Rozdział 1
Ale czy ty się nie boisz?
Hello, bonjour, buenos días, bom dia, salam alejkum, jambo, priwiet dziewuszka, kak dz'ieła? Tak się zwykle witają ludzie na świecie. Z wyjątkiem mnie i pewnie innych podróżujących kobiet, bo nas zamiast "dzień dobry" czeka stan zdumienia i wygłoszone po wyjściu z niego sakramentalne: "Czy ty się nie boisz?".
Żeby nie było, że zmyślam, zostało to potwierdzone niemal naukowo. Anita Demianowicz, autorka bloga banita.travel.pl i organizatorka Trampek, czyli jedynych w Polsce spotkań dla podróżujących kobiet, po kilku edycjach zliczyła najczęściej zadawane na nich pytania. W czołówce, na długo przed jakimikolwiek innymi, znalazły się dwa: "Czy się nie bałaś?" oraz "Czy samej jest bezpiecznie?".
Osobiście uważam, że podróż - nawet najtrudniejsza - jest prostsza od codziennego życia, bo nie trzeba się zajmować przyziemnymi problemami takimi jak rachunki, a szukanie noclegu, w porównaniu z szukaniem nowego konta w banku, oraz planowanie "dokąd pojadę jutro?", zamiast planowania remontu, to czyste przyjemność i przygoda. Jeśli chodzi o samo bezpieczeństwo, to zachowując zdrowy rozsądek i podstawowe zasady, w podróży nigdy nie czułam się bardziej niebezpiecznie niż w Polsce. Oczywiście, że mogę znaleźć się w niewłaściwym czasie i niewłaściwym miejscu, mieć pecha i dać nabić sobie guza, ale to może się zdarzyć wszędzie. Kiedyś w jakiejś audycji występująca ze mną dziewczyna opowiadała o próbie "porwania" jej w czasie podróży. Prowadzący zamarli, dopytując, co w takiej sytuacji robić, a na mnie patrzyli z wyrzutem: "i co teraz powiesz o bezpieczeństwie?". Cała historia wydarzyła się w dość popularnym wśród podróżujących kraju, a jej świadkami było kilka osób. W takiej sytuacji na "porwanie" zdecydowałby się tylko wariat i na takiego musiała trafić dziewczyna. Równie dobrze mogłaby go spotkać w Polsce.
Oczywiście są miejsca bardziej i mniej bezpieczne, ale w tych drugich po prostu mam wzmożoną uwagę. Zresztą obiektywnie często ocenić się tego nie da; wiele "strachów" to zasłyszane opowieści, które przekazujemy dalej, karmiąc potwora. Ja mogę opowiedzieć takie:
Znajomi mieli koleżankę Norweżkę, która przyjechała pracować w Polsce. Zamieszkała w Lublinie, a po kilku miesiącach przylecieli jej rodzice, by zobaczyć, jak jej w tej Polsce jest. W sumie nie spodziewali się niczego szczególnego: Unia Europejska, prawie po sąsiedzku, nawet klimat podobny. Rzeczywiście: wylądowali na nowoczesnym lotnisku, odebrali z wypożyczalni zamówione auto i ruszyli w kierunku Lublina, podziwiając z Mostu Siekierkowskiego panoramę warszawskiego city. Sielanka trwała do szosy lubelskiej; dla niezorientowanych - to trasa w kierunku Lublina, odbijająca z szerokiej drogi na Brześć. Matka się rozpłakała, a ojciec zjechał na pobocze, dzwoniąc do córki, żeby przyjechała; on dalej nie pojedzie, bo boi się o życie. Przerażenie u doświadczonego kierowcy wywołały wyprzedzające się na jednopasmowej ruchliwej drodze samochody. W Norwegii, w której w takich warunkach jedzie karnie auto za autem, a jeśli ktoś przekracza dozwoloną prędkość, inni natychmiast dzwonią po policję, jest to nie do pomyślenia. W obcojęzycznych przewodnikach po Polsce rozdział "zagrożenia" zwykle otwierają ruch uliczny i dane o liczbie wypadków. Jeden Australijczyk, którego spotkałam w Kambodży i który miał w planach podróż do Europy, zapytał nawet, czy to prawda. I czy kierowcy nie boją się wsiadać do samochodów, a piesi - przechodzić przez ulice. Zamurowało mnie, bo przecież ani ja, ani nikt, kogo znam, nigdy o tych niebezpieczeństwach nie myślał. Tymczasem mój nowy znajomy zacytował statystyki, patetycznie kończąc: - Gdyby w Australii w jakieś święto zginęło na drogach tylu ludzi, co w Polsce (chodziło mu o wyjazdy na długie weekendy), ogłoszono by żałobę narodową.
Wtedy się tylko zaśmiałam, myśląc, że mam do czynienia z egzaltowanym wariatem, ale z czasem podobnych opowieści przybywało. Chyba najbardziej zapamiętam rozmowę z Kurdem z Iraku, spotkanym przy liczącej sobie 5000 lat cytadeli w Erbilu, otoczonej jak pępek świata kolejnymi pierścieniami ulic. Były szerokie, gładkie jak lustro i mknęły nimi lśniące bielą terenówki, obierając kierunek na Kirkuk, Mosul albo Bagdad. Dookoła ryły młoty pneumatyczne i unosił się kurz z kolejnych budowanych biurowców i centrów handlowych, bo Kurdowie chcieli zrobić ze swojego skrawka atrakcję turystyczną na kształt Dubaju. Jako jedna z niewielu turystek wzbudziłam zaciekawienie i kiedy tylko przysiadłam, żeby ochłodzić się przy fontannach, wokół pojawiło się kilka osób. Zadali mi mnóstwo pytań o Polskę: ile zarabiamy, co produkujemy, czy trudno nam wyjechać do Niemiec, sakramentalne - dlaczego jestem sama i co na to moja rodzina; wreszcie zeszło na pogodę, a konkretnie - na egzotyczną dla nich zimę. Kiedy opowiedziałam o śniegu, mrozie i o tym, że czasem na zewnątrz zamarzają ludzie, panowie zamilkli, wymienili między sobą kilka uwag, a potem ten, który służył za tłumacza, przekazał, że nie chcą jechać do Polski, bo... się boją. Tego popołudnia zyskaliśmy w Iraku opinię niebezpiecznego kraju, w którym na ulicach zamarzają ludzie.
Kwestia zimy była zresztą poruszana wielokrotnie, najczęściej w Afryce. Kenijskie siostry zakonne prowadzące w Ugandzie szkołę dla dzieci z ubogich rodzin po pytaniu o bezdomnych i ich los w czasie mrozów orzekły, że Polska - tak jak Uganda - potrzebuje pomocy.
Czy teraz też na kwestię bezpieczeństwa patrzycie inaczej?
Bo ja od dłuższego już czasu, pytana o to, czy nie boję się podróżować, odpowiadam:
- Równie dobrze mógłbyś mnie zapytać, czy nie boję się żyć w Polsce.
Na to wyznanie usłyszałam kiedyś (z ust mężczyzny):
- No ale przecież w Polsce drżymy, kiedy nasze kobiety wychodzą wieczorami same na ciemne ulice.
Dlatego po nich nie chodzę. Ot i cała tajemnica. Teraz tylko wystarczy rozpoznać, co jest taką "ciemną ulicą" gdzieś w świecie.
Po nieszczęsnym napadzie w Nairobi, do którego doszło, bo "się nie bałam", przez lata nie ruszałam się poza oswojoną Europę Zachodnią. W końcu odważyłam się na krótki wypad w kilkuosobowej grupie do Marrakeszu. Dziś na jego wspomnienie ogarnia mnie śmiech: bałyśmy się jadać w lokalnych jadłodajniach, proste zdanie z przewodnika o tym, żeby zachować ostrożność, przeraziło nas tak, że najpierw uciekłyśmy z medyny do nowej części miasta, a potem zamieszkałyśmy w luksusowym riadzie, ukrytym za grubym murem. Bałyśmy się z niego ruszyć tak bardzo, że trzeciego dnia jego właścicielka zapytała: - Na hennę nie chcecie iść, boicie się jechać do doliny, na kolację na placu [Jemaa el Fna, zamieniającym się wieczorem w największą na świecie restaurację pod gołym niebem] też. To po co właściwie przyjechałyście?
No właśnie - pytam się dzisiaj. Wtedy spędzałyśmy całe dnie przy fontannie na dziedzińcu naszego egzotycznego riadu, wychodząc głównie na dach. Rozciągał się z niego widok na miasto, a wieczorem gospodarze serwowali parujący tadżin. Zanim wyszłam na pierwszy spacer po kolorowym suku, godzinami myślałam, jak nie dać się na nim okraść. Dokumenty i karty zostawiłam w riadzie, a zwitek banknotów na zakupy zawiązałam w róg chusty, którą okryłam głowę. Przytrzymywałam supełek, udając, że robię to, by mi nie spadła. Byłam ciekawa ludzi wokół, ale strach przed odzianym w dżelabije tłumem o egzotycznych twarzach (dlaczego nie ma tu w ogóle samotnych kobiet?) nie pozwalał mi odejść nawet na kilka metrów od reszty. Na pustynię zaś nie pojechałyśmy, uznając to za zbyt drogą wycieczkę, choć przecież wystarczyłaby na nią opłata za dwie kolacje w naszym riadzie.
Dziś z tego wszystkiego czasem się śmieję, a czasem wstydzę, woląc zapomnieć. Na kolację na placu odważyłyśmy się pójść dopiero ostatniego wieczoru. Prowadził nas zapach z dziesiątek garkuchni, które wraz z zachodem słońca wcisnęły się między fakirów grających na fletach dla tańczących węży, treserów małp, wróżbitów i innych magików. W kłębach dymu i rytmie bębnów kucharze nakładali na talerze gęstą zupę z soczewicy, tadżin, szaszłyki, sałatki i góry przekąsek. Patrzyłam oniemiała - bo po raz pierwszy - na serwowane w miseczkach ślimaki i baranie oczy. Zjadłyśmy kolację przy wspólnym długim stole z Marokańczykami, a ci na deser wysłali nas do pana z samowarem i korzennymi ciasteczkami. Wbrew własnym strachom i ostrzeżeniom niedowiarków, wróciłyśmy ciemnymi wąskimi uliczkami, w których gubiłyśmy się nawet za dnia, bez trudu i jak po sznurku znajdując niepozorne drzwi naszego riadu w murze. Jak? Normalnie: pytając o drogę miejscowych wędrujących z placu i na plac do północy. Do październikowej Warszawy wróciłam, mając w głowie obrazy z tego ostatniego wieczoru. Jakże żałowałam, że nie odważyłyśmy się opuścić naszego bezpiecznego azylu wcześniej.
Kilka miesięcy później rozstałam się z moją bezpieczną pracą, która dawała mi komfort finansowy i pozwalała na comiesięczne wypady w jakieś ładne miejsce, ale zajmowała większą część życia. Szalę decyzji na "tak" przechyliła chęć dalekiego wyjazdu, takiego, o jakim z wypiekami na twarzy czytałam w relacjach innych. Wtedy wydawał mi się pomysłem tak absurdalnym jak to, że kiedyś polecę na Księżyc. Ze stresu nie spałam wiele nocy, ale kiedy już zdecydowałam, wszystko stało się prostsze, bo zamiast myśleć, trzeba było zacząć działać. Do strachów podeszłam racjonalnie - wzięłam kartkę i wypisałam punkt po punkcie wszystkie: że mogą mnie okraść, mogę zachorować, mieć dość, chcieć wrócić wcześniej, stracić kontakt z rodziną i tak dalej. A potem przeczesałam internet, przepytałam znajomych, zadzwoniłam do banków i ubezpieczycieli, poszłam do lekarza i przy każdym z punktów dopisałam: "Co robić?".
Na koniec kupiłam bilet; był nieco droższy, ale pozwalał mi w razie czego wrócić w każdej chwili, i odłożyłam zaskórniaki na budżet większy o 20 proc., niż rzeczywiście był mi potrzebny. Akurat tej zasady trzymam się do dziś, bo pozwala mi kupić bezpieczeństwo: śpię w tanich hotelach i jeżdżę najbardziej lokalnym transportem, ale jeśli czuję, że coś jest nie tak, bez wahania wydaję więcej na luksusowy pociąg. Do tej pory takich awaryjnych sytuacji miałam najwyżej kilka.
Choć przez lata wyjazdów nauczyłam się wiele, a przede wszystkim wiem, że są one dużo łatwiejsze i bezpieczniejsze, niż się wydaje, przed każdym kolejnym siadam z kartką, zastanawiając się, czy nie ma nowego "stracha", który trzeba oswoić. Często jest.
Na przykład:
Iran. Jak się komunikować z krajem - zawsze jestem w ustalonym kontakcie z rodziną - skoro wiele stron internetowych jest zablokowanych? Tu akurat okazało się to proste jak autostrada przez Stany, bo w każdej kafejce i hotelu magicznie je odblokowywano. Ale już w Uzbekistanie w wielu miejscach można było wejść jedynie na Skype i Vkontakte, czyli rosyjskojęzyczny odpowiednik Facebooka, a kiedy spróbowałam odpalić Gmaila, system odłączył wszystkie komputery w kafejce. Polska karta w telefonie straciła zasięg, a z uzbeckiej nie dochodziły SMS-y do kraju, do mnie przychodziły za to niepokojące z pytaniem: "Co się dzieje?". Udało mi się odpisać w przeddzień uruchomienia alarmu.
Rok po trzęsieniu ziemi w Nepalu jego władze, w celu ściągnięcia z powrotem turystów, fundowały wszystkim lądującym w Katmandu karty lokalnego operatora. Trochę trwało, zanim zorientowałam się, że wysyłane z nich SMS-y dochodzą jedynie do niektórych sieci. W dodatku w górach po większym deszczu zasięg znikał na amen - na dzień albo na kilka dni. Na szczęście w miejscowościach rozrzuconych na trasie byli przedsiębiorczy panowie z telefonami stacjonarnymi, z których można się było (zwykle) dodzwonić do każdego zakątka świata.
Kwestii sprawnego kontaktu na sto procent nie rozwiązałam do dziś. Zwykle mam co najmniej dwie karty: polską i jedną miejscową, a co jakiś czas szukam internetu. Tak, tak - szukam. Smartfona na czas podróży zostawiam w domu, bo mnie irytuje jego wygląd (jest co kraść), a przede wszystkim - zżeranie baterii. Ponieważ często bywam w miejscach, w których dostęp do prądu jest ograniczony albo regularnie go wyłączają - dzieje się tak właściwie wszędzie poza światem Zachodu, wolę zabrać starą nokię, której bateria wytrzymuje nawet półtora tygodnia. W sytuacjach awaryjnych włączam ją tylko wieczorem, by sprawdzić, czy nikt mnie nie szukał, i dać znać, że żyję. Aparat jest pancerny, przetrwał kilka upadków i budzi śmiech połączony z politowaniem u potencjalnych złodziei. Z rodziną zwykle umawiam się na kontakt przynajmniej raz w tygodniu, ale wiedząc, że wjeżdżam gdzieś, gdzie mogę mieć trudności z komunikacją, piszę: "Jadę tu i tu... mogę mieć problem z zasięgiem i nie odzywać się przez dwa tygodnie". Wiem, że nie jest to najrozsądniejsze, bo w razie wypadku nikt o nim nie będzie wiedział, ale na razie niczego mądrzejszego nie wymyśliłam.
Islandia. Jak nie dać się porwać wodzie, przechodząc przez rzekę? Otóż najpierw trzeba przejść bez plecaka, i tylko wtedy, kiedy czujesz się w wartkim nurcie pewnie, ruszyć z nim. Co zrobić z butami? Mieć w zewnętrznej kieszeni plecaka sandały, założyć je na czas przejścia, potem szybko zdjąć, wyjąć z tej samej kieszeni podręczną ścierkę z mikrofibry - taki zapasowy ręczniczek to genialny wynalazek, migiem wytrzeć i wskoczyć zmarzniętymi stopami w skarpetki i buty.
Nepal. Czy ubezpieczenie ze standardową kwotą na ratownictwo (zwykle 5000 dolarów) wystarczy na sprowadzenie helikoptera w razie wypadku na trekkingu? W wiele wyżej położonych miejsc, nawet na popularnych trasach, ratownicy mogą się dostać tylko nim. Odpowiedź: wystarczy nawet na dwa helikoptery, ale miejscowe służby mogą zażądać zabezpieczenia - zwykle w postaci blokady na karcie kredytowej. Dlatego trzeba mieć na niej odpowiednio wysoki limit. Blokada zostaje zdjęta, gdy ratownicy upewnią się, że twoje ubezpieczenie pokryje ich akcję. To dość standardowa procedura.
Boliwia. El Alto w La Paz to jedno z najwyżej położonych lotnisk świata (ponad 4000 m n.p.m.). Lądowałam tam w środku nocy i - jak zwykle w takim wypadku - postanowiłam przeczekać na nim do rana zamiast pchać się po ciemku do niżej położonego, ale obcego miasta. Ale czy nie dopadnie mnie choroba wysokościowa, skoro przeniosę się tam na kilka godzin wprost z mazowieckich równin? Może powinnam łyknąć jakieś leki? W tym wypadku rozwiązanie było proste, bo i tak przed każdym wyjazdem w tropiki chodzę do lekarza, np. po leki antymalaryczne albo żeby przedłużyć jakieś szczepienie. Lekarz kategorycznie stwierdził, że niczego łykać nie trzeba, bo w tak krótkim czasie grozi mi najwyżej ból głowy. I tak się rzeczywiście stało. Papież Franciszek, który lądował na El Alto kilka miesięcy później, miał mniej szczęścia. Objawy choroby wysokościowej leczono mu sprawdzonym miejscowym specyfikiem - herbatką z liści koki. To doskonałe remedium na wysokość jest legalne w kilku andyjskich krajach; pobudzającą herbatkę można kupić na każdym kroku, a jej liście znajdowałam w każdej hostelowej kuchni, tak jak gdzie indziej na świecie olej albo cukier.
Czarna Afryka (tak się nazywa "prawdziwą", położoną poniżej Sahary część tego kontynentu). Jak nie zbankrutować i nie dać się rozdeptać słoniom? To nie żart. Afryka to mało popularny, bo dość trudny kontynent do podróżowania, choć gdy już się ją oswoi, grozi uzależnieniem. Ma opinię niebezpiecznej: malaria i inne mikroby hulają stadami, zdobycie niektórych wiz graniczy z cudem, a do tego jest drogo. Konkretnie - bardzo drogo, bo turystyka dopiero raczkuje i w wielu krajach brakuje infrastruktury klasy średniej. Do wyboru mamy burdele nad barami, przy których największe indyjskie nory są luksusem, albo eleganckie hotele z cenami 100 dolarów za pokój. Jeszcze droższe są tzw. atrakcje, co w wypadku Afryki sprowadza się do dzikich zwierząt - jadąc na zorganizowane safari, trzeba się liczyć z wydatkiem 200 dolarów za dobę. Dlatego każdy, kto zaczyna myśleć o wyjeździe do Afryki, dość szybko spotka się z radą: weź namiot. - Co??? - pomyślałam, gdy o tym usłyszałam, i nie byłam w tym myśleniu odosobniona. - W buszu się rozbiję???
Na miejscu okazało się, że na turystów czekają kempingi w parkach, nad jeziorami, nawet w miastach, a tam, gdzie ich nie ma, można rozbić się w każdym hotelu z kawałkiem trawnika. O bezpieczeństwo nie ma się co martwić. Ponieważ Afryka to niebezpieczny kontynent, każdy hotel jest otoczony murem zwieńczonym drutem kolczastym i potłuczonym szkłem, a w bramie siedzi stróż. Na większym terenie, np. przylegającym do jeziora, stróż brał krzesełko i siadał na całą noc przy moim namiocie. Protesty były na nic. - To moja praca, madame - mówił grzecznie, acz stanowczo.
Na kempingach w parkach jego rolę przejmował menedżer: razem z pokazaniem, gdzie jest prysznic, a gdzie można pożyczyć garnki, instruował, jak się zachować w zetknięciu z dziką zwierzyną, która czasem przychodzi na kampy, które miejsce wybrać, żeby nie rozbić się na ulubionej drodze słoni (najlepsze będą zaciszne miejsca wśród krzaków, na niektórych kempingach posadzono nawet sztuczne "zatoczki" na jeden namiot) i gdzie wynieść na noc jedzenie, żeby namiotu nie zdemolowały wrażliwe na jego zapach guźce. - Jeśli usłyszysz żerujące hipopotamy, zachowaj spokój i nie wychodź na zewnątrz - mówił, a tembr głosu nie zmienił mu się nawet o ton. - One respektują namioty i nie atakują nieprowokowane. Po zmroku poruszaj się tylko z dobrą latarką.
Chodzi o to, żeby niechcący nie wejść olbrzymowi w drogę. Hipcie są pocieszne tylko z nazwy; w rzeczywistości to one, a nie złowrogo brzmiące lwy, tygrysy czy krokodyle odpowiadają w Afryce za największą liczbę ofiar śmiertelnych. Z natury są łagodne i nie atakują, ale jeśli wpadną w panikę, nie ma z nimi szans. Dzień spędzają w wodzie, chłodząc swoje potężne cielska, na żer wychodzą nocą - nawet 15 km od brzegu. Mnie w moim namiociku dzieli od niego najwyżej kilometr: z jednej strony mam ogromne Jezioro Edwarda, z drugiej solniska jeziora Katwe, a tuż za kempingiem płytką lagunę, w której brodzą stada różowych flamingów. Ponieważ nie ma tu nikogo poza mną, obsługa każe mi rozbić się nie na odosobnionym kempingu, lecz tuż za jadalnią, przy drodze do namiotów kuchennych, gdzie zawsze ktoś ma się kręcić. Zawsze, czyli do wieczora. Chłopiec kuchenny litościwie rozpalił mi ognisko, włożył w nie potężny pień i dorzucił obok stos gałęzi. - Jak się obudzisz, dorzuć jedną, będzie się palić do rana - powiedział, a widząc moją minę, dodał: - Nie martw się, ja też śpię w namiocie i słyszę je czasem za ścianką.
"Ryku" hipopotama nie da się pomylić z niczym innym. Jest jak chrząknięcie, które wydobywa się z trzewiów potężnej ropuchy. Słyszałam je wcześniej wiele razy i wiedziałam, że kiedy niesie się nad wodą, trudno ocenić, czy zwierzę jest kilka czy kilkaset metrów dalej. - Kilkaset - uspakajałam się, bo kiedy tylko zgasło afrykańskie słońce, a nad równikiem zachodzi tak szybko, jakby ktoś wyłączył żarówkę, dookoła słyszałam co najmniej kilka mlaskających osobników. Gdy odważyłam się otworzyć oczy, w świetle lampy pojawił się cień. Jak na starym animowanym filmie zbliżał się, rosnąc nieproporcjonalnie z każdą sekundą - nie, to nie dzieje się naprawdę - i wtedy jego pysk dotknął tropiku. Dzieliło nas najwyżej pół metra, a przez głowę biegła kanonada myśli: "Nie ruszaj się, siedź cicho, nie oddychaj, on sobie zaraz pójdzie. Przecież ci mówili, że hipopotamy same z siebie nie atakują. No dobrze, ale skoro wśród ludzi są idioci, którzy zabijają innych, to skąd mam wiedzieć, czy wśród hipopotamów nie ma podobnych wariatów???". Tymczasem olbrzym wziął głęboki wdech, jakby wąchał, co jest w środku albo zastanawiał się, co dalej, powtórzył go dwukrotnie i... odszedł. Przez kolejne dwie godziny dookoła żerowało całe stadko - słyszałam dźwięk rozdeptywanej plastikowej butelki i gniecionych gałęzi przy moim ognisku, które dawno zgasło - ale bałam się mniej, bo na własnej skórze doświadczyłam, że zwierzęta rzeczywiście mnie nie skrzywdzą. Myślałam już racjonalnie, że jedynym zagrożeniem jest linka od namiotu, w którą mogą się zaplątać, dlatego gdy cienie na chwilę się oddaliły, jednym cichym ruchem zdjęłam ją ze szpilki i wciągnęłam do środka.
Przygoda z hipopotamami poziomem przerażenia może się równać jedynie wieczorowi w Nepalu. Zapowiadał się pięknie: w Bhaktapurze, jednej ze starych królewskich siedzib, trwały obchody nowego roku i tysiące miejscowych obsiadło schody starych świątyń jak ptaki gałęzie, by podziwiać przejazd udekorowanych wozów, a w ciasnych ulicach hasały ukryte za kolorowymi maskami "złe duchy". To jedno z piękniejszych miast w Nepalu z trzęsienia ziemi wyszło mocno poharatane: rzeźbione domy z podcieniami podpierały belki zabezpieczające, a kilka królewskich budowli urywało się w połowie jak bułki przecięte nożem. Naprzeciwko mojego hoteliku, którego budowa zatrzymała się na drugim piętrze, bo po kataklizmie zaczęło brakować gości i funduszy, widniała dziwna dziura wycięta w tkance miasta. Długo się jej przyglądałam, zanim zrozumiałam, że jeden z domów po prostu się zapadł jak wenecka kamienica w bondowskim "Casino Royale". Na dobranoc jeden z przygodnie spotkanych miejscowych opowiedział mi, jak uciekał z piątego piętra, na którym zastało go trzęsienie, przeskakując po kilka schodów. Ja na szczęście siedziałam w swoim bezpiecznym łóżku. I wtedy zaczęło się coś, czego nie potrafiłam przyporządkować do żadnego znanego mi zjawiska ani doświadczenia. Sufit falował, pokój trząsł się jak auto na wybojach, a z dołu dobiegał dziwny warkot. Przytomnie chwyciłam saszetkę z paszportem i pieniędzmi, i skacząc po kilka schodów, zbiegłam na ulicę. Ludzie chodzili po niej, jakby nic się nie stało. Zaczynałam się zastanawiać, czy to mi się nie przyśniło, kiedy właściciel, widząc mnie w piżamie, uspokajająco powiedział: - Nie bój się, to tylko mikrotrzęsienie. Tu, na dole, nawet go nie odczuliśmy.
W rok po kataklizmie takie wstrząsy odbywały się niemal codziennie, a ludzie się cieszyli, że to dla nich dobrze, bo siła żywiołu rozmienia się na drobne.
Historie te pokazują, że strachów w podróży nie da się uniknąć, ale są to strachy racjonalne - przed nieznanym, nowym albo takim, na które nie mamy wpływu. Pełnego bezpieczeństwa nie zapewni mi nigdzie nikt. Jeśli jednak będę przestrzegać zasad, wyjazd nie będzie bardziej niebezpieczny od codziennego życia, a dla kobiet nawet łatwiejszy. W obawie przed złym zachowujemy się ostrożniej i mamy oczy dookoła głowy. Łatwiej niż mężczyznom przychodzi nam proszenie o pomoc. Ludzie wokół o nas dbają i mają za punkt honoru, żeby nic nam się nie stało, a jedyną trudnością bywa opędzenie się od nadmiaru życzliwych i dobrych rad. Łatwiej przyznajemy się do błędów, ostrożniej wyznaczamy cele i nie wstydzimy się z czegoś zrezygnować, gdy czujemy, że to nam zagraża. Dla mnie taką granicą było zrozumienie, że niczego nie muszę. Gdy wyjeżdżałam w kilkumiesięczną podróż po Bliskim Wschodzie i Azji Środkowej, miałam na trasie Kurdystan w granicach Iraku. Ponieważ z daleka nie potrafiłam ocenić, czy to na pewno bezpieczne - rozsądek i opowieści tych, którzy tam byli, mówiły "tak", wujkowie dobra rada "nie" - stwierdziłam, że zdecyduję na miejscu, a jeśli będę miała choć cień wątpliwości, prosto ze wschodniej Turcji pojadę do Iranu. Ale "tam" poradzono mi jedynie omijać Mosul, co też zrobiłam, szukając odpowiedniego transportu. Kilka dni w Iraku wśród serdecznych Kurdów jest jednym z moich najlepszych podróżniczych doświadczeń.
Złym chłopcom z Nairobi, którzy wystraszyli mnie jak nikt nigdy przedtem i uziemili na kilka lat w Europie, dziś jestem w sumie wdzięczna. Nauczyli mnie, że jeśli będę słuchać miejscowych i zachowywać się rozsądnie, nie stanie mi się nic złego. Nie boją się tylko głupcy.
Dlaczego najbardziej na świecie lubię podróżować w pojedynkę
Ktoś mnie niedawno zapytał, czy podróż jest kobietą. Musiałam się chwilę zastanowić, bo rzeczywiście - gdzie nie spojrzę i kogo nie zagadnę, trafiam na podróżujące solo kobiety. Opowiadamy, że wyjazdy bez towarzystwa są takie łatwe, wzbudzając zdziwienie, że dajemy radę. Czy więc naprawdę jest nas tak dużo i czy przemierzając świat, wciąż na siebie trafiamy? Nie. Znakomita większość ludzi podróżuje w parach albo trzy-, czteroosobowych grupkach. O nich jednak tyle się nie mówi, nie prosi o wywiady i nie pokazuje tak często, traktując to, że wyjeżdżają, jak coś normalnego. Kobieta poznająca świat solo z niewiadomych powodów wciąż budzi zdziwienie. Przynajmniej w Polsce, bo w wielu zakątkach świata nie jest już niczym niezwykłym. Kiedy przemierzałam zimą mroźny bezkres Laponii, spotkałam młodą Norweżkę. Rozbiłyśmy swoje namioty przy schronisku za zamarzniętym jeziorem. Ja pokonałam lodową taflę pieszo, ona - na biegówkach z dwoma psami husky u boku. Zwierzaki, przyczepione do niej na uprzęży, pomagały jej biec i ciągnąć ciężkie sanie. Dziewczyna przemierzała Norwegię z jej najbardziej wysuniętego skrawka na północy na najdalsze południe - to jakieś 3000 km i pół roku marszu, najpierw na biegówkach, a poniżej Trondheim pieszo. Tak jak inni między studiami a pierwszą pracą wyjeżdżają na tzw. gap year, by włóczyć się z plecakiem po świecie, tak młoda Norweżka po skończeniu szkoły postanowiła przewędrować wzdłuż swój kraj. Miał jej towarzyszyć kolega, ale w drugim tygodniu skręcił paskudnie nogę, dziewczyna postanowiła więc iść po bezdrożach sama; w najzimniejszą noc, w którą rozbiła namiot, na zewnątrz było minus 43 st. C. Kiedy patrzyłam na nią jak na kogoś niezwykłego, ona dziwiła się, dlaczego ja się jej tak dziwię. Nie pisała bloga, nie udzielała wywiadów ani nie informowała świata o swojej wędrówce w żaden inny sposób. - U nas takie podróże to coś normalnego - powiedziała.
Podróżuję w pojedynkę. Nie używam słowa "samotnie" ani nawet "sama", bo akurat samotność jest ostatnim, czego mi brakuje. Jeśli jest nas kilka czy nawet dwie osoby, tworzymy grupę, a grupa zamyka się na sobie: spędza czas ze sobą, ze sobą rozmawia i się bawi. Jak bardzo, zrozumiałam w Kambodży, kiedy ze szczytu schodów zapomnianego hotelu na prowincji, gdzie turystów można było policzyć na palcach jednej ręki, usłyszałam dwie dziewczyny rozmawiające po polsku. Zatrzymałam się ucieszona: - O, dzień dobry - powiedziałam z uśmiechem, kiedy mnie mijały. - Dzień dobry - odpowiedziały one. I sobie poszły. Wtedy zrobiło mi się strasznie żal, bo od trzech miesięcy nie rozmawiałam z nikim po polsku. Potem pomyślałam jednak, że jeszcze niedawno, kiedy jeździłam z kimś, najpewniej zachowałabym się tak samo.
Kiedy jeżdżę solo, muszę wyjść do miejscowych, a i im łatwiej do mnie podejść, bo się nie wstydzą. To zupełnie inna jakość podróżowania. Czasem trudno je nazwać choćby samodzielnym, bo po tradycyjnej wymianie uprzejmości zostaję usadzona z kobietami nad herbatą, żebyśmy mogły odpocząć i poplotkować, a panowie obok kłócą się, co ze mną zrobić. Jest to oczywiście kłótnia w sensie pozytywnym, bo debatują nad tym, który hotel będzie dla mnie najbardziej odpowiedni, kto zaprosi mnie do domu, dokąd powinnam pojechać, a nawet - co zobaczyć za tydzień. Oddanie się w opiekę miejscowym często oznacza, że to oni decydują, co dla mnie lepsze, i nie ma co z tym dyskutować. W Uzbekistanie pewna rodzina obiecała obwieźć mnie po historycznych twierdzach. Po drodze uznali jednak za moimi plecami, że lepiej mi zrobi odpoczynek i w ten sposób wylądowałam z nimi na całodniowym pikniku, nad rzeką Amu-daria. Spędziliśmy tam cały dzień, polegując leniwie w cieniu marnych krzaków i mocząc się w ciepłej jak zupa wodzie.
Zdaję sobie jednak sprawę, że podróże w pojedynkę nie są dla każdego, a na pewno nie dla każdej. Jeśli ktoś czuje się źle z samym sobą, nie lubi sam chodzić do kina, nie potrafi sam zjeść obiadu w restauracji, jednym słowem - jeśli woli spędzać czas z kimś, a nie po coś, nie odnajdzie się na pewno także w takiej podróży.
Jadąc sama, nie czuję się bardziej niebezpiecznie niż gdybym jechała z kimś, bo jestem ostrożna jeszcze bardziej, a ludzie jeszcze bardziej o mnie dbają. Kiedy wędruję po górach w grupie i się potknę, najwyżej przeklnę pod nosem i pobiegnę dogonić resztę. Kiedy coś takiego zdarzy się, gdy jestem sama, zatrzymuję się i mówię do siebie: "Uważaj, nie możesz tak robić". Odpoczywam i idę wolniej.
Mówię do siebie często, to moja metoda na oswojenie strachu i nabranie pewności, że zaraz będzie dobrze. Kiedy przechodziłam przez islandzkie rzeki, powtarzałam sobie: "Zdejmij buty, uważaj, tam jest głębiej, weź kijki; jeśli nie przejdziesz, nic się nie stanie, wrócisz i pójdziesz inną drogą". Biwakując na mroźnym skandynawskim odludziu, na którym paczka wilgotnych chusteczek zamarzła tak, że można jej było użyć jako młotka, a krem rozwarstwił się i wypłynął, spaliłam rękaw kurtki puchowej. Tylko zafurczał, gdy nieostrożnie zaczepiłam nim o wciąż rozgrzany palnik. Puch ma niestety to do siebie, że niezaklejony ucieka, a ja, głupia, nie miałam srebrnej taśmy. W dodatku stało się to na początku wyjazdu i była to moja ulubiona kurtka. I co ja teraz zrobię na mrozie? "Uspokój się, jutro pójdziesz do schroniska, na pewno będą mieli jakąś taśmę. Teraz zaklej kurtkę kropelką - a fuj, zniszczyłam kawał rękawa, najważniejsze, żeby się nie rozpadła, a po powrocie ją naprawisz". Tak się też stało.
Faktycznie jednak są to tylko zaklęcia, bo w razie wypadku lepiej być z kimś. Nawet lokalizator satelitarny (dość drogie i zaawansowane urządzenie) czy prosta i bezpłatna aplikacja Ratunek, dzięki której służby ratownicze mogą dokładnie ustalić twoje położenie, są na nic, jeśli zemdlejesz, spadniesz, połamiesz się i nie będziesz miała jak ich uruchomić.
Jeti Ögüz to jeden z najbardziej pocztówkowych rejonów Kirgistanu, z siedmioma czerwonymi skałami przypominającymi byki, równie imponującą formacją, która udaje pęknięte serce, oraz doliną prowadzącą w góry śnieżne. Zatrzymałam się w jurcie nad rzeką z miejscowymi, którzy przyjechali tu koić duszę szumem wody i poić ciało kumysem, a po południu wybrałam się na krótką wędrówkę do wodospadu. W zielonej dolinie nie było nikogo i dopiero po - ja wiem? - półgodzinie, spośród drzew wyłoniła się jakaś postać. Była ubłocona, więc wzięłam ją za pastucha, ale po chwili zauważyłam, że lekko kuleje, a do tego ma spodnie z goreteksu. Dziewczyna. Turystka z Australii, która wybrała się sama na trekking. Poślizgnęła się i upadła na wąskiej ścieżce. Zapewniała, że nic jej się nie stało, ale akurat! - widziałam w jej oczach przerażenie. Plecak ciągnął ją w dół, odpięła go w ostatniej chwili, a on runął w przepaść - ze sprzętem, dokumentami, pieniędzmi. Pomogłam jej znaleźć transport do hostelu w niedalekim miasteczku (nie mówiła po rosyjsku), w którym zostawiła część rzeczy, a kiedy pastuchowie usłyszeli o zaginionym plecaku, zaświeciły im się oczy. - Wyciągniemy go, znamy tu każdy kawałek - przekonywali. Ale spadł w takim miejscu, że koniec końców i mimo pieniędzy wewnątrz nie odważył się po niego pójść żaden śmiałek. Gdyby pociągnął za sobą dziewczynę, najpewniej szukaliby jej do dziś.
Takie sytuacje w podróży zdarzają się jednak bardzo rzadko, a osobom nieprzepadającym za wędrówkami najpewniej nie przydarzą się wcale. Dla mnie z podróżami w pojedynkę wiążą się tylko dwa minusy: koszty (droższe pokoje jednoosobowe, taksówki i przewodnicy, za których muszę zapłacić sama) oraz plecak. Muszę nieźle kombinować, jak się go pozbyć, żeby wejść do toalety. Wiele osób mówi, że nie potrafiłoby podróżować i cieszyć się z podróży w pojedynkę, nie mając się z kim dzielić wrażeniami. Akurat tego argumentu nigdy nie rozumiałam i nie znalazłam nikogo, kto by mi wytłumaczył, o co naprawdę chodzi. Być może wynika to z tego, że "dzielenie się wrażeniami" dla mnie sprowadza się do opowiadania o tym, co się widzi, a ja nigdy nie miałam takiej potrzeby. Wolę podziwiać rzekę i słuchać, jak śpiewają ptaki, zamiast słyszeć: "O, zobacz, jaka piękna rzeka! I jak cudnie śpiewają ptaki!".
Po latach wędrowania stwierdzam, że kobiecie w pojedynkę jest jednak w podróży łatwiej. W Rosji na przykład dotarłam bez urzędowego pozwolenia w strefę przygraniczną. Ale wpadłam, bo policja poznała mnie po plecaku. Funkcjonariusze przeprosili, że muszą wezwać oficera na przesłuchanie, a kiedy doszło do pobierania odcisków palców i robienia zdjęć, słyszałam z korytarza śmiechy, że żaden nie chce mi tego zrobić. Innym razem za brak pozwolenia wlepili mi mandat. Był najniższy w obowiązujących widełkach. - Ja ci go musiałem wystawić - westchnął mundurowy. - Ale ty masz prawo go nie płacić. Zrobisz to, czy nie - twoja sprawa.
Nad jeziorem Issyk Kul nie mogłam znaleźć noclegu. Ekspedientka w sklepie, w którym pytałam o jakieś możliwości, zaczęła wiercić dziurę w brzuchu jedynemu klientowi.
- Przecież masz wolny pokój i żonę na turystyce. Czemu go nie wynajmiesz? - przekonywała. Patrzyłam z niepokojem, bo on wcale nie miał na to ochoty, ale ostatecznie kiwnął głową i kazał mi iść za sobą. Spędziłam u nich kilka dni, jeżdżąc stopem z miejscowymi turystami po okolicy, karmiona przez sąsiadkę - również adeptkę turystyki - naleśnikami. Po tygodniach w krainie barana była to dla mnie wielka ulga. Ostatniego dnia moi gospodarze zarządzili żniwa czosnku, a ponieważ zebrali go dużo, wieczorem postanowili to uczcić, zapraszając sąsiadów. Przy wódce pan domu wyznał: - Wcale nie chciałem cię zabierać. Ale zrobiło mi się żal, że co ty sama zrobisz.
Ludziom trudno jest odmówić pomocy samotnej kobiecie. Ostatecznie można usiąść i się rozpłakać. Do tej pory nie zdarzyło się jednak, by sytuacja była aż tak krytyczna. -