dono­szono. A może i jedno, i dru­gie.

Od tego desz­czo­wego nie­dziel­nego popo­łu­dnia w Klużu upły­nęła ponad dekada. Rumu­nia bar­dzo się przez ten czas zmie­niła, pan kel­ner pew­nie nie żyje, panie bufe­towe mogą być już na eme­ry­tu­rze, a plac, przy któ­rym stoi hotel - a stoi na­dal - prze­szedł grun­towną reno­wa­cję i dziś, oto­czony kawiar­niami, restau­ra­cjami i pubami peł­nymi ludzi mówią­cych w roz­ma­itych języ­kach, jest głów­nym miej­scem spo­tkań i celem wycie­czek. Jak na praw­dzi­wie euro­pej­skie mia­sto przy­stało. Jest to też miej­sce, w któ­rym od czasu do czasu odby­wają się anty­rzą­dowe demon­stra­cje. Plac zdaje się do tego stwo­rzony. Bar­dzo efek­tow­nie wypada na zdję­ciach, szcze­gól­nie noc­nych, bo jest wspa­niale oświe­tlony. To pewien para­doks - Rumuni w pań­stwie rumuń­skim gro­ma­dzą się pod okiem węgier­skiego króla i wokół kościoła obrządku łaciń­skiego, a nie pod cer­kwią wokół pomnika Avrama Iancu. Do tych para­doksów jesz­cze wrócę.

Ponad dzie­sięć lat. Nie­któ­rzy poświę­cili temu kra­jowi dużo wię­cej czasu. Kaplan w książce W cie­niu Europy pod­su­mo­wał ponad trzy dekady swo­ich rumuń­skich doświad­czeń. Ja jed­nak odczu­wam pewną prze­wagę nad tym Ame­ry­ka­ni­nem, gdyż z Rumu­nami dzielę przy­naj­mniej czę­ściową wspól­notę doświad­czeń. Czło­wiek z Zachodu ni­gdy do końca nie zro­zu­mie czło­wieka Wschodu. Nawet jeśli posią­dzie wie­dzę, prze­czyta setki ksią­żek, jest to doświad­cze­nie głów­nie inte­lek­tu­alne. Nawet jeśli docho­dzą do tego emo­cje, sym­pa­tia, sen­ty­ment, to brak mu pew­nego zmy­sło­wego pier­wiastka, który bie­rze się z oso­bi­stego prze­ży­cia, doświad­cze­nia, intu­icji. Można to spro­wa­dzić do pro­stego powie­dze­nia: syty głod­nego nie zro­zu­mie. Dla­tego tak czę­sto mam wra­że­nie, że naj­spryt­niejsi poli­tycy, naj­więksi bry­tyj­scy czy ame­ry­kań­scy inte­lek­tu­ali­ści ni­gdy nie rozu­mieli ludzi z naszej czę­ści świata i czę­sto zwy­czaj­nie dawali się robić w konia. To, co stało się po zakoń­cze­niu dru­giej wojny świa­to­wej, nazna­czyło zbyt mocno nas - ludzi za żela­zną kur­tyną - a jed­no­cze­śnie bar­dzo sku­tecz­nie i trwale oddzie­liło nas od zachod­niego myśle­nia. Muszą minąć jesz­cze dłu­gie lata, by róż­nice, które z tego wyni­kają, zostały zni­we­lo­wane, żeby­śmy zapo­mnieli o tym, że jeste­śmy inni. Pod warun­kiem że nie wyda­rzy się nic takiego, co znowu zmieni nasz świat.

Dla­tego wolę czy­tać Bogu­miła Lufta, Andrzeja Sta­siuka czy Krzysz­tofa Vargę, bo wiem, że czu­jemy podob­nie. Że kiedy oni piszą o rumuń­skim czy węgier­skim komu­ni­zmie i okre­sie trans­for­ma­cji, to uży­wają kodu wspól­nego dla ludzi stąd. Dla­tego ich opi­sa­nie tam­tej­szych realiów jest mi bliż­sze, nawet jeśli nie zga­dzam się z inter­pre­ta­cją czy dia­gnozą. A jesz­cze lepiej czy­tać tych, któ­rzy się tam uro­dzili, wycho­wali i prze­żyli na wła­snej skó­rze. Luciana Boię, Hertę Müller, Andreę Tompę, Filipa Flo­riana, Egi­nalda Schlat­t­nera. I Polacy, i inni miesz­kańcy tam­tych regio­nów (nie mogę napi­sać, że Rumuni! Dla­czego? O tym dalej) mają piąty zmysł wyczu­lony na szcze­góły, szer­szy kon­tekst opi­sują skró­tami myślo­wymi i nie dają się nabie­rać na sztuczki pro­pa­gan­dowe. I jeśli piszą, że tak wła­śnie było, to można im wie­rzyć.

Andrzej Sta­siuk słusz­nie zauwa­żył, że wszy­scy tu nie­siemy jeden bagaż: wynie­sioną ze szkoły przy­mu­sową zna­jo­mość języka rosyj­skiego - pod warun­kiem że uro­dzi­li­śmy się odpo­wied­nio wcze­śnie, by na ten przy­mus się zała­pać i by nie były nam obce takie obser­wa­cje:

[...] ci biedni ludzie Zachodu błą­ka­jący się ze swoim angiel­skim w otchła­niach byłego impe­rium. Na przy­kład w pamir­skim Mur­go­bie w przy­droż­nym hotelu. Cho­dzili boso po zie­lo­nym lino­leum, któ­rym wyło­żona była sto­ło­waja, i zacze­piali kucharki w chust­kach: beer, pota­toes, beer, pota­toes... Kobiety obrzu­cały ich nie­uf­nymi spoj­rze­niami. Lito­ści­wie tłu­ma­czy­łem im, że wysocy blon­dyni chcą pojeść kar­to­fli i napić się piwa1.

Język to cie­kawe narzę­dzie, bo nie­ko­niecz­nie trzeba rozu­mieć zna­cze­nie słów, by ule­gać bar­dzo kon­kret­nym emo­cjom. Wło­ski roz­le­ni­wia. Cze­go­kol­wiek by w tym języku nie mówiono, natych­miast czuję ochotę, by roz­wa­lić się na kana­pie albo jesz­cze lepiej: na leżaku pod drze­wem, zjeść coś dobrego i popić winem. Fran­cu­ski wzbu­dza pewną non­sza­lan­cję i znowu - ochotę na wino, ale już bez jedze­nia, no może odro­bina sera byłaby nie od rze­czy. Nie­miecki każe natych­miast się wypro­sto­wać, popra­wić ubra­nie i rozej­rzeć się, czy wszystko wokół jest w nale­ży­tym porządku. Za to cze­ski pomaga się odprę­żyć, naj­le­piej z kufel­kiem piwa, i z czu­ło­ścią spoj­rzeć na świat. Angiel­ski każ­demu, nawet głu­piut­kiemu seria­lowi dodaje pew­nej inte­lek­tu­al­nej głębi. Rosyj­ski zaś wywo­łuje chęć do wychy­le­nia flaszki czy­stej wódki, a potem już tylko smętne pie­śni i roz­wa­ża­nia o sen­sie, a raczej braku sensu życia. Ci, któ­rzy zostali dotknięci rosyj­sko­ścią, nawet tylko powierz­chow­nie, do końca życia będą patrzeć na świat z podejrz­li­wym fata­li­zmem.

Należy dodać, że tak jak nas nie rozu­mieją ci z Zachodu, tak i my nie rozu­miemy ich. Dla­tego cho­ciażby mecha­ni­zmy demo­kra­tyczne czy sto­su­nek do wła­sno­ści wyglą­dają u nas, jak wyglą­dają. Kulawa demo­kra­cja jest wciąż prze­sy­cona duchem tego, co już się skoń­czyło, co miało się skoń­czyć w 1989 czy 1990 roku, i spro­wa­dza się do tego, że kto gło­suje ina­czej, to wróg, a wła­sność jest święta wtedy, kiedy jest naszą wła­sno­ścią. To typ myśle­nia wspólny dla całego regionu. Wojny pol­sko-pol­skie, węgier­sko-węgier­skie, rumuń­sko-rumuń­skie pochła­niają ener­gię spo­łe­czeństw, spo­wal­nia­jąc przej­ście do praw­dzi­wej demo­kra­cji. Takiej, w któ­rej roz­ma­wia się, a nawet kłóci z poli­tycz­nymi opo­nen­tami, ale jed­nak sza­nuje się fakt, że ktoś ma inne poglądy, a wspólne wyj­ście na wódkę z kolegą z innej par­tii czy wyborcą innej opcji jest moż­liwe. W naszych kra­jach opóź­nił nas zarówno komu­nizm, jak i bole­sny okres trans­for­ma­cji.

Może być tak, że praw­dziwa demo­kra­cja już nas omi­nęła. Świat idzie teraz w zupeł­nie innym kie­runku, zastane porządki wła­śnie prze­ży­wają poważne kry­zysy i znów widać, że orga­ni­za­cje w rodzaju Unii Euro­pej­skiej nie są wieczne. Spóź­ni­li­śmy się i my, i Rumuni. Spóź­nił się cały region. Może więc wszy­scy powin­ni­śmy szu­kać wła­snych, zupeł­nie innych dróg? O ile i na to nie jest za późno. Widać bowiem wyraź­nie, że wojny domowe mogą zyskać nowe zna­cze­nie. Wojna rumuń­sko-węgier­ska może roze­grać się w gra­ni­cach jed­nego pań­stwa. A wła­ści­wie trwa już od dawna.

Tylko dzie­sięć lat z okła­dem minęło od momentu, kiedy posta­no­wi­łam zoba­czyć na wła­sne oczy ten dziwny kraj z prozy Sta­siuka. Rumu­nia była jesz­cze starą Rumu­nią, tą z Jadąc do Baba­dag, ale już się zmie­niała, już goniła Europę. Czarna tere­nówka jechała tą samą drogą, co stary wóz cią­gnięty przez chudą szka­pinę. Tere­nówka spy­chała jed­nak wóz do rowu, a wielki tir, nie zwal­nia­jąc na zakrę­tach, omi­jał idącą środ­kiem drogi krowę.

Od tego pierw­szego razu Rumu­nia stała mi się bar­dzo bli­ska, a od początku jawiła się jako intry­gu­jąca i pocią­ga­jąca. Nowy dla mnie wów­czas kraj, kolejny etap pozna­wa­nia Europy uświa­do­mił mi, że naj­bar­dziej pocią­ga­jące jest to, co bli­skie w sen­sie geo­gra­ficz­nym, ale przede wszyst­kim nie­ma­te­rial­nym. Wspól­nota doświad­czeń przy jed­no­cze­snej odmien­no­ści pozwala spoj­rzeć także na histo­rię kraju, z któ­rego się pocho­dzi, i lepiej zro­zu­mieć, kim się jest. Dla mnie to wła­śnie Rumu­nia oka­zała się takim feno­me­nal­nym punk­tem odnie­sie­nia.

Tam wszystko się skon­cen­tro­wało - jak w żad­nym innym kraju tak zwa­nej Europy Środ­ko­wej czy Środ­kowo-Wschod­niej w Rumu­nii widać histo­rię. Widać, czym jest i jak wpływa na życie ludzi oraz los miejsc. Na zmien­ność i trwa­nie. Spo­strze­że­nie, że wpływa na este­tykę, jest bana­łem, ale fakt, że wpływa na codzien­ność ludzi żyją­cych w tym miej­scu teraz, nawet wtedy, gdy zaj­mują się naj­zwy­czaj­niej­szymi spra­wami i o histo­rii nie myślą wcale - to już coś, co głę­boko mnie inte­re­suje. W takim miej­scu jak Rumu­nia łatwiej zro­zu­mieć, jak wykluwa się ste­reo­typ. Zde­rze­nie odmien­no­ści i emo­cjo­nalne postrze­ga­nie prze­szło­ści rodzą potrzebę nazy­wa­nia, przy­pi­sy­wa­nia rze­czy i ludzi do kon­kret­nej grupy. Potem pozo­stają już tylko forma i miano, bez korzeni i tre­ści, które stały u ich pod­staw, two­rząc maleńki zaczą­tek wiel­kich kon­flik­tów. Jak w sło­wie "cygan", które nie tylko nie musi mieć nic wspól­nego z bogatą, wie­lo­wie­kową kul­turą, ale użyte z pre­me­dy­ta­cją staje się obe­lgą.

Nie ma miej­sca, które lepiej by się nada­wało do badań tere­no­wych nad histo­rią niż obszar byłych Austro-Węgier, a Rumu­nii w szcze­gól­no­ści. Cho­ciaż całej Rumu­nii austro-węgier­skość nie doty­czy, to dziś jest ona taką ck monar­chią w pigułce, córką dyna­styczną o krwi zmie­sza­nej przez przod­ków, a wyda­nej za syna, któ­rego pro­to­pla­ści rów­nież przez wieki łączyli się, krzy­żo­wali, mie­szali. Bał­kań­skość jej nie doty­czy, ale jed­nak bywa bał­kań­ska. Nie jest nie­miecka, ale ma w sobie ger­mań­ski pier­wia­stek. Do Włoch jej daleko, ale czuje się zwią­zana z Ita­lią. Węgrów nie cierpi, ale nie może się ich wyprzeć i odrzu­cić ich dorobku. Jest na wskroś euro­pej­ska, ale Wschód też tkwi w niej głę­boko. Mate­rial­nie ciąży ku Zacho­dowi, ale ducha ma skąd­inąd.

Jest naj­do­sko­nal­szym euro­pej­skim mie­szań­cem. Z jed­nej strony wie­lo­wie­kowa zależ­ność od impe­rium osmań­skiego, która wpły­nęła na cha­rak­ter lud­no­ści zamiesz­ku­ją­cej Moł­da­wię i Wołosz­czy­znę. Z dru­giej obec­ność Węgrów w Sied­mio­gro­dzie i pycha ich elit, która kazała trak­to­wać Rumu­nów jak upo­śle­dzone dzieci nie­zdolne do samo­dziel­no­ści - szcze­gól­nie w okre­sie, kiedy Rumu­nia wyklu­wała się jako nie­za­leżne pań­stwo, nowe kró­le­stwo na mapie Europy i kiedy na całym kon­ty­nen­cie rodziły się nacjo­na­li­zmy, które naj­pierw wszystko skom­pli­ko­wały, a potem uni­ce­stwiły stary porzą­dek.

Ten porzą­dek nie był ide­alny. Rumuni i Sło­wacy mają prawo twier­dzić, że miał wię­cej wad niż zalet, był wszakże źró­dłem opre­sji i upo­ko­rzeń. Kiedy się jed­nak skoń­czył, wielu uznało, że lep­szy wła­sny, dobrze znany bała­gan niż to, co go zastą­piło. I z tęsk­noty za Naj­ja­śniej­szym Panem wzdy­chali w ryt­mie Mar­sza Radetz­kiego. Tych wzdy­cha­ją­cych jest cał­kiem sporo także dziś. Żeby daleko nie szu­kać, wystar­czy wycieczka do Kra­kowa, a z całą pew­no­ścią wpad­niemy na jakiś por­tret Fran­ciszka Józefa. Ba! Znam jedno takie miej­sce w War­sza­wie, która z ck monar­chią ni­gdy nie miała nic wspól­nego. Naj­ja­śniej­szy Pan jak żywy łagod­nie spo­gląda z por­tretu. Postać natu­ral­nej wiel­ko­ści. To już nie tylko ste­reo­typ - to legenda, która dalece prze­ro­sła rze­czy­wi­stość.

Jak bar­dzo wzdy­chali i ile łez wylali sied­mio­grodzcy Węgrzy, trudno mi sobie nawet wyobra­zić. Sie­rot po monar­chii zostało dobre kilka milio­nów. I trwają w swym sie­roc­twie do dziś.

Tylko Rumuni z Tran­syl­wa­nii mieli swoje powody do rado­ści. Umarł Naj­ja­śniej­szy Pan, monar­chię dia­bli wzięli, a oni wresz­cie docze­kali się swo­jej România Mare, czyli Wiel­kiej Rumu­nii, którą rzą­dził ich wła­sny Naj­ja­śniej­szy Pan. Wresz­cie to oni mówili, co w kraju wolno, a czego nie. Ale cho­ciaż pró­bo­wali zatrzeć pamięć o prze­szło­ści - tej nie­od­le­głej - ona nie dawała o sobie zapo­mnieć. Rumu­nia pozo­stała kra­jem pat­chwor­kiem zło­żo­nym z kawał­ków impe­rium osmań­skiego, Rosji, ck monar­chii - czyli de facto Węgier jako przy­czółka monar­chii - na doda­tek pod sil­nym wpły­wem pier­wiastka nie­miec­kiego, a ule­ga­jąc po tro­sze im wszyst­kim.

Dziś dociera tu wresz­cie tak zwana kul­tura zachod­nia, czyli euro­pej­ski post­li­be­ra­lizm, post­mo­der­nizm dwu­dzie­stego pierw­szego wieku. I post­prawda, która w kra­jach byłego bloku wschod­niego rośnie na wyjąt­kowo żyznym grun­cie. To wszystko składa się na współ­cze­sną Rumu­nię, która jest jak lustro odbi­ja­jące wszystko, co w Euro­pie naj­cie­kaw­sze.

Trudno było zle­pić te wszyst­kie kawałki w 1918 roku. Te pęk­nię­cia, dziury, luki, grube szwy, szcze­liny, do któ­rych wpada wszystko po tro­chu - wszystko, co decy­duje o nie­po­wta­rzal­no­ści Rumu­nii - widać bar­dzo wyraź­nie i dziś. Mimo to kraj trwa, roz­wija się i ma to, czego możemy mu pozaz­dro­ścić i dla czego tam jeź­dzimy. Nie­by­wałe kra­jo­brazy. Przy­rodę, na któ­rej Rumu­nia mogłaby zara­biać kro­cie. Ale w tym pań­stwie nic nie może być takie pro­ste i oczy­wi­ste, wszystko trzeba skom­pli­ko­wać. Z jed­nej strony więc tury­styka, zarówno wewnętrzna jak i zewnętrzna, dosko­nale się roz­wija, z dru­giej zaś tego, co jest dla jej dobrego pro­spe­ro­wa­nia nie­zbędne, czyli przy­rody, nie sza­nuje się, eks­plo­atu­jąc ją bez umiaru i szpe­cąc wszech­obec­nym śmiet­ni­kiem.

***

Jesz­cze w Lon­dy­nie odwie­dzi­łem w wol­nej chwili Muzeum Bry­tyj­skie i przej­rza­łem dostępne tam książki oraz mapy odno­szące się do Tran­syl­wa­nii; przy­szło mi do głowy, że pewna zna­jo­mość terenu będzie mi pomocna w kon­tak­tach z przed­sta­wi­cie­lami miej­sco­wej ary­sto­kra­cji. Odkry­łem, że wska­zany przez niego region leży na samym wscho­dzie kraju, dokład­nie na gra­nicy trzech państw - Tran­syl­wa­nii, Moł­da­wii i Buko­winy, w samym sercu Kar­pat; jest to jeden z naj­dzik­szych i naj­mniej zba­da­nych zakąt­ków Europy. Nie tra­fi­łem na żadną mapę ani zapis poda­jące dokładne umiej­sco­wie­nie zamku Dra­cula, albo­wiem tam­tej­sze mapy regionu pozo­sta­wiają wiele do życze­nia w porów­na­niu do naszych. Usta­li­łem jed­nak, że Bystrzyca, wspo­mniane przez hra­biego mia­sto z głów­nym urzę­dem pocz­to­wym, to dosyć znane miej­sce2.

Tak pisał Jona­than Har­ker, gdy wybie­rał się w drogę do Dra­culi. Nie wie­dział, co go tam czeka. Zupeł­nie jak ja, gdy jecha­łam tam po raz pierw­szy. Myśla­łam wtedy, że będzie to jeden wyjazd. Zoba­czymy, co warto zoba­czyć, a następne lato spę­dzimy już zupeł­nie gdzie indziej. Przed podróżą mia­łam tylko mgli­ste poję­cie o tym, jak duży, a przede wszyst­kim jak róż­no­rodny jest ten kraj. To, że w rze­czy­wi­sto­ści nie jest to jeden kraj, oka­zało się już na miej­scu. Ale prze­cież Pol­ska też nie jest mono­li­tem, my rów­nież mamy roz­ma­ite nazwy geo­gra­ficzne dla poszcze­gól­nych regio­nów, myśla­łam. Banat, Tran­syl­wa­nia, Dobru­dża czy Buko­wina to coś takiego jak Kaszuby, Kujawy, Pod­la­sie czy Pod­kar­pa­cie. Na pewno róż­nią się tra­dy­cjami, kuch­nią, ale prze­cież to wszystko jedna i ta sama Rumu­nia. Mamy Europę Regio­nów, ale te regiony miesz­czą się jed­nak w jakichś pań­stwach, two­rzą całość.

Z takim wła­śnie naiw­nym nasta­wie­niem wyru­sza­łam wtedy w drogę. Naby­łam sto­sowny prze­wod­nik, jeden na całą podróż, poczy­ta­łam coś w inter­ne­cie, wtedy jesz­cze nie tak boga­tym w infor­ma­cje. Mówiąc krótko: przy­go­to­wa­łam się. Z wyż­szo­ścią patrzy­łam na zna­jo­mych - a pra­co­wa­łam wtedy w kor­po­ra­cji - któ­rzy pytali, gdzie zamie­rzam spę­dzić urlop. Hisz­pa­nia, Wło­chy, może Fran­cja? - pytali. Kiedy odpo­wia­da­łam, że w Rumu­nii, patrzyli jakoś dziw­nie i na tym zazwy­czaj roz­mowa się koń­czyła. A jeśli padały dodat­kowe pyta­nia, doty­czyły zazwy­czaj tego, czy nie boję się Cyga­nów. Wtedy patrzy­łam na nich z jesz­cze więk­szym pobła­ża­niem. Nie znają świata poza Europą Zachod­nią i Śród­ziem­no­mo­rzem. Chor­wa­cja to dla nich już lekki obciach. Nie wie­dzą, co to przy­goda, zło­rze­czy­łam w duchu.

O tym, że moja wie­dza wcale nie była tak impo­nu­jąca, prze­ko­ny­wa­łam się przez kolejne lata.

Ruszy­li­śmy zgod­nie z pla­nem. Przy­goda przy­godą, ale plan, cho­ciażby ogólny, trzeba jed­nak mieć. Mia­sta: Kluż, Sybin, Sighi?oara, Bra­szów. Góry ze słynną drogą przez Foga­ra­sze i rzut oka na kilka innych pasm z krótką wycieczką w głąb Alp Rod­niań­skich. Koniecz­nie delta Dunaju, szczę­śli­wie ura­to­wany przed sza­leń­stwem wariata praw­dziwy cud natury; Morze Czarne, bo jakaś woda, w któ­rej można się zanu­rzyć, zawsze się przyda; i kilka oso­bli­wo­ści z weso­łym cmen­ta­rzem na czele. A po dro­dze jesz­cze parę spek­ta­ku­lar­nych miejsc, takich jak wąwóz Bicaz czy mona­stery w Neamţ, w któ­rych życie klasz­torne odro­dziło się po upadku dyk­ta­tury Ceauşescu.

Kil­ka­na­ście dni przez zmie­nia­jące się kra­jo­brazy. Zawrót głowy. Wtedy jesz­cze mia­łam zwy­czaj zazna­cza­nia trasy na mapie. I dobrze. Ina­czej wszystko by się pomie­szało. Tę mapę mam do dziś. Czer­wone strzałki, któ­rymi zazna­czy­łam nasz szlak, wywo­łują z pamięci migawki, frag­men­ta­ryczne wspo­mnie­nia, nie­do­koń­czone wątki. Bez zdjęć i tej dziu­ra­wej mapy pozo­sta­łaby tylko gęsta mgła, zza któ­rej prze­świ­ty­wa­łyby zale­d­wie urywki wra­żeń. Z więk­szo­ści nie pozo­stałby żaden ślad.

238 391 kilo­me­trów kwa­dra­to­wych, które zamie­rza­li­śmy objąć w ogól­nym zary­sie, to co prawda mniej niż powierzch­nia Pol­ski, ale wszech­obecne góry, te wyso­kie i te niskie, spo­wal­niają podróż samo­cho­dem. Przez to ma się wra­że­nie, że podró­żuje się po dużo więk­szym kraju i dużo dalej niż po pła­skich, rów­nych dro­gach na nizi­nach. Szcze­gól­nie kiedy wje­dzie się tam wprost z węgier­skiej puszty3. Kilo­me­try nie mają zna­cze­nia, sto­su­nek czasu i prze­strzeni pod­lega tam innym pra­wom. Pla­nu­jąc drogę z punktu A do punktu B, ni­gdy nie ma się pew­no­ści, o któ­rej godzi­nie dotrze się w wyzna­czone miej­sce. Sama odle­głość wymie­rzona w kilo­me­trach to pewna wska­zówka, ale zawsze mogą się poja­wić nie­spo­dzianki. Za sprawą ludzi, żywio­łów i zwie­rząt. Pro­sta rów­ninna mate­ma­tyka w Rumu­nii się nie spraw­dza, począw­szy od godziny ukra­dzio­nej na przej­ściu gra­nicz­nym.

Kolej­nym czyn­ni­kiem, który spra­wia, że ma się wra­że­nie dale­kiej podróży, jest róż­no­rod­ność - suma wielu odręb­nych bytów, krain z wie­loma języ­kami, kra­jo­bra­zami i kul­tu­rami. Wra­żeń i impul­sów jest tyle, że wie­czo­rem trudno zasnąć, bo cią­gle ma się pod powie­kami wszystko to, co zoba­czyło się w ciągu dnia. Wspo­mnie­nia się mie­szają, zapla­tają, śnią, two­rząc nową opo­wieść.

Cho­ciaż wyda­wało nam się, że widzie­li­śmy wszystko, co warto zoba­czyć, po powro­cie oka­zało się, że wła­ści­wie nie zoba­czy­li­śmy zbyt wiele, a już na pewno rozu­miemy znacz­nie mniej niż przed wyjaz­dem. Z cza­sem zorien­to­wa­łam się, że wła­ści­wie nie rozu­mie­li­śmy wtedy niczego. Mio­ta­li­śmy się po całym kraju z gębami roz­dzia­wio­nymi raz z zachwytu, innym razem ze zdu­mie­nia, szoku albo zgor­sze­nia. Poka­zy­wa­li­śmy sobie pal­cami dwu­ję­zyczne tablice przy wjaz­dach do miej­sco­wo­ści. Dzi­wi­li­śmy się zmie­nia­ją­cej się cią­gle archi­tek­tu­rze. Tu śre­dnio­wieczne mia­sto, tu impo­nu­jący barok, zaraz prze­sy­cone wschod­nim misty­cy­zmem cer­kwie czy drew­niane świą­ty­nie z prze­dziw­nymi wyso­kimi wie­żami. W Kon­stancy gapi­li­śmy się na faceta, który gonił wóz, pędząc środ­kiem torów tram­wa­jo­wych, bo naj­wy­raź­niej koń nawiał mu i nie chciał dać się zła­pać.

Gdzieś w górach zda­rzył się nam nie­prze­wi­dziany postój. Zatrzy­ma­li­śmy się, cier­pli­wie cze­ka­jąc, aż przez drogę przej­dzie ogromne stado owiec i kóz. Innym razem jecha­li­śmy główną drogą kra­jową dwa­dzie­ścia kilo­me­trów na godzinę, bo środ­kiem spa­ce­ro­wała sobie krowa. I robi­li­śmy zdję­cia. Byli­śmy jak japoń­scy tury­ści. Jeden dzień tu, drugi tam, obo­wiąz­kowe foto­gra­fie wszyst­kiego. Każde z tych miejsc było warte zapa­mię­ta­nia. Każde było inne i pełne tre­ści ukry­tych przed przy­by­szami z zewnątrz. Pamięć ma jed­nak ogra­ni­czoną pojem­ność, mózg działa według wła­snych zasad i zapa­mię­tuje, co chce, więc foto­gra­fie bar­dzo nam się potem przy­dały. Mogli­śmy wra­cać, przy­po­mi­nać sobie czy wręcz zauwa­żać to, co umknęło oczom, gdy tam byli­śmy. Mogli­śmy też, patrząc na zdję­cia, szu­kać odpo­wie­dzi, pró­bo­wać zro­zu­mieć wię­cej.

Jed­nego byli­śmy pewni. Że wró­cimy. Kraj bez wąt­pie­nia nas zafa­scy­no­wał, a pier­wotny plan oka­zał się zbyt ogólny.

Kręte drogi przy­pad­ków

"Mango, zdaje się, wyje­chał z panią redak­tor do Alba­nii, czy do innej Rumu­nii, śla­dami magicz­nych i kul­to­wych ksią­żek lau­re­ata Nagrody Nike Andrzeja Sta­siuka".

Mar­cin Świe­tlicki, Dwa­na­ście

Wszystko zaczęło się od Sta­siuka. A wła­ści­wie od Jadąc do Baba­dag. Ale nie, nie pomknę­łam z książką pod pachą do tytu­ło­wej mie­ściny na wschod­nich krań­cach Rumu­nii, cho­ciaż jak wielu czy­tel­ni­ków dałam się uwieść hip­no­ty­zu­ją­cej Sta­siu­ko­wej fra­zie. Książka została prze­ło­żona na rumuń­ski i tra­fiła do Baba­dag. Służy cza­sami jako swo­isty gadżet pro­mo­cyjny. Miesz­kańcy Baba­dag są dumni, że pol­ski pisarz napi­sał książkę z nazwą ich mia­steczka w tytule. Trudno się dzi­wić, bo wzrost ruchu tury­stycz­nego, jaki dzięki niej odno­to­wano, musiał wynieść kil­ka­set pro­cent.

W Pol­sce popu­lar­ność Sta­siuka była jed­nak więk­sza od popu­lar­no­ści Baba­dag. Poło­że­nie mia­steczka jest nie­for­tunne, na ubo­czu, po dro­dze doni­kąd, a sama miej­sco­wość nie ofe­ruje niczego spe­cjal­nego do obej­rze­nia. Wszy­scy, któ­rych przy­wiało w tamtą oko­licę, gnają do Tul­czy i dalej w stronę delty, a prze­wod­niki nie zale­cają skru­pu­lat­nym kolek­cjo­ne­rom miejsc, "które trzeba zoba­czyć", wyprawy do Baba­dag. Wyma­ga­łoby to bowiem zje­cha­nia z trasy "Śla­dami Dra­culi" albo "Malo­wa­nych mona­ste­rów" czy "Warow­nych kościo­łów". Tak było do czasu, kiedy zaczęli poja­wiać się tam ci, któ­rzy prze­czy­tali Sta­siuka. Baba­dag stało się celem samym w sobie.

My przez Baba­dag tylko prze­je­cha­li­śmy. Jecha­li­śmy od strony delty, która pozo­sta­wiła po sobie nie­za­tarte wra­że­nie i długo pozo­sta­wała bez­kon­ku­ren­cyjna - nawet jak na Rumu­nię, w któ­rej co rusz tra­fia się na coś uni­ka­to­wego. Delta do dziś znaj­duje się w abso­lut­nej czo­łówce moich ulu­bio­nych miejsc. Nie byli­śmy więc szcze­gól­nie zain­te­re­so­wani Baba­dag. Ot, rzut okiem z okna samo­chodu, tak by nie tra­cić czasu i wie­czo­rem być już w Vama Veche, gdzie skie­ro­wał nas pewien rumuń­ski prze­wod­nik. Pozna­li­śmy go na kem­pingu w Muri­ghiol. Kiedy dowie­dział się, w któ­rej z nad­mor­skich miej­sco­wo­ści chcemy spę­dzić kilka naj­bliż­szych dni, zła­pał się za głowę i tak długo opo­wia­dał o tym miej­scu, aż sku­tecz­nie nas wystra­szył i prze­ko­nał do zmiany pla­nów. Tak tra­fi­li­śmy do Vama, za co będę mu dozgon­nie wdzięczna, bo gdyby nie on, naj­praw­do­po­dob­niej moje spo­tka­nie z Morzem Czar­nym skoń­czy­łoby się tak jak w Buł­ga­rii - czyli wielką ucieczką.

Nie należę do tych czy­tel­ni­ków, któ­rzy podą­żają tro­pem boha­te­rów czy auto­rów powie­ści. Ale Jadąc do Baba­dag to książka, która w ogóle zmie­niła moje myśle­nie o podróży, zachę­ciła do wyru­sze­nia tam, dokąd nie jeż­dżą inni. Pod jej wpły­wem posta­no­wi­li­śmy z P. rzu­cić w dia­bły plany podróży po Euro­pie Zachod­niej. P. zauwa­żył, że co stoi u Niem­ców czy Fran­cu­zów, to jesz­cze postoi, i zawsze zdą­żymy tam poje­chać, a w naszej czę­ści Europy zmiany zacho­dzą zbyt szybko. Wtedy może nie do końca się z tym zga­dza­łam, ale prze­ko­nał mnie argu­ment, że trzeba jeź­dzić tam, gdzie nie ma prze­sad­nie dużo ludzi. Nie jestem nad­mier­nie towa­rzy­ska, więc dali­śmy sobie spo­kój z zachod­nio­eu­ro­pej­skimi zabyt­kami i "miej­scami, które trzeba zoba­czyć".

I ruszy­li­śmy, ale nie do Rumu­nii. Na Rumu­nię przy­szedł czas potem, była natu­ralną kon­se­kwen­cją łazęgi po Beski­dzie Niskim. Łazęgi na wła­snych nogach ze wszyst­kim, co potrzebne, spa­ko­wa­nym do dwóch dużych ple­ca­ków. Dużo wtedy cho­dzi­li­śmy po cmen­ta­rzach, nekro­po­liach z okresu pierw­szej wojny. To pamiątki wiel­kiej bitwy gor­lic­kiej. Auto­rem kon­cep­cji był sło­wacki archi­tekt Dušan Jurkovič, który inspi­ro­wał się łem­kow­skim folk­lo­rem. Udało mu się stwo­rzyć miej­sca, które przy­wo­dzą na myśl pogań­skie magiczne kręgi. Wra­że­nie bar­dzo doj­mu­jące, gdy stoi się pośród gro­bów w środku lasu, w abso­lut­nej ciszy, wokół nikogo, a jed­nak czuje się czy­jąś inten­sywną obec­ność. Czyją, skoro wokół tylko umarli i zwie­rzęta skry­wa­jące się gdzieś mię­dzy drze­wami?

Na tam­tych cmen­ta­rzach pocho­wani są pod­dani Fran­ciszka Józefa. Na krzy­żach nazwi­ska ze wszyst­kich kra­jów monar­chii. Wtedy zaj­mo­wały mnie jed­nak krwawe kon­flikty, intrygi poli­tyczne, zdrady i pod­stępy sta­ro­żyt­nych Gre­ków i Rzy­mian. Eks­cy­to­wa­łam się wypra­wami krzy­żo­wymi i kobie­tami u wła­dzy - Alie­nor Akwi­tań­ską, Kata­rzyną Medy­cej­ską czy Elż­bietą I Tudor. W pogar­dzie mia­łam wszystko, co wyda­rzyło się póź­niej niż w XVII wieku. Cho­dzi­łam więc po tych cmen­ta­rzach, ow­szem, pod wra­że­niem atmos­fery, ale nie snu­jąc żad­nych szcze­gól­nych reflek­sji o zda­rze­niach z 1915 roku, kiedy ginęli tysią­cami różni Szwej­ko­wie pocho­wani potem na Beskidku czy na Prze­łę­czy Mała­stow­skiej. Nieco się nawet nudzi­łam, ale rekom­pen­satą była sama wędrówka, wspa­niałe lato, bujna przy­roda, cisza i pustka. Spo­tkane po dro­dze zwie­rzęta, a wśród nich jarząbki, ptaki, któ­rych nie widzia­łam ni­gdzie indziej i które do dziś wydają mi się naj­bar­dziej tajem­ni­czymi stwo­rze­niami, z jakimi mia­łam szczę­ście się zetknąć. Nic w tym zresztą dziw­nego, bo jarzą­bek to gatu­nek zagro­żony i spo­tka­nie z nim mogę zali­czyć do wyjąt­ko­wych zda­rzeń. Taki był ten Beskid Niski - dziki i cichy.

Szlak wiódł mię­dzy innymi przez Woło­wiec, gdzie mieszka Andrzej Sta­siuk. Omi­nę­li­śmy wieś, a kiedy scho­dzi­li­śmy ze szlaku mię­dzy zabu­do­wa­nia, obszcze­kały nas dwa wiel­gachne psy. Domu pisa­rza nawet nie szu­ka­li­śmy. Nie tylko dla­tego, że mie­szańce znie­chę­ciły nas do plą­ta­nia się po wio­sce. Nie bali­śmy się psów, nie aż tak w każ­dym razie. Nie mie­li­śmy po pro­stu potrzeby nacho­dze­nia czło­wieka. Prze­szli­śmy krań­cem wsi, stwier­dza­jąc tylko:

- A, to gdzieś tu mieszka Sta­siuk.

I ruszy­li­śmy dalej. Zje­dli­śmy śnia­da­nie nad poto­kiem, a potem znów weszli­śmy w las. Tak wła­śnie zadzia­łała na nas jego książka. Zaczę­li­śmy doce­niać cho­dze­nie bocz­nymi dro­gami, zaglą­da­nie tam, gdzie pozor­nie nic się nie dzieje. Sia­da­li­śmy pod lokal­nym skle­pem, w któ­rym poza sied­mioma gatun­kami piwa nie­wiele można było kupić, ale za to miej­scowi na to piwo przy­cho­dzili i gadali o swo­ich codzien­nych spra­wach. A my patrzy­li­śmy i słu­cha­li­śmy, cho­ciaż nie zawsze rozu­mie­li­śmy, o czym mówią, bo czę­sto mówili po swo­jemu. Tacy Łem­ko­wie na przy­kład, któ­rzy wciąż tam są, cho­ciaż po dru­giej woj­nie zro­biono bar­dzo dużo, by ich nie było.

Sie­dze­nie pod skle­pami, na ulicz­nych ław­kach i gapie­nie się na życie wokół oka­zało się tak pocią­ga­jące, że na muzea nie star­czało już czasu. Chyba już nie wyda­wały się nam tak atrak­cyjne. A włó­cze­nie się bez prze­wod­ni­ków tam, gdzie nie ma tury­stów, stało się spo­so­bem na pozna­wa­nie miejsc, do któ­rych przy­jeż­dża­li­śmy. Tra­fi­li­śmy w ten spo­sób dziu­rawą drogą do nie­jed­nej mie­ściny, obej­rze­li­śmy nie­jedno odra­pane podwórko i nie­jedną walącą się cha­łupę. Ale i nie­je­den zaką­tek, fresk, pałac, kościół o pocz­tów­ko­wej uro­dzie, nie­jedną kamie­nicę i rzeźbę. Czy nie było tam ludzi? Byli. Prze­cież ludzie są nie­mal wszę­dzie. Ale można na nich patrzeć z boku. Nie wcho­dzą na sie­bie, nie prze­krzy­kują się, nie pstry­kają zdjęć ze sobą na pierw­szym pla­nie. Idą za to na nie­dzielne nabo­żeń­stwo jak garstka Sasów z Viscri czy liczne grupy wier­nych z doliny Izy w Mara­mu­re­szu. I tu, i tam w nie­dzielę obo­wią­zuje odświętny strój. Taki sam od dzie­się­cio-, a może i stu­leci. I od stu­leci ludzie roz­ma­wiają o codzien­nych spra­wach, plot­kują, obga­dują się, dzielą pro­ble­mami i rado­ściami. Żyją sobie tak, jak żyli ich przod­ko­wie.

Robimy dużo zdjęć, ale nie po to, żeby mieć zdję­cia dla zdjęć albo narzę­dzie tor­tur dla zna­jo­mych. Nie ma nic sen­sow­nego w kolek­cjo­no­wa­niu foto­gra­fii doku­men­tu­ją­cych, że tu byłam. Tu, tu i tu, i jesz­cze tam. Posta­wi­łam stopę, zali­czy­łam. Ja z niedź­wie­dziem, ja z górą, ja z łódką, ja na łódce. O tym, że zdję­cia z waka­cji stały się nową formą towa­rzy­skiej opre­sji, oso­bi­ście się prze­ko­na­łam i nikomu nie życzę takiego doświad­cze­nia. Mia­łam zna­jomą, która jeź­dziła po całym świe­cie i robiła mnó­stwo zdjęć, a potem zadrę­czała nimi kogo popa­dło. Były ładne, ale nawet naj­pięk­niej­sze foto­gra­fie w nad­mia­rze i oglą­dane pod pre­sją - każdą trzeba pochwa­lić - męczą. Poza tym poza obraz­kiem nie nio­sły za sobą żad­nej histo­rii, co czy­niło je nie­stety nie­zwy­kle nud­nymi. Bo o ile da się poje­chać wszę­dzie, o tyle poznać wszystko, poznać naprawdę, poznać w peł­nym tego słowa zna­cze­niu - już nie.

Nie wiem, czy lepiej wybrać sobie nie­wielki frag­ment tego świata i poświę­cić mu wiele lat. Mnie to odpo­wiada. Zmarli z któ­re­goś z beskidz­kich cmen­ta­rzy zapi­sali się w mojej pamięci. Poszłam ich tro­pem. Wyru­szy­łam za nimi do ich świata, by dowie­dzieć się jak naj­wię­cej o prze­szło­ści i o tym, co dzieje się tam współ­cze­śnie. Zoba­czyć, jakie owoce przy­nio­sła ich śmierć i co się stało po upadku monar­chii, która była domem dla Rumu­nów, Węgrów, Sło­wa­ków, Ser­bów, Pola­ków, Żydów i wielu, wielu innych.

Tak koń­czy się czy­ta­nie ksią­żek i tak jedno zda­rze­nie uru­cha­mia kolejne.

Tam i z powro­tem

No to ileż razy można jeź­dzić w to samo miej­sce? Wciąż sły­sza­łam: co, znowu jedziesz do tej Rumu­nii? A mnie się wydaje, że fascy­na­cja i cie­ka­wość to chyba wystar­cza­jące powody, by wra­cać. Ale nie jedyne, bo Rumu­nia to kraj nie­skoń­czo­nych moż­li­wo­ści. Wiel­bi­ciel gór może spę­dzić tu całe życie. Morze Czarne zado­woli miło­śni­ków kąpieli w wodzie cie­plej­szej niż w Bał­tyku. Ama­to­rzy dzi­kiej przy­rody na pierw­szym miej­scu posta­wią deltę Dunaju, gdzie można prze­paść na dłu­gie tygo­dnie. Zain­te­re­so­wani histo­rią, reli­gią, malow­ni­czymi kra­jo­bra­zami - każdy będzie usa­tys­fak­cjo­no­wany. Mno­gość pomy­słów przy­pra­wia o zawrót głowy. Tak wła­śnie czu­li­śmy się po powro­cie z Rumu­nii w 2008 roku. Oszo­ło­mieni. I zafa­scy­no­wani. Nie wie­dzie­li­śmy, co podo­bało nam się bar­dziej. Czy rejs dziu­rawą łodzią po kana­łach delty, czy śre­dnio­wieczna archi­tek­tura saskich miast, czy dłu­gie szlaki w Rod­nia­nach.

Żeby z powrotu do Rumu­nii mieć jakiś poży­tek, trzeba było zapla­no­wać go bar­dziej sen­sow­nie, po kawałku, wol­niej, meto­dycz­nie. Tak się zaczęło jeż­dże­nie według kolej­nych klu­czy, wokół kolej­nych moty­wów. Nie tylko wido­ko­wych, cho­ciaż aku­rat kra­jo­brazy dostar­czają najbar­dziej spek­ta­ku­lar­nych prze­żyć. Tury­styka kra­jo­znaw­cza i kolek­cjo­no­wa­nie pej­zaży to naj­prost­szy spo­sób podró­żo­wa­nia. Można zaszyć się gdzieś w górach, lasach, nie spo­ty­kać ludzi, nie widzieć, w jakich domach miesz­kają, i nie zasta­na­wiać się, dla­czego wła­śnie w takich, nie sły­szeć, jakim języ­kiem mówią, i nie wie­dzieć, w jakich kościo­łach się modlą. Można kon­tem­plo­wać przy­rodę, oddy­chać powie­trzem i strze­lać setki zdjęć gór, zwie­rząt, lasów i łąk. No ale w końcu kiedy w drogę wybiera się dwoje histo­ry­ków, na dłuż­szą metę tak się nie da. Cie­ka­wość wywabi nawet z najbar­dziej urze­ka­ją­cego, naj­zie­leń­szego matecz­nika. Jakiś budy­nek przy­cią­gnie wzrok i skłoni do zje­cha­nia z głów­nej drogi. Dro­go­wskaz z intry­gu­jąco brzmiącą nazwą każe nad­ło­żyć kilo­me­trów.

Ule­gli­śmy tym poku­som i zagłę­bi­li­śmy się w prze­szłość. Dali­śmy się zwa­bić Węgrom w Sied­mio­gro­dzie, Sasom, któ­rzy przy­wę­dro­wali do kra­iny za lasami jesz­cze w śre­dnio­wie­czu, Szwa­bom zachę­co­nym przez Marię Teresę do okieł­zna­nia banac­kich mokra­deł, mnisz­kom z malo­wa­nych klasz­to­rów w Buko­wi­nie, Pola­kom z tam­tej­szych wio­sek i miesz­kań­com Mara­mu­re­szu modlą­cym się w drew­nia­nych świą­ty­niach ze strze­li­stymi wie­żami. Oraz licz­nym przed­sta­wi­cie­lom wielu innych naro­do­wo­ści, któ­rzy zna­leźli swój dom gdzieś w Kar­pa­tach albo w Dobru­dży, gdy zie­mie naszego kraju pora­stała gęsta pusz­cza, a ludzie w niej miesz­ka­jący nie znali spo­sobu lub nie mieli potrzeby, by zosta­wić po sobie trwały ślad.

Tym­cza­sem na tere­nach dzi­siej­szej Rumu­nii Grecy i Rzy­mia­nie zakła­dali obozy oraz osady, któ­rych pozo­sta­ło­ści odkry­wają dziś arche­olo­dzy. Morze Czarne i Dunaj uła­twiały dotar­cie w te rejony, z czego Rzym musiał wcze­śniej czy póź­niej sko­rzy­stać. Zie­mia rumuń­ska nie stała się jed­nak cen­trum sta­ro­żyt­nego świata. Wręcz prze­ciw­nie. Okta­wian August uznał, że odle­głość od Rzymu jest wystar­cza­jąco duża, by zesła­nie tam było dotkliwą i sku­teczną karą. Na taki los ska­zał Owi­diu­sza - poeta został zmu­szony do opusz­cze­nia Rzymu i wyjazdu na kraj świata. Tak tra­fił do Tomi. Dziś w tym miej­scu leży Kon­stanca, dumna z banity. Rumuni, lubiący nawią­zy­wać do rzym­skiej prze­szło­ści, wyko­rzy­stali ten fakt komer­cyj­nie. Na wszyst­kim wszakże da się zaro­bić, nawet na czy­imś nie­szczę­ściu, a krzywda rzym­skiego poety to nie lada gratka. Uczczono jego pamięć nie tylko pomni­kami - w super­mar­ke­cie można nabyć łzę Owi­diu­sza zapa­ko­waną w butelkę o pojem­no­ści 0,75 litra. Jest łza biała i łza czer­wona: Lacrima lui Ovi­diu. Wytwa­rza się ją w rejo­nie Mur­fa­tlar. Miej­sce, w któ­rym doj­rze­wają wino­grona, to jedno z tych, w któ­rych smu­tek wydaje się czymś natu­ral­nym. Leżący w Dobru­dży, mię­dzy Med­gi­dią i Kon­stancą Mur­fa­tlar sprzyja upi­ja­niu się na smutno. Nie­skoń­czona rów­nina, bez­kres, wiel­kie nic da się znieść tylko przez chwilę. Potem pustka staje się przy­tła­cza­jąca. Nic, tylko się upić.

Czas pły­nął, na zie­mie rumuń­skie przy­by­wały kolejne ludy. Wszy­scy coś tu budo­wali, upra­wiali, wydo­by­wali, two­rzyli kul­turę, przy­wo­zili swoje zwy­czaje, zakła­dali mia­sta i mia­steczka, wsie i wio­ski, win­nice. Cho­ciaż współ­cze­śni miesz­kańcy rzadko są potom­kami tych, co sta­wiali, zakła­dali, orga­ni­zo­wali i upra­wiali, miej­sca osad­ni­cze nie stały się skan­se­nami. Wszystko wciąż żyje.

Jeź­dzimy więc tak od lat dro­gami mniej lub bar­dziej dziu­ra­wymi do miast, które odwie­dzają hordy tury­stów, i do miej­sco­wo­ści, w któ­rych nie widuje się przy­by­szów z zewnątrz. Tylko Buka­reszt wciąż pozo­sta­wiamy na póź­niej. Zaglą­damy, gdy tam­tędy prze­biega droga. Krótki rzut oka na dzie­dzic­two potwora - Pałac Ludu - lub jakże przy­gnę­bia­jące blo­ko­wi­ska oglą­dane przez samo­cho­dową szybę.

Kie­dyś poje­dziemy do sto­licy, ale tym­cza­sem nie jest mi ona do niczego potrzebna, nie pomoże mi zro­zu­mieć rumuń­sko­ści. Tak jak Buda­peszt nie wyja­śnia Węgier, a War­szawa Pol­ski. Wyja­śnień nie znaj­duje się w sto­li­cach. Są one odręb­nymi orga­ni­zmami, w któ­rych obo­wią­zują zupeł­nie inne prawa, w któ­rych mie­sza się po tro­sze wszystko, co w innych miej­scach wystę­puje w for­mie czy­stej, bar­dziej wyra­zi­stej i czy­tel­nej. Buka­reszt pozo­sta­wiam więc na póź­niej, a może na ni­gdy - bo sta­rego Buka­resztu już pra­wie nie ma. Kto chce go zna­leźć i poznać, powi­nien się­gnąć do ksią­żek: mono­gra­fii histo­rycz­nych, repor­taży i powie­ści. Kto cie­kaw, bez trudu znaj­dzie Buka­reszt: kurz i krew Mał­go­rzaty Rej­mer, Dni króla Filipa Flo­riana czy Paryże innej Europy: War­szawa i Buka­reszt, XIX i XX wiek Bła­żeja Brzostka. Ja zaś ruszam dro­gami lokal­nymi. Cza­sem dziu­ra­wymi, krzy­wymi, wąskimi, ale zawsze dają­cymi nadzieję na coś nie­spo­dzie­wa­nego, odkry­cie, zasko­cze­nie.

Wódz

"Rok ten [1906] ozna­czał potrójne święto. Po pierw­sze, rocz­nicę dwu­dzie­stu pię­ciu lat ist­nie­nia kró­le­stwa rumuń­skiego, które stało się nim w 1881 roku. Po dru­gie, świę­to­wano wtedy czter­dzie­stą rocz­nicę zało­że­nia dyna­stii rumuń­skiej. Po trze­cie, w tym roku przy­pa­dało 1800 lat od chwili, gdy rzym­ski cesarz Tra­jan pod­bił Dację i włą­czył do zachod­niej cywi­li­za­cji tery­to­rium, które po wie­kach miało stać się Rumu­nią".

Adrian Cio­ro­ianu, Piękna opo­wieść o histo­rii Rumu­nów

Ani słowa o tobie, waleczny Dece­balu, na darmo się biłeś, myśla­łam, patrząc na zie­loną wodę Dunaju, maja­czącą po dru­giej stro­nie rzeki drogę i pędzące nią tiry. Droga znaj­do­wała się w Ser­bii, bo Dunaj jest w tym miej­scu rzeką gra­niczną. Dece­bal, legen­darny dacki wódz, który prze­grał z rzym­skim cesa­rzem nie tylko walkę o wol­ność, ale także walkę o pamięć, stoi tu na straży. Co prawda od nie­dawna, ale spra­wia wra­że­nie, jakby miał tu zostać na wiecz­ność. Nie­któ­rzy Ser­bo­wie patrzący nań ze swo­jego brzegu nie wie­dzą, kto zacz. Ponoć podej­rze­wają, że ta rzeźba wykuta w żywej skale przed­sta­wia Ceauşescu, bo prze­cież musi przed­sta­wiać kogoś znacz­nego, skoro jest taka wielka. O Dece­balu naj­wy­raź­niej nie sły­szeli.

Przy­wo­łany powy­żej frag­ment nie­wiel­kiej ksią­żeczki bar­dzo popu­lar­nego rumuń­skiego histo­ryka jest ude­rza­jący. Sto­jące w wielu mia­stach wil­czyce kapi­to­liń­skie - lupa capi­to­lina - potwier­dzają for­ma­cyjne zna­cze­nie najazdu rzym­skiego na początku dru­giego wieku naszej ery. To fascy­nu­jący para­doks. Próba pogo­dze­nia swoj­skiego, dac­kiego wodza i jego pogromcy, rzym­skiego cesa­rza. Dece­bal, sto­su­jąc naszą współ­cze­sną nomen­kla­turę, bro­nił ojczy­zny przed agre­sją z zewnątrz. Tra­jan nie miał żad­nej misji cywi­li­za­cyj­nej.

W ist­nie­nie Impe­rium Roma­num był wpi­sany impe­ra­tyw pod­bi­ja­nia, roz­sze­rza­nia i zdo­by­wa­nia nowych tery­to­riów, z któ­rych ścią­gano podatki, pozy­ski­wano surowce i nie­wol­ni­ków. Ist­niało rzym­skie osad­nic­two, ow­szem, ale po to, by tych zdo­by­czy pil­no­wać, kon­tro­lo­wać nowe tery­to­ria i eks­plo­ato­wać szlaki. Na tych samych zasa­dach kil­ka­na­ście wie­ków póź­niej funk­cjo­no­wało impe­rium osmań­skie. Dece­bal, świa­domy klę­ski, popeł­nił samo­bój­stwo. Nie chciał być nie­wol­ni­kiem, tro­feum wysta­wio­nym na widok tłumu, poka­zy­wa­nym pod­czas zwy­cię­skiego pochodu w Rzy­mie. Dziś jego pogromcę Tra­jana wspo­mina się jako tego, który spro­wa­dził cywi­li­za­cję zachod­nią do Dacji, a tym samym wpły­nął na rumuń­ską toż­sa­mość, włą­cza­jąc ten teren w krąg kul­tury łaciń­skiej. To dla Rumu­nów powód do dumy, a związ­ków języka rumuń­skiego z łaciną nie można zakwe­stio­no­wać.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki