Prolog
Kto walczy z potworami, ten niechaj baczy, by sam przytem nie stał się
potworem. Zaś gdy długo spoglądasz w bezdeń, spogląda bezdeń także w ciebie1.
Friedrich Wilhelm Nietzsche, niemiecki filozof
W trakcie studiów przygotowawczych i pisania niniejszej książki ogarnął
mnie gniew. Choć wściekłość byłaby lepszym określeniem. Wyjaśniam
dlaczego.
Od wielu dekad badam psychopatycznych morderców seksualnych, prowadzę z nimi korespondencję i przeprowadzam wywiady. Od czasu do czasu zdarzało
mi się rozmawiać również z masowymi mordercami, a także z ludźmi, którzy
popełnili jedno zabójstwo. Mniej więcej rozumiem, jak funkcjonują ich
umysły.
Poza tym dość dobrze rozumiem motywy przestępców seksualnych - nie tylko
czytałem o nich, a następnie wygłaszałem wykłady, jak wielu wybitnych
naukowców, lecz także spotykałem się z nimi twarzą w twarz i poznałem
mroczne zakamarki ich pokręconej psychiki. Dotykałem ich, czułem
złowrogie macki podstępnie wślizgujące się do wnętrza mojej głowy. W takich sytuacjach zaczynamy myśleć tak jak mordercy. Jak napisał
Friedrich Nietzsche, może to być bardzo niebezpieczne.
Krótko mówiąc, nie tylko czytałem o zbrodniarzach, lecz także miałem
bezpośredni kontakt z blisko trzydziestoma. To liczba seryjnych
morderców, których poznałem, z którymi rozmawiałem i korespondowałem.
Nigdy nie czułem nienawiści do tych potworów, nie pozwoliłem, by emocje
zaburzyły mój osąd, choć zbrodnie tych ludzi są naprawdę szokujące.
Straszliwe przestępstwa, którymi moi rozmówcy często się szczycili, nie
budziły we mnie szoku; czasem miałem wrażenie, że moja krew zmienia się
w lód.
Michael Ross, nadmiernie pobudzony seksualnie seryjny morderca,
absolwent Uniwersytetu Cornella, chwalił się przede mną zamordowaniem
dwóch niepełnoletnich uczennic (później przyznał się przed kamerą, że
zgwałcił je analnie po śmierci). W końcu powiedział: "Jestem naprawdę
miłym facetem". Zaczął chichotać, a potem wybuchnął histerycznym
śmiechem. W piątek 13 maja 2005 roku czterdziestosześcioletni Ross
został stracony za pomocą śmiertelnego zastrzyku w więzieniu Somers.
Zapewniam, że słyszałem jeszcze gorsze rzeczy - i to wiele razy.
Ale podkreślam: nigdy nie czułem nienawiści do żadnego seryjnego
mordercy. Wydaje się, że gdy mam do czynienia z potwornymi
zbrodniarzami, potrafię dobrze panować nad negatywnymi emocjami.
Przypisuję to wrodzonej gruboskórności, a może służbie w jednostce
zielonych beretów Królewskiej Piechoty Morskiej. Jeśli mam być szczery,
ja również jestem bardzo miłym facetem.
Jak się wkrótce przekonamy, masowi mordercy to zupełnie inna kategoria
przestępców niż seryjni zabójcy. Kiedy zacząłem pisać tę książkę,
wpadłem we wściekłość.
Sprawa jest prosta. Wielu ekspertów mogłoby się ze mną nie zgodzić, ale
społeczeństwo nie jest w stanie zapobiec przemianie człowieka w oszalałego na punkcie seksu potwora takiego jak Ted Bundy albo Peter
Sutcliffe. Jednak wiele społeczeństw, gdyby miało wolę i odwagę, mogłoby
znacznie zmniejszyć prawdopodobieństwo pojawienia się oszalałego
mordercy biegającego po ulicach z karabinem i strzelającego do ludzi.
Mimo to nie podejmują takich działań. Nie będę owijać w bawełnę:
ustawodawcy zezwalający obywatelom na łatwy dostęp do broni palnej mają
krew na rękach.
Seryjni mordercy seksualni zabijają swoje ofiary, posługując się różnymi
przerażającymi metodami; często stosują tortury. Używają broni palnej,
noży, sznurów, żrących cieczy czy prądu elektrycznego. Czasem ćwiartują
jeszcze żywe ofiary albo je podpalają; najczęściej łączy się z tym
gwałt. Wielu seryjnych morderców popełnia akty nekrofilii, podobnie jak
Michael Ross. Niektórzy z nich mogą zastrzelić ofiarę, lecz nigdy nie
posługują się materiałami wybuchowymi, tak jak robi część masowych
morderców. Masowi mordercy i zabójcy działający w amoku nie popełniają
gwałtów, nie stosują tortur. Nie tropią ofiar całymi dniami lub
miesiącami, jak wielu seryjnych morderców, którym stalking sprawia
perwersyjną przyjemność. Masowi mordercy działają inaczej.
Mam nadzieję, że niniejsza książka dowiedzie, że masowi mordercy, z bardzo nielicznymi wyjątkami, posługują się wojskowymi karabinami lub
pistoletami maszynowymi o dużej sile rażenia; niekiedy są również
uzbrojeni w broń krótką. Zakaz posiadania tego rodzaju broni stanowiłby
idealne antidotum. Brytyjczycy i Australijczycy błyskawicznie to
zrozumieli!
Drugą przyczyną mojej wściekłości było to, że jako dawny komandos
piechoty morskiej widziałem na własne oczy skutki strzelanin i eksplozji
bomb. Świetnie rozumiem, jakie zniszczenia wywołują materiały wybuchowe
i broń palna. Doskonale wiem, co czuje człowiek naciskający spust
jednego z najlepszych wojskowych karabinów bojowych - karabinu
samopowtarzalnego L1A1 kalibru 7,62 milimetra. Po silnym odrzucie kolby
z lufy wylatuje z prędkością pięciuset pięćdziesięciu metrów na sekundę
seria pocisków; trafiony nimi człowiek wzbija się w powietrze i ginie.
Dlaczego zatem niektóre rządy, zwłaszcza amerykański, pozwalają kupować
śmiercionośną broń, taką jak karabiny AR-15, równie łatwo jak meble, a kontrola nad posiadaniem broni praktycznie nie istnieje?
Kiedy napisałem połowę tej książki i dotarłem do punktu, z którego nie
ma powrotu, zdałem sobie sprawę, że oczywisty związek masowych morderstw
z łatwym dostępem do broni palnej budzi moją wściekłość. Przerwałem
pracę, by rozważyć te kwestie.
Nie mogę powiedzieć, że przeżyłem coś w rodzaju iluminacji. W rzeczywistości rozsądek przywrócił mi YouTube - sprawił, że się nieco
uspokoiłem. Dlaczego? Miliony praworządnych obywateli Stanów
Zjednoczonych i innych krajów świata uprawia myślistwo lub traktuje
strzelectwo jako hobby, korzystając ze strzelnic sportowych.
Uwaga pod adresem amerykańskiego National Rifle Association (NRA).
Proszę, zastanówcie się nad moimi komentarzami opublikowanymi w tej
książce. Widziałem w internecie mnóstwo młodych, rumianych amerykańskich
chłopców polujących z ojcami na dziki - groźne szkodniki w Teksasie - a także na jelenie lub inne przypadkowe zwierzęta. Można to uznać za
zdrową aktywność na świeżym powietrzu: w Wielkiej Brytanii ojcowie
również jeżdżą z synami na wycieczki, ale najczęściej zabierają ich na
ryby. Jest wielka różnica między wyciągnięciem z wody
półtorakilogramowego okonia morskiego a zastrzeleniem rozwścieczonego,
szarżującego odyńca o wadze stu dwudziestu kilogramów, gotowego wbić
myśliwemu szable w tyłek.
Młodzi brytyjscy chuligani włóczą się po ulicach, a rodzice nie mają nad
nimi żadnej kontroli. Ich zapijaczeni ojcowie utrzymują się z zasiłków i tłuką żony co pół godziny. Założę się, że ci chłopcy chętnie wybraliby
się z ojcami na ryby, a jeszcze chętniej na polowanie: ognisko,
pogawędki z kolegami i sympatycznymi dorosłymi, oprawianie zwierzyny w dzikim zakątku lasu, by przywieźć do domu trochę mięsa na kolację.
Zamiast tego żywią się nędzną pizzą mającą takie same walory odżywcze
jak tektura.
Przyszła mi do głowy jeszcze inna myśl, prawdopodobnie najważniejsza:
każda debata, zwłaszcza dotycząca kontroli dostępu do broni, zawsze ma
dwie strony. Wzrastająca liczba masowych morderstw z użyciem broni
palnej na terenie Stanów Zjednoczonych oznacza, że musimy poświęcać
więcej uwagi niewinnym ofiarom i pogrążonym w żałobie najbliższym
krewnym. Ich głosy powinny zostać wysłuchane. Należy brać je pod uwagę,
gdy dyskutujemy o masowych morderstwach.
Swobodna dostępność broni tego rodzaju [wojskowych karabinów i pistoletów maszynowych o dużej sile rażenia], służącej jedynie do
zabijania, łatwo przemienia urojenia chorych maniaków w tragiczne
koszmary.
MAGAZYN "TIME", 24 CZERWCA 2001
Jeśli chodzi o motywy zwyrodniałych masowych morderców, mniej lub
bardziej celowo ignoruję książki, które szczegółowo analizują ich
życiorysy, uważając to za interesujące z socjologicznego punktu
widzenia. Biorę pod uwagę poglądy psychiatrów i psychologów oraz
"lewicowców", którzy w dobrej wierze sugerują, że jeśli podejrzewamy
człowieka mającego dostęp do broni palnej o zaburzenia psychiczne,
należy się zastanowić nad "wczesną interwencją". Ale czy to możliwe? Czy
żyjemy w społeczeństwie utopijnym? Nie, nie żyjemy. Niniejsza książka
omawia te kontrowersyjne kwestie.
Dziesiątki tysięcy moich Czytelników z całego świata wie, że nigdy nie
przebieram w słowach - jestem taki jak Wy. Walę prawdę prosto z mostu.
Żadnych manipulacji politycznych, żadnego psychobełkotu. Na puszce
Pandory znajduje się etykieta "Masowe morderstwo", która dokładnie
opisuje zawartość. Otwórzmy puszkę Pandory i zajrzyjmy do środka.
Kończę, przekazując wyrazy wdzięczności Davidowi J. Krajickowi, autorowi
Mass Killers: Inside the Minds of Men Who Murder. To wyjątkowa
książka; chociaż nie zgadzamy się w pewnych kwestiach, uważam nasze
ogólne podejście za podobne. Praca Davida była dla mnie ogromną pomocą w trakcie pisania. Składam Ci serdeczne podziękowania.
Wstęp
Ameryka... kraj dwustu milionów sprzedawców używanych samochodów. Mamy
dość pieniędzy, by kupować broń, i bez skrupułów zabijamy bliźnich.
Hunter S. Thompson, amerykański dziennikarz i pisarz, autor książki Lęk
i odraza w Las Vegas
Po prologu rozpoczynamy wędrówkę po ponurej krainie masowych morderstw.
Chciałbym serdecznie pozdrowić Czytelników: "Witajcie! Będę Waszym
przewodnikiem!".
Biletem jest niniejsza książka. Nie będzie to miła wizyta w fikcyjnym
Disneylandzie kryminologicznym, gdzie rządzi fantazja. Żadnych oszustw,
żadnej poprawności politycznej, żadnych upiększeń, żadnego lukrowania
rzeczywistości.
Dlaczego? Cóż, współtowarzysze wędrówki, wkrótce ujrzymy odrażającą,
brutalną krainę podziurawionych kulami ciał, zakrwawionych ludzkich
szczątków, oderwanych rąk i nóg, szarej tkanki mózgowej, połamanych
kości - rezultatów strzelanin i eksplozji prymitywnych bomb domowej
roboty. Giną w niej niewinni ludzie, mężczyźni, kobiety i dzieci, nawet
niemowlęta w łonach matek. Właśnie taki jest los ofiar masowych
morderstw. Pamiętajmy o straszliwych cierpieniach ich bliskich: łzach,
złamanych sercach, zniszczonych marzeniach. A także o uczuciach ludzi,
którzy odnieśli rany: zostali na zawsze kalekami, cierpią traumę do
końca życia. Mam szczerą nadzieję, że niniejsza książka przemawia
również w ich imieniu.
Michael był spokojny i grzeczny. Człowiek o złotym sercu [...] nie
skrzywdziłby muchy.
MARJORIE JACKSON, OPIEKUNKA SZKOLNA, O MICHAELU RYANIE, BRYTYJSKIM
MASOWYM MORDERCY
Posłużmy się wyobraźnią. Chciałbym, żeby Czytelnicy wyobrazili sobie, że
patrzą przez okno autobusu na drzewa. Jest piękny, słoneczny dzień;
trzydziestotrzyletnia Susan Godfrey, kobieta o kasztanowych włosach,
zamierza wrócić z pikniku z dwojgiem ślicznych dzieci, czteroletnią
Hannah i dwuletnim Jamesem.
Zbliża się dwunasta trzydzieści. Popatrzcie, Susan pakuje rzeczy zabrane
na piknik.
Nagle pojawia się mężczyzna ubrany na czarno. Powoli się zbliża, niosąc
na ramieniu pistolet maszynowy AK-47 z magazynkiem wypełnionym pociskami
o dużej sile przebicia. W ręku trzyma pistolet półautomatyczny Beretta
kalibru 9 milimetrów. Każe Susan wsadzić dzieci do samochodu. Kobieta
wykonuje polecenie, ale widać, że jest przerażona. Później zabiera ją ze
sobą; dzieci krzyczą za matką.
W głębi lasu, około stu pięćdziesięciu metrów od samochodu, nieznajomy
każe Susan się odwrócić, by nie widziała jego twarzy. Później strzela...
Słyszycie strzały? Piętnaście potężnych pocisków wystrzelonych z bliskiej odległości trafia ją w plecy. Susan pada martwa.
Dzięki łasce Boga dzieciom nic się nie stało. Jakiś czas później
znaleziono je zdezorientowane, przerażone, gdy chodziły między drzewami.
Oczywiście gdybyście zobaczyli tę scenę w rzeczywistości, byłby to
koszmar jak z najstraszniejszego horroru Stephena Kinga. Jednak właśnie
to przytrafiło się Susan Godfrey, kiedy w środę 19 sierpnia 1987 roku
zawiozła dwoje swoich dzieci do lasu Savernake w pobliżu sennego miasta
targowego Hungerford. Gdyby to była Wasza żona lub siostra, obraz tych
straszliwych wydarzeń prześladowałby Was aż do śmierci. Wydaje się, że
to bestialskie morderstwo nie miało żadnego motywu. Susan nie była
napastowana seksualnie. Nigdy nie znaleziono żadnego związku między nią
a mordercą. Nie istniały dowody, że Ryan śledził Susan, ponieważ
przebywał w lesie od rana. Około wpół do jedenastej jeden z mieszkańców
okolicy słyszał tam serię z broni maszynowej. Policja spekulowała, że
Susan zauważyła go w trakcie strzelania do celu. Może jeden z rykoszetów
trafił w pobliże miejsca, gdzie siedziała? Postanowiła pośpiesznie
opuścić to miejsce, może zgłosić incydent na policji. W takim przypadku
Ryan straciłby pozwolenie na broń i prywatny arsenał. Musiała umrzeć;
kiedy ją zabił, nie miał już odwrotu.
* * *
Zanim podpisałem umowę na napisanie tej książki, redaktor naczelny
spytał, jakie mam doświadczenia związane z masowymi morderstwami.
Rozsądne pytanie, ponieważ nie można zaangażować się sercem i duszą w żaden projekt, nie rozumiejąc, o czym się pisze, niezależnie od tematu.
Służyłem w wojsku i pamiętam kilka okropnych strzelanin i bombardowań -
te wspomnienia do dziś mnie prześladują. Często próbujemy zapomnieć o straszliwych przeżyciach, ponieważ nie chcemy o nich myśleć, a cóż
dopiero relacjonować. Służyłem w Irlandii Północnej jako żołnierz 45
Jednostki Komandosów Królewskiej Piechoty Morskiej; brałem udział w trzech zmianach. W czasie drugiej zostałem ciężko ranny. Przeleżałem
miesiąc w Queen Elizabeth Hospital w Belfaście, po czym zawieziono mnie
wozem pancernym Saracen do szpitala Musgrave Park. Przebywałem tam
kolejne sześć tygodni, po czym przetransportowano mnie drogą powietrzną
do bazy RAF w Andover, a następnie na pokładzie śmigłowca Westland
Wessex do szpitala marynarki wojennej Haslar w Gosport w Hampshire.
Następnie, po długim okresie rekonwalescencji pod najlepszą na świecie
opieką lekarską, zostałem wypisany ze szpitala i podjąłem służbę.
Wykorzystam tę sposobność, by opowiedzieć Czytelnikom o "krwawym piątku"
- ataku terrorystycznym IRA w Belfaście w Irlandii Północnej w czasie
konfliktu między protestantami a katolikami; podłożono wówczas
przynajmniej dwadzieścia bomb, głównie samochodów pułapek. Był 21 lipca
1972 roku. Wszystkie bomby eksplodowały w ciągu ośmiu minut; ich celem
była przede wszystkim infrastruktura i sieć transportowa, w tym główny
dworzec autobusowy - uczestniczyłem w tym incydencie bezpośrednio. Na
dworcu w Belfaście zostało rozszarpanych na strzępy dziewięć osób:
pięciu cywili, w tym mały chłopiec sprzedający gazety, dwóch żołnierzy
brytyjskich, rezerwista Royal Ulster Constabulary (RUC) i członek Ulster
Defence Association (UDA). W tym samym incydencie rany odniosło przeszło
sto trzydzieści innych osób; wiele zostało okaleczonych na całe życie.
W owym czasie stacjonowałem we Flax Street Mill przy Crumlin Road w północno-zachodnim Belfaście. Widzieliśmy wiele ofiar strzelanin -
cywili, mężczyzn, kobiety i dzieci, policjantów, żołnierzy - ale nigdy
takiej masakry. Kiedy przyjechałem na dworzec autobusowy, ciągle
słyszałem głuche eksplozje ładunków wybuchających w całym mieście;
zobaczyłem przykucniętego funkcjonariusza Royal Ulster Constabulary
(RUC), który rozpaczliwie łkał. Na ziemi leżał czarny plastikowy worek
na śmieci. Wokół widać było kawałki ciała rozszarpanego gazeciarza.
Miałem wrażenie, że wysadzono w powietrze sklep z mięsem.
Wkrótce potem musiałem odwiedzić Queen Victoria Hospital. Wśród morza
rannych zauważyłem wyjątkowo piękną dziewczynę w wieku około siedemnastu
lat, zalaną własną krwią. W jej szczękę wbił się piętnastocentymetrowy
gwóźdź. W dalszym ciągu tkwił w kości; personel medyczny zastanawiał
się, co dalej robić. Nie płakała. Na jej twarzy nie było łez. Była w szoku; wydawało się oczywiste, że będzie straszliwie okaleczona na całe
życie. Niechaj Bóg ją błogosławi.
Nie ulega wątpliwości, że jako były żołnierz piechoty morskiej
widziałem, podobnie jak wielu moich kolegów i koleżanek, skutki
postrzałów i eksplozji bomb. Doskonale znam niszczące działanie
materiałów wybuchowych i pocisków z broni palnej. I mogę dodać coś
jeszcze: mając do czynienia z ogniem dobrze wyszkolonych,
zdeterminowanych żołnierzy brytyjskich, tchórzliwi terroryści IRA
uciekali jak zające.
Proszę, pomyślcie jeszcze raz o dziewczynce z gwoździem wbitym w szczękę. Wyobraźcie sobie, że to Wasza córka. Pomyślcie o rozszarpanym
na strzępy gazeciarzu. Wyobraźcie sobie, że to Wasz syn. Kiedy jakiś
bydlak detonuje bombę domowej roboty albo dokonuje masowego morderstwa
za pomocą broni palnej, wyobraźcie sobie, co byście czuli, gdybyście
stracili kogoś bliskiego albo zostałby okaleczony na całe życie. Czy
obchodziłoby Was to, że oszalały zabójca miał trudne dzieciństwo, że
chciał się zemścić na żonie, która od niego odeszła, albo na
społeczeństwie, bo zwolniono go z pracy albo nie otrzymał w terminie
ostatniej wypłaty? Czy bylibyście choć trochę zainteresowani pokrętnymi,
często sprzecznymi opiniami psychiatrów na temat stanu jego umysłu?
Założę się, że nie; podobnie jak ja.
Postawię sprawę jasno. Chciałbym, żeby po przeczytaniu tej książki
Czytelnicy czuli mdłości. Mam nadzieję pogodzić "walory edukacyjne" z horrorem; wierzę, że poglądy Czytelników na dostępność broni palnej mają
znaczenie. Jeśli popełniłem jakieś błędy, ponoszę za nie wyłączną
odpowiedzialność.
Pocieszmy się trochę - najpierw wybierzemy się na wycieczkę do Stanów
Zjednoczonych. Przybędziemy na miejsce zaledwie dwa dni przed 4 lipca
1995 roku, amerykańskim Świętem Niepodległości. Ach, nie zapomnijcie o suchym prowiancie. Jazda autostradą masowych morderstw będzie długa;
przed końcem podróży zatrzymamy się w wielu miejscach.
CHRISTOPHER BERRY-DEE,
WIELKA BRYTANIA I PALAWAN, FILIPINY
Rozdział 1
Atak na sektę Davida Koresha w Waco w Teksasie
Druga poprawka do Konstytucji to fundament naszego bezpieczeństwa.
Przestępcy nie oddadzą broni, więc ja też nie oddam swojej, bo muszę się
bronić.
Mieszkaniec Austin w Teksasie w rozmowie z autorem
Waco w Teksasie, "stanie samotnej gwiazdy". Przed wielu laty odwiedziłem
Muzeum i Panteon Sławy Strażników Teksasu (Texas Ranger Hall of Fame and
Museum) na Szlaku Strażników Teksasu w pobliżu rzeki Brazos.
Nasi amerykańscy kuzyni bardzo lubią muzea. Czytałem kiedyś, że istnieje
nawet muzeum muzeów amerykańskich, choć nie jestem pewien, gdzie się
znajduje. W Watterson Park w stanie Kentucky działa Muzeum Pułkownika
Sandersa, przeznaczone dla miłośników KFC; zbiera świetne recenzje. Czy
można sobie wyobrazić muzeum ryby z frytkami albo stałą wystawę
poświęconą kiełbaskom z tłuczonymi ziemniakami w brytyjskim muzeum
wojskowości - ten wieprzowy przysmak zdobył popularność w czasie
pierwszej wojny światowej? (Jeśli amerykańscy Czytelnicy chcieliby się
czegoś o nim dowiedzieć, powinni zajrzeć na stronę internetową
kanadyjskiej restauracji Thompson House, specjalizującej się w kuchni
brytyjskiej - zamieszczono tam historię kiełbasek z tłuczonymi
ziemniakami, którą naprawdę warto przeczytać).
Jeśli odwiedzicie Waco i lubicie napoje musujące, możecie obejrzeć
pamiątki historyczne eksponowane w dawnej fabryce butelkującej napoje
bezalkoholowe położonej przy South 5th Street 300. Zbudowano ją w 1906
roku, a obecnie mieści się tam Muzeum Napoju Dr Pepper i Instytut Wolnej
Przedsiębiorczości (Dr Pepper Museum & Free Enterprise Institute).
Znajduje się niedaleko wspomnianego wcześniej Muzeum Strażników Teksasu,
w którym można podziwiać ogromną kolekcję broni palnej i poznać
czcigodną historię elitarnego organu ścigania powstałego w pionierskim
okresie anglo-amerykańskiego osadnictwa w dzisiejszym stanie Teksas.
Moim przewodnikiem po Muzeum Teksańskich Diabłów, po hiszpańsku Los
Diablos Tejanos, był potężnie zbudowany Teksańczyk, którego będę nazywał
Texem: rumiana twarz, rzednące siwe włosy i wydatny brzuch. Mierzył sto
dziewięćdziesiąt pięć centymetrów, był prosty jak trzcina i miał na
sobie wysokie kowbojskie buty z wytłaczanej skóry. Był emerytowanym
strażnikiem Teksasu, ale w dalszym ciągu nosił charakterystyczny
jasnokremowy kapelusz z szerokim rondem, nieskazitelnie białą
wykrochmaloną koszulę, czarną kamizelkę i ozdobny krawacik z plecionej
skóry z kopią monety American Gold Eagle.
Tex przypominał do złudzenia Johna Wayne'a grającego Roostera Cogburna w westernie Prawdziwe męstwo - podobnie jak mój stary przyjaciel,
legendarny Mike McNamara, członek United States Marshals Service, który
niestety już nas opuścił. Tex był uzbrojony, bo strażnicy Teksasu -
nawet emerytowani - mogli nosić dowolną broń. Wyciągnął z kabury ciężki,
chromowany sześciostrzałowy rewolwer kalibru 357 z rzeźbioną kolbą z kości słoniowej. Niewątpliwie bardzo o niego dbał, bo komora nabojowa
obracała się lekko, wydając ciche szczęknięcia. Rewolwer był nabity
ostrymi pociskami, ponieważ gorącokrwiści Teksańczycy nigdy nie
strzelają ślepakami.
- Zawsze pan nosi rewolwer? - spytałem.
- Tak!
- Dlaczego nie pistolet automatyczny?
Zmrużył błękitne oczy, przyjrzał mi się uważnie i powiedział:
- Pistolety automatyczne mogą się zaciąć. Większość strzelanin odbywa
się na krótki dystans. Jeśli zabraknie pocisków, jesteś trupem. - Na
twarzy Texa były wypisane długie doświadczenia służby w organach
ścigania. Cała jego postawa wyrażała jedno przesłanie: "Nie zadzieraj ze
mną". Przekonał mnie.
Bardzo polubiłem tego twardego, rzeczowego człowieka. Naprawdę, podobnie
jak innych funkcjonariuszy poznanych w Teksasie: legendarnych członków
United States Marshals Service Mike'a i Parnella McNamarów i lokalnych
szeryfów, jak Larry Pamplin z okręgu Marlin, który nawiasem mówiąc,
trafił do więzienia za "defraudację funduszy na wyżywienie więźniów".
Poznałem również funkcjonariuszy FBI, ATF (Biuro ds. Alkoholu, Tytoniu,
Broni Palnej oraz Materiałów Wybuchowych), SWAT (Specjalne Uzbrojenie i Taktyka), policyjnych śledczych tropiących sprawców zbrodni, takich jak
funkcjonariusz wydziału zabójstw Tim Steglich z Austin, a także
niezliczonych policjantów stanowych. Nie tylko w Teksasie, bo
podróżowałem po całej Ameryce i poznałem kilku naprawdę niezwykłych
ludzi. Mówili jasno: "Na litość boską, nie powinniśmy sprzedawać cywilom
pistoletów maszynowych. Wielu to prymitywy i mogą doprowadzić do
tragedii".
Rzeczywiście, wielu idiotów doprowadza do tragedii. Nic się nie
zmieniło.
Trzeba jednak wspomnieć, że wielu amerykańskich policjantów to durnie,
ograniczeni maniacy religijni kompletnie nienadający się na
funkcjonariuszy organów ścigania. Pryszczaci, otyli głupcy, którzy
bardziej przysłużyliby się społeczeństwu, gdyby w dalszym ciągu
pracowali w sklepiku rodziców przy głównej ulicy zapomnianej przez Boga
i ludzi dziury w Nevadzie. Ale jeśli dostaną broń i latarkę marki
Maglite, czują się panami świata. Wpakują kilka kul w plecy czarnego,
jeśli krzywo na nich spojrzy; czasem wystarczy tylko zmarszczenie brwi.
Amerykanie często reagują bardzo gwałtownie, przekonacie się. Wystarczy
przeszukać YouTube i obejrzeć filmy przedstawiające amerykańskich
policjantów zabijających niewinnych ludzi. Są porażające.
Większość amerykańskich policjantów przestrzega oficjalnej dewizy:
"Chronić i służyć". Angażują się w życie swoich społeczności,
uczestniczą w grillach, chodzą na pchle targi z ładnymi, miłymi żonami i dziećmi. Uczestniczą w niedzielnych nabożeństwach, a później spędzają
mnóstwo czasu w gigantycznych centrach handlowych o powierzchni stu
pięćdziesięciu hektarów. Obchodzą 4 lipca, Święto Dziękczynienia, Święto
Pracy. W Teksasie mężczyźni zwracają się do żon ma'am. Bardzo mi się
to podoba.
Lubię szarlotkę. Szczególnie wtedy, gdy pojawia się jako prezent od
sąsiadów na parapecie okna w kuchni, owinięta bawełnianą tkaniną w biało-czerwoną kratkę. Ludzie mieszkający tak jak ja na południowym
wybrzeżu Wielkiej Brytanii nie mogą na to liczyć. Jeśli ktoś kupuje w miejscowym markecie szarlotkę reklamowaną jako domowy wypiek,
prawdopodobnie zostanie zwędzona z wózka przed powrotem do samochodu. W Stanach Zjednoczonych wszystko wygląda inaczej. Amerykańscy policjanci
uwielbiają występować w telewizji i pokazywać swoją broń. Mają to w genach odziedziczonych po kowbojach, którzy żyli na długo przed
powstaniem popularnych westernów, w których gwiazdor Roy Rogers grał
śpiewającego kowboja i jeździł na Triggerze, słynnym koniu maści
izabelowatej o wysokości stu sześćdziesięciu centymetrów.
Znalazłem się w stanie Waszyngton i mimochodem spytałem jednego z członków United States Marshals Service, czy ma jakichś znajomych w Teksasie. "Oczywiście!" - odparł. Wyjął komórkę i po kilku minutach
oświadczył, że ma w Waco kumpli serwujących znakomite steki z aligatora.
"Może pan odwiedzić Mike'a i Parnella McNamarów. Będą pana oczekiwać".
Miły gest tego rodzaju przekonał mnie, że Amerykanie naprawdę lubią
Brytyjczyków. W Wielkiej Brytanii nie zawsze witano mnie równie
przyjaźnie.
W ten sposób trafiłem do Waco i odwiedziłem Muzeum i Panteon Sławy
Strażników Teksasu na Szlaku Strażników Teksasu. Biegnie do niego polna
droga kojarząca się z westernami, a obok niej rosną kaktusy; w pobliżu
mieści się Stowarzyszenie Trenerów Futbolu Amerykańskiego i szkoła
prawnicza Umphrey Law Center. Muzeum Strażników Teksasu dysponuje
ogromną kolekcją broni palnej.
Wiele sztuk broni, setki tysięcy, dostaje się w niewłaściwe ręce. W pewnym sensie książka ta narodziła się w Waco w Teksasie, gdy potężnie
zbudowany mężczyzna w białym kowbojskim kapeluszu pokazał mi ogromną
kolekcję pistoletów, rewolwerów, karabinów i strzelb, po czym
oświadczył:
W drugiej poprawce do Konstytucji nasi przodkowie przyznali obywatelom
prawo posiadania i noszenia broni. Ale było to w innej epoce. Czasy się
zmieniły.
Obecnie rozdajemy śmiercionośną broń jak cukierki... nawet dzieciom...
ludziom kompletnie nieodpowiedzialnym, świrom. Każdy może kupić broń i zabić mnóstwo niewinnych ludzi. Sytuacja będzie się pogarszać.
Liczba masowych morderstw musi się zwiększać. Wie pan co? Politycy mają
to w dupie, a my, policjanci, musimy sprzątać cały ten pieprzony
bałagan.
Dzięki, że obejrzał pan ze mną Muzeum Strażników Teksasu.
Życzę miłego dnia!
Dwa dni później, kiedy jadłem steki z aligatora z braćmi Mikiem i Parnellem McNamarami, byłymi funkcjonariuszami United States Marshals
Service, zaczęliśmy rozmawiać o oblężeniu farmy w Waco, trwającym
pięćdziesiąt jeden dni. Jest to wyjątkowa historia związana z masowymi
morderstwami i masakrami.
Sekta Davida Koresha, nosząca nazwę Gałąź Dawidowa, miała siedzibę na
farmie Mount Carmel w Axtell, przy autostradzie numer 84, około
dwudziestu kilometrów od Waco. Warto pamiętać, że Koresh i jego
zwolennicy gromadzili broń, lecz nikogo nie zabijali i nie stwarzali
najmniejszego zagrożenia. Po jakimś czasie duża grupa przedstawicieli
organów ścigania - FBI, United States Marshals Service, ATF i mnóstwo
lokalnych policjantów - rozpoczęła pod jakimś pretekstem akcję mającą na
celu wyeksmitowanie ich z posesji i skonfiskowanie broni (którą mieli
prawo posiadać na podstawie drugiej poprawki do Konstytucji). Doszło do
dwóch strzelanin i cały kompleks budynków doszczętnie spłonął. Po
stronie federalnej zginęło czterech agentów, a szesnastu zostało
rannych. Śmierć poniosło też osiemdziesięciu dwóch członków sekty -
mężczyzn, kobiet i dzieci. Oblężenie zakończyło się w poniedziałek 19
kwietnia 1993 roku. Krótko mówiąc, drodzy towarzysze podróży, była to
krwawa masakra wywołana przez funkcjonariuszy. Jeśli ktoś jest
zainteresowany, może znaleźć w internecie całą historię oblężenia
siedziby sekty w Waco. Tak właśnie wyglądają Stany Zjednoczone.
W trakcie swoich podróży po USA odwiedziłem mnóstwo miejsc przestępstw,
piłem piwo i gawędziłem z prokuratorami i sędziami, wysłuchałem w samochodzie mnóstwa piosenek Johnny'ego Casha. W niniejszej książce
najpierw skupiam się na Stanach Zjednoczonych, a później na innych
krajach. W czasie wędrówki pojawi się wiele humorystycznych epizodów,
które rozładują ciężką atmosferę. Będzie również wiele nieprzyjemnych
niespodzianek pozwalających spojrzeć w głąb umysłów masowych morderców.
Przeanalizujemy masakry popełnione przez samotnych zabójców - ludzi
nagle wpadających w amok i atakujących niewinne osoby. Spróbujemy
zrozumieć, choćby w ogólnym zarysie, wypełnioną nienawiścią psychikę
tych nieprzystosowanych ludzi - często dzieci kochających, lecz głupich
rodziców. Postanowili popełnić krwawą zbrodnię, której nikt nie jest w stanie pojąć. Masowe morderstwa przybrały obecnie w Ameryce epidemiczny
charakter; ich prawdziwą naturę widać na fotografiach zabitych ofiar, w cierpieniach najbliższych krewnych i w białych nagrobkach wśród
starannie wypielęgnowanej zielonej trawy.
Musimy zadać sobie pytanie: dlaczego?
Rozdział 2
Szaleńcze pragnienie życia
Najdziksze zwierzę nie jest tak krwiożercze jak człowiek, kiedy działa
pod wpływem niepohamowanych namiętności i rozporządza odpowiednią
siłą2.
Plutarch (Lucjusz Mestriusz Plutarchus, 46 n.e. - po 119 n.e.), rzymski
biograf i pisarz urodzony w Grecji
Myślę, że Plutarch trafił w sedno. Możemy również zacytować słowa
amerykańskiego powieściopisarza Orsona Scotta Carda: "Nie da się z niczym porównać wściekłości, jaką czuje człowiek oszukany przez osobę,
której najbardziej ufał". Ale ta książka nie jest poświęcona ludziom
naprawdę oszukanym, lecz takim, którzy wierzą, że zostali oszukani, choć
nic takiego się nie stało. To niewielka, lecz istotna różnica. Drobny
afront sprawia, że narasta w nich gniew, później rozpętuje się
emocjonalne tornado, aż wreszcie sytuacja wymyka się spod kontroli i rzekomo skrzywdzone osoby zaczynają zabijać ludzi postrzeganych jako
krzywdziciele, chociaż są zupełnie niewinni. W większości przypadków
zabijają kompletnie niewinnych, przypadkowo spotkanych mężczyzn, kobiety
i dzieci, pragnąc się zemścić na społeczeństwie za wyimaginowane
krzywdy.
Nie myślę o tym, co będzie na końcu. Zajmuję się wieloma rzeczami. Siłę
daje mi wściekłość.
TERRY PRATCHETT (SIR TERENCE DAVID JOHN PRATCHETT, OBE, 1948-2015)
Studiuję seryjnych morderców od wielu dziesięcioleci; rozmawiałem i korespondowałem z przeszło trzydziestoma. Wszyscy bez wyjątku zaczęli
zabijać z powodu głębokich pretensji do społeczeństwa, po czym stali się
mordercami seksualnymi polującymi na ofiary wybranego typu. Wyładowują
na nich wściekłość, popełniając czyny o charakterze sadystycznym.
Można się zastanawiać, dlaczego zacytowałem powyżej satyryka, ale sir
Terry Pratchett mimo woli trafił w sedno. Masowi mordercy nie myślą o tym, co będzie na końcu - napędza ich wściekłość.
Nie mylmy pojęć. Masowi mordercy i zabójcy działający w amoku w oczywisty sposób różnią się od seryjnych morderców, choć i dzisiaj
najwybitniejsi psycholodzy i psychiatrzy, a nawet policjanci często mylą
te typy przestępców. W ten sposób masowi mordercy, zabójcy działający w amoku i seryjni mordercy są błędnie zaliczani do jednej kategorii.
Wielu ludzi błędnie uznaje Theodore'a Roberta Bundy'ego (1946-1989) za
masowego mordercę, choć w rzeczywistości był seryjnym mordercą, sadystą
i nekrofilem. Definicja seryjnego mordercy przyjęta przez FBI głosi, że
jest to "sprawca, który popełnił trzy zabójstwa lub więcej w pewnych odstępach czasu - dni, tygodni,
miesięcy, a nawet lat".
Ups, zanim dobrze zorientowani Czytelnicy skoczą mi do gardła,
powinienem dodać, że ostatnio FBI postanowiło połączyć pojęcia "seryjny
morderca" i "masowy morderca" i stworzyć wspólną kategorię, choć Bóg
jeden wie, dlaczego podjęto taką decyzję. Kiedy poprosiłem FBI o wyjaśnienie, nikt nie potrafił mi go udzielić. Z tego powodu stosuję
dotychczasowy podział; można to nazwać zachowaniem status quo.
Bundy stał się seryjnym mordercą prawdopodobnie w latach
siedemdziesiątych. Przyznał się do trzydziestu sadystycznych zabójstw
(ich prawdziwa liczba na zawsze pozostanie nieznana) i popełniał je aż
do aresztowania w 1978 roku. Właśnie dlatego podkreśliłem powyżej
fragment definicji mówiący o odstępach czasowych. Seryjni mordercy
najczęściej wielokrotnie popełniają przestępstwa o podobnym charakterze,
zachowują się identycznie, kierują nimi dwa podstawowe motywy:
pragnienie gratyfikacji seksualnej i nienawiść.
Jeden z najsłynniejszych masowych morderców w historii Stanów
Zjednoczonych, Charles Joseph Whitman (1941-1966), nosi przydomek
"Snajper z Texas Tower". Popełnił straszliwą zbrodnię, lecz po śmierci
stał się postacią kultową. Poświęcę mu więcej miejsca w dalszej części
książki, a oto przedsmak tego, z czym będziemy mieli do czynienia.
W poniedziałek 1 sierpnia 1966 roku Whitman, dwudziestopięcioletni były
żołnierz piechoty morskiej, zasztyletował matkę i żonę, a następnie
wspiął się na szczyt University of Texas Tower, wieżowca Uniwersytetu
Teksańskiego w Austin; ma on wysokość dziewięćdziesięciu czterech
metrów. Kiedy dotarł na platformę widokową na dwudziestym siódmym
piętrze, otworzył ogień do przypadkowych przechodniów - zabił
siedemnaście osób i ranił trzydzieści siedem innych, nim został
zastrzelony przez funkcjonariuszy policji i dawnego wojskowego
uczestniczącego w akcji na ochotnika.
Ludzie leżeli na ziemi i krzyczeli: "Błagam, nie strzelaj do mnie!".
Mimo to strzelał im w głowy.
CHRIS GRANT, JEDEN Z OCALAŁYCH, W WYWIADZIE DLA "EL PASO TIMES"
Następny to masowy morderca Patrick Crusius (urodzony w 1998 roku).
Notabene: jeśli dobrze pamiętam, we wtorek 3 września 2019 roku Walmart
przestał sprzedawać w swoich sklepach amunicję do broni krótkiej i "karabinów krótkolufowych" (kaliber 223 i 5,56 milimetra), a także
grzecznie poprosił klientów, by "nie nosili na terenie sklepów broni
rzucającej się w oczy".
Okej, apel Walmartu - można go nazwać spóźnioną próbą naprawienia
wcześniej popełnionych błędów - wydano w dobrej wierze po masakrze w Odessie w Teksasie, gdzie zginęło siedem osób, a także po dwóch
strzelaninach w poprzednim miesiącu w El Paso w Teksasie; do jednej z nich doszło w sklepie należącym do sieci.
Był sobotni ranek 3 sierpnia 2019 roku. W sklepie w centrum handlowym
Cielo Vista przy Gateway West Boulevard 7101 w El Paso doszło do
masakry: dwudziestojednoletni Patrick Crusius otworzył ogień z półautomatycznego karabinu Wassenaar Arrangement (lepiej znanego jako
karabin serii WASR, produkowany przez renomowaną rumuńską fabrykę
zbrojeniową Cugir). Zginęło dwudziestu dwóch klientów sklepu;
dwadzieścia cztery osoby zostały ciężko ranne. W późniejszym czasie
Walmart ogłosił, że skoncentruje się na sprzedaży broni myśliwskiej i przeznaczonej do niej amunicji. Państwo Garcia pozwali sieć do sądu,
zarzucając jej "niepodjęcie stosownych środków ostrożności, by nie
dopuścić do ataku szaleńca".
W pozwie podano, że Guillermo i Jessica Garcia robili zakupy w sklepie
wraz z dwojgiem dzieci, po czym zostali postrzeleni i "ciężko zranieni".
Państwo Garcia argumentowali, że Walmart powinien umieścić przy wejściu
ochroniarza, którego obowiązkiem byłoby "powstrzymać napastnika przed
wejściem do sklepu i nie dopuścić do zastrzelenia wielu klientów".
Walmart nie działa w Wielkiej Brytanii, ale istnieje tam mnóstwo dużych
marketów, które nigdy nie sprzedawały broni palnej, amunicji ani
materiałów służących do konstrukcji bomb rurowych; takie są zwyczaje
Brytyjczyków.
W Stanach Zjednoczonych klient przyłapany na kradzieży zostaje
natychmiast zatrzymany przez uzbrojoną ochronę, po czym nadjeżdża około
dwudziestu samochodów policyjnych z włączonymi kogutami; wyskakują z nich funkcjonariusze z wyciągniętą bronią. Później sprawca staje przed
sądem, a po skazaniu trafia do więzienia.
W Wielkiej Brytanii wygląda to inaczej. Ochroniarze sklepu zapraszają
złodzieja do biura, proponują mu filiżankę herbaty, by się uspokoił
(dbają o jego zdrowie i bezpieczeństwo), a następnie zawiadamiają
policję, która czasem pojawia się po tygodniu. Jeśli to wielokrotny
recydywista, grozi mu surowa kara, gdy stanie przed sądem policyjnym,
jednak najczęściej wychodzi za kaucją i może popełniać kolejne
przestępstwa, na przykład okradać emerytów. Grozi mu co najwyżej kilka
tygodni przymusowych prac społecznych: zostaje ogrodnikiem w domu
starców, którego pensjonariusze nagle tracą najcenniejsze rzeczy. Takie
są zwyczaje Brytyjczyków: łagodnie traktują gówniarza, który po raz
trzynasty obiecuje poprawę, a w ogóle nie przejmują się ofiarami. Moim
zdaniem sprawca powinien po prostu porządnie dostać w skórę!
Przykładem może być słynna masakra w szkole podstawowej w Dunblane w Wielkiej Brytanii, do której doszło w środę 13 marca 1996 roku. Thomas
Hamilton (1952-1996) zastrzelił szesnaścioro dzieci i nauczycielkę, po
czym popełnił samobójstwo. Strzelił sobie w głowę, co mogło oszczędzić
psychiatrom i psychologom długich dociekań nad stanem jego umysłu. Stały
się zbędne, ponieważ jego mózg przestał istnieć. Mimo to psychiatrzy
sporządzili sążniste pisemne opinie na temat Hamiltona, z których nic
nie wynikało. Czy jestem nieczuły? Naturalnie, że jestem nieczuły;
przyczyny staną się wkrótce oczywiste. Niebawem poznamy bliżej
Hamiltona, jednak już teraz możemy zdefiniować fundamentalne różnice
między motywami seryjnych zabójców a masowych morderców. Bundy,
sadystyczny morderca, pragnął osiągnąć zadowolenie seksualne, natomiast
motywy Whitmana i Hamiltona nie miały charakteru seksualnego - kierowały
nimi pretensje do społeczeństwa, pragnienie zabijania niewinnych ofiar.
W tym momencie muszę wspomnieć o innym typie przestępcy, znajdującym się
gdzieś pomiędzy seryjnym zabójcą a masowym mordercą. Mam na myśli
mordercę działającego w amoku (ang. spree killer lub rampage
killer). Ten rodzaj sprawców bywa często mylony z seryjnymi mordercami
i masowymi mordercami. Cóż, słowa "amok" i "seryjny" mają zupełnie inne
znaczenia, prawda? Mordercę działającego w amoku można zdefiniować jako
"sprawcę zabijającego kilka przypadkowych osób w krótkim czasie,
wykazującego oznaki furii i działającego bez planu". Można powiedzieć,
że w tym przypadku mamy do czynienia z "szalonym mordercą". Zwrot ten
wydaje się bardzo podobny do "masowego mordercy", ale uważam, że warto
przeanalizować tę kwestię głębiej. Chciałbym zilustrować swój punkt
widzenia głośnym przypadkiem mordercy działającego w amoku, Michaela
Roberta Ryana (1960-1987). W środę 19 sierpnia 1987 roku
dwudziestosiedmioletni Ryan (którego poznaliśmy już wcześniej) wybrał
się na spacer po historycznym brytyjskim mieście Hungerford w hrabstwie
Berkshire i zastrzelił siedemnaście przypadkowych osób, w tym
policjanta, po czym popełnił samobójstwo. Piętnaście innych osób
odniosło rany. Ryan, spacerujący po Hungerford, postępował nieco inaczej
niż Hamilton, który zabił wszystkie ofiary w jednym miejscu - szkole.
Ryan popełnił morderstwa w stosunkowo krótkim czasie. Zabijał kolejnych
ludzi w przypływie furii, posługując się chińskim kałasznikowem; wszyscy
zginęli w ciągu kilku godzin w różnych miejscach położonych niedaleko od
siebie.
Warto wspomnieć, że po długich, kosztownych analizach psychiatrycznych
uznano, iż motywy Ryana są "trudne do określenia". Psychiatrzy
twierdzili, że (cytuję) "cierpiał na chorobę psychiczną, (...) być może należy podejrzewać ostrą formę
schizofrenii i/lub innej psychozy" (podkreślenie moje). Po
śmierci sprawcy wysunięto wiele hipotez; psychiatrzy "uważali", że "być
może należy podejrzewać chorobę psychiczną". Nie postawiono żadnej
pewnej diagnozy! Chciałbym zadać proste pytanie: skoro Ryan był według
lekarzy kompletnym świrem, w jaki sposób otrzymał zgodę na zgromadzenie
potężnego arsenału broni palnej typu wojskowego?
Zupełnie tego nie pojmuję. Dwudziestosiedmioletni Ryan był właścicielem...
policzmy... strzelby bojowej kalibru 12, dwóch karabinów, wspomnianego
wcześniej pistoletu maszynowego AK-47, trzech pistoletów, w tym jednego
kalibru 9 milimetrów, oraz karabinu M1 wyprodukowanego w Ameryce. Wprost
nie mieści się to w głowie. Zgodnie z prawem brytyjskim legalnie
posiadał dość broni, by dokonać potwornej masakry! Wkrótce zajmiemy się
Ryanem szczegółowo, ale trzeba zaznaczyć, że spełniał surowe warunki:
nie był karany, sprawdzono jego przeszłość i ustalono, że jest
samotnikiem, co oczywiście o niczym nie świadczyło. Czy nikomu nie
przyszło do głowy, kim może być człowiek czujący potrzebę zgromadzenia
takiej ilości broni palnej i przechowywania jej w swojej sypialni? Nie
wolno tego robić nawet komandosom należącym do Special Boat Service,
Special Air Service czy amerykańskiej formacji Navy SEALs!
* * *
W spokojny niedzielny ranek 30 kwietnia 1989 roku dwudziestodwuletni
urzędnik państwowy Robert Sartin (urodzony w 1968 roku) zastrzelił
siedemnaście osób na sennym osiedlu Monkseaton w nadmorskim kurorcie
Whitley Bay w dystrykcie North Tyneside. Działał w morderczej furii,
incydent trwał piętnaście minut.
Sartin wziął dwulufową strzelbę ojca, wyszedł z domu i wpadł w amok. W odróżnieniu od Ryana, posługującego się potężną bronią typu wojskowego,
Sartin na szczęście był uzbrojony jedynie w strzelbę; w innej sytuacji
liczba ofiar mogłaby być taka sama jak w przypadku Ryana. Strzały oddane
przez Sartina spowodowały śmierć tylko jednej osoby, niejakiego Kennetha
Macintosha. Jeden ze świadków widział, jak mężczyzna błagał o darowanie
życia, po czym Sartin strzelił mu w pierś, mówiąc: "Nadszedł dzień
twojej śmierci". W dalszym ciągu strzelał do ludzi, aż wreszcie został
aresztowany przez odważnego, nieuzbrojonego policjanta.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki