Prolog
DŁUG WOBEC MIŁOŚCI
"Geje się zaręczyli"
Taki nagłówek 28 grudnia 2009 roku pojawił się na pierwszej stronie niedzielnego wydania "Nation", dziennika wydawanego w Malawi, kraju położonym w Afryce Centralnej[1]. Nad nim wydrukowano zdjęcie dwóch osób, speszonych i skrępowanych w takich samych, wzorzystych strojach z ankary. "Gejowskie gołąbeczki Tiwonge Chimbalanga i Steven Monjeza zapisali się w historii w sobotę, kiedy postanowili urozmaicić swoje święta uroczystymi zaręczynami (chinkhoswe)" - napisano w artykule. Podkreślono, że zaręczyny były "pierwszym odnotowanym publicznym wystąpieniem homoseksualistów w kraju". Obok tekstu podano kilka pomocnych "podręcznych faktów": w Malawi "homoseksualizm jest nielegalny", "zagrożony karą od pięciu do czternastu lat więzienia, [...] dodatkowo może zostać zasądzona kara cielesna".
Cztery i pół roku później, w maju 2014 roku, patrzyłem na ten artykuł razem z Tiwonge Chimbalangą. Wzięła go ze sobą, kiedy opuściła kraj, wiozła go przez cztery państwa, pokonując z nim trzy tysiące kilometrów, a potem przymocowała do blaszanej ściany swojego baraku w Tambo Village, osiedlu na przedmieściach Kapsztadu. Mimo że eksponowała go w ten sposób, buntowała się przeciw jego treści.
- Nie jestem gejem. Jestem kobietą - powiedziała do mnie po angielsku. Później przemówiła w swoim pierwszym języku, czewa: - Mówili, że jestem gejem, kiedy mnie aresztowali. Mówili, że ludzie od LGBT z zagranicy zapłacili mi, żebym wyprawiła chinkhoswe. Ale poznałam słowo "gej", dopiero kiedy zobaczyłam je obok swojego zdjęcia w gazecie i kiedy przyszli policjanci, by mnie aresztować.
Kiedy do niej dotarłem, Ciocia, jak wszyscy nazywają Chimbalangę, czekała na mnie na ulicy. Miała na sobie wyszukany strój z kilku spódnic do kolan i turban na głowie. Ten rodzaj kreacji kojarzy się z chinkhoswe wyprawianych w Malawi. Pomyślałem, że zadbała o taki wygląd, bo spodziewała się gościa, ale okazało się, że ubierała się tak zawsze, co mocno odbiegało od typowego stylu lokalnych kobiet - mieszkanek tej robotniczej osady omiecionej piaskiem - preferujących legginsy z lycry. Ciocia była wysoka, miała bardzo ciemną karnację i szeroką posturę. I tak się wyróżniała, nawet gdyby nie miała na twarzy nadającej jej skórze srebrnawy połysk grubej warstwy podkładu, którą zasłaniała zarost. Była krucha i wyniosła jednocześnie, nosiła się z wystudiowaną gracją - ale widziałem też, jak łatwo to wszystko ustępowało dziewczęcej wstydliwości, kiedy była bardziej rozluźniona lub gdy z jakiegoś powodu wspominała życie z czasów, zanim powiedziano jej, że jest gejem, i ją aresztowano.
Ciocia poruszała się z determinacją kogoś, kto upadnie, jeśli nie będzie trzymać głowy wysoko. Krocząc w srebrnych pantoflach na niskim obcasie, poprowadziła mnie błotnistą ścieżynką między barakami, aż doszliśmy do tego należącego do niej, stojącego wśród innych, na polu za dużym domem. Chatka Cioci była bez wątpienia najładniejsza, a to za sprawą pomocy, którą otrzymała od Amnesty International jako uwolniona "więźniarka sumienia". Miała duży telewizor, system stereo - i towarzystwo składające się z jej "męża" Bensona (byli ze sobą od roku) i bezrobotnego krajana z Malawi, który u niej mieszkał. Co chwilę przychodzili sąsiedzi: albo żeby wyłudzić pomidora, albo żeby kupić piwo, które sprzedawała na boku.
- Ciociu! Ciociu! - krzyczeli, kiedy przechodzili obok zamkniętej bramy do jej chatki, tonem sytuującym się gdzieś pomiędzy czułością a drwiną.
Miałem ze sobą posiłek: kubełek kurczaka z KFC i dużą butelkę mountain dew. Benson, mały i cichy mężczyzna, teraz siedział pijany, spokojny. Był widocznie zdominowany przez Ciocię. Kazała mu rozstawić plastikowe krzesła, a sama wygładziła niewidzialną, albo tak mi się zdawało, tkaninę pokrywającą zajmujący jeden z dwóch pokoi stół. Na ścianie, obok artykułu, że "Geje się zaręczyli!", jakby losowo poprzyklejane były jej zdjęcia - z kochankami i przyjaciółmi - a także kolejne artykuły o jej uwięzieniu i wyjściu na wolność. Między nimi - reklamy starannie wycięte z południowoafrykańskich magazynów, głównie kobiecych. Na drzwiach dużej lodówki czarnym markerem napisano szyfr: "Rzym 13 8".
Zapytałem, co to znaczy.
Ciocia sięgnęła przez cały stół po zaczytaną Biblię w zielonej oprawie. Dostała ją od najczęstszego gościa w więzieniu w Malawi: księdza, który namawiał ją, by się nawróciła. Otworzyła na Liście do Rzymian - rozdział 13, wers 8 - i głośno, chociaż z trudem, przeczytała: "Nikomu nie bądźcie nic dłużni poza wzajemną miłością. Kto bowiem miłuje bliźniego, wypełnił Prawo"[2].
Dlaczego akurat te słowa zapisała na swojej lodówce?
- To wers, który był wydrukowany na zaproszeniach zaręczynowych - powiedziała w czewa. Tłumaczyła Priska, jej koleżanka, która też uciekła z Malawi. Ciocia nadal miała problem z angielskim, nawet po czterech latach w RPA. - Chcę, aby każdy, kto będzie gościem w moim domu, wiedział, czym jest miłość. Wtedy zrozumie, że nie zrobiłam nic złego.
Kiedy Caroline Somanje, dziennikarka, autorka artykułu pod tytułem Geje się zaręczyli!, dostała cynk o publicznym chinkhoswe dwóch mężczyzn, wiedziała, że ma temat. Powiedziała mi to, kiedy znalazłem ją telefonicznie w Malawi w 2014 roku. Przed tamtym rokiem krajowe media zajmowały się homoseksualistami sporadycznie, na przykład gdy mężczyzna został oskarżony o gwałt na nieletnim. A teraz na ten temat mówiło się nawet tutaj, w jednym z najbardziej sennych i zacofanych krajów Afryki.
W emitowanej w Malawi telenoweli pod tytułem Pokolenia - dostawcą telewizji kablowej w tym kraju, jak i w innych regionach kontynentu, była sieć z RPA - pojawiła się postać czarnego geja. W wiadomościach prezentowano materiały o ślubach par jednopłciowych w krajach Zachodu, szczególnie w Stanach Zjednoczonych, gdzie rozgorzała właśnie debata o poprawce do konstytucji dopuszczającej w Kalifornii małżeństwa osób tej samej płci. Kłopotliwą debatę o homoseksualności wymuszała też epidemia AIDS i narastające naciski międzynarodowych darczyńców. W odpowiedzi na nie ugruntowała się opinia, że prawa gejów to narzędzie nacisku stosowane przez kraje Zachodu. Zwiększyła się siła tego tematu jako generatora skandali i czynnika napędzającego sprzedaż gazet: wydawcy Somanje mogli zauważyć to na przykładzie Ugandy, gdzie tabloidy regularnie publikowały dane domniemanych homoseksualistów i nakręcały na nich nagonkę.
Kiedy Somanje dostała cynk, pośpieszyła do Mankhoma Lodge, hotelu przy drodze na lotnisko obok Blantyre, największego miasta w Malawi. To tam Ciocia pracowała jako sprzątaczka i kucharka. Atmosfera na miejscu była napięta.
- Zebrał się spory tłum. Ludzie byli agresywni. Przyszli zaspokoić ciekawość, a nie weselić się z powodu czyjegoś ślubu. Tiwonge płakała - powiedziała Somanje.
Źródłem informacji o zaręczynach była pracodawczyni Cioci, ważna polityczka samorządowa i bizneswoman. To ona zapłaciła za chinkhoswe. Myślała, że impreza przyciągnie gości, ale spanikowała, kiedy sprawy zaczęły wymykać się spod kontroli. Podczas późniejszego procesu ta kobieta, czyli Jean Kamphale, zezna, że Ciocia oszukała ją, że jest kobietą. Wedle jej relacji Ciocia tłumaczyła swoje męskie rysy twarzy tym, że urodziła się dziewczynką, ale ktoś rzucił na nią urok.
Ciocia w rozmowie ze mną potwierdziła, że w istocie dała takie wytłumaczenie - wkrótce zrozumiałem, że w nie wierzyła - ale powiedziała też, że Kamphale złożyła fałszywe zeznania. Według niej od początku wiedziała, że Ciocia ma męskie ciało. Dla mnie samego było to jasne, kiedy rozmawiałem z Khampale i jej rodziną w Blantyre w 2014 roku. Córka Kamphale, Rachael, wyznała, że błagała matkę, by zatrudniła "go", mimo że jest "gejem".
- My, młodzi, jesteśmy bardziej tolerancyjni - powiedziała mi Rachael. - To już nie jest nic nowego. Jesteśmy nowocześni, dorastamy w świecie, który się zmienia. Ktoś jest gejem? Co z tego!
Jednak wtedy władze były innego zdania. Kiedy nazajutrz w hotelu zjawiła się policja - funkcjonariusze mieli ze sobą egzemplarz "The Nation" - zmusili Ciocię, by się rozebrała. Kiedy już ustalili, że ma męskie genitalia, aresztowali ją i Stevena Monjezę pod zarzutem dokonania czynu zabronionego - rozdział 153 odziedziczonego po Brytyjczykach kodeksu karnego zabrania homoseksualnego współżycia jako "stosunków cielesnych będących wbrew prawom natury"[3]. Oskarżono ich, choć dotąd nie stosowano tych przepisów w przypadku współżycia za obopólną zgodą i mimo że nie było żadnych dowodów na to, że odbyli stosunek. Po upokarzającym procesie sądowym, który przykuł uwagę całego Blantyre, uznano ich winę i orzeczono maksymalną karę: czternaście lat ciężkich robót. "To odstraszający wyrok" - jak ujął to sąd - bo społeczeństwo powinno być chronione "przed tymi, którzy chcieliby naśladować ich [ohydny] przykład".
Ruszyła lawina oburzenia: Madonna, która adoptowała dwójkę dzieci z Malawi, zainicjowała internetową petycję. Z misją ratunkową przybył Ban Ki-moon, sekretarz generalny ONZ. Na wspólnej konferencji prasowej z przedstawicielem Narodów Zjednoczonych prezydent Malawi Bingu wa Mutharika ogłosił, że ułaskawi Chimbalangę i Monjezę. Jednak dał jasno do zrozumienia, że musi ugiąć się przed międzynarodowym naciskiem - podkreślił, że Chimbalanga i Monjeza "popełnili przestępstwo wobec naszej kultury, religii i naszych zasad"[4].
Kiedy wyszli na wolność, "The Nation" zapłaciło Stevenowi Monjezie za wywiad, w którym oskarżył Ciocię, że rzuciła na niego czar. Ogłosił też radosną nowinę - zaręczył się ze znajomą seksworkerką. Niedługo później znów trafił do więzienia, tym razem za kradzież telefonu komórkowego. Próbowałem go znaleźć, kiedy byłem w Malawi w 2014 roku, ale chyba znowu był za kratami.
Ciocia w końcu poprosiła o azyl w RPA, skarżąc się na prześladowanie, którego doświadczyła w swoim kraju po wyjściu na wolność, kiedy była już zbyt rozpoznawalna, by pokazywać się publicznie. Jednak życie w RPA nie było łatwe. Jako dowód pokazała mi poranione ciało, bliznę na bliźnie. To pamiątki po atakach, których stała się ofiarą już po tym, jak w 2011 roku zamieszkała w Kapsztadzie.
Wśród stron z gazet na ścianie chatki była jedna, która dziwiła mnie podczas każdej wizyty u Cioci - zdjęcie Jamesa Smalla, seksownego "bad boya" południowoafrykańskiego rugby. Przedstawiało mężczyznę na boisku, całego we krwi. Pod nim widniał napis po afrykanersku: "On nie daje się robić". Ciocia powiedziała mi, że kiedy jej mąż Benson chce iść na zakupy, ona musi iść z nim, żeby bronić go przed atakami, na które jest narażony przez to, że są w związku. Nauczyła się używać pięści, to było widać. Później dowiedziałem się, że nie miała przed tym oporów. Ale kiedy się kłaniała, unikała mojego spojrzenia albo ruszała kołyszącym się krokiem na niedzielną mszę - od razu przypominałem sobie, kim jest: pobożną dziewczyną z małej wioski na skarpie koło plantacji herbaty w okolicach Thyolo, na południu Malawi - a to daleko, daleko stąd.
To książka o Cioci i o innych osobach z różnych części globu, które nastąpiły na coś, co nazwałem Różową Linią. Określam w ten sposób front walki o prawa człowieka, który dzieli i opisuje świat dwóch pierwszych dekad XXI wieku w zupełnie nowy sposób. Żaden ruch społeczny nie nabrał tempa tak szybko jak ten, który stał się znany jako "LGBT". Światy, w których żyliśmy ja i Ciocia w 2014 roku, tak bardzo od siebie różne, nie były już tym, czym były jeszcze dekadę wcześniej.
Mniej niż dwadzieścia kilometrów od domu Cioci w Tambo Village stoi ładny stuletni bungalow z widokiem na ocean. Właśnie w tym domu napisałem tę książkę. Kupiliśmy go z moim mężem, C., w 2012 roku. Ślub wzięliśmy trzy lata wcześniej - tego samego roku, kiedy Ciocia wyprawiła swoje chinkhoswe. Uroczystość, która przyniosła jej upokorzenie, wyrok czternastu lat w więzieniu i życie na niechcianym wygnaniu. Moja ceremonia dała mi upragnione kilka lat w Paryżu, małżeńskie benefity z firmy C. - i wszystkie prawa, którymi cieszy się każde małżeństwo w moim kraju, Republice Południowej Afryki. Nasza nowa konstytucja, spisana po upadku apartheidu, rozsławiła nas na świecie, bo była pierwszą, która gwarantowała równość osobom wszystkich orientacji seksualnych. Dziesięć lat później, w 2006 roku, RPA została piątym krajem na świecie, w którym zalegalizowano małżeństwa par jednopłciowych. I oto jesteśmy - para gejów po ślubie, beneficjenci praw, których za młodu nie umiałem sobie nawet wyobrazić.
Trzydzieści lat wcześniej, z maskującą przerażenie stanowczością, powiedziałem o mojej orientacji rodzicom. Miałem wtedy dziewiętnaście lat. Okazali wsparcie, chociaż ojciec nie umiał ukryć zmartwienia: czy kiedykolwiek poznam radość, jaką daje posiadanie rodziny? Czy nie będę samotny? Sprawiałem wrażenie pewnego siebie: oczywiście, będę mógł mieć dzieci, na pewno odnajdę miłość. Ale to był 1983 rok - nie było jeszcze internetu, który mógłby mi dać dostęp do informacji i umożliwić przynależność do wirtualnej społeczności - i trudno mi było wierzyć w to, co sam mówiłem. Kiedy wchodziłem w dorosłość, wybuchła epidemia AIDS, będąca niczym potwierdzenie wszystkiego, co geje mieli o sobie myśleć: że jesteśmy zasługującymi na karę grzesznikami, że nasza seksualność jest nienaturalna - i że przez nią umrzemy.
Mimo to mocno wierzyłem, że ja i inni mi podobni mamy prawo żyć tak jak wszyscy - i robiłem swoje, by o to zawalczyć. Na studiach w USA w połowie lat osiemdziesiątych jak mantrę powtarzałem słowa Harveya Milka, polityka z San Francisco zabitego w zamachu kilka lat wcześniej, w 1978 roku: "Homoseksualni bracia i siostry, musicie się wyoutować!"[5]. Wierzyłem, że jedyną drogą do pełni praw społecznych dla osób homoseksualnych, jedyną ucieczką od wstydu i skrytości moich lat dojrzewania, jest widoczność, taka, dzięki której inni - nasi znajomi, koleżanki i koledzy z klasy, nasze dzieci i sąsiedzi, rodzice i duchowni - będą wiedzieć, kim jesteśmy. Kiedy w 1990 roku wróciłem do RPA, rząd właśnie zalegalizował ruchy antyapartheidowe i wypuścił z więzienia Nelsona Mandelę. Opublikowałem wtedy tekst o mojej orientacji i współredagowałem książkę o życiu gejów i lesbijek. W żaden sposób nie wpłynęło to na moją rozwijającą się karierę dziennikarską.
Dwadzieścia lat później, w 2003 roku, C. i ja mieszkaliśmy we Francji. Ten kraj też w końcu usankcjonował małżeństwa par jednopłciowych - wcześniej dostępne dla nich było coś na kształt związków partnerskich, zwanych Pacte civil de solidarité (PACS). Pewnej majowej niedzieli setki tysięcy osób wzięło udział w demonstracji Manif Pour Tous - Protest dla Wszystkich - której uczestnicy sprzeciwiali się jednopłciowym małżeństwom i deklarowali się po stronie "rodziny"[6]. Demonstrację popierał Kościół katolicki, próbujący zachować swój autorytet w dynamicznie sekularyzującym się społeczeństwie. Wielu protestujących miało na sobie tego dnia T-shirty z nadrukami figurek: mama, tata i dwójka dzieci. Patrzyliśmy na nich - ja, C. i nasza przyjaciółka z RPA, biała kobieta, która adoptowała dwójkę czarnoskórych dzieci. Wydawało się nam, że ich oburzenie bierze się z zagubienia, a nie z agresji. Ich świat tracił fundamenty. Jakby to oni byli outsiderami wobec nowego porządku społecznego[7]. Mimo swojej liczebności we francuskim społeczeństwie byli mniejszością - na to wskazywały sondaże. Nawet w USA, gdzie "prawa gejów" już od dawna były frontem wojny kulturowej, badanie opinii publicznej Gallupa z 2016 roku pokazywało, że sześćdziesiąt jeden procent Amerykanów popiera legalizację małżeństw jednopłciowych[8].
Osoby homoseksualne zawierające małżeństwa i wychowujące dzieci, lesbijki na czele państw, homoseksualni prezesi międzynarodowych korporacji, blokujące procesy dojrzewania preparaty, dzięki którym młodzież mogła planować korektę płci, dekrety prezydenckie zezwalające transpłciowym dzieciom na używanie toalet zgodnych z ich tożsamością płciową - takie rzeczy były nie do pomyślenia, kiedy w latach osiemdziesiątych uczestniczyłem w nowojorskich Marszach Równości i pomagałem organizować na Uniwersytecie Yale Dni Świadomości na rzecz Osób Homoseksualnych.
Teraz jestem już w średnim wieku, a XXI stulecie wchodzi z impetem w drugą dekadę. W postępowych enklawach naszego świata - takich jak rejon zatoki San Francisco, Buenos Aires, Amsterdam, Kapsztad - zmiany zachodzą bardzo szybko. Ale też Ziemia zdaje się kręcić coraz szybciej. Dzięki bezprecedensowemu przepływowi dóbr, kapitału i ludzi, a w szczególności idei i informacji - nazywamy to globalizacją - ludzie na całym świecie zyskali dostęp do nowych idei. Często znajdują je w internecie i przekładają na swoje otoczenie. W ten sposób zaczynają zmieniać sposób myślenia o sobie, swoim miejscu w społeczeństwie, własnych możliwościach i swoich prawach. Nawet w takich miejscach jak Blantyre, gdzie Ciocia urządziła swoje chinkhoswe, konwencjonalne podejście do płci i seksualności zaczęło się zmieniać. Pojawiło się nowe spojrzenie na to, co jest prywatne, a co publiczne, co powinno być niedozwolone, a co akceptowane.
W latach 2012-2018, czyli okresie, kiedy ten globalny fenomen nabierał rozpędu, wytrwale podróżowałem. Próbowałem zrozumieć, jak zmieniał się świat i dlaczego tak się działo. Nie mogłem być wszędzie. Wybrałem miejsca, co do których czułem, że spotkam tam ludzi, dzięki którym będę mógł najlepiej opowiedzieć, w jaki sposób "ruch na rzecz praw osób LGBT" stał się nowym horyzontem debaty o prawach człowieka - tak jak niegdyś wyznaczyły go ruchy na rzecz praw kobiet, praw obywatelskich czarnoskórych, ruch antykolonialny lub abolicjonistyczny. Chciałem dowiedzieć się, na ile ten nowy zwrot jest kontynuacją poprzednich ruchów, także tych, które wciąż trwają, ale szukałem też różnic - jak taka walka wygląda w dobie rewolucji cyfrowej, eksplozji informacyjnej, w erze konsumpcjonizmu, masowej turystyki i migracji, urbanizacji oraz globalnego aktywizmu na rzecz praw człowieka.
Obserwowałem powrót Cioci z Kapsztadu - miasta, które reklamuje się jako "gejowska stolica Afryki" - do jej małej wioski w Thyolo. Śledziłem drogę homoseksualnego uchodźcy z Ugandy biegnącą z Kampali do Nairobi, w sąsiedniej Kenii, i do Kanady, gdzie się później przeprowadził. Spotykałem się z transpłciowymi i niebinarnymi nastolatkami z grupy LGTQQA (czyli lesbijkami, gejami, osobami trans, queer oraz osobami zastanawiającymi się nad swoją orientacją i tożsamością oraz aseksualnymi) w Ann Arbor w stanie Michigan, a także śledziłem, co się z nimi działo, kiedy rozjechali się po całych Stanach. Spędziłem też czas z grupą kothi - "kobiecymi sercami w męskich ciałach" - która miała swoją świątynię w rybackiej wiosce na obrzeżach Pondicherry w południowych Indiach, a także z osobami transpłciowymi pracującymi dla międzynarodowych korporacji informatycznych w pobliskim Bengaluru; z lesbijkami wychowującymi dzieci w Meksyku; z transpłciowymi matkami w Rosji; z queerowymi Palestyńczykami w modnych kafejkach w Tel Awiwie i Ramallah i queerowymi Egipcjanami w kawiarniach w centrum Kairu; byłem na Marszach Równości w Tel Awiwie, Delhi, Londynie i stolicy Meksyku. Podróżowałem też śladami elity ruchu aktywistycznego i tych, którzy go finansowali - wstąpiłem za nimi na niekończący się szlak spotkań i konferencji, na których tworzyła się sieć rzeczników nowej sprawy.
Byłem świadkiem tworzenia się zastanawiającego układu globalnych zależności: podczas gdy w jednych krajach małżeństwa homoseksualne i tranzycja płciowa były przyjmowane z entuzjazmem jako oznaki pokonywania przez ludzkość drogi do postępu, w innych zaostrzano prawo kryminalizujące te kwestie. W 2013 roku, tym samym, w którym w Wielkiej Brytanii przyjęto ustawę legalizującą małżeństwa par jednopłciowych - Marriage (Same Sex Couples) Act - w Nigerii uchwalono jej przeciwieństwo: ustawę wprowadzającą ich zakaz - Same Sex Marriage (Prohibition) Act. Nawet nawias w nazwie tego aktu był reakcyjny - taki był cel: sprowokować byłego kolonialnego ciemiężyciela. Nazwa tego aktu prawnego była cynicznym atakiem wyprzedzającym, retorycznym wytyczeniem granicy, obietnicą uchronienia afrykańskiego społeczeństwa przed zakażeniem wirusem z Zachodu. Nigeria miała teraz najostrzejsze prawo antyhomoseksualne na świecie, nie licząc muzułmańskiego szariatu: bezwarunkową karą czternastu lat więzienia zagrożony był nie tylko ten, kto uprawiał seks z osobą tej samej płci, ale też ten, kto prezentował jakiekolwiek "zachowania homoseksualne" lub je promował, co oznaczało też uczestniczenie w zgromadzeniach osób podejrzewanych o homoseksualność.
Wytyczono Różową Linię: stała się granicą między krajami, które coraz bardziej integrowały queerowe osoby, nadając im pełnię praw obywatelskich, a tymi, które wynajdowały nowe sposoby, by je tłamsić, skoro już się ujawniły. Po jednej stronie Różowej Linii znalazły się kraje, które przeszły zmianę dzięki ruchom na rzecz praw kobiet i osób nieheteronormatywnych; które uznawały poparcie dla "praw osób LGBT" za logiczną konsekwencję uchwalonej przez ONZ w 1948 roku Powszechnej deklaracji praw człowieka. Po drugiej zaś były państwa, które potępiały te same prawa jako pogwałcenie tego, co uznawały za "tradycyjne wartości" i "kulturową suwerenność".
Niektóre z państw - jak Rosja i Uganda - używały antyhomoseksualnych ustaw, by wznieść mury moralnego oporu przeciw nieposkromionej globalizacji. Inne - jak Egipt, Turcja czy Indonezja - próbowały demonstrować swoją prawość, uderzając w transpłciowe kobiety, najbardziej widoczną twarz importowanej z Zachodu zgnilizny moralnej - nawet jeśli, jak w Indonezji, trzecia płeć, waria, istniała w kulturze od dawna[9]. Narzędziem często były prawa zakazujące prostytucji, "rozwiązłości" lub "włóczęgostwa", ale - co jasno pokazuje historia Cioci - takie przepisy wcale nie były potrzebne w krajach, które egzekwowały lub nawet zaostrzały swoje prawa przeciw sodomii: można było aplikować je wobec osób, które "oficjalnie" były mężczyznami, bez względu na ich tożsamość płciową.
W 2018 roku Światowa Organizacja Zdrowia wprowadziła nowelizację swojej międzynarodowej klasyfikacji chorób, zawierającej oznaczenia kodowe diagnozowanych schorzeń. W jej wyniku "niezgodność płci" - wcześniej "zaburzenie tożsamości płciowej" - przeniesiono z kategorii "zaburzeń psychicznych" do "uwarunkowań związanych ze zdrowiem seksualnym". Niektóre państwa - jako pierwsze Argentyna i Dania - już zaczęły proces, którego cel to umożliwienie prawnej zmiany płci na podstawie "samoidentyfikacji", co oznacza odejście od potrzeby otrzymania zewnętrznej diagnozy lub orzeczenia. W południowej Azji, gdzie od wieków istniały społeczności wyróżniające trzy płcie, nowy globalny ruch na rzecz osób transpłciowych zainspirował lokalnych aktywistów do wykorzystania konstytucji w skutecznej walce na rzecz uznania niebinarnych tożsamości płciowych.
W tym samym czasie wyrysowano nową Różową Linię - nowe bitwy wyznaczyły kolejne fronty kulturowej wojny.
W Stanach Zjednoczonych front biegł przez dziecięce ubikacje. Rady pedagogiczne i rodzice toczyli batalie prawne, których celem było zabronienie osobom transpłciowym korzystania z ubikacji zgodnie z ich tożsamością płciową. W pierwszych miesiącach 2018 roku Donald Trump podjął próbę uniemożliwienia osobom transpłciowym zaciągania się do wojska - co według "New York Timesa" było oznaką "okrutnej determinacji, by uczynić z Ameryki kraj, który dzieli ludzi i ich odczłowiecza"[10]. Później administracja Trumpa zaproponuje ograniczenie praw i możliwości osób transpłciowych poprzez zdefiniowanie płci jako wyłącznie "biologicznej" i niezmiennej.
W wielu częściach świata wytyczona przez kwestię praw osób LGBT Różowa Linia naruszyła stare sposoby radzenia sobie z seksualnością i mnogością płci. Tak jak w krajach Zachodu pod koniec XX wieku, zmieniać się zaczął sposób rozumienia homoseksualności w Ameryce Łacińskiej, Azji, a nawet Afryce - teraz rozumiano ją jako tożsamość, której należy się uznanie w świetle prawa, a nie jako zachowania seksualne, które powinny być praktykowane w ukryciu. Posiadanie tożsamości seksualnej innej niż płeć przypisana przy narodzinach uznano za prawo człowieka i coś, w czym mogą pomóc procedury medyczne.
W jednych miejscach umożliwiło to emancypację, ale w innych ją utrudniło - jak tam, gdzie zachodnie spojrzenie na kwestie binarności płci zastąpiło lokalne tradycje w społeczeństwach, w których już istniało pojęcie płynności płci. Nagle istniejące od wieków transpłciowe kategorie, takie jak waria w Indonezji lub goor-jigeen w Senegalu, zaczęto kojarzyć z ruchem LGBT. W wielu częściach świata mężczyźni spacerują, stykając się ramionami lub trzymając się za ręce - ale w takich krajach jak Egipt lub Nigeria, gdzie nagle zapanowała moralna panika w związku z nową kategorią ludzi domagających się praw i miejsca w społeczeństwie, nawet te gesty zażyłości stały się podejrzane.
Gdybyście mieszkali w Dakarze lub Lagos - albo w Kairze lub Kabulu - i mieli antenę satelitarną, moglibyście przerzucać kanały między Transparent i Orange Is the New Black a tyradami wahabitów wymierzonymi w niewiernych i wszystkie zachodnie bezeceństwa, w tym homoseksualność i osoby transpłciowe. Wy i wasze dzieci moglibyście kłócić się o to, co będziecie oglądać - albo homofobiczne monologi na Christian Broadcasting Network, albo brazylijską telenowelę z gejowskim wątkiem. Na BBC, CNN lub nawet stacji Al-Jazeera moglibyście obejrzeć reportaż z Marszów Równości z kolejnych krajów, w tym Indii i Turcji, lub o amerykańskich dzieciach korygujących płeć. Na innych kanałach zobaczylibyście masowe protesty katolików we Francji i Ameryce Łacińskiej wymierzone w nowego wroga - ideologię gender, hasło wytrych, do którego jak do worka wrzucono edukację seksualną, małżeństwa homoseksualne i kwestię uzgodnienia płci.
W czasach technologii cyfrowej i mediów społecznościowych ludzie uprzednio osamotnieni nagle zobaczyli siebie jako część globalnej społeczności queeru. Mogli nawiązać kontakty - najpierw poprzez chatroomy, a potem na stronach randkowych lub w serwisach społecznościowych; mogli zapoznawać się z ideą osobistej wolności i praw, nabrać odwagi, by stać się widocznym i zawalczyć o miejsce w społeczeństwie. W tym samym czasie na tych samych platformach tworzyły się też sieci grup religijnych, które łączyły się ponad parafiami i meczetami. One też wymieniały się pomysłami i strategiami. Tożsamość religijna, tak samo jak płciowa czy genderowa, stała się kwestią globalną. Starcie było nieuniknione.
W innych krajach dochodziło do kulturowego rozszczepienia. W Malezji umacniał się konserwatywny islam, także poprzez uprawomocnienie reguł szariatu, które między innymi zabraniały "pozowania na kobietę"; organizowano naloty na gejowskie bary oraz cenzurowano wystawy. W 2018 roku zapadł bezprecedensowy wyrok - dwie kobiety zostały publicznie wychłostane za bycie lesbijkami, po tym jak nakryto je w samochodzie, w którym znaleziono też plastikowy członek. Jednak w tym samym czasie młodzi Malezyjczycy podejmowali działania na rzecz osób LGBT, rozumiejąc to zaangażowanie jako oznakę przynależności do globalnej wioski. Kiedy znacząca organizacja nacjonalistów w 2017 roku wezwała do bojkotu kawiarni Starbucks - sieć wspierała walkę na rzecz praw osób LGBT - młodzi pasjonaci kawy jeszcze chętniej wypowiadali się pozytywnie o "globalnej przestrzeni", do której dostęp dawała im kawiarnia. Rozmawiałem wtedy z malezyjskim znajomym:
- Chodzimy do Starbucksa, bo mają świetną kawę, ale też dlatego, że jest częścią większego świata - powiedział mi.
W Indiach poparcie dla depenalizacji homoseksualności było oznaką przynależności do wyedukowanej klasy średniej. W Meksyku i Argentynie takim wyróżnikiem było poparcie dla małżeństw par tej samej płci.
Wiele wspólnego z tymi zmianami świadomości miała globalna migracja - ze wsi do miast lub z jednej części świata do drugiej. Ludzie nagle odnajdywali się w miejscu, w którym spojrzenie na moralność było inne niż w ich rodzinnych stronach. Teraz byli z dala od kontroli klanów i społeczności. Za sprawą ucieczki przed prześladowaniami lub biedą, lub po prostu korzystając z możliwości podróżowania lub studiowania, którą zapewnia pionowa mobilność społeczna, wiele osób po raz pierwszy zaznało "osobistej autonomii" - po raz pierwszy mogło podejmować decyzje o własnym życiu. Później ci ludzie wracali, zabierając ze sobą nowe spojrzenie na orientację i tożsamość płciową - i robili zamieszanie. Razem z nimi na południe lub wschód - lub z miast do wsi - podróżowali pracownicy organizacji pomocowych, specjaliści do spraw zdrowia, aktywiści i turyści.
Za sprawą całej tej mobilności, przekraczania granic prawdziwych i wirtualnych, w świecie realnym i cyfrowym, pojawiło się nowe rozumienie przestrzeni i tożsamości, a także nowe wyzwania. Ludzie musieli odtąd lawirować pomiędzy emancypacją, której doświadczali online, a ograniczeniami życia w realu; między wolnością życia w mieście a zobowiązaniami w domu.
Pojawiły się nowe kategorie ludzi domagających się praw, ale i moralna panika.
Otworzyły się nowe horyzonty. Społeczeństwa zmieniały myślenie o tym, co znaczy pojęcie rodziny, co znaczy być mężczyzną lub kobietą, co znaczy być człowiekiem. Obudziły się też nowe obawy.
Różowa Linia przebiega przez studia telewizyjne, izby parlamentarne, przez redakcje i sale sądowe, przez sypialnie i łazienki, przez ciała.
Przecięła też życie Cioci - i wielu innych.
Pomyślałem, że pisząc o tym, spłacę swój dług wobec miłości.
[1] Caroline Somanje, Gays Engage, "The Nation", 28 grudnia 2009.
[3] Andy Rice, Malawian Gay Couple's Beautiful Thing, and Its Ugly Consequences, "Daily Maverick", 9 czerwca 2010.
[5] "The Advocate", 27 listopada 2018.
[6] David Paternotte, Blessing the Crowds: Catholic Mobilizations Against Gender in Europe, w: Anti-Genderismus: Sexualität und Geschlecht als Schauplätze aktueller politischer Auseinandersetzungen, ed. S. Hark, P. Villa, Bielefield 2015.
[7] William Clarke, France Least Tolerant Country in Western Europe of Homosexuals, "The Telegraph", 17 maja 2013.
[8] Justin McCarthy, Two in Three Americans Support Same-Sex Marriage, "Gallup", 23 maja 2018.
[9] Kaya Genç, Sex Changes in Turkey, "The New York Review of Books", 28 czerwca 2018; Human Rights Watch, Audacity in Adversity: LGBT Activism in the Middle East and North Africa, 16 kwietnia 2018.
[10] Trump's Heartless Transgender Military Ban Gets a Second Shot, "The New York Times", 28 marca 2018.