JOHN EDWARD ROBINSON
"PAN NIEWOLNIC"
Opis kariery przestępczej i zbrodni Johna
"J.R." Robinsona zawarty w tym rozdziale daje unikatowy wgląd w chory,
zdeprawowany umysł sadystycznego seryjnego mordercy.
Jest również ciekawym materiałem dla psychologów, psychiatrów i funkcjonariuszy organów ścigania, ponieważ dowodzi, że nawet najbardziej
zatwardziali psychopaci łatwo dają sobą manipulować, co pozwala odkryć
najgłębsze sekrety ich dysfunkcyjnych umysłów. Kiedy Robinson przeczyta
tę książkę, pod koniec poświęconego mu rozdziału zrozumie, że on -
mistrz manipulacji - dał się wykiwać jak dziecko. Ciekawe, jak
zareaguje. Założę się, że się wścieknie.
* * *
Ludzie na tyle pechowi, by nawiązać bliższe kontakty z Johnem
Robinsonem, wkrótce odkrywali, że nie odznacza się on wyrafinowaną
elegancją i łagodnością, choć stara się robić takie wrażenie. W istocie
rzeczy to łgarz, pasożyt i oszust, zawodowy kanciarz. Zawsze zachowywał
się obłudnie i pretensjonalnie; przypominał śliskiego komiwojażera,
który zachwala swoje bezwartościowe towary, wygłaszając górnolotne
frazesy. Uwielbiał chować się w cieniu, ukrywać swoją prawdziwą twarz.
Udawał szacownego biznesmena, a jednocześnie był sadystycznym mordercą
seksualnym; przez długie lata umiejętnie się maskował. Z pewnością nie
czuje do mnie sympatii, ponieważ zdemaskowałem go jako oszusta i zniszczyłem jego reputację. Uzna mnie za świętokradcę.
Zawsze miał o sobie wysokie mniemanie. Z pozoru wydawał się uczciwym
człowiekiem, na co dało się nabrać wielu ludzi. Jednak prawda zawsze
wychodziła na jaw. Robinson to mistrz manipulacji. Nawet dzisiaj
zachowuje się jak dziewiętnastowieczny szarlatan sprzedający fałszywe
lekarstwa lub towary po zawyżonych cenach. Wciska klientom podróbki
Myszki Miki albo rolexów, przysięgając, że są autentyczne. A gdyby ktoś
coś od niego kupił i złożył reklamację, czy otrzymałby zwrot pieniędzy?
Nigdy w życiu!
Właśnie dlatego zainteresowałem się Robinsonem. Żaden autor scenariuszy
filmowych, nawet obdarzony największą wyobraźnią, nie zdołałby wymyślić
historii tego oszusta i mordercy.
Pierwszym wyzwaniem było nawiązanie dialogu z tym odrażającym seryjnym
zabójcą. Nigdy wcześniej nie współpracował z autorem książek; patrzyłem
na sprawę realistycznie i nie oczekiwałem, że zdradzi sekrety swoich
zbrodni. J.R. utrzymuje, że jest całkowicie niewinny, choć wcześniej
przyznał się przed sądem do pięciu z co najmniej ośmiu popełnionych
morderstw. Szczerze mówiąc, nie spodziewałem się odpowiedzi na pierwszy
list.
Gdyby udało mi się nawiązać kontakt z Robinsonem, zamierzałem ustalić,
czy jego twierdzenia, że jest wzorem cnót, mają jakiekolwiek podstawy.
Utrzymuje, że nie popełnił żadnego z zabójstw, za które trafił do
więzienia; że został wrobiony przez nieuczciwego prokuratora i niesprawiedliwego sędziego. Rzekomo nigdy nie polował na ofiary w internecie, nigdy nie interesował się BDSM, nigdy nie zawierał umów z niewolnicami seksualnymi... W żadnym wypadku!
Mimo to przygotowałem przynętę, którą ten wyjątkowo odrażający typ mógł
uznać za atrakcyjną, po czym zarzuciłem haczyk jak wędkarz wierzący w swoje szczęście. Nastąpił długi okres oczekiwania. Domyślam się, że J.R.
obwąchał przynętę, opłynął ją kilka razy - trwało to kilka tygodni - po
czym znowu zaczął ją obwąchiwać. Spławik się poruszył; pokusa okazała
się zbyt silna. Mówi się, że najłatwiej oszukać oszusta. W końcu chwycił
przynętę, a ja poderwałem wędkę. Jak każda walcząca ryba Robinson
usiłował wypluć haczyk. Smaczna przynęta nie okazała się tak dobra, na
jaką wyglądała... Nie wszystko złoto, co się świeci.
Przez chwilę miałem na haczyku jednego z najbardziej podstępnych
seryjnych morderców w dziejach przestępczości amerykańskiej. Później
zrozumiał, że zadaję niewygodne pytania, i zareagował podobnie jak wielu
z tych tchórzliwych zbrodniarzy: urwał się z haczyka i zniknął w mętnej
wodzie. Jednak po chwili wpadł w sieć, z której nie zdołał się wyplątać
- fascynujące rezultaty połowu zostały opisane w niniejszym rozdziale.
* * *
John E. Robinson zionie nienawiścią do całego świata, emanuje ona z każdego pora jego skóry. Przyznał się do kilku wstrząsających morderstw,
by uniknąć kary śmierci, a teraz żąda czterystu tysięcy dolarów, bo chce
dowieść swojej niewinności. Z jego listów zaprezentowanych w tym
rozdziale wynika, że zamierza wykorzystywać studentów college'u, by
publikować swoje wiersze - tak naprawdę są to wiersze innych osób, ale
twierdzi, że jest ich autorem - co pozwoli mu zdobyć fundusze. To
przerażający przykład sadystycznego mordercy seksualnego i socjopaty,
pasożyta, który nie odczuwa żadnej skruchy z powodu swoich zbrodni, a poza tym obraża ofiary i ich najbliższych.
Chcę otrzymać czterysta tysięcy dolarów, choć kwota może się zmienić w zależności od potrzeb. Wszystkie informacje i fundusze będzie
kontrolował mój adwokat.
JOHN E. ROBINSON, LIST DO AUTORA Z 20 LUTEGO 2008
Na zdjęciu Departamentu Policji Olathe widać mężczyznę o obwisłych
policzkach; przypomina nieuczciwego agenta nieruchomości, który
zaprzedał duszę diabłu. To John Edward Robinson, zdeprawowany morderca
seksualny i sadysta, który torturował i zabijał kobiety, a później
umieszczał ich zwłoki w stalowych beczkach. W końcu odnaleźli je
przerażeni policjanci.
John Robinson, z pozoru uczciwy biznesmen, który kilkakrotnie trafił do
więzienia za defraudacje i oszustwa, przyznał się do pięciu morderstw,
by uniknąć kary śmierci. Niedawno został oskarżony przez władze
federalne o popełnianie zabójstw na terenie wielu stanów. Moje pierwsze
pytanie do Robinsona było bardzo proste:
John, czy mógłbyś mi wytłumaczyć, w jaki sposób ciała pięciu
zaprzyjaźnionych z Tobą kobiet znalazły się w stalowych beczkach w wynajmowanym przez Ciebie magazynie (trzy ofiary) i na terenie Twojej
działki (dwie ofiary)?
Odpowiedź brzmiała:
Otrzymałem Pański list 2 lutego. Na początku zamierzałem po prostu
przesłać go swojemu adwokatowi, by umieścił go w aktach sprawy obok
korespondencji innych sępów, które chcą ogryźć moje kości.
* * *
Robinson, posługujący się kilkoma pseudonimami, w tym "Anthony Thomas" i "James Turner", znany był swoim nielicznym przyjaciołom jako J.R.
Urodził się 27 grudnia 1943 roku w Cicero w stanie Illinois, na
robotniczym przedmieściu Chicago. Ma zielone oczy, szpakowate włosy i lekko łysieje; mierzy sto siedemdziesiąt pięć centymetrów, waży
siedemdziesiąt pięć kilogramów.
Nie chciał rozmawiać choćby o swoim dzieciństwie, jeśli nie otrzyma
ogromnej kwoty (wcześniej wspomnianych czterystu tysięcy dolarów), ale z oficjalnych źródeł wiadomo, że był jednym z pięciorga dzieci pobożnego
katolickiego małżeństwa. Wychował się przy West 32nd Street 4916, dwie
przecznice na północ od Sportsman's Park Race Track w Cicero. Ojciec
Robinsona, Henry, pracował jako operator maszyny w fabryce Hawthorne
Works, należącej do koncernu Western Electric. Był sympatycznym
jegomościem, ale od czasu do czasu lubił wypić. Alberta, matka Johna,
rygorystka, była filarem rodziny i starała się przyzwoicie wychować
dzieci. Niewiele więcej o niej wiadomo.
[Robinson] rzadko się odzywał, ale kiedy otwierał usta, osiągał to,
na czym mu zależało. Był przebiegły. Szczerze mówiąc, miał większe
ambicje niż zdolności.
RICHARD SHOTKE, RZECZNIK PRASOWY ORGANIZACJI HARCERSKIEJ, W WYWIADZIE
DLA GAZETY "KANSAS CITY STAR", 2005
W wieku trzynastu lat Robinson zdobył w harcerstwie dwadzieścia jeden
sprawności i został "skautem orłem" (Eagle Scout). W 1957 roku wybrano
go na przywódcę stu dwudziestu harcerzy, którzy polecieli do Londynu, by
18 listopada wystąpić przed królową Elżbietą II i księciem Edynburga w londyńskim teatrze Palladium. Spytałem Robinsona, czy mógłby powiedzieć
mi coś więcej o tym pamiętnym doświadczeniu. Odpowiedź brzmiała:
Nigdy wcześniej z nikim o tym nie rozmawiałem i nie będę teraz o tym z Panem dyskutował. To bardzo cenne informacje. Pańscy brytyjscy
czytelnicy byliby bardzo zainteresowani moim występem przed królową.
Jeśli prześle mi Pan pięćset dolarów, dostanie Pan tę historię na
wyłączność; może ją Pan sprzedać mediom i zarobić dużo pieniędzy.
Trzy dni później ściągnąłem z internetu wycinek prasowy na temat występu
przed królową, wysłałem go J.R. i grzecznie odrzuciłem jego hojną
propozycję. Wiedziałem już, że gawędził za kulisami z Judy Garland i powiedział aktorce Gracie Fields, iż pragnie wstąpić do seminarium
duchownego.
Robinson był ambitnym młodzieńcem, choć jego zdolności nie dorównywały
aspiracjom. Mówił rówieśnikom, że zamierza zostać księdzem i pracować w Watykanie, ale nikt, prawdopodobnie nawet on sam, nie wiedział, co
naprawdę chce zrobić ze swoim życiem; opowiadania o Watykanie były tylko
sposobem na zwrócenie na siebie uwagi. Fakty mówią same za siebie: jako
uczeń Quigley Preparatory Seminary w centrum Chicago uzyskiwał kiepskie
oceny i sprawiał kłopoty wychowawcze. Po wakacjach nie wrócił do
Quigley; prawdopodobnie nie otrzymał promocji do następnej klasy z powodu złych stopni lub niewłaściwego zachowania.
W 1961 roku ukończył szkołę średnią i rozpoczął naukę w Morton Junior
College w Cicero. Poznał Nancy Jo Lynch, z którą ożenił się w 1964 roku.
Po czterdziestu jeden latach domowego czyśćca żona wzięła z nim rozwód
25 lutego 2005 roku. I tak okazywała wobec niego anielską cierpliwość; w końcu zdała sobie sprawę, że jej niewierny mąż, który nie przepracował w życiu uczciwie ani jednego dnia, stał się seryjnym mordercą.
Na początku Robinsonowie przeprowadzili się do Kansas City w stanie
Missouri, gdzie John uczęszczał na kurs zawodowy i uczył się fachu
radiologa. Nigdy nie skończył szkoły, lecz nie przeszkodziło mu to w uzyskaniu pracy w szpitalu dziecięcym, gdzie wytapetował ściany swojego
gabinetu fałszywymi dyplomami i certyfikatami. Był tak niezręczny w relacjach z małymi pacjentami, że koledzy uważali go za oszusta albo
jednego z najbardziej niekompetentnych techników, jacy kiedykolwiek
wykonywali ten zawód. Chociaż pracownicy szpitala zapamiętali Robinsona
jako dość miłego młodego człowieka, zdawali sobie sprawę, że nie jest
wykwalifikowanym radiologiem. Josephine Bermel, która z nim pracowała,
powiedziała, że po prostu nie radził sobie z pacjentami: "Musieliśmy go
uczyć, jak poprawnie wykonywać badania". Całkowita niekompetencja
sprawiła, że stracił pracę. Miał wtedy zaledwie dwadzieścia jeden lat, a żona niedawno urodziła pierwsze dziecko.
Niezrażony niepowodzeniem, posługując się fałszywymi dyplomami, J.R.
wkrótce znalazł pracę jako technik rentgenolog w gabinecie lekarskim w Kansas City. Został zatrudniony przez doktora Wallace'a Grahama,
absolwenta Wydziału Medycznego Uniwersytetu Harvarda, generała brygady
Sił Powietrznych Stanów Zjednoczonych w stanie spoczynku, wieloletniego
osobistego lekarza prezydenta Harry'ego S. Trumana i jego żony
Elizabeth. W 1964 roku doktor Graham powiedział "The New York Times
Magazine": "Trumanowie byli zdrowi. Czułem się najbardziej bezrobotnym
lekarzem w kraju".
Wiosną 1944 roku, służąc w Pierwszym Szpitalu Polowym Pierwszej Armii,
kapitan (później pułkownik) Wallace Graham brodził po kostki w wodzie na
plaży Omaha w sektorze o kryptonimie "Easy Red" cztery dni po inwazji
wojsk amerykańskich w Normandii. Kilka kilometrów dalej wciąż szalała
bitwa, a on udzielał pomocy rannym; pod wieczór jego szpital polowy -
namioty, pod którymi stało czterysta łóżek - opiekował się blisko
dziewięciuset rannymi i konającymi żołnierzami. Szpital Grahama posuwał
się za linią frontu we Francji, Belgii i w Niemczech; doktor
uczestniczył w najbardziej zażartych walkach, w tym w ofensywie w Ardenach, gdzie został ranny. Otrzymał Brązową Gwiazdę, a także inne
odznaczenia, w tym francuskie, brytyjskie, holenderskie i belgijskie.
W Białym Domu miał na parterze gabinet wypełniony najnowocześniejszą
aparaturą medyczną i leczył również wyższych rangą pracowników
administracji. Później otrzymał awans na generała brygady Sił
Powietrznych. W dalszym okresie opiekował się Trumanami w ich rodzinnym
mieście Independence w stanie Missouri. Kiedy w 1954 roku
siedemdziesięcioletniego prezydenta przewieziono do szpitala w Kansas
City na pilną operację, usunął mu woreczek żółciowy i wyrostek
robaczkowy. Uzyskał dyplom lekarza w Harvard Medical School. Przez całe
życie interesował się botaniką, a ponadto uprawiał boks. Wydaje się, że
jedyną błędną decyzją w całej długiej, wybitnej karierze było
zatrudnienie Johna Robinsona.
W jaki sposób Robinson zdołał zdobyć pracę u doktora Grahama jako
technik laboratoryjny i kierownik rejestracji, to temat na osobną
opowieść. Graham z pewnością nie był głupcem. Wspominał później, że
zrobiły na nim wrażenie osiągnięcia Robinsona jako skauta orła, a także
"liczne dyplomy i świadectwa" w dziedzinie radiologii. Doktor Graham,
bardzo szanowany lekarz, okazał się zbyt ufny i dał się nabrać
cynicznemu łgarzowi potrafiącemu robić dobre wrażenie.
Wkrótce po podjęciu pracy u Grahama John dokonał epokowego odkrycia, że
okradanie znajomych dostarcza niezwykłej przyjemności. Później zajmował
się tym przez całe życie; wyłudzał pieniądze prawie od każdego, z kim
się zetknął. Wzbogacanie się cudzymi pieniędzmi stanowiło istotę jego
życia - działał podobnie jak banki, które zajmują się tym od
niepamiętnych czasów. Od tamtej pory nieustannie kombinował i zupełnie
zapomniał o uczciwości.
Rozpoczął działalność kryminalną w 1967 roku, ale wkrótce powinęła mu
się noga: otrzymał wyrok trzech lat więzienia z zawieszeniem za
defraudację trzydziestu trzech tysięcy dolarów należących do
pięćdziesięciosiedmioletniego doktora Grahama. Kradł i zachowywał się
niestosownie w poradni. Przechwalał się przyjaciołom i kolegom, że kupił
dom. Uprawiał seks zarówno z koleżankami z pracy, jak i pacjentkami -
jedną z nich uwiódł w pracowni rentgenologicznej. Powiedział jej, że
śmiertelnie chora żona nie jest w stanie go zaspokoić.
Skąd wziął pieniądze na zakup domu? Odpowiedź jest prosta: całkowicie
opróżnił rachunek bankowy poradni, aż po sześciu miesiącach od jego
zatrudnienia zdumiony i kompletnie oszołomiony doktor Graham musiał
zrezygnować z wypłacenia pracownikom premii na Boże Narodzenie.
Tajemnicze zniknięcie pieniędzy doprowadziło do kontroli rachunków, po
czym odkryto, że Robinson jest złodziejem. Został aresztowany i wyprowadzony w kajdankach; udawał głęboką skruchę i przepraszał w nadziei, że zostanie łagodnie ukarany. Nie przeliczył się.
W 1969 roku skazano go za defraudację, ale ponieważ było to jego
pierwsze przestępstwo i przyrzekł zwrot skradzionej kwoty, sędzia okręgu
Jackson potraktował go łagodnie i wymierzył mu karę trzech lat więzienia
w zawieszeniu. Doktor Graham nigdy nie zobaczył ani centa ze
skradzionych pieniędzy.
* * *
Następnym etapem kariery J.R. była praca w firmie zajmującej się
wynajmem sprzętu telewizyjnego. Wkrótce zaczął ją okradać. Kiedy w końcu
ujawniono jego przestępstwa, firma nie złożyła zawiadomienia na policji,
ale oczywiście go zwolniła.
W ciągu kolejnej dekady miał często kłopoty z policją. Stale otrzymywał
wyroki z zawieszeniem i udawało mu się dokonywać oszustw. Jeden z pracodawców, pytany o pierwszą rozmowę z Robinsonem, powiedział:
"Sprawiał doskonałe wrażenie, był dobrze ubrany, przystojny, wydawał się
osobą o dużej wiedzy, ładnie mówił. Jak pan wie, w późniejszym okresie
okradł różne firmy na dziesiątki tysięcy dolarów".
Robinson? Nie zostawiłbym go samego na podwórku, żeby mi umył samochód.
Ten sukinsyn ukradłby wóz, wąż, kran, a do tego wyniósł w wiadrach tyle
wody, ile zdołałby udźwignąć.
JEFF TIETZ, BYŁY FUNKCJONARIUSZ POLICJI KANSAS CITY, W ROZMOWIE Z AUTOREM
Trzeba oddać Robinsonowi sprawiedliwość - był wyjątkowo uparty i potrafił znakomicie wykręcać się od odpowiedzialności. Przez następne
dwadzieścia lat nieustannie zmieniał pracę, uciekał przed wyrokami w zawieszeniu, liczył na swoje szczęście i przenosił się ze stanu do
stanu, a kiedy wpadał na gorącym uczynku, udawało mu się przekonać
pracodawców, żeby nie zawiadamiali policji.
W 1977 roku kupił duży dom nad stawem. Stał on na terenie przeszło
półtorahektarowej posiadłości wchodzącej w skład kompleksu Pleasant
Valley Farms, bogatego, ładnego osiedla w Overland Park w okręgu Johnson
w stanie Kansas. W owym czasie J.R. i Nancy mieli już czworo dzieci i tutaj, w malowniczym wiejskim otoczeniu, Robinson założył firmę o nazwie
Hydro-Gro Inc. Rzekomo zajmowała się ona hydroponiką, metodą hodowli
roślin w wodzie z dodatkiem substancji mineralnych - zna ją każda osoba
uprawiająca w domu marihuanę.
J.R. opublikował broszurę reklamującą Hydro-Gro Inc.; miała
sześćdziesiąt cztery strony i była wydrukowana na kredowym papierze.
Głosiła, że John to "ceniony wykładowca", "autor" i "pionier
hydroponiki". Ostatnie z tych twierdzeń z pewnością zdumiałoby
starożytnych, ponieważ istnieją znacznie wcześniejsze przykłady
hydroponicznej hodowli roślin niż "pionierskie" prace J.R. - wystarczy
wspomnieć wiszące ogrody Semiramidy, pływające ogrody Azteków w mieście
Meksyk oraz doświadczenia chińskie. Egipskie teksty hieroglificzne
napisane setki lat przed naszą erą wspominają o uprawie roślin w wodzie,
więc hydroponika nie jest niczym nowym. W latach siedemdziesiątych XX
wieku interesowali się nią nie tylko naukowcy, w tym współpracownicy
NASA, lecz również tradycyjni farmerzy i hobbyści, jednak nie wymieniano
wśród nich Johna E. Robinsona.
Hydro-Gro Inc. była oczywiście firmą krzakiem. Pozwoliła Robinsonowi
wyłudzić dwadzieścia pięć tysięcy dolarów od bliskiego przyjaciela,
który miał nadzieję uzyskać wyższą stopę zwrotu od zainwestowanego
kapitału, by opłacić koszty leczenia umierającej żony.
Legitymując się fałszywymi dyplomami z radiologii i rzekomymi
osiągnięciami w hydroponice, zdołał zostać członkiem zarządu
stowarzyszenia organizującego warsztaty dla niepełnosprawnych. Sprawował
tę funkcję ponad dwa miesiące, a następnie, jako wybitny filantrop,
otrzymał tytuł Człowieka Roku.
Jak dowodzą wycinki prasowe, cnoty Robinsona opisywał "Kansas City
Times". W trakcie specjalnej kolacji uroczyście wręczono mu list
gratulacyjny podpisany przez burmistrza i senatora reprezentującego stan
Missouri.
Robinson twierdzi, że kiedy go zaproszono, nie miał pojęcia, że zostanie
uhonorowany. Po ogłoszeniu nazwiska zwycięzcy udawał zaskoczonego i przyjął nagrodę, a tymczasem pozostali członkowie zarządu stowarzyszenia
siedzieli ze zdumionymi minami. Gdyby świat był sprawiedliwy, byłby
uważany za bohatera, ale ze skomplikowanych, niefortunnych powodów tak
się nie stało.
Wkrótce po przyznaniu zaszczytnego tytułu wyszło na jaw, iż został on
uzyskany oszukańczymi metodami, na podstawie sfałszowanych rekomendacji
wysłanych do rady miejskiej przez samego Człowieka Roku - Johna E.
Robinsona.
Kiedy ojcowie miasta, których podpisy sfałszowano na rekomendacjach,
przeczytali o uroczystości w lokalnej prasie, J.R. znalazł się w tarapatach. Jeden z rzekomych autorów wpadł we wściekłość; w fałszywym
liście pomylono pisownię jego nazwiska. "Kansas City Times", zirytowany
oszustwem, zemścił się i zdemaskował Robinsona jako kanciarza. Jego
dzieci wyśmiewano w szkole, a żona nie chciała pokazywać się publicznie.
Jak zareagował J.R.? Gdyby miał choć odrobinę przyzwoitości i jakiekolwiek zasady moralne, powinien zapaść się pod ziemię ze wstydu -
tak można by przypuszczać. Jednak J.R., równie szczery jak uśmiech
prostytutki, w ogóle nie przejął się skandalem.
* * *
Czytelnicy z pewnością doszli już do wniosku, że Robinson to niezbyt
ciekawa postać, której nie należy ufać i z którą nie należy zawierać
jakichkolwiek umów. Autor niniejszej książki wcale się nie zdziwił, gdy
J.R. napisał do niego list datowany na 20 lutego 2008 roku, w którym
oświadczył: "Przed rozpoczęciem dalszej korespondencji z Panem chcę
otrzymać czterysta tysięcy dolarów; kwota ta może się zmienić zależnie
od potrzeb. Zastrzegam, że wszystkie informacje i fundusze będzie
kontrolował mój adwokat. Proszę nie mydlić mi oczu! Nie mam czasu na
czytanie nonsensów. Czekam na wiadomość od Pana".
W 1980 roku Robinson rozpoczął pracę jako szef kadr dużej firmy i natychmiast skupił uwagę na jej rachunku bankowym - prawie jak rakieta
naprowadzana na podczerwień. Przekazał czterdzieści tysięcy dolarów
należącej do niego fikcyjnej firmie PSA. Znowu otrzymał wyrok w zawieszeniu, tym razem pięć lat.
W latach 1969-1991 John Robinson został czterokrotnie skazany za
defraudację i kradzież, a ponadto uzyskał niezwykłe wyróżnienie:
amerykańska Komisja Papierów Wartościowych i Giełdy dożywotnio zabroniła
mu zajmowania się działalnością w biznesie. Oczywiście niektóre z jego
przestępstw były drobne - stracił pracę w firmie Mobil Corporation za
kradzież znaczków pocztowych o wartości trzystu dolarów - jednak inne
okazały się znacznie cięższe.
Nigdy nie miał normalnej pracy, chyba żeby uznać za taką wymyślanie
sposobów, jak wyłudzić od ludzi pieniądze.
PROKURATOR OKRĘGOWY PAUL MORRISON NA PROCESIE ROBINSONA OSKARŻONEGO O MORDERSTWO, 2002
Z najwyższym trudem uniknął bankructwa. Później bez żenady działał dalej
i założył firmę Equi-Plus, specjalizującą się w "konsultacjach w dziedzinie zarządzania". Nawiązał współpracę z przedsiębiorstwem Back
Care Systems, uczciwą firmą prowadzącą seminaria na temat bólów w plecach. Wkrótce przysporzył jej sporo bólu w plecach - znowu znalazł
się w swoim żywiole.
Opiszmy krótko tę sprawę. Equi-Plus, spółka należąca do Robinsona,
zawarło lukratywny kontrakt na przygotowanie pakietu usług - miał on
obejmować plan marketingowy, drukowane materiały promocyjne i filmy
reklamowe na temat łagodzenia bólu pleców. Po jakimś czasie Equi-Plus
przekazało kontrahentowi serię faktur na znaczne kwoty - i nic więcej.
Znowu wszczęto śledztwo w sprawie działalności biznesowej energicznego
Johna Robinsona, który przedstawił liczne zaprzysiężone oświadczenia -
sfałszowane - potwierdzające rzetelność faktur przekazanych Back Care
Systems.
W trakcie wspomnianego wcześniej śledztwa J.R., przebiegły jak wąż,
założył firmę Equi-II, zarejestrowaną w Overland Park, i przedstawiał
się jako "konsultant w sferze medycyny, rolnictwa i działalności
charytatywnej". Kierując tym przedsiębiorstwem, zaczął prowadzić
znacznie bardziej złowrogą działalność niż defraudacja i kradzież.
Ukradł Back Care Systems czterdzieści tysięcy dolarów i dobrze je ukrył.
Zakupił mieszkanie w mieście Olathe na południe od Kansas City. Tutaj, w miłej atmosferze, mógł się cieszyć niezliczonymi romansami
pozamałżeńskimi. Jedna z uwiedzionych przez niego kobiet powiedziała:
"John dosłownie zwalił mnie z nóg. Traktował mnie jak królową: zawsze
miał pieniądze i zabierał mnie do ekskluzywnych restauracji i hoteli".
Dobra robota, John, ale sytuacja coraz bardziej się komplikowała.
Rozwiązły kanciarz wiedział, że na horyzoncie zbierają się ciemne
chmury. Sprawa kradzieży na szkodę Back Care Systems trafiła do sądu i ze względu na poprzednie przestępstwa groziło mu siedem lat więzienia.
Jednak przebywał w zakładzie karnym zaledwie kilka miesięcy, po czym
zwolniono go warunkowo; okres próbny miał trwać pięć lat.
John Robinson odebrał nam najstarszą córkę, którą bardzo kochaliśmy. Po
jej zniknięciu moja żona zupełnie się załamała. Wyrwano jej serce z piersi.
WILLIAM "BILL" GODFREY, OJCIEC PAULI, 2003
Atrakcyjna, ciemnowłosa Paula Godfrey zaczęła pracować dla J.R. w Equi-II jako przedstawicielka handlowa po ukończeniu szkoły średniej w Olathe. Nowy szef powiedział, że musi pojechać do Teksasu na szkolenie
finansowane przez firmę. Przybył po dziewczynę do domu jej rodziców w Overland Park, by zawieźć ją na lotnisko. Nigdy więcej nie zobaczyli
córki.
Rodzice Pauli przez kilka dni nie mieli od niej żadnych wiadomości i w końcu zawiadomili Departament Policji Overland Park. Funkcjonariusze
przesłuchali Robinsona, ale udawał, że nic nie wie. Zaakceptowali jego
wyjaśnienia i odeszli.
Niedługo później policja odnalazła list podpisany przez Paulę Godfrey,
który zaczynał się od słów: "Kiedy to przeczytacie, dawno mnie tu nie
będzie. Jeszcze nie zdecydowałam, czy pojadę do Cleveland, Chicago czy
Denver. No cóż...". Paula napisała, że czuje się dobrze, ale nie chce
utrzymywać kontaktów z rodziną. Schludnie złożony list znaleziono na
dnie teczki należącej do niejakiego Irvinga "Irva" Blattnera, oszusta
współpracującego z Robinsonem. Blattnera aresztowano w związku z zupełnie inną sprawą. Jednostronicowy list był fotokopią; towarzyszył mu
oryginalny list J.R. wysłany do Blattnera w firmowej kopercie Equi-II.
Po zapoznaniu się z listem policja zamknęła śledztwo. Paula Godfrey była
pierwszą kobietą zamordowaną przez Robinsona, ale prawda wyszła na jaw
dopiero w 2003 roku. Wydaje się, że Paula, doskonała łyżwiarka, miała
jakieś kłopoty z chłopakiem, a Robinson pożyczył jej pieniądze. Irving
Blattner znalazł jej pokój w motelu w Belton w stanie Missouri, za
granicą stanu, gdzie chłopak nie mógł jej znaleźć. Pewnego wieczoru
Robinson pojechał do motelu, w którym zatrzymała się dziewczyna, po czym
z niewiadomych przyczyn uderzył ją w głowę lampą, a Blattner zablokował
drzwi, by nie mogła uciec. Jej ciała nigdy nie odnaleziono.
Jako filantrop pragnący pomagać młodym kobietom J.R. zwrócił się do
Truman Medical Center w Independence, niewielkim mieście w okręgu
Montgomery. Wygłosił wykład dla pracowników socjalnych i poinformował
zebranych, że wraz z kilkoma miejscowymi przedsiębiorcami założył
stowarzyszenie o nazwie Kansas City Outreach. Spoglądając znad okularów,
wyjaśnił protekcjonalnym tonem, że jest to organizacja charytatywna,
która ma zapewnić młodym niezamężnym matkom miejsce zamieszkania, naukę
zawodu i opiekę nad dziećmi. Truman Medical Center wyczuł podstęp i nie
chciał pomagać oszustowi, więc Robinson zaproponował ten sam projekt
organizacji Birthright, pomagającej młodym kobietom, które zaszły w ciążę, a Birthright z kolei umożliwił mu kontakt z Hope House, hostelem
dla młodych matek.
Według autora Davida McClintricka J.R. poinformował obie organizacje, że
Kansas City Outreach "może uzyskać finansowanie od firm Xerox, IBM i innych dużych korporacji" (ta deklaracja bardzo by je zdziwiła). Wybitny
filantrop poprosił pracowników socjalnych o podanie nazwisk kandydatek,
które mogłyby współpracować z Kansas City Outreach. Na początku stycznia
1985 roku skontaktował się z nim Hope House i przekazał dane Lisy Stasi.
W tym momencie warto się zatrzymać i przeanalizować modus operandi J.R.
Mamy do czynienia z patologicznym łgarzem, skazanym oszustem,
defraudantem i maniakiem seksualnym zdradzającym żonę, człowiekiem
pozbawionym jakichkolwiek zasad, który nie cofnie się przed niczym, by
osiągnąć swoje cele, nawet jeśli będzie musiał okradać chorych
psychicznie i naciągać uczciwych członków społeczeństwa. Widzimy, że
zaczął posługiwać się lipnymi organizacjami, by nawiązać kontakt z bezbronnymi kobietami. Bezkarnie polował na młode kobiety, a łatwowierne
domy opieki nad samotnymi matkami nieświadomie dostarczały mu ofiary.
* * *
Dziewiętnastoletnia Lisa Stasi, uboga, niewykształcona i niedoświadczona, była śliczną dziewczyną o długich ciemnych włosach i ufnych oczach. Miała czteroletnią córeczkę o imieniu Tiffany i mieszkała
w hostelu Hope House dla samotnych matek. Jej małżeństwo z Carlem Stasim
niestety się rozpadło; mąż porzucił żonę i dziecko, po czym wstąpił do
marynarki wojennej; służył w bazie wojskowej Great Lakes na
przedmieściach Chicago.
Carl powiedział później, że poznał żonę dzięki przyjacielowi. W sierpniu
1984 roku wzięli ślub w Huntsville w Alabamie, gdzie Lisa się wychowała.
Była wówczas w ósmym miesiącu ciąży. "Zamierzaliśmy tam zostać i zacząć
normalne życie, ale nie miałem ubezpieczenia, żona spodziewała się
dziecka, więc wróciliśmy [do Kansas]" - zeznał Stasi przed sądem.
Kilka tygodni później w Truman Medical Center, szpitalu znanym z opieki
nad ubogimi, przyszła na świat Tiffany Lynn. Carl i Lisa nie mieli
pieniędzy ani domu; ich małżeństwo szybko się rozpadło. Carl wyjaśnił:
"Z trudem wiązaliśmy koniec z końcem. Byłem nieodpowiedzialny i nie
pracowałem. Sytuacja się pogarszała". Rozstali się w połowie grudnia, a kilka dni po Bożym Narodzeniu Carl wrócił do marynarki wojennej.
W tym momencie na scenie pojawił się John Robinson, przedstawiający się
jako "John Osborne". Posługując się fałszywymi referencjami,
zaproponował Lisie mieszkanie i szkolenie zawodowe. Wyjaśnił, że
obejmuje to pomoc w uzyskaniu odpowiednika matury oraz że załatwi jej
potem wyjazd do Teksasu i szkolenie z wykonywania nadruków na jedwabiu.
Oświadczył, że po jego zakończeniu będzie mogła znaleźć pracę w Chicago,
Denver albo Kansas City. Nowy mentor powiedział Lisie, że pokryje nie
tylko koszty mieszkania i wyżywienia, ale będzie też wypłacał jej
miesięczne stypendium w wysokości ośmiuset dolarów.
Była to propozycja nie do odrzucenia. Sympatyczny dobroczyńca zabrał
Lisę i Tiffany ze schroniska, po czym ulokował je w pokoju numer 131 w Rodeway Inn, motelu w Overland Park; powiedział, że za kilka dni pojadą
do Chicago.
Kiedy opuścił motel, Lisa poszła w odwiedziny do swojej szwagierki,
Betty Klinginsmith, by z nią porozmawiać. Spędziła u niej noc.
"Nakarmiłam [Lisę] i dziecko. Długo spała i wzięła kąpiel" - zeznała
Klinginsmith na procesie Robinsona. Następnego ranka, w środę 9
stycznia, Lisa zatelefonowała do recepcji Rodeway Inn i dowiedziała się,
że szuka jej rozgniewany pan Osborne. Zostawiła recepcjonistce wiadomość
dla Osborne'a i poprosiła, by zadzwonił do Klinginsmith. Po kilku
minutach zadźwięczał telefon i Betty wyjaśniła Osborne'owi, jak dotrzeć
do jej domu.
[Robinson] pojawił się u mnie po około dwudziestu pięciu minutach i zadzwonił do drzwi. Poszłam je otworzyć ze swoim pięcioletnim synem
[...]. Lisa włożyła płaszcz. Nie marnował czasu na uprzejmości. W ogóle
się do mnie nie odezwał. Po prostu stał i patrzył.
Robinson wyraził niezadowolenie, że Lisa opuściła motel, po czym
zażądał, by natychmiast z nim pojechała. Była burza śnieżna; Lisa
zaniosła Tiffany do samochodu zaparkowanego na ulicy. Pozostawiła swoją
uszkodzoną żółtą toyotę corollę i wiele rzeczy osobistych. Później
zniknęła, podobnie jak Paula Godfrey.
Tego samego dnia w motelu Osborne wyjął cztery czyste arkusze papieru
listowego i kazał je podpisać Lisie. Poprosił o adresy członków jej
najbliższej rodziny; oświadczył, że po przyjeździe do Chicago będzie
zbyt zajęta, by pisać listy, więc zrobi to za nią; poinformuje jej
krewnych, co się z nią dzieje. Nie można ustalić, czy protestowała;
wiadomo, że zadzwoniła do Betty Klinginsmith.
"Uznałam, że jest w motelu" - powiedziała śledczym Betty. "Histerycznie
płakała. Mówiła, że jacyś "oni" chcą zabrać jej dziecko, bo jest
niedobrą matką. Chcieli, żeby podpisała cztery czyste kartki papieru.
Powiedziałam: "Niczego nie podpisuj, Liso! Niczego nie podpisuj!"".
Według Betty ostatnie słowa Lisy brzmiały: "Już idą!", a potem telefon
się rozłączył.
Nancy, żona J.R., po wielu latach zeznała, że tego wieczoru przyniósł on
do domu niemowlę. Pamiętała, że "padał gęsty śnieg". "Dziecko brzydko
pachniało" - oświadczyła. "Miało brud pod paznokciami. Nie było ubranka
na zmianę i tylko butelka zapasowego pokarmu".
Następnego ranka, 10 stycznia, Betty Klinginsmith zatelefonowała do
Rodeway Inn, po czym uzyskała informację, że Lisa i Tiffany się
wyprowadziły, a rachunek zapłacił John Robinson, nie John Osborne.
Zgłosiła sprawę policji z Overland i FBI.
Tego wieczoru J.R. niespodziewanie zatelefonował do swojego brata Dona i jego żony Helen. Bezdzietne małżeństwo od kilku lat usiłowało adoptować
dziecko za pośrednictwem wyspecjalizowanych agencji. J.R. wcześniej
powiedział bratu, że ma kontakt z adwokatem ze stanu Missouri, który
zajmuje się adopcjami; gdyby otrzymał dwa tysiące dolarów na koszty,
mógłby działać jako pośrednik. Łatwowierna para wkrótce przekazała
pieniądze, które J.R. schował do kieszeni.
Działo się to w 1983 roku i przez następne dwa lata Robinson usiłował
zdobyć dziecko dla brata. Gdyby oszustwo się udało, prawdopodobnie
zamierzał "pomagać" innym bezdzietnym małżeństwom w realizacji marzeń o adopcji. W późniejszym okresie kilkakrotnie uprzedzał Dona i Helen, że
wkrótce dostarczy dziecko, ale nigdy się ono nie pojawiło.
Oszukańczy plan Johna polegał na poszukiwaniu samotnych kobiet w ciąży;
doskonale wiedział, gdzie je znaleźć. Udając filantropa, zwrócił się do
miejscowych ośrodków pomagających kobietom w ciąży i do pracowników
socjalnych, opowiadając o nowej organizacji o nazwie Kansas City
Outreach, którą założył wraz z "kilkoma czołowymi biznesmenami ze
Wschodniego Wybrzeża", by pomagać samotnym matkom.
Karen Gaddis była pracownicą socjalną w Truman Medical Center w mieście
Independence, stolicy okręgu Montgomery, i poznała Robinsona, kiedy w 1984 roku prosił o kontakty z podopiecznymi ośrodka. Szukał młodych
matek, najlepiej białych kobiet, które nie miały silnych związków z rodzinami. Pokazał Gaddis mieszkanie przy Troost Avenue w Overland Park
i powiedział, że właśnie tam zamieszkają kobiety.
Gaddis wiedziała, że białe niemowlęta są cenione na rynku adopcyjnym, a ponieważ Robinson nie pokazał żadnych referencji, nikogo do niego nie
skierowała. "Moim zdaniem uważał, że znajdzie wiele młodych kobiet,
których nikt nie będzie szukał" - powiedziała NBC's Dateline, gdy prawda
o Robinsonie wyszła na jaw. Jednak po kilku dniach poznał w Hope House
Lisę Stasi.
Dzień później John Robinson wyjaśnił bratu, że młoda matka popełniła
samobójstwo w schronisku dla kobiet i że za dodatkowe trzy tysiące
dolarów (przeznaczone dla fikcyjnego adwokata) zdobędzie odpowiednie
podpisy na świadectwie adopcji i przekaże mu dziecko.
W czwartek 10 stycznia 1985 roku Don i Helen Robinsonowie polecieli do
domu J.R. w stanie Missouri, gdzie wręczyli mu trzy tysiące dolarów i otrzymali bardzo przekonujące dokumenty adopcyjne ze sfałszowanymi
podpisami notariusza, dwóch adwokatów i sędziego. Byli zachwyceni
dziewczynką, której nadali imię Heather. W owym czasie Lisa oczywiście
już nie żyła; prawdopodobnie wcześniej została brutalnie zgwałcona.
Prawdziwa tożsamość Heather wyszła na jaw po piętnastu latach w wyjątkowo szokujących okolicznościach: mężczyzna, którego uważała za
"stryja Johna", stanął przed sądem za zabicie jej matki.
Kilka tygodni po zniknięciu Lisy Betty Klinginsmith otrzymała pierwszy z listów podrobionych przez J.R. Nosił datę zniknięcia Lisy i natychmiast
wzbudził podejrzenia, ponieważ Lisa nie umiała pisać na maszynie.
Betty!
Dziękuję Ci za pomoc, jestem naprawdę wdzięczna! Postanowiłam wyjechać
z Kansas City i rozpocząć z Tiffany nowe życie. Napisałam do Marty'ego,
by oddał bankowi samochód; od dawna zalegałam z ratami i będą żądali ich
uregulowania. Nie mam pieniędzy na raty, a samochód wymaga dużo pracy.
Kiedy napisałam do Marty'ego, zapomniałam wspomnieć o skrzynce z moimi
papierami w bagażniku. Po wypadku nie mogłam go otworzyć. Poproś go,
żeby otworzył bagażnik i wyjął skrzynkę przed zwrotem samochodu
bankowi.
Dzięki za Twoją pomoc, ale naprawdę muszę wyjechać i zacząć z Tiffany
nowe życie. Zasługuje na dobrą matkę, która będzie się nią opiekować i pracować. Ludzie z Hope House i Outreach okazali się naprawdę pomocni,
ale nie mogłam korzystać z ich dobroczynności.
Uważam, że powinnam stanąć na własnych nogach i udowodnić, że daję
sobie radę.
Marty chciał, żebym pojechała do Alabamy i zajęła się ciotką Evelyn,
ale nie mogę tego zrobić. Jest bardzo uparta i trudna we współżyciu. Nie
wytrzymałabym z nią. Kłóciłam się już o to z Martym; wiem, że będzie
próbował mnie zmusić do wyjazdu do Alabamy. Nie pojadę tam.
Będę pisać od czasu do czasu, jak się miewam i co robię. Powiedz
Carlowi, że dam mu znać, jak może się ze mną skontaktować.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki