Rozmowy z psychopatami. W otchłani zła - Christopher Berry-Dee

Kup ebooka

29.99 zł
23.09 zł (23,09 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Podzię­ko­wa­nia

Podzię­ko­wa­nia zamiesz­czone w książce to jedyna jej część, w którą wydawca i redak­tor nie mogą inge­ro­wać. Mimo to posta­no­wi­łem zdo­być przy­chyl­ność swo­jego redak­tora, Toby'ego Buchana, i zade­dy­ko­wa­łem tę książkę wła­śnie jemu. Ach, Toby, jesteś fan­ta­styczny! Skła­dam Ci ser­deczne podzię­ko­wa­nia za ciężką pracę, poświę­ce­nie i wspar­cie, któ­rego mi udzie­la­łeś w trak­cie pracy nad wie­loma książ­kami publi­ko­wa­nymi na prze­strzeni lat. Masz aniel­ską cier­pli­wość. Dzię­kuję wydaw­com i całemu zespo­łowi wydaw­nic­twa John Blake/Bon­nier. Nawią­za­li­śmy współ­pracę w 2003 roku, kiedy nie­stru­dzony John Blake pod­pi­sał ze mną umowę na napi­sa­nie Roz­mów z seryj­nymi mor­der­cami. Była to pierw­sza w dzie­jach książka z zakresu lite­ra­tury faktu, w któ­rej pozwo­lono auto­rowi zamie­ścić wiele auten­tycz­nych wypo­wie­dzi zbrod­nia­rzy. Opar­łem ją na licz­nych sfil­mo­wa­nych i wyemi­to­wa­nych w tele­wi­zji wywia­dach, jakie prze­pro­wa­dzi­łem w poprzed­nich latach z mania­kal­nymi mor­der­cami. Było to kon­tro­wer­syjne posu­nię­cie. Zapro­po­no­wa­łem książkę dwóm fir­mom: wydaw­nic­twu Vir­gin i Joh­nowi Blake'owi. Vir­gin - mój wcze­śniej­szy wydawca - natych­miast ją odrzu­cił; poin­for­mo­wano mnie, że zawar­tość może wytrą­cić z rów­no­wagi star­szych czy­tel­ni­ków. Nato­miast John z entu­zja­zmem przy­jął pro­po­zy­cję. Następ­nego dnia skon­tak­to­wało się ze mną wydaw­nic­two Vir­gin, które zmie­niło zda­nie, ale cóż - książka została już sprze­dana. Od tam­tej pory współ­pra­cuję z Joh­nem Bla­kiem.

Wspo­mi­nam tutaj mojego men­tora, Robina Odella, autora spe­cja­li­zu­ją­cego się w prze­stęp­czo­ści, który napi­sał ze mną kilka ksią­żek, gdy zaczy­na­łem karierę pisar­ską. Był tak miły, że za każ­dym razem wyra­żał zgodę, by moje nazwi­sko wymie­niano na pierw­szym miej­scu; mam wobec Robina ogromny dług wdzięcz­no­ści. Dzię­kuję rów­nież daw­nemu pro­du­cen­towi moich fil­mów doku­men­tal­nych, Fra­ze­rowi Ash­for­dowi, który wypro­du­ko­wał dwu­na­sto­od­cin­kowy The Serial Kil­lers. Był to mój pierw­szy film tele­wi­zyjny. Mógł­bym z łatwo­ścią napi­sać książkę o eks­cy­tu­ją­cych przy­go­dach, które razem prze­ży­li­śmy. Fra­zer pozo­staje do dziś jed­nym z moich naj­lep­szych kum­pli.

Aby zakoń­czyć podzię­ko­wa­nia zwią­zane z tema­tyką zawo­dową, chciał­bym wyra­zić wdzięcz­ność mediom - zarówno pra­sie, jak i tele­wi­zji, w tym tele­wi­zyj­nym dzia­łom bie­żą­cych wia­do­mo­ści - nie tylko za pomoc w pro­mo­wa­niu moich ksią­żek, ale rów­nież za zapra­sza­nie mnie do udziału w fil­mach doku­men­tal­nych i publi­ko­wa­nie moich arty­ku­łów. Nie jestem w sta­nie wyli­czyć wszyst­kich osób i insty­tu­cji. Nie mam na myśli jedy­nie war­to­ści pro­mo­cyj­nej współ­pracy z mediami: czę­sto udzie­lały mi wspar­cia w cza­sie prób roz­wią­zy­wa­nia daw­nych spraw kry­mi­nal­nych albo w trak­cie pracy nad innymi, rów­nie waż­nymi kwe­stiami. Nie mogę zamie­ścić listy nazwisk, ale wszy­scy wie­dzą, o kogo cho­dzi. Dzię­kuję.

Przejdźmy do orga­nów ści­ga­nia. Ame­ry­kań­skie służby są bar­dzo chętne do współ­pracy; mam na myśli FBI, Uni­ted Sta­tes Mar­shals Service, Depar­ta­ment Poli­cji stanu Flo­ryda i nie­zli­czone inne insty­tu­cje sta­nowe, okrę­gowe i miej­skie. Współ­praca z nimi to praw­dziwa przy­jem­ność, podob­nie jak z poli­cją rosyj­ską i dale­ko­wschod­nią. Nie­stety, nie mogę tego powie­dzieć o bry­tyj­skich orga­nach ści­ga­nia, które dzia­łają nieco sche­ma­tycz­nie. Ow­szem, współ­pra­cują, jeśli uwa­żają to za opła­calne; i w takich przy­pad­kach jest to korzystne dla obu stron, ale mimo to w dal­szym ciągu nie rozu­mieją, że praca wyko­ny­wana przez nas, pisa­rzy, może się oka­zać bez­cen­nym narzę­dziem śled­czym.

Jeśli cho­dzi o podzię­ko­wa­nia o cha­rak­te­rze oso­bi­stym, chciał­bym prze­ka­zać wyrazy wdzięcz­no­ści swo­jej fili­piń­skiej part­nerce Maui. Pisa­nie na temat prze­stęp­czo­ści i stu­dia z tym zwią­zane spra­wiają, że wkra­czamy do mrocz­nej kra­iny, a Maui wnio­sła świa­tło do mojego życia. Nie­chaj ją Bóg bło­go­sławi. Kocham Fili­piń­czy­ków i ich kraj; wspo­mi­nam o tym w dal­szej czę­ści książki. Mam rów­nież dużo sym­pa­tii do Rosji. Uwa­żam, że my, ludzie Zachodu, sta­li­śmy się za bar­dzo mate­ria­li­styczni, więc wizyta na Fili­pi­nach natych­miast spro­wa­dza mnie na zie­mię. To szczę­śliwi ludzie, zawsze uśmiech­nięci mimo biedy, którą muszą zno­sić. Maui i ja sta­ramy się poma­gać - cza­sem ozna­cza to odbu­do­wa­nie kilku domów w slum­sach znisz­czo­nych przez pożar, pod­łą­cze­nie elek­trycz­no­ści, dostar­cze­nie lamp, wia­traka elek­trycz­nego, przy któ­rym można się chło­dzić w upalne dni, jedze­nia, mun­dur­ków szkol­nych dla dzieci (tak wła­śnie było po dwóch nie­daw­nych poża­rach w Lapu-Lapu). To mój skromny spo­sób wyra­że­nia wdzięcz­no­ści. Jak widzi­cie, część tan­tiem otrzy­my­wa­nych przeze mnie za książki jest prze­zna­czana na szczytne cele.

Zawsze pamię­tam o Cla­ire i moim synu Jacku. Dzię­kuję rów­nież przy­ja­cio­łom z Face­bo­oka. Oto ich lista: Clive, Jon, mój współ­au­tor Bit­Coin Pete, Gary Roberts, Boris, Steve, Karl, Jay, super­fan­ta­styczna Hol­lie, Wayne i jego żona Sherri, Jen­nie, nazy­wana "The Admi­ral's Car Crash Magnet", Paul "Din­ger" Bell, moja sio­stra Liz­zie i jej mąż Jim, Laura-Dee i moi bra­tan­ko­wie, zdu­mie­wa­jąca była Miss World Ann Sid­ney, Vic­to­ria Red­stall, Yang Lu, Denis Cla­ivaz, Linda New­combe, Immy Jj i jej mąż Steve, Wilf, Robert Pothe­cary, Chri­sto­pher Grist Mar­low i Riki Read. A także, wymie­nieni na końcu, ale nie mniej ważni: mój drogi przy­ja­ciel Mar­tin "Master Chef", wie­lebny Chris Richard­son oraz ksiądz John Maun­der.

Gorąco pole­cam Hospi­ta­lity and Tra­vel, Cathay Paci­fic, Oman Air­li­nes i Phi­lip­pine Air­li­nes (nie, nie, nikt mnie nie spon­so­ruje!). Mię­dzy­na­ro­dowy port lot­ni­czy w Oma­nie to zna­ko­mite miej­sce na prze­siadkę w dro­dze do portu lot­ni­czego im. Ninoya Aqu­ino w Manili.

Jeśli odwie­dzi­cie Fili­piny, radzę poje­chać tak­sówką do Oxford Suites Hotel przy Bur­gos Street w Makati. Prze­piękne miej­sce, świetna obsługa i bar­dzo przy­stępne ceny. W Cebu City warto się zatrzy­mać w hotelu Park Lane Inter­na­tio­nal. Jest rów­nież dosko­nały, tani i ma naj­lep­szy bufet na świe­cie. Poza tym trzeba odwie­dzić wyspę Pala­wan i El Nido. Świetny hotel Casa Kalaw z pięk­nymi piasz­czy­stymi pla­żami i roz­ko­ły­sa­nymi pal­mami znaj­duje się zale­d­wie kilka minut drogi od lot­ni­ska obsłu­gi­wa­nego przez Swift Air - kolejną pierw­szo­rzędną linię lot­ni­czą. Cho­ciaż Casa Kalaw jest dość drogi, spę­dzi­cie tam waka­cje marzeń.

Prze­ka­za­łem już wyrazy wdzięcz­no­ści wybra­nym oso­bom i dorzu­ci­łem kilka rad na temat urlopu. Pozo­staje mi tylko podzię­ko­wać Czy­tel­ni­kom, że kupili moją książkę. Teraz pora się zająć odra­ża­ją­cymi mor­der­cami.

Życzę szczę­ścia,

Chri­sto­pher Berry-Dee

Przed­mowa

Bramy pie­kieł wyglą­dają strasz­nie, prawda?

E.A. BUC­CHIA­NERI, AUTOR FAUST: MY SOUL BE DAM­NED FOR THE WORLD

Nie jestem głupi, nie jestem głupi, kurwa. Poli­cja mówi, że popeł­nia­łem zbrod­nie. Leka­rze mówią, że coś mi się pokrę­ciło we łbie [...], więc oddaj­cie mi mój mózg, oddaj­cie mi moją inte­li­gen­cję, bo odbie­ra­cie mi wiarę we wszystko.

PETER SUTC­LIFFE, ZNANY JAKO "ROZ­PRU­WACZ Z YORK­SHIRE", W ROZ­MO­WIE Z AUTO­REM W SZPI­TALU BRO­AD­MOOR

Witaj, Drogi Czy­tel­niku! Mam nadzieję, że jesteś w świet­nej for­mie fizycz­nej i psy­chicz­nej - choć ta druga może się znacz­nie pogor­szyć, kiedy dotrzesz do ostat­niej strony tej książki. Nowym roz­mo­wom z psy­cho­pa­tami powinno towa­rzy­szyć ostrze­że­nie, że mogą być szko­dliwe dla zdro­wia. Nie czy­taj­cie dalej, jeśli macie słabe nerwy albo zamier­za­cie zjeść kola­cję. Wyobraź­cie sobie, jak byście się czuli, gdy­by­ście nie mieli moral­no­ści i duszy, nie znali współ­czu­cia ani lito­ści, a ludzie nie budzi­liby w was żad­nych emo­cji. Zasta­nów­cie się, jak czuje się psy­cho­pata i mor­derca sek­su­alny, który nie panuje nad swoją skłon­no­ścią do prze­mocy i musi zada­wać potworny ból, tor­tu­ro­wać nie­winne ofiary: nie­mow­lęta, dzieci, star­ców, ludzi sła­bych i bez­bron­nych. W gło­wach sady­stycz­nych mor­der­ców sek­su­alnych, któ­rzy zabi­jają dla przy­jem­no­ści, zamiast sumie­nia jest tylko zło­wroga czarna dziura. Seryjni mor­dercy są zupeł­nym prze­ci­wień­stwem uczci­wych, hono­ro­wych ludzi. To tchó­rze, brak im sil­nej woli i zasad moral­nych, są nisz­czy­ciel­scy, zło­śliwi. Czują nie­za­do­wo­le­nie ze swo­jej spraw­no­ści sek­su­al­nej i pod­świa­do­mie pra­gną się zemścić za rze­kome nie­spra­wie­dli­wo­ści i krzywdy, jakie wyrzą­dziło im spo­łe­czeń­stwo. Co gor­sza, wielu z tych potwo­rów snuje mroczne plany, by znowu zabi­jać.

Leży obok mnie zaczy­tany egzem­plarz książki When I Was at Sco­tland Yard nad­ko­mi­sa­rza Jamesa Ber­retta, opu­bli­ko­wa­nej w 1932 roku. Ber­rett zaczyna przed­mowę od nastę­pu­ją­cej uwagi: "Prze­stęp­stwa budzą powszechne zain­te­re­so­wa­nie. Zawsze tak było i będzie. Dla milio­nów zwy­kłych ludzi sta­no­wią sym­bol tego, co nie­zwy­kłe, pogar­dzane, ale fascy­nu­jące. Lubimy czy­tać i słu­chać o zbrod­niach". Słowa te napi­sał wybitny, wie­lo­krot­nie odzna­czony ofi­cer poli­cji o dłu­go­let­nim stażu służ­bo­wym i jego opi­nia jest praw­dziwa rów­nież dzi­siaj. James Ber­rett koń­czy przed­mowę nastę­pu­jąco: "A teraz spró­buję dostar­czyć Czy­tel­ni­kom roz­rywki". Mówiąc żar­to­bli­wie, ja rów­nież spró­buję dostar­czyć Czy­tel­ni­kom roz­rywki. Mam nadzieję, że się nie zawie­dzie­cie.

Seryj­nym mor­der­com i ich zbrod­niom poświę­cono tysiące ksią­żek, arty­ku­łów w cza­so­pi­smach i pra­sie, roz­praw nauko­wych, kom­pen­diów, haseł w Wiki­pe­dii, stron inter­ne­to­wych, fil­mów doku­men­tal­nych i fabu­lar­nych. Takich mate­ria­łów jest mnó­stwo; dość czę­sto ist­nieje co naj­mniej dwa­dzie­ścia lub trzy­dzie­ści publi­ka­cji doty­czą­cych jed­nego prze­stępcy. Nie ma w tym nic złego. Seryjni mor­dercy to zja­wi­sko sto­sun­kowo rzad­kie i pisa­rze zaj­mu­jący się nimi są czę­sto oskar­żani o to, że odgrze­wają stare tematy. Oczy­wi­ście każdy ma prawo do swo­jego zda­nia, a my, pisa­rze, musimy sza­no­wać opi­nie kry­ty­ków, ale warto, by była to kry­tyka rze­czowa, nie zaś histe­ryczne zarzuty laików, przede wszyst­kim ludzi, któ­rzy ni­gdy nie spo­tkali seryj­nego mor­dercy, a cóż dopiero mówić o napi­sa­niu trzy­dzie­stu sied­miu ksią­żek na temat ich zbrodni, tak jak ja w ciągu kilku dekad.

Pozy­tywną cechą ponow­nych opi­sów daw­nych przy­pad­ków jest to, że pisa­rze spo­glą­dają na histo­rię prze­stęp­czo­ści z róż­nych punk­tów widze­nia, co powięk­sza naszą wie­dzę kry­mi­no­lo­giczną, zwłasz­cza gdy na świa­tło dzienne wycho­dzą nowe mate­riały.

W tej książce zaj­muję się na przy­kład Pete­rem Kürtenem, jed­nym z naj­bar­dziej zna­nych seryj­nych mor­der­ców. Cóż, zanim się­gnie­cie po pióro, by napi­sać list zaty­tu­ło­wany "Znowu to samo!", pozwól­cie mi wyja­śnić, że nie cho­dzi o ponowne rela­cjo­no­wa­nie tych samych wyda­rzeń, tylko o zro­zu­mie­nie psy­chiki zabój­ców - a nie są to sym­pa­tyczni ludzie.

Aby rozu­mieć seryj­nych mor­der­ców, stu­dio­wać ich, roz­ma­wiać z nimi albo pro­wa­dzić prze­słu­cha­nia, należy umieć myśleć tak jak oni. Nie wystar­czy stać na kra­wę­dzi otchłani i spo­glą­dać w dół - trzeba sko­czyć w mrok i wczuć się w pokrę­cone umy­sły. Wtedy się z nami iden­ty­fi­kują, a my ich rozu­miemy. Nie jest to przy­jemne, bo żyją w cuch­ną­cym, pie­kiel­nym świe­cie śmierci.

Kiedy roz­ma­wiamy z tymi potwor­nymi zbrod­nia­rzami, cza­sem spo­glą­dają na nas nie­ru­cho­mym wzro­kiem. Czują nasz zapach, poznają lęki i sła­bo­ści. Nie­kiedy mia­łem wra­że­nie, że zapusz­czają w głąb mojej głowy lep­kie macki. Przy­po­mi­nają nie­ru­chome jasz­czurki obser­wu­jące zdo­bycz, a jeśli wytrą­cimy ich z rów­no­wagi, ema­nuje z nich pie­kielna nie­na­wiść.

Jeśli popeł­nimy błąd, powiemy coś nie­wła­ści­wego, mogą wpaść we wście­kłość i urwać nam głowę. Kiedy mamy do czy­nie­nia z tymi nie­bez­piecz­nymi ludźmi, w każ­dej chwili grozi nam śmierć.

Czę­sto tak się czu­łem, prze­by­wa­jąc w nie­wiel­kiej zamknię­tej celi sam na sam z prze­stęp­cami, któ­rzy nie byli zakuci w kaj­dany. Gdyby wpa­dli w szał, mogliby mnie zabić, nim straż­nicy zdą­ży­liby otwo­rzyć drzwi. A zabój­stwo w wię­zie­niu w niczym by im nie zaszko­dziło - nie wpły­nę­łoby na dłu­gość kary ani sta­tus w celi śmierci, prawda? Z tego powodu wszystko spro­wa­dzało się do wyczu­cia psy­cho­lo­gicz­nego. Oni oce­niali mnie, ja ich, a ponie­waż mor­dercy róż­nią się od sie­bie pod wzglę­dem psy­cho­lo­gicz­nym, gra wza­jem­nych inte­rak­cji była za każ­dym razem inna.

Wielu zabój­ców, z któ­rymi roz­ma­wia­łem, prze­chwa­lało się, śmiało i chi­cho­tało, gdy opi­sy­wali szcze­góły swo­ich potwor­nych zbrodni. Byli zachwy­ceni, że zdo­byli sławę. Roz­ko­szo­wali się nią. Inni seryjni mor­dercy patrzyli wście­kłym wzro­kiem, war­czeli i zacho­wy­wali się tak, jakby chcieli powie­dzieć: "Nie pró­buj żad­nych gie­rek!". Usi­ło­wali zdo­być nade mną wła­dzę, stra­szyć, gro­zić i ter­ro­ry­zo­wać.

Ni­gdy nie robiło to na mnie wra­że­nia, ponie­waż to w grun­cie rze­czy słabi, żało­śni, mali, tchórz­liwi ludzie. Sztuczka polega na tym, by popa­trzeć na nich z kamien­nym wyra­zem twa­rzy i spy­tać: "I co z tego?", jed­no­cze­śnie myśląc: "Co za dupek...". Po chwili to do nich dociera. Koniec kropka! Zdają sobie sprawę, że ich gada­nina nie robi na nas żad­nego wra­że­nia. Wyobra­żają sobie, że panują nad sytu­acją, ale tak naprawdę to my nad nią panu­jemy. Sie­dzą za kra­tami, a my jeste­śmy wolni. Jedzą nędzne wię­zienne żar­cie, a my cho­dzimy do dobrych restau­ra­cji na smaczny obiad i zimne piwo. Ich następne waka­cje to godzinny spa­cer, a my poje­dziemy na piękne wybrzeże, zoba­czymy lazu­rowe morze i roz­ko­ły­sane palmy (oczy­wi­ście na Fili­pi­nach!).Wła­śnie o tym jest ta książka. Spró­buję prze­ana­li­zo­wać psy­chikę kilku psy­cho­pa­tycz­nych mor­der­ców, by poka­zać Czy­tel­ni­kom, jak funk­cjo­nują ich umy­sły i jak stali się tym, kim są. A także co czują - jakie mor­der­cze myśli ich eks­cy­tują i co się dzieje w ich gło­wach po doko­na­niu zbrodni. Bądź­cie przy­go­to­wani na szok, a cza­sem na uśmiech.

Prze­pra­szam, że nie pisa­łem przez mie­siąc. Byłem bar­dzo zajęty, a w tele­wi­zji poka­zują dużo piłki noż­nej. [...] Stres?! O kurwa! Stres sie­dzi w mojej gło­wie, więc dobrze go znam! Wła­śnie tam mieszka pier­do­lony stres! Lekarz mówi, że z moją głową jest wszystko w porządku, pier­do­lona pizda!

ROZ­KUTY, JED­NO­NOGI MOR­DERCA I PORY­WACZ MICHAEL SAMS, GDY STRA­CIŁ PANO­WA­NIE NAD SOBĄ W CZA­SIE ROZ­MOWY Z AUTO­REM W WIĘ­ZIE­NIU FULL SUT­TON W WIEL­KIEJ BRY­TA­NII

Niniej­sza książka pro­wa­dzi Czy­tel­nika "drogą śmierci" do mrocz­nego, opu­sto­sza­łego skrzy­żo­wa­nia, gdzie docho­dzi do krwa­wej zbrodni, czę­sto w nocy. Boha­te­rami są nie­winni ludzie, któ­rzy leżą mar­twi w płyt­kich, zapa­da­ją­cych się gro­bach, a także ludz­kie bestie, które aresz­to­wano, osą­dzono i ska­zano; niektó­rzy zgi­nęli na krze­śle elek­trycz­nym, inni otrzy­mali śmier­telny zastrzyk, a jesz­cze inni zawi­śli na szu­bie­nicy.

Prze­pro­wa­dzi­łem wywiady z ponad trzy­dzie­stoma mania­kal­nymi zabój­cami, któ­rzy dusili ofiary, zarzy­nali, pod­pa­lali, masa­kro­wali, wstrzy­ki­wali żrące sub­stan­cje; sto­so­wali pra­wie wszyst­kie metody zada­wa­nia śmierci. W publi­ka­cji tej pró­buję poka­zać Czy­tel­ni­kom bramy pie­kła - leżą one bar­dzo daleko od bram nieba. Nie jest to lek­tura dla ludzi o sła­bych ner­wach i nie nadaje się do czy­ta­nia do poduszki, ponie­waż sta­ram się uświa­do­mić Czy­tel­ni­kom, jak funk­cjo­nuje psy­chika ludzi będą­cych wcie­le­niem czy­stego zła.

Moi lojalni Czy­tel­nicy wie­dzą, że nie prze­bie­ram w sło­wach - nie okra­szam swo­ich ksią­żek beł­ko­tem psy­cho­lo­gicz­nym, jakim posłu­gują się psy­chia­trzy, któ­rzy wymą­drzają się na temat seryj­nych zabój­ców, choć ni­gdy nie roz­ma­wiali z prze­stępcą i ich jedyny zwią­zek z kry­mi­no­lo­gią to pro­wa­dze­nie zajęć uni­wer­sy­tec­kich w twe­edo­wych mary­nar­kach, spodniach z dia­go­nalu i pod­nisz­czo­nych pół­bu­tach.

Mówię prawdę. Prze­ma­wiam w imie­niu ofiar tor­tu­ro­wa­nych przez bez­li­to­sne bestie. Prze­ma­wiam w imie­niu naj­bliż­szych krew­nych, któ­rzy stra­cili bli­skich. Prze­ma­wiam w imie­niu poli­cjan­tów, któ­rzy muszą badać budzące litość, zma­sa­kro­wane ciała wyrzu­cone jak śmieci gdzieś na odlu­dziu.

Oczy­wi­ście może­cie się ze mną nie zga­dzać. Może­cie wyba­czyć mor­dercy sek­su­al­nemu, który porwie na ulicy waszą żonę, part­nerkę albo dziecko, zgwałci, zabije i wyrzuci do przy­droż­nego rowu. Nie­wąt­pli­wie kie­dyś zapo­mni­cie o smutku, może nawet zacznie­cie się modlić za duszę bestii. Jed­nak więk­szość reaguje ina­czej i pra­gnie, by potwór jak naj­szyb­ciej poniósł śmierć.

A zatem zaczy­najmy. Zapro­wa­dzę Was łagod­nie na skraj prze­pa­ści i zepchnę w dół, żeby­ście mogli poroz­ma­wiać z seryj­nymi mor­der­cami. Ale naj­pierw udamy się na tro­pi­kalne Fili­piny.

Wstęp

Uciec i sie­dzieć spo­koj­nie na plaży - tak wyobra­żam sobie raj.

EMI­LIA WICK­STEAD, NOWO­ZE­LANDZKA PRO­JEK­TANTKA MODY

Każdy pro­jekt, każda książka, każdy rysu­nek, każdy wiersz i pra­wie wszystko, co robimy, zaczyna się od pustej stro­nicy. Ta książka nie jest wyjąt­kiem. W tej chwili sie­dzę na leżaku na oświe­tlo­nej słoń­cem weran­dzie domu w moim ulu­bio­nym kuror­cie na Fili­pi­nach - obok stoi duża szkla­neczka lodo­wa­tego ginu z toni­kiem i leży grube cygaro. Biały pia­sek parzy stopy nawet w cie­niu palm koko­so­wych. To raj, zupeł­nie inny niż zatło­czona Manila, ale nawet tutaj wszę­dzie widać uzbro­jo­nych poli­cjan­tów. Patro­lują kurort przez dwa­dzie­ścia cztery godziny na dobę, sie­dem dni w tygo­dniu, trzy­sta sześć­dzie­siąt pięć dni w roku... Kil­ka­set metrów od brzegu na wodzie spo­koj­nego morza Sulu leni­wie koły­sze się poli­cyjna moto­rówka. Łagodne fale lśnią jak bry­lanty, za wyspami i wapien­nymi kli­fami zacho­dzi słońce. Są tu rafy kora­lowe, zaciszne laguny, a w wodzie roi się od ryb. Pala­wan to raj na Ziemi.

Zapo­mnij­cie o pra­wach czło­wieka. Jeśli zostanę pre­zy­den­tem, będę robił to samo, co robi­łem jako bur­mistrz. Dile­rzy nar­ko­ty­ków, ban­dyci i lenie, lepiej się wyno­ście! Zabiję was i rzucę do Zatoki Manil­skiej reki­nom na pożar­cie!

RODRIGO DUTERTE W CZA­SIE KAM­PA­NII PRE­ZY­DENC­KIEJ W 2016 ROKU, OSTRZE­ŻE­NIE WOBEC BARO­NÓW NAR­KO­TY­KO­WYCH

Rodrigo "Rody" Roa Duterte dotrzy­mał słowa. Zabójcy i han­dla­rze nar­ko­ty­ków są trak­to­wani na Fili­pi­nach naprawdę bar­dzo surowo.

Cudzo­ziem­scy kry­mi­na­li­ści dzia­ła­jący na Dale­kim Wscho­dzie i w Azji Połu­dniowo-Wschod­niej nie powinni myśleć, że im się upie­cze, bo pocho­dzą z Zachodu...

Pie­przę to, nie będę pro­sił o łaskę. Nie powie­szą mnie. Jestem Bry­tyj­czy­kiem.

JOHN SCRIPPS W WIĘ­ZIE­NIU CHANGI W SIN­GA­PU­RZE NA CZTERY DNI PRZED EGZE­KU­CJĄ PRZE­PRO­WA­DZONĄ 19 KWIET­NIA 1996 ROKU

John Mar­tin Scripps, znany jako "Tury­sta z Pie­kła", uro­dził się w Wiel­kiej Bry­ta­nii. Dokład­nie opi­sa­łem jego zbrod­nie w książce Roz­mowy z seryj­nymi mor­der­cami. Był zabójcą i han­dla­rzem nar­ko­ty­ków dzia­ła­ją­cym z pobu­dek mate­rial­nych; w pią­tek 19 kwiet­nia 1996 roku powie­szono go w Sin­ga­pu­rze mię­dzy dwoma taj­landz­kimi ban­dy­tami. Byłem w Sin­ga­pu­rze w cza­sie jego egze­ku­cji i kre­ma­cji. Nie pozwo­lił się zwa­żyć przed egze­ku­cją, co spo­wo­do­wało, że kiedy go powie­szono, głowa pra­wie ode­rwała się od ciała.

Oczy­wi­ście Scripps dosko­nale zda­wał sobie sprawę, że może zostać powie­szony za prze­stęp­stwa nar­ko­ty­kowe popeł­nione w Sin­ga­pu­rze i bru­talne poćwiar­to­wa­nie połu­dnio­wo­afry­kań­skiego biz­nes­mena Geralda Lowe'a w sin­ga­pur­skim hotelu Rive­rview. W Phu­ket w Taj­lan­dii zamor­do­wał She­ilę i Darina Damude'ów, matkę i syna, za co zgod­nie z miej­sco­wym pra­wem mógłby zostać roz­strze­lany. Mimo to popeł­niał zbrod­nie, nie przej­mu­jąc się gro­żą­cymi mu kon­se­kwen­cjami.

Cóż, moim zda­niem zasłu­gi­wał na swój los, ponie­waż już wcze­śniej popeł­nił kilka mor­derstw w innych kra­jach. Nad­in­spek­tor Gerald Lim, pro­wa­dzący śledz­two w jego spra­wie, powie­dział mi: "W Sin­ga­pu­rze wszę­dzie wiszą ostrze­że­nia, że jeśli ktoś zła­mie nasze prawa doty­czące nar­ko­ty­ków albo dokona zabój­stwa, zosta­nie ska­zany na śmierć nie­za­leż­nie od wieku, płci, rasy, pocho­dze­nia i wyzna­nia". W grun­cie rze­czy Scripps sam się powie­sił. Wła­dze Sin­ga­puru po pro­stu dostar­czyły linę!

W Wiel­kiej Bry­ta­nii jeste­śmy bar­dziej wyro­zu­miali wobec seryj­nych mor­der­ców. Nowo­cze­sne zakłady karne, wszel­kie wygody, dobre wyży­wie­nie, opieka zdro­wotna, tele­wi­zja, inter­net, swo­bodny dostęp do nar­ko­ty­ków, które w wię­zie­niu łatwo zdo­być - a jed­nak osa­dzeni nie­ustan­nie się skarżą.

Weźmy na przy­kład Joanne Den­nehy, któ­rej poświę­ci­łem książkę A Love of Blood. W ciągu kilku dni zaszty­le­to­wała trzech męż­czyzn; lały się przy tym potoki krwi. Nie wystar­czyło jej to: zaata­ko­wała w biały dzień dwóch następ­nych męż­czyzn - przy­pad­kowe osoby wypro­wa­dza­jące psy na spa­cer. Jedna z ofiar odnio­sła prze­szło czter­dzie­ści ran, prze­żyła kilka lat, po czym zmarła. A co się teraz dzieje z Den­nehy?

Panna Den­nehy korzy­sta z wszel­kich luk­su­sów w bry­tyj­skim wię­zie­niu Bron­ze­field, pro­wa­dzo­nym przez pry­watną firmę. Po tra­fie­niu za kratki dwu­krot­nie podej­mo­wała próby ucieczki, usi­ło­wała zamor­do­wać inną osa­dzoną i pla­no­wała odciąć palec straż­niczce. Spę­dziła wiele mie­sięcy w poje­dyn­czej celi, za co bez powo­dze­nia pró­bo­wała pozwać na koszt podat­ni­ków rząd bry­tyj­ski za łama­nie Euro­pej­skiej kon­wen­cji praw czło­wieka. W chwili pisa­nia niniej­szej książki ubiega się o zapo­mogę w wyso­ko­ści 7000 fun­tów - znowu na koszt podat­ni­ków - by poślu­bić swoją les­bij­ską part­nerkę z wię­zie­nia.

Cóż, nie­wia­ry­godne, ale praw­dziwe! Mamy się doło­żyć do tortu i sukni ślub­nej mor­der­czyni!

Spo­łe­czeń­stwo two­rzy reguły, któ­rych musimy prze­strze­gać dla wspól­nego dobra. Jeśli je łamiemy, grozi nam chaos.

Jeśli ktoś lek­ce­waży znak dro­gowy naka­zu­jący zatrzy­ma­nie się albo czer­wone świa­tło, może się spo­dzie­wać man­datu. Jeżeli popeł­nia mor­der­stwo z pre­me­dy­ta­cją, musi się liczyć z karą śmierci. Poważne prze­stęp­stwo ma poważne kon­se­kwen­cje. To jed­nostka podej­muje te decy­zje, nie ja!

NOWO­JOR­SKI SĘDZIA THO­MAS M. STARK (1925-2014) W ROZ­MO­WIE Z AUTO­REM WE WRZE­ŚNIU 1974 ROKU

Chri­sto­pher Berry-Dee,

South­sea, Hamp­shire, Wielka Bry­ta­nia; El Nido, Pala­wan, Fili­piny

Roz­dział 1

Seryjny mor­derca - kto to taki?

Uwa­żam, że cha­rak­ter czło­wieka można ulep­szyć tylko w jeden spo­sób - zada­jąc mu śmierć.

CARL PAN­ZRAM, AME­RY­KAŃ­SKI SERYJNY MOR­DERCA, GWAŁ­CI­CIEL, POD­PA­LACZ, BAN­DYTA I WŁA­MY­WACZ (1882-1930)

Od czasu do czasu czy­tam książki lub arty­kuły, w któ­rych seryjni mor­dercy są błęd­nie nazy­wani maso­wymi mor­der­cami. Oba te poję­cia mają różne zna­cze­nia.

Słow­nik języka angiel­skiego Col­linsa defi­niuje serię jako "ciąg powią­za­nych ze sobą rze­czy lub zda­rzeń, zwy­kle uło­żo­nych w pew­nym porządku", nato­miast "maso­wość" w odnie­sie­niu do mor­derstw ozna­cza zabi­ja­nie en masse.

Więk­szość Czy­tel­ni­ków wie, kim jest seryjny mor­derca, ale warto przy­po­mnieć defi­ni­cję. Jest to zbrod­niarz, który popeł­nił trzy lub wię­cej zabójstw w pew­nych odstę­pach czasu - prze­rwy mogą trwać dni, tygo­dnie, mie­siące, a nawet lata.

Masowy mor­derca (ang. mass mur­de­rer) zabija w jed­nym miej­scu wiele osób, podob­nie jak Ronald "Butch" DeFeo junior. W wieku dwu­dzie­stu trzech lat, uzbro­jony w kara­bin Mar­lin, w nocy z 13 na 15 listo­pada 1974 roku wystrze­lał całą swoją sze­ścio­oso­bową rodzinę, gdy spała w domu przy Ocean Ave­nue 112 w Ami­ty­ville na Long Island. W przy­padku maso­wych mor­der­ców zabój­stwa są popeł­niane jedno po dru­gim, w krót­kich odstę­pach.

Inny przy­kład maso­wego mor­dercy to Dylann Storm Roof, ter­ro­ry­sta o twa­rzy che­ru­bina i zwo­len­nik supre­ma­cji bia­łej rasy. W środę 17 czerwca 2015 roku zastrze­lił z pisto­letu Glock dzie­wię­ciu uczest­ni­ków nabo­żeń­stwa w Ema­nuel Afri­can Metho­dist Epi­sco­pal Church w Char­le­ston w Karo­li­nie Połu­dnio­wej.

Zupeł­nie innym typem prze­stępcy jest czło­wiek wpa­da­jący w mor­der­czy amok (ang. spree/ram­page kil­ler). Ame­ry­kań­skie Biuro Sta­ty­styczne Depar­ta­mentu Spra­wie­dli­wo­ści defi­niuje takiego sprawcę jako osobę, która zabija co naj­mniej dwie ofiary w róż­nych miej­scach w krót­kich odstę­pach czasu. W środę 19 sierp­nia 1987 roku uzbro­jony po zęby Michael Robert Ryan zastrze­lił szes­na­ście osób i zra­nił około pięt­na­stu w sen­nym mia­steczku Hun­ger­ford w Berk­shire, po czym zaba­ry­ka­do­wał się w szkole i popeł­nił samo­bój­stwo. Ryan posłu­gi­wał się pisto­le­tem Beretta, pół­au­to­ma­tycz­nym kara­bi­nem 56 i kara­bi­nem M1. Przy­kła­dem pary współ­pra­cu­ją­cych ze sobą mor­der­ców tego typu są John Allen Muham­mad (41 lat) i Lee/John Boyd Malvo (17 lat). W paź­dzier­niku 2002 roku w ciągu trzech tygo­dni zastrze­lili oni dzie­się­ciu ludzi w Baton Rouge w Luizja­nie, w Mary­land w Wir­gi­nii i w Waszyng­to­nie, naj­czę­ściej posłu­gu­jąc się kara­bi­nem myśliw­skim Bush­ma­ster. Media nazwały ich "Snaj­pe­rami z Bel­tway". We wto­rek 10 paź­dzier­nika 2009 roku Muham­mada stra­cono za pomocą śmier­tel­nego zastrzyku w zakła­dzie kar­nym Gre­en­sville w Wir­gi­nii.

Ist­nieją duże róż­nice mię­dzy seryj­nymi mor­der­cami, maso­wymi mor­der­cami i mor­der­cami dzia­ła­ją­cymi w amoku, ale wszy­scy mają jedną wspólną cechę: pozba­wiają życia wielu ludzi i zawsze ude­rzają bez ostrze­że­nia. Porów­nuję ich do rakiet Exo­cet - nagle poja­wiają się na rada­rze, bez­li­to­śnie nio­sąc śmierć i znisz­cze­nie.

Motywy maso­wych mor­der­ców i zabój­ców dzia­ła­ją­cych w amoku mają naj­czę­ściej cha­rak­ter poli­tyczny lub reli­gijny; cza­sem są to oso­bi­ste pre­ten­sje lub nie­na­wiść. Seryj­nymi mor­der­cami sek­su­al­nymi kie­ruje nie­po­wstrzy­mana potrzeba zaspo­ko­je­nia żądzy; dehu­ma­ni­zują ofiary i pró­bują zdo­być nad nimi cał­ko­witą wła­dzę. W niniej­szej książce nie zaj­miemy się maso­wymi mor­der­cami ani zabój­cami dzia­ła­ją­cymi w amoku; sku­pimy się na sady­stycz­nych mor­der­cach sek­su­al­nych, któ­rych psy­chika funk­cjo­nuje w spe­cy­ficzny spo­sób.

Seryjni mor­dercy dzielą się na wiele kate­go­rii, jed­nak omó­wimy tylko dwie: "zor­ga­ni­zo­wa­nych" i "niezor­ga­ni­zo­wa­nych" mor­der­ców; w dal­szej czę­ści książki zapre­zen­tu­jemy przy­kłady takich prze­stęp­ców."Zor­ga­ni­zo­wany" seryjny zabójca pla­nuje swoje zbrod­nie, czę­sto skru­pu­lat­nie. Naj­pierw sta­ran­nie wybiera ofiarę, nie­kiedy na pod­sta­wie wyglądu, na przy­kład jasno­włosą kobietę albo rudego męż­czy­znę, bądź wieku: dziecko, mło­dego czło­wieka lub osobę star­szą. Może to być pro­sty­tutka, kobieta idąca samot­nie po zmroku, gej, les­bijka, nasto­la­tek lub nasto­latka. Wybór ofiary zwy­kle dostar­cza sprawcy przy­jem­no­ści o cha­rak­te­rze ero­tycz­nym; więk­szość seryj­nych mor­der­ców odczuwa wtedy pod­nie­ce­nie. Kiedy zaczy­nają śle­dzić upa­trzoną osobę, wywo­łuje to dresz­czyk emo­cji i nara­sta­nie satys­fak­cji sek­su­al­nej. Wielu zna­nych psy­cho­lo­gów i psy­chia­trów uważa, że sprawca czer­pie więk­szą przy­jem­ność ze śle­dze­nia i ukry­tej obser­wa­cji ofiary niż z samego zabój­stwa. Cał­ko­wi­cie się z tym zga­dzam.

Kiedy ana­li­zu­jemy modus ope­randi seryj­nego zabójcy tego rodzaju, warto zwró­cić uwagę na to, że stop­niowo dobiera coraz lep­szy zestaw narzę­dzi potrzeb­nych do popeł­nie­nia zbrodni. Począt­ku­jący mor­derca uczy się, jakimi akce­so­riami się posłu­gi­wać. Ubra­nie na zmianę, może sznur do roz­wie­sza­nia bie­li­zny albo kaj­danki, by obez­wład­nić ofiarę? Nie­któ­rzy zabójcy, z któ­rymi roz­ma­wia­łem, roz­kła­dali foliowe płachty na tyl­nym sie­dze­niu albo w bagaż­niku samo­chodu - by nie zostały zapla­mione krwią, wymio­ci­nami, moczem albo eks­kre­men­tami ofiary. Praw­dziwe mor­der­stwo nie wygląda tak jak w tele­wi­zji - może być naprawdę odra­ża­jące.

Więk­szość "zor­ga­ni­zo­wa­nych" i "niezor­ga­ni­zo­wa­nych" zbrod­nia­rzy posłu­guje się jedną metodą zabi­ja­nia - taką, która spra­wia im naj­więk­szą przy­jem­ność. Uży­wają broni pal­nej, młotka, noża, a nawet garoty; inni chcą mieć jak naj­bliż­szy kon­takt fizyczny z ofiarą i duszą ją gołymi rękami lub sznu­rem.

Kiedy je zoba­czy­łem, były już mar­twe.

MICHAEL BRUCE ROSS O SWO­ICH OFIA­RACH W CZA­SIE SFIL­MO­WA­NEGO WYWIADU W CELI ŚMIERCI W ZAKŁA­DZIE KAR­NYM OSBORN W SOMERS W STA­NIE CON­NEC­TI­CUT, PONIE­DZIA­ŁEK 26 WRZE­ŚNIA 1994

Michael Bruce Ross, "zdez­or­ga­ni­zo­wany" seryjny zabójca, psy­cho­pata i sady­sta, dusił ofiary gołymi rękami. Jak przy­znał w cza­sie sfil­mo­wa­nego wywiadu, miał wytrysk tylko wtedy, gdy patrzył, jak "świa­tło życia opusz­cza ich oczy". Aby prze­dłu­żyć to doświad­cze­nie i jesz­cze bar­dziej się pod­nie­cić, Ross dusił nie­które młode kobiety, a potem roz­luź­niał chwyt i patrzył, jak się wiją, jęczą, pła­czą, bła­gają o litość, po czym znowu zaci­skał ręce. Robił to kil­ka­krot­nie; prze­chwa­lał się, że miał skur­cze i musiał od czasu do czasu maso­wać palce. Pozo­sta­wiał w związku z tym liczne ślady na szy­jach ofiar; wspo­mniał o nich, chi­cho­cąc: "Ach, lekarz sądowy nie rozu­miał, skąd się wzięły, a mnie to po pro­stu pod­nie­cało".

"Zdez­or­ga­ni­zo­wany" zabójca natra­fia na ofiarę przy­pad­kowo, podob­nie jak Ross, który nie nosił ze sobą żad­nych mor­der­czych narzę­dzi; posłu­gi­wał się rękami. Podob­nie postę­po­wał Ted Bundy, sady­styczny mor­derca sek­su­alny Ken­neth Allen McDuff z Tek­sasu, Henry Lee Lucas i jego pomoc­nik Ottis Toole, Arthur "Art" John Shaw­cross i Harvey "Mło­tek" Louis Cari­gnan - wszy­scy byli "zdez­or­ga­ni­zo­wa­nymi" seryj­nymi mor­dercami.

Bundy ata­ko­wał ofiary tępym narzę­dziem, nie­kiedy kona­rem drzewa, podob­nie jak Cari­gnan, który posłu­gi­wał się łyżką do opon samo­cho­do­wych albo łomem. McDuff z początku korzy­stał z broni pal­nej, ale póź­niej dusił ofiary potęż­nymi rękami, a w jed­nym przy­padku kijem od mio­tły. Cza­sem roz­bi­jał czaszkę kona­rem drzewa. Kiedy prze­pro­wa­dza­łem wywiady z seryj­nymi zabój­cami, w tym Harveyem Cari­gnanem i Ken­ne­them Bian­chim, oraz bada­łem modus ope­randi Petera Sutc­liffe'a i Teda Bundy'ego, odkry­łem, że wszy­scy w głębi serca śmier­tel­nie nie­na­wi­dzili kobiet. Harvey Cari­gnan powie­dział mi, że kobiety zawsze bawiły się z nim w kotka i myszkę; przy­znał, że sta­rał się nisz­czyć tę ich część, która naj­bar­dziej go drę­czyła - mózgi (umy­sły). Po kłótni z jedną z przy­ja­ció­łek ude­rzył jej głową w słup latarni, a potem walił nią w kratkę ście­kową. W końcu rzu­cił ją świ­niom na pożar­cie.

Chyba naprawdę wypro­wa­dziła go z rów­no­wagi!

Cóż, spo­dzie­wam się, że Czy­tel­nicy zaczy­nają rozu­mieć, co mam na myśli, więc nie będę roz­wi­jał tego tematu. Chciał­bym tylko dodać, że ist­nieją rów­nież sprawcy czę­ściowo "zor­ga­ni­zo­wani", czę­ściowo "niezor­ga­ni­zo­wani"; ich wybór ofiar i spo­soby dzia­ła­nia zmie­niają się w cza­sie. Pozo­sta­wiam Czy­tel­ni­kom stu­dia nad meto­dami dzia­ła­nia seryj­nych zabój­ców, któ­rzy wzbu­dzą ich zain­te­re­so­wa­nie; można dzięki temu lepiej poznać spo­sób funk­cjo­no­wa­nia ich psy­chiki.

Roz­dział 2

Czy seryj­nego mor­dercę można roz­po­znać?

Jestem naj­bar­dziej bez­li­to­snym sukin­sy­nem, jakiego kie­dy­kol­wiek spo­tka­li­ście. Ludzie podobni do mnie mogą miesz­kać tuż obok was. Spo­łe­czeń­stwo chce wie­rzyć, że jest w sta­nie iden­ty­fi­ko­wać złych, szko­dli­wych ludzi, ale to nie­moż­liwe. Nie ma ste­reo­ty­po­wych oznak, które dałoby się zauwa­żyć. My, seryjni mor­dercy, jeste­śmy waszymi synami, mężami [...] jeste­śmy wszę­dzie. I jutro zginą kolejne dzieci. A zresztą - czy śmierć jed­nej osoby ma jakieś zna­cze­nie?

THE­ODORE "TED" ROBERT BUNDY

Zanim przej­dziemy do zasad­ni­czej czę­ści książki, chciał­bym poświę­cić tro­chę uwagi kilku pyta­niom. Naj­po­spo­lit­sze z nich brzmią: "Czy można roz­po­znać psy­cho­pa­tycz­nego mor­dercę, zanim zaata­kuje? Jak się chro­nić przed takimi ludźmi?". Cóż, muszę powie­dzieć, że mimo ist­nie­nia wielu ksią­żek i arty­ku­łów wymie­nia­ją­cych cechy psy­cho­pa­tycz­nych mor­der­ców nie da się tego zro­bić! Jest to zupeł­nie nie­moż­liwe, czego dowie­dzie ta książka. Sta­now­czo to pod­kre­ślam. Jeśli mor­derca zaata­kuje, zrobi to bez ostrze­że­nia - będzie za późno. To prze­ra­ża­jące, ale jeśli seryjny zabójca bie­rze kogoś na muszkę, ofiara niczego nie podej­rzewa. Mógł ją obser­wo­wać dni albo tygo­dnie. Tak czy ina­czej, pojawi się zupeł­nie nie­spo­dzie­wa­nie.

Można prze­czy­tać mnó­stwo porad­ni­ków, jak się chro­nić przed seryj­nymi mor­der­cami, zasto­so­wać wszel­kie środki ostroż­no­ści, ale jeśli seryjny zabójca wybrał ofiarę, jest ona mar­twa, choć z pozoru cią­gle żyje. Można zaba­ry­ka­do­wać drzwi i okna, lecz zde­ter­mi­no­wany mor­derca zawsze znaj­dzie spo­sób, by doko­nać zbrodni. Nie musi­cie wie­rzyć mi na słowo. Spy­taj­cie pierw­szego z brzegu poli­cjanta spe­cja­li­zu­ją­cego się w zabój­stwach i powie dokład­nie to samo. Ta książka wyja­śni, jak funk­cjo­nują umy­sły takich bestii.

Mam ostat­nią uwagę: ni­gdy nie współ­czuj­cie mor­der­com, gdy leją kro­ko­dyle łzy. Żałują tylko tego, że tra­fili za kratki. Ich łzy, choćby wyda­wały się naj­bar­dziej prze­ko­nu­jące, to spo­sób, by skło­nić ludzi do współ­czu­cia. W rze­czy­wi­sto­ści w ogóle nie przej­mują się cier­pie­niami, jakie spo­wo­do­wali. W ciągu dzie­się­cio­leci pracy z seryj­nymi mor­der­cami i stu­diów nad ich psy­chiką ni­gdy nie spo­tka­łem funk­cjo­na­riu­sza orga­nów ści­ga­nia, pro­ku­ra­tora ani sędziego, który nie zga­dzałby się ze mną w tej spra­wie.

Roz­dział 3

Wywiady z seryj­nymi mor­der­cami

Nie wie­rzę w czło­wieka, Boga ani dia­bła. Nie­na­wi­dzę ludz­ko­ści, łącz­nie z samym sobą [...]. Poluję na sła­bych, bez­bron­nych i nie­uważ­nych. Nauczy­łem się jed­nego: rację mają silni.

GARY RID­GWAY (1949-), ZNANY JAKO "MOR­DERCA ZNAD ZIE­LO­NEJ RZEKI"

Postawmy sprawę jasno: sady­styczni mor­dercy sek­su­alni przy­po­mi­nają dra­pież­niki żeru­jące na dnie głę­bo­kiego stawu. Są cał­ko­wi­cie pozba­wieni moral­no­ści, sumie­nia i serca, ter­ro­ry­zują spo­łe­czeń­stwo, a liczba ich okrop­nych zbrodni stale się zwięk­sza. Więc jak to jest, gdy się ich spo­tyka w wię­zie­niu?"Chris, co czu­jesz, prze­pro­wa­dza­jąc wywiad z seryj­nym mor­dercą?" "Jak to na cie­bie wpływa?" Czę­sto sły­szę te pyta­nia - brzmią one roz­sąd­nie, ale po nich padają następne. "Czy odczu­wasz lęk w cza­sie wywiadu z seryj­nym mor­dercą?" "Czy masz kosz­mary, gdy myślisz o ich okrop­nych zbrod­niach?" "Czy trudno ci utrzy­my­wać oso­bi­ste rela­cje z nor­mal­nymi ludźmi?" "Czy zawsze byłeś siwy?" "Pisar­stwo to praca sie­dząca; czy zasta­na­wia­łeś się kie­dyś nad dietą 5:2?" "Masz przy­ja­ciół na Face­bo­oku?" "Krążą plotki, że na Gwiazdkę dosta­jesz życze­nia tylko od mania­kal­nych zabój­ców. Czy to prawda?" Na końcu pada kla­syczna dekla­ra­cja: "Chciał­bym prze­pro­wa­dzić wywiad z seryj­nym mor­dercą, ale śmier­tel­nie bym się bał".Cóż, lek­tura tej książki dostar­czy odpo­wie­dzi na część z powyż­szych pytań - a także inne, jakie mogą przyjść Czy­tel­ni­kom do głowy. Moja rada jest nastę­pu­jąca: aby zacho­wać zdro­wie psy­chiczne, należy przede wszyst­kim dokład­nie prze­stu­dio­wać życio­rys mor­dercy - uzy­skana wie­dza bar­dzo się przyda.

Trzeba zacząć od rodzi­ców, okresu dzie­ciń­stwa i dora­sta­nia, szkoły, kole­gów, zatrud­nie­nia, rela­cji w pracy, wszel­kich, nawet drob­nych kon­flik­tów z pra­wem, kar wię­zie­nia i wyro­ków z zawie­sze­niem. Warto zwra­cać uwagę na każdy szcze­gół, zebrać dokładne infor­ma­cje o tym, jak, gdzie i kiedy popeł­niono mor­der­stwa, poznać spo­sób dzia­ła­nia (modus ope­randi) sprawcy, jego kry­te­ria wyboru ofiar i ich rela­cje z prze­stępcą. Trzeba usta­lić, co pod­nieca psy­cho­pa­tycz­nych zabój­ców - co na nich oddzia­łuje. Należy to zro­bić przed nawią­za­niem z nimi jakie­go­kol­wiek kon­taktu.

Wszystko to ma cha­rak­ter bar­dzo subiek­tywny: kry­mi­no­lo­gia z pew­no­ścią nie jest nauką ści­słą.

Krótko mówiąc, zanim pomy­ślimy o odwie­dze­niu seryj­nego mor­dercy, musimy o nim wie­dzieć wię­cej niż on sam.

Koja­rzy mi się to z kon­trolą gra­niczną na moskiew­skim lot­ni­sku Sze­re­mie­tiewo, którą wie­lo­krot­nie prze­cho­dzi­łem. Kiedy rosyj­scy funk­cjo­na­riu­sze patrzą na pasa­żera wzro­kiem reje­stra­torki w przy­chodni lekar­skiej, zer­kają na pasz­port, a póź­niej na ekran kom­pu­tera, wie­dzą o nas wię­cej niż my sami.

Powin­ni­śmy być rów­nie docie­kliwi i podejrz­liwi. Nie zacho­wujmy się jak sześć­dzie­się­cio­pię­cio­let­nia panna Doris Jones, samotna idiotka pra­gnąca nawią­zać roman­tyczny zwią­zek uczu­ciowy z pod­stęp­nym mor­dercą odsia­du­ją­cym doży­wo­cie albo prze­by­wa­ją­cym w celi śmierci. Mania­kal­nych zabój­ców nie da się zmie­nić, ni­gdy się nie popra­wią: wszel­kie oznaki wyrzu­tów sumie­nia to tylko prze­bie­głe próby osią­gnię­cia jakichś korzy­ści, a skru­cha na łożu śmierci to praw­do­po­dob­nie oznaka zwy­kłego lęku przed kostu­chą... Na świe­cie jest mnó­stwo naiw­nych osób - męż­czyzn i kobiet - poświę­ca­ją­cych czas i pie­nią­dze na kore­spon­den­cję z psy­cho­pa­tami mają­cymi na kon­cie setki prze­stępstw. Nazy­wamy takich ludzi "fanami zbrodni". Oczy­wi­ście piękno to kwe­stia gustu, ale to już prze­sada. Trzeba być w kom­plet­nej despe­ra­cji i mieć sieczkę w gło­wie, by sur­fo­wać po inter­ne­cie i pró­bo­wać nawią­zać przy­jaźń z sady­stycz­nym mor­dercą, który wcze­śniej prze­lał dość krwi, by dwu­krot­nie poma­lo­wać Gol­den Gate Bridge - w porządku, może raz, a nie dwa razy - a teraz, gdy odrzu­cono wszyst­kie jego ape­la­cje, nagle prze­żył obja­wie­nie i odna­lazł Jezusa Chry­stusa.

Fani zbrodni stoją mi kością w gar­dle; spo­tka­łem wielu z nich w cza­sie swo­ich badań nad seryj­nymi mor­der­cami. Zasta­na­wiam się, czy są naprawdę poczy­talni, podob­nie jak sami zbrod­nia­rze. Nie myśl­cie, że może­cie zmie­nić prze­stęp­ców, spra­wić, że się popra­wią, wpro­wa­dzić na ścieżkę cnoty. Trak­tuj­cie z przy­mru­że­niem oka dekla­ra­cje skru­chy albo poprawy.

To powinno wystar­czyć, ale pozwolę sobie jesz­cze ostrzec damy o mięk­kich ser­cach, które mogłyby odpo­wie­dzieć takim ludziom jak Henry Ale­xan­der Davis (osa­dzony numer 358319, Depar­ta­ment Wię­zien­nic­twa stanu Flo­ryda), uro­dzony 25 kwiet­nia 1965 roku, bez­względny mor­derca, który zabi­jał ofiary napa­dów rabun­ko­wych.

Davis rekla­mo­wał się w inter­ne­cie w por­talu samot­nych serc, gdzie poszu­ki­wał "kan­dy­da­tek na przy­ja­ciółki" i skrom­nie opi­sy­wał się jako "naj­słod­sza cze­ko­lada Flo­rydy" (jest czar­no­skóry). Publi­ko­wał takie tek­sty:

Cześć, nazy­wam się Henry. Mam 53 lata. Sie­dzę w wię­zie­niu od pra­wie trzy­dzie­stu lat, choć jestem nie­winny. Pra­gnę nawią­zać przy­jaźń z brat­nią duszą. Chciał­bym roz­wiać mit, że jestem pozba­wiony ludz­kich uczuć, a więk­szość mojej rodziny i przy­ja­ciół nie żyje albo stra­ci­łem z nimi kon­takt.

Nie­po­rad­nie zma­ga­jąc się z języ­kiem i prze­gry­wa­jąc walkę, Davis cią­gnął: "Inte­re­suję się głów­nie pra­wem, filo­zo­fią i ducho­wo­ścią. Pra­gnął­bym poznać osoby pełne wraż­li­wo­ści pozwa­la­ją­cej roz­wi­nąć wza­jem­nie inspi­ru­jące rela­cje poprzez komu­ni­ka­cję pokrew­nych umy­słów". Po dłuż­szych wywo­dach tego rodzaju nastę­puje pełen skrom­no­ści opis wła­snej osoby: "Zapra­szam kobiety wszyst­kich ras. Ważę 95 kilo­gra­mów. Zdrowy, wyro­zu­miały, szczery, kocha­jący, uczciwy i przy­stojny. Piękny uśmiech. Odpo­wiem szybko, jeśli otrzy­mam 150 dola­rów. Jestem otwarty na nowe doświad­cze­nia". Nie wąt­pię!

Gdyby Davis miesz­kał w Wiel­kiej Bry­ta­nii, mógłby zostać oskar­żony o nie­uczciwą reklamę. Jego dekla­ra­cje są rów­nie praw­dziwe jak roz­kłady jazdy pocią­gów bry­tyj­skich. "Naj­słod­sza cze­ko­lada Flo­rydy" prze­bywa w ści­śle strze­żo­nym zakła­dzie kar­nym, gdzie odsia­duje dwa wyroki doży­wo­cia - jeden za rabu­nek z bro­nią w ręku, a drugi za wła­ma­nie. Dwa inne wyroki, zale­d­wie pię­cio­let­nie, są pra­wie nie­warte wzmianki.

Dotych­cza­sowy brak suk­ce­sów w nawią­zy­wa­niu rela­cji z kobie­tami może być spo­wo­do­wany tym, że poten­cjalne kan­dy­datki prze­czy­tały wydru­ko­wane drob­nym dru­kiem ostrze­że­nie na opa­ko­wa­niu cze­ko­lady. Mogły też nie rozu­mieć, o czym Davis pisze!

Warto w tym miej­scu wspo­mnieć o innym odsia­du­ją­cym doży­wo­cie seryj­nym mor­dercy, Joh­nie Davi­dzie Can­na­nie, uwa­ża­ją­cym się za potomka tem­pla­riu­szy. Nie­dawno wyciekł do mediów jeden z jego listów (ści­śle bio­rąc, został prze­ka­zany "Bir­ming­ham Mail" przez poli­cję). W liście tym John obie­cuje zadu­rzo­nej w nim kobie­cie, że kupi jej willę w Hisz­pa­nii, cho­ciaż nie ma ani gro­sza. Can­nan, wyjąt­kowo bru­talny gwał­ci­ciel i oszust dopusz­cza­jący się napa­dów rabun­ko­wych, z pew­no­ścią zamor­do­wał trzy kobiety: San­drę Court, agentkę nie­ru­cho­mo­ści Suzy Lam­plugh i Shir­ley Banks, dziew­czynę z Bri­stolu. Myślę, że zako­chana w nim kobieta (nie podaję jej nazwi­ska z przy­czyn praw­nych) powinna iść do psy­chia­try.

Nie są to moje wymy­sły. Ist­nieją tysiące męż­czyzn i kobiet "pra­gną­cych roz­wi­nąć wza­jem­nie inspi­ru­jące rela­cje poprzez komu­ni­ka­cję pokrew­nych umy­słów" z mania­kal­nymi mor­der­cami; odbywa się to przez inter­net. Opi­sa­łem wiele takich przy­pad­ków w książce Mur­der.com, powsta­łej przy współ­pracy FBI, CIA i poli­cji rosyj­skiej. Zawiera ona nie­wia­ry­godne, nie­kiedy gro­te­skowe histo­rie - choć zda­rzało się, że miały one tra­giczne kon­se­kwen­cje dla naiw­nych kobiet zako­cha­nych w prze­by­wa­ją­cych za kra­tami socjo­pa­tach, gdy wycho­dzili na wol­ność.

Moim zda­niem pro­blem polega na tym, że ludzie nie czy­tają ksią­żek albo je lek­ce­ważą. Nie mija dzień, by ktoś nie zaczął szu­kać miło­ści w inter­ne­cie i nie został osku­bany ze wszyst­kiego, co ma albo kie­dy­kol­wiek będzie mieć, by spa­ra­fra­zo­wać słowa Clinta Eastwo­oda gra­ją­cego Billa Munny'ego w fil­mie Bez prze­ba­cze­nia z 1992 roku: "Zabi­cie czło­wieka to coś fan­ta­stycz­nego. Zabie­rasz mu wszystko, co ma i kie­dy­kol­wiek będzie mieć". Wiele kobiet szu­ka­ją­cych miło­ści w inter­ne­cie pada ofiarą seryj­nych mor­der­ców, tak jak ofiary Johna Edwarda "J.R." Robin­sona, który oszu­ki­wał, okra­dał i mal­tre­to­wał kobiety, trak­tu­jąc je jak nie­wol­nice. W 1993 roku odkrył inter­net i nazwał się "panem nie­wol­nic"; odwie­dzał ser­wisy spo­łecz­no­ściowe, szu­ka­jąc ofiar. Robin­son, nie­kiedy nazy­wany pierw­szym seryj­nym zabójcą sie­cio­wym, prze­bywa w celi śmierci w wię­zie­niu El Dorado w sta­nie Kan­sas.

Cóż, zrzu­ci­łem cię­żar z serca. Odwie­dzi­łem wiele oddzia­łów cel śmierci i panuje w nich zawsze taki sam zapach - nie ma nic wspól­nego z deli­katną wonią kwia­tów. Czło­wiek wcho­dzący do wię­zie­nia czuje prze­ni­ka­jący mury smród środ­ków dezyn­fek­cyj­nych, bie­linki, tłusz­czu do sma­że­nia, sta­rego moczu, eks­kre­men­tów i potu. Zapach to nie wszystko. Cza­sami hałas potrafi być ogłu­sza­jący; można by pomy­śleć, że to pora kar­mie­nia małp w zoo.

Nie mając nic lep­szego do roboty, osa­dzeni (w tej chwili nazy­wa­nie ich "ska­za­nymi" nie jest poli­tycz­nie poprawne) wyją, wrzesz­czą, gadają, pohu­kują i skrze­czą. Jeśli ktoś im się nie podoba, obrzu­cają go eks­kre­men­tami albo sikają przez kraty. Jeśli cele mają lite sta­lowe drzwi, sikają na pod­łogę i roz­ma­zują kał na ścia­nach.

Myślę, że robią to rów­nież nie­które małpy!

Jeśli ktoś odwie­dza oddział cel śmierci w Sta­nach Zjed­no­czo­nych albo oddział o zaostrzo­nym rygo­rze, z powodu bez­pie­czeń­stwa wszy­scy więź­nio­wie są zamknięci w celach. Funk­cyjni myjący kory­ta­rze poru­szają się w ciszy; sły­chać tylko odgłos szczo­tek i plusk brud­nej wody. Więź­nio­wie i straż­nicy nie zamie­niają ze sobą ani słowa; roz­kazy są krót­kie i jasne: "STAĆ NIE­RU­CHOMO! PRZY­CI­SNĄĆ NOSY DO ŚCIANY!". Nikt nie ma prawa się roz­glą­dać.

W Wiel­kiej Bry­ta­nii nie ist­nieją cele śmierci ani "zie­lone mile". Ostat­nie egze­ku­cje przez powie­sze­nie prze­pro­wa­dzono w 1963 roku, a póź­niej kara śmierci została znie­siona (w 1965 roku w Wiel­kiej Bry­ta­nii, a w 1975 roku w Irlan­dii Pół­noc­nej).

Pyta pan, czy bry­tyj­skie wię­zie­nia pro­wa­dzą reso­cja­li­za­cję? O kurwa, ni­gdy w życiu!

Reso­cja­li­za­cja?! Niech mnie pan nie roz­śmie­sza, czło­wieku. Tra­fiają za kratki, wycho­dzą i znowu wra­cają. Mam na oddziale bydlaka, który zatłukł swoje dzieci, a potem prze­je­chał je samo­cho­dem, by upo­zo­ro­wać wypa­dek. Zamie­rzała od niego odejść żona, więc chciał, żeby ni­gdy wię­cej nie zoba­czyła dzie­cia­ków [...]. Muszę mówić do niego "sir". Ma pan ochotę na bilard?

STRAŻ­NIK WIĘ­ZIENNY ZATRUD­NIONY W PRY­WAT­NEJ FIR­MIE PRO­WA­DZĄ­CEJ JEDNO Z WIĘ­ZIEŃ BRY­TYJ­SKICH, WYWIAD PRZE­PRO­WA­DZONY PRZEZ AUTORA, 20 SIERP­NIA 2018

Prze­pro­wa­dzi­łem wywiady z wie­loma bry­tyj­skimi straż­ni­kami pra­cu­ją­cymi w pry­wat­nych fir­mach, któ­rych głów­nym zada­niem jest dostar­cza­nie zysków akcjo­na­riu­szom i nisz­cze­nie wię­zien­nic­twa, i prze­ko­na­łem się, że mają mętlik w gło­wie.

Trudno w to uwie­rzyć - bry­tyj­skie Mini­ster­stwo Spraw Wewnętrz­nych ni­gdy tego nie sko­men­tuje - ale wię­zie­nia pro­wa­dzone przez pry­watne firmy otrzy­mują spe­cjalne dota­cje, by osa­dzeni nie prze­by­wali w celach, zaj­mo­wali się rekre­acją albo po pro­stu życiem towa­rzy­skim. Doty­czy to rów­nież naj­bru­tal­niej­szych seryj­nych mor­der­ców. Cho­dzi o to, by nie łamać praw czło­wieka. A oto kolejna plotka doty­cząca wię­zien­nic­twa. Obec­nie, zgod­nie z instruk­cjami bry­tyj­skiego Mini­ster­stwa Spraw Wewnętrz­nych, straż­nicy muszą zwra­cać się do więź­niów "sir", "pan", "pani" i "panna". W ame­ry­kań­skich zakła­dach kar­nych wygląda to tak: "Hej, rusz dupę, pół­główku!". Nie ma tam żad­nych lewi­co­wych prze­gięć, nikt nie myśli o pra­wach czło­wieka.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki