I
W ciągu pierwszej godziny mojego pobytu w Polsce mnóstwo się dowiedziałem. Autobus obsługujący nieduże warszawskie lotnisko zaliczał się raczej do praktycznych niż do luksusowych, siedziska obito płótnem. Stropiłem się jednak, kiedy konduktor podszedł do mnie, by pobrać opłatę za przejazd.
- Przepraszam, ale nie mam polskich pieniędzy - zacząłem tłumaczyć. - Nie udało mi się znaleźć ich w Anglii...
- Ależ nie ma problemu!
- To bardzo uprzejme z pańskiej strony...
- Cóż, i tak ich nie dostanę, prawda? - Uśmiechnął się szeroko.
Po zakończeniu obowiązków usiadł koło mnie i zadał mi parę pytań dotyczących Anglii. Ale nie o sprawy związane z wojną i pokojem, lecz o nasze szanse na piłkarskich mistrzostwach świata.
Kiedy dotarłem do budynku lotniska, zorientowałem się, że zostawiłem w autobusie płaszcz przeciwdeszczowy. Konduktor mi go przyniósł.
- Naprawdę bardzo dziękuję. - Nie znoszę automatycznego i bezmyślnego rozdawania napiwków, lecz ta usługa domagała się nagrody. Angielskie pieniądze na nic by mi się tu nie zdały, ale stewardesy KLM - holenderskich linii lotniczych - rozdawały torebeczki cukierków: popularnych hopjes. Wręczyłem swój przydział konduktorowi. Mężczyzna rozpromienił się i serdecznie uścisnął mi dłoń. Mogłem mu dać funta. Później odkryłem, że w rzeczywistości podarowałem mu jego równowartość.
- Zawołam panu taksówkę - krzyknął, wybiegając na ulicę. Po trzech minutach energicznego machania ręką wpakował mnie do samochodu.
- Dokąd? - zapytał taksówkarz.
- Nie wiem.
- Co?
- Przypuszczam, że do hotelu Bristol.
- Zgadza się. Jest pan cudzoziemcem: to będzie Bristol.
Ruszył nowoczesną ulicą. Wprawdzie nie porywała pod względem architektonicznym, ale i tak patrzyłem na nią z fascynacją. Ostatnim razem odwiedziłem Warszawę w 1945 roku, kilka tygodni po zakończeniu wojny[1], kiedy było to martwe miasto. Miasto zamordowane, gdyż nie tylko w boju odniosło rany - naziści mścili się za powstanie warszawskie, niszcząc ulicę po ulicy.
- Co to jest, na litość boską? - zdziwiłem się.
Już z samolotu dostrzegłem ten obiekt: gigantyczny budynek, drapacz chmur dominujący nad Warszawą.
- To coś to Pałac Kultury i Nauki.
- Och, przypominam sobie. To Rosjanie wam go podarowali, prawda?
- Aha. A kiedy odzyskamy wolność, to od razu się go pozbędziemy.
- Nie podoba się wam?
- Rany boskie, niech pan na niego spojrzy! A panu by się podobał, gdyby stał w Londynie?
- Nie!
- Nie pasuje tutaj. Ta stalinowska architektura gryzie się ze wszystkim w Warszawie. Nazywamy go tortem[2].
- Kojarzy mi się z fabryką gumy do żucia Wrigley w Chicago.
- O! Niezłe! Stalin się uparł, że postawi największy budynek w Warszawie na znak sowieckiej potęgi. Tak więc dla nas jest on symbolem: każe nam myśleć o Rosji, nie o kulturze.
- A jeśli chodzi o kulturę?
- No, coś się znajdzie. W zeszłym tygodniu widziałem dobry western. A tam jest klub nocny... nie, nigdy tam nie byłem. O wiele za drogo jak dla człowieka pracy.
- To kto tam chodzi?
- Pryncypałowie.
- Ale ja myślałem, że już nie macie pryncypałów!
- W życiu się pan tak nie pomylił! - stwierdził ponuro. - Bez trudu wyda pan tu miesięczne zarobki w jedną noc - ciągnął. - I to bez pomocy kurewek, które się tam kręcą: blondyn z dekoltami po pas, za to bez majtek.
- Nie wygląda pan na zachwyconego.
- Bo nie jestem. Zarabiam tysiąc dwieście złotych miesięcznie, a moi pryncypałowie za jednym zamachem wydają w nocnym klubie osiem stów.
- Myślałem, że komunistyczni przywódcy...
- No nie, Gomułki pan tam nie znajdzie. Dyrektorzy departamentów, kierownicy, inżynierowie, naukowcy: to ci nowi pryncypałowie. Do klubów chodzą jeszcze kombinatorzy, zwani spekulantami. Zresztą mój własny szef także.
- Pana szef? Myślałem, że taksówki działały jako spółdzielnie...
- To nie jest taksówka!
- Co?
- Mój pryncypał ma dobre stanowisko, to służbowy samochód. Jest na konferencji, zawsze jest jak nie na jednej, to na drugiej. Powiedział mi, żebym przyjechał po niego za dwie godziny. W porządku, będę na miejscu. A w międzyczasie krążę po mieście i łapię okazje.
- Ale dlaczego?
- A jak mam wyżyć za tysiąc dwieście złotych na miesiąc? - zażądał odpowiedzi.
- Nie mam pojęcia.
- Wkrótce się pan przekona! To niemożliwe. Więc dorabiam sobie paroma kursami jako taksówkarz.
- Korzystając ze służbowego samochodu?
- Tak. I służbowej benzyny. Muszę jakoś żyć, prawda? Wysadzę pana trochę wcześniej, jeśli nie ma pan nic przeciwko. Koło hotelu może się kręcić policjant[3].
- Będę musiał zrealizować czek.
- Nie ma sprawy. Poczekam.
Cisnąłem torbę w kąt i ruszyłem ku damie prezydującej w recepcji. Nie czekała na czek, tylko od razu podała mi garść banknotów, żebym mógł zapłacić kierowcy. Ten zasugerował opłatę w wysokości dziesięciu złotych.
- Pięć albo sześć razy dziennie - odpowiedział na moje indagacje. - Myślę, że zarabiam dwa razy tyle dzięki tym małym operacjom na boku. No i jakoś ciągnę. Jak długo pan tu zostanie?
- Kilka dni, tak na początek. Potem zamierzam pojeździć po Polsce.
- To znaczy?
- Kraków, Stalinogród...
- Nie! Nie! - zaprotestował.
- Ależ tak. Wiem, że to miasto przemysłowe, ale chcę zajrzeć...
- Zgoda - podkreślił - ale nie do Stalinogrodu. To znowu są Katowice. Ludzie zawsze nienawidzili tej nowej nazwy wprowadzonej pod przymusem i kiedy Chruszczow oznajmił światu, że Stalin był diabłem, a nie aniołem, radośnie ją przywrócili!
II
Gdy spacerowałem po Warszawie, nie mogłem uwolnić się od bezustannych porównań. W 1945 roku była to gigantyczna kupa gruzu. Czyszczono ulice - z wyprzedzeniem podawano przybliżone daty tych akcji, żeby rodziny mogły przyjść i zabrać swoich zmarłych. Nikt nie wiedział, ile dziesiątków tysięcy ciał leży pod ruinami.
Tu i ówdzie nadal rozlegały się strzały z karabinów, a rosyjscy żołnierze grabili, co się dało. Dopiero co wznowiono ruch pociągów. Nie było rozkładów jazdy, człowiek po prostu szedł na dworzec i miał nadzieję, że coś pojedzie - a mógł tam spędzić dobrych kilka dni. W przedziale tłoczyło się około dwudziestu osób: dzieci przycupnęły na półkach bagażowych, mężczyźni podróżowali na buforach lub dachach wagonów - było tam, jak twierdzili, wygodniej i zdrowiej niż w przeładowanych przedziałach. Przyznałem podróżnym rację i wdrapałem się na dach wagonu, po czym, gdy pociąg zaczął przyspieszać, wystraszyłem się, że spadnę, i wróciłem do środka. Jakiś człowiek wskazał mi lepszy sposób podróżowania - pociągiem towarowym z węglem. Za drobny prezent wręczony konduktorowi mogłem jechać trzecią klasą na bryłach węgla, za większą łapówkę - pierwszą klasą na lorze z miałem węglowym - o wiele wygodniejsza opcja, naprawdę warta dopłaty w podróży, która mogła trwać dwa lub trzy dni.
Transport publiczny w Warszawie zniknął w pierwszych dniach wojny[4]. Po wyzwoleniu rząd posłał parę ciężarówek, które przewoziły nieprawdopodobną liczbę stłoczonych ludzi, jednak znalazło się tam miejsce również dla bardziej przedsiębiorczych duchów, uczepionych tylnej burty. Autobusy i tramwaje zostały w przeważającej mierze zastąpione przez chłopskie furmanki - długie i wąskie, toporne i bez resorów, z deskami przybitymi wzdłuż boków lub w poprzek wozu. Na rogach ulic furmani wykrzykiwali nazwy miejsc docelowych i za wożenie umęczonych ludzi z jednego końca martwego miasta na drugi zarabiali sumy przekraczające ich najśmielsze marzenia. Nie oferowali wygód ani szybkiej jazdy, ale są sytuacje, kiedy ludzie zapłacą ciężko zarobione pieniądze za sam przejazd.
Ci, którzy zaliczali się do klasy milionerów lub się o nią ocierali, mogli korzystać z nielicznych dorożek. Skromniejsze jednostki miały do dyspozycji pokaźną flotę taksówek - nie samochodów, oczywiście, lecz trójkołowców: z zamocowanym z przodu siedziskiem dla dwóch osób oraz rowerzystą pedałującym wściekle z tyłu. W takim układzie z trudem dostrzegał on drogę przed sobą - byłem świadkiem wielu wypadków i podziw mnie ogarniał, że nie było ich więcej.
Teraz zaś Warszawa znowu żyła. Ulice biegły według dawnego planu - bez trudu odnajdywałem drogę, przypominając sobie poprzednie wizyty. Jeździły autobusy i tramwaje - nie przeczę, bardzo zatłoczone. Ludzie zaś byli wprawdzie siermiężnie ubrani, ale przynajmniej przestali już wyglądać na niemal zagłodzonych, jak w latach wojny.
Minąłem słynny pomnik - a raczej jego kopię, ponieważ Niemcy przetopili oryginał na amunicję. W ponurych czasach poddaństwa rosyjskim carom Adam Mickiewicz krzepił polskiego ducha. Car niechętnie zezwolił na postawienie pomnika ku czci poety. Odsłonięcie monumentu przeszło do historii. Rosyjski gubernator kazał zburzyć szereg domów, by jego armaty mogły panować nad ogromnym tłumem. Miało nie być przemówień - nie wolno było wygłosić choćby jednego wersu z dzieł Mickiewicza.
Henryk Sienkiewicz, autor Quo Vadis?, usłuchał więc nakazów dosłownie. Uniósł rękę z notatkami stanowiącymi podstawę jego niedoszłej mowy, a następnie pociągnął za sznury, które przytrzymywały płachty okrywające posąg. Rosjanie wyprężyli się przy działach, trwała jednak głęboka cisza, póki nie przerwał jej kobiecy szloch. Okazał się on zaraźliwy - setki tysięcy oczu były mokre od łez. Rosjanie nigdy nie rozumieli polskiego ducha, dzięki któremu takie sceny pamięta się latami, podczas gdy o oficjalnej uroczystości dawno by już zapomniano[5].
Na widok sterty gruzu powróciły wcześniejsze wspomnienia, ponieważ królewskiego zamku jak dotąd jeszcze nie odbudowano. Dewastację przetrwało jedno skrzydło - mniejszy pałac zbudowany dla bratanka króla[6], zwany dziś potocznie "Pałacem Pod Blachą", gdyż musiał przejść pilny remont (chociaż dach, jak zauważyłem, nie był z blachy, lecz z materiałów wodoodpornych)[7].
Tuż za pałacem znajdowała się katedra, która nieledwie oszałamiała nowością. Ze zgliszcz uratowano szczątki dawnych figur i grobowców, a wiekowe kamienie jaskrawo kontrastowały z nową czerwoną cegłą oraz z tynkiem. Gotyckie łuki wyraziście odznaczały się szarymi liniami na ceglanym tle.
Przeszedłem kilka jardów dalej, na Stare Miasto - otwartą przestrzeń, która kiedyś była placem targowym miasta[8]. Stojący pośrodku ratusz dawno już padł ofiarą odwiecznego wroga, ognia[9], ale przyległe budynki - w feerii barw - ocalały. Fasady pozwalały ocenić status właścicieli - kupcowi przysługiwały dwa okna na ścianie frontowej, szlachcicowi trzy, księciu pięć. Domy odznaczały się pokaźnymi rozmiarami i wielkim dostojeństwem, ale ich cechą charakterystyczną były jaskrawo pomalowane ściany, pokryte misternymi ornamentami. Szczególnie nocą, w mdłym świetle starodawnych latarni, Stare Miasto było miejscem jak ze snu.
W 1944 roku stanowiło ono centrum walk warszawiaków z Niemcami. Dzielnica została kompletnie zniszczona; z niektórych domów pozostały puste skorupy, inne zniknęły. Teraz jednak, ku mojej radości, Stare Miasto całkowicie odbudowano - wyglądało zupełnie jak dawniej. Znajdowały się tam emblematy kupców wykonane z kutego żelaza, jako że domów nie oznaczano prozaicznymi cyframi, lecz dziełami rzemieślników - rodzina mieszkała "Pod Bazyliszkiem" albo "Pod Murzynkiem". Winiarnia Fukiera znowu znajdowała się pod numerem 27, narożną kamienicę pod numerem 31 na powrót chroniła figura Madonny i dwójki dzieci, umiejętnie odrestaurowano także najstarszy budynek na placu: siedzibę książąt mazowieckich, wyposażoną w cztery okna. Gdziekolwiek spojrzeć, wiernie odtworzono malunki i dekoracje.
Jeden ze sklepikarzy powiedział mi:
- Strasznie się kłócili. Paru komunistycznych przywódców chciało tu postawić bloki mieszkalne, bo to tańsze i szybsze. Ich koledzy mieli jednak jakieś wyczucie historii. Obie strony doszły więc do porozumienia: bloki powstawały na przedmieściach, a dawną Warszawę odbudowano w pełnej chwale. Naród był na ogół zachwycony. Same cegły i tynk człowiekowi do szczęścia nie starczą, trzeba jeszcze widzieć i czuć piękno otoczenia. Udała się ta odbudowa, prawda? Stare Miasto ma teraz tylko jedną wadę: wszystkie sklepy, które przez wieki należały do tych samych rodzin, są dziś własnością państwa i mają mniej więcej tyle indywidualnego charakteru, co wasze woolworthy.
Plac Piłsudskiego zmienił nazwę i obecnie był placem Zwycięstwa. Komuniści nie darzą Piłsudskiego szczególnym szacunkiem - nie udawał, że kocha Rosjan. Na placu tym niegdyś wznosił się ogromny sobór[10], ale gdy Polska odzyskała niepodległość w 1918 roku, symbol obcej dominacji został błyskawicznie zburzony.
W 1945 roku szedłem tą samą trasą z Valem Gielgudem. Wspominał on:
- Pamiętam, jak byłem w tym miejscu w 1920 roku. Pamiętasz tamtą sytuację? Rosja i Polska toczyły ze sobą wojnę. Po początkowych sukcesach Rosjanie zmusili Polaków do odwrotu w popłochu i podeszli pod mury Warszawy. Ludzie o bardziej racjonalnym nastawieniu zaakceptowaliby porażkę, ale polska dusza rozkwita w desperackiej walce z przeważającymi siłami wroga. Widziałem polskie wojsko ruszające do bitwy, która miała rozstrzygnąć o losach ich kraju. Większość żołnierzy wywodziła się z oddziałów generała Hallera, które tak dzielnie walczyły na Zachodzie, jednak niektórych z nich wcielono swego czasu jeszcze do armii niemieckiej[11]. Nigdy nie widziałem bardziej pstrokatej zbieraniny: mężczyźni w brytyjskich mundurach khaki, francuskim błękicie, włoskiej zieleni, niemieckim feldgrau i jeszcze rosyjskiej szarości. A na czele jechało trzech trębaczy w stroju polskich ułanów z 1830 roku! Generał Haller przyjmował defiladę na schodach soboru. Na ulicy cisnął się tłum, jednak nie wiwatował na cześć żołnierzy idących w śmiertelny bój, ludzie klękali, modlili się i płakali.
Gdy pospieszyliśmy dalej, aby uniknąć rabusiów ruszających wcześnie na łowy, uprzytomniłem sobie, że w tamtej dramatycznej chwili Gielgud zobaczył polską historię w niezwykłym skrócie: przeróżne mundury symbolizujące rozbiory Polski, różnolita armia naprędce zwołana ze wszystkich zakątków kraju - typowy przykład polskiej zdolności improwizacji, trębacze, malownicze figury przywodzące na pamięć romantyczne dzieje Polski, sobór prawosławny - pomnik długich lat rosyjskiej okupacji, i wreszcie ludzie, którzy nie wznosili wiwatów, lecz modlili się i płakali, tym samym jasno dowodząc, że są Polakami.
Warszawskie Stare Miasto, 1938, 1958...
Szliśmy ulicami wśród zburzonych kamienic, gdzie nawet szczur nie znalazłby schronienia. Świadkami ciężkich walk, które toczyli warszawiacy, gdy stanęli do powstania przeciwko najeźdźcy, były wypalone niemieckie czołgi, tramwaje i ciężarówki, tworzące kiedyś barykady, oraz usiane śladami po kulach zachowane jeszcze ściany budynków. Nieświadomie zwolniliśmy kroku, jak gdybyśmy szli przez cmentarz. Tutaj kobiety i mężczyźni walczyli i umierali; te potrzaskane kawałki cegieł stanowiły jeszcze rok temu domy takich samych ludzi jak my.
Teraz jednak ulice były czyste, a domy nowe. Zatrzymałem się na placu Zwycięstwa i obróciłem twarzą ku ogrodowi Saskiemu: to uroczy park. Dawniej zamykały go dwa potężne gmachy połączone majestatyczną kolumnadą, w której centrum znajdował się grób polskiego Nieznanego Żołnierza. Warszawski pomnik wywiera silniejsze wrażenie niż podobne miejsca pamięci w Europie. Panująca tu atmosfera bardziej nawet fascynuje niż dostojeństwo otoczenia.
Gdy Polacy zdecydowali się podążyć śladem Wielkiej Brytanii i oddać należną cześć jednemu z poległych żołnierzy, pojawił się problem obcy innym krajom. Polacy bowiem, co oczywiste, walczyli w wojskach Rosji, Austrii i Niemiec - czy więc ginęli za wolność Polski? Ostatecznie uznano, że polski nieznany żołnierz powinien zostać wybrany spośród poległych obrońców Lwowa, miejsca pierwszej bitwy odrodzonej Polski[12].
Kiedy na początku 1919 roku Ukraińcy zaatakowali Lwów, nie było w nim młodych mężczyzn. Wielu z nich, powołanych do służby w obcych armiach, zdążyło już zginąć[13]. Część z nich trafiła do legionów Piłsudskiego, część walczyła w korpusie generała Hallera we Francji. Lwów jednak był w przeważającej mierze polski i oddanie go Ukraińcom nie wchodziło w grę. Natychmiast sformowała się ochotnicza armia złożona ze starców i chłopców. Skąpo uzbrojeni, stanowili obronę miasta, lecz gdy padli, nie było nikogo, kto by ich zastąpił. Jednakże zgodnie z odwieczną tradycją Polski miejscem kobiety na wojnie nie jest wyłącznie oddział szpitalny lub pole za pługiem. Do lwowskich okopów wmaszerowały posiłki - kompanie kobiet i dziewcząt.
Tysiące z nich walczyły równie dzielnie, co ich mężczyźni, setki padły na polu chwały[14]. We Lwowie znajduje się cmentarz, czczony w całej Polsce jako miejsce święte - leżą tam obrońcy Lwowa. Są tam i groby polskich żołnierek.
To z tego cmentarza pochodzą szczątki złożone w polskim Grobie Nieznanego Żołnierza - i to ten fakt czyni warszawski pomnik wyjątkowym w całej Europie, abstrahując od innych argumentów. Któż bowiem zaręczy, że na lwowskim cmentarzu wojennym wybór przypadkiem nie padł na kobietę?[15]
Nawet brutalność nazistów nie sięgała tak daleko, by zniszczyć ów niezwykły pomnik. Zniknęły dwa pałace i przeważająca część kolumnady, lecz trzy arkady pozostały. Żołnierz nadal pełni wartę przed grobem.
Zauważyłem, że dodano nazwy zwycięskich bitew drugiej wojny światowej, w których udział brali Polacy.
- A co więcej, wymieniono tam również polskie jednostki walczące na Zachodzie! - podkreślił pewien mój stary znajomy. - Początkowo podano tam tylko te bitwy, w których Polacy towarzyszyli Rosjanom. Ci zmagający się z Hitlerem u boku Brytyjczyków zostali zaklasyfikowani jako faszyści i imperialiści, a Monte Cassino i Tobruk się nie liczyły. Ale teraz wreszcie są wszystkie! Wątpię, czy dla was znaczy to tyle samo, co dla nas. To znak czasu. Rok temu nie uznawano istnienia polskiego podziemia, Armii Krajowej, a powstanie warszawskie traktowano tak, jakby stanowiło zbrodnię wobec Rosjan. Oficjalne podejście całkowicie się zmieniło, co musiało nastąpić, ponieważ było całkowicie sprzeczne z powszechnymi odczuciami. Ważniejsze jednak, że człowiek, który walczył na Zachodzie, zwykle nie miał lekkiego życia: podejrzewano go o bycie brytyjskim szpiegiem. Po południu spotka się pan z pewnym architektem. Walczył w Polskich Siłach Powietrznych w Anglii i dlatego mógł pracować tylko jako robotnik niewykwalifikowany. Teraz go "zrehabilitowano" - oczyszczono ze zbrodni walki za własny kraj. Wrócił do swojego zawodu. Muszę być uczciwy: nie wszyscy, którzy walczyli na Zachodzie, zostali tak podle potraktowani, jeden z nich został nawet czołowym urbanistą nowej Warszawy[16].
Przy jednym z głównych skrzyżowań stała gigantyczna budowla.
- To coś nowego - zauważyłem. - Tego tu nie było w 1945 roku.
- No pewnie, że nie! To siedziba polskiej partii komunistycznej[17]!
- Cóż, zakładam, że jest ona dostatecznie liczna, by potrzebować ogromnego budynku...
- Myślę, że tak. Ale wie pan, to my musieliśmy za nią zapłacić: my, naród. Oni twierdzą, że partia i rząd to jedno, więc ludzie mają płacić na siedzibę partii, jakby to był budynek rządu. W pewnym sensie to oczywiście to samo. To tutaj podejmuje się istotne decyzje. Wejdźmy do środka.
- To tak wolno?
- Hm, nie mogą mi zabronić, skoro dorzuciłem się do kosztów, prawda? Nie żeby tu było wiele do oglądania.
Skierował się w stronę rozległego dziedzińca. Gmachy biurowe nigdy nie są szczególnie porywające i nasza wizyta byłaby raczej nieciekawa, gdyby nie przypadkowe spotkanie z dwoma komunistycznymi posłami, znajomymi mojego znajomego. Jeden z nich serdecznie mnie przywitał i ruszył z nami do baru, drugi nie był już taki przyjazny. Ale jego towarzysz najwyraźniej świetnie się bawił, drażniąc się z nim niemiłosiernie.
- A słyszał pan ten kawał? - zapytał. - Jaka jest różnica między kapitalizmem a komunizmem? Nie zgadnie pan. W porządku, już mówię. Różnica między kapitalizmem a komunizmem jest następująca: w kapitalizmie człowiek wyzyskuje człowieka. A w komunizmie na odwrót. - Zachwycony, ryknął śmiechem. Jego przyjaciel potrzebował chwili, by zrozumieć puentę, po czym wbił w niego wściekłe spojrzenie. - Dziwna rzecz - ciągnął jowialny osobnik. - Aż do minionego października opowiadanie dobrych kawałów nie było bezpieczne. A dzisiaj może pan mówić, co chce, niczym nie ryzykując, a nie słyszy pan nawet połowy.
- A ja wczoraj usłyszałem nowy kawał - odparł mój znajomy, po czym zabrał się do opowiadania: - Pewien mężczyzna umarł i poszedł do piekła. Zobaczył tam dwie kolejki. Pod szyldem "Piekło kapitalistyczne" stał może z tuzin osób, do "Piekła komunistycznego" tłoczyły się tysiące. "Cóż to znaczy?", zapytał stojącego obok człowieka. "Co to jest piekło kapitalistyczne?". "Och, to okropność! Te kapitalistyczne diabły są wyjątkowo sprawne i dobrze zorganizowane. To straszne. Sieką pana brzytwami, leją na pana wrzącą wodę i palą żywym ogniem. To straszne!". "A piekło komunistyczne?". "To samo. Te same tortury". "To skąd różnica w kolejkach?". "Wie pan, komunistyczne piekło nie jest tak dobrze zarządzane. Brzytwy są tępe, woda ledwie letnia, ponieważ ogień wygasł, nie mogą też pana spalić, bo węgiel się skończył, a zapomnieli zamówić więcej, no i poza tym wszystkie komunistyczne diabły siedzą na naradzie produkcyjnej!".
Tego już skwaszony osobnik nie mógł znieść.
- Lepiej zbierajmy się na konferencję - rzekł sztywno.
- Pewnie ma pan rację - potaknął jego przyjaciel. - Cieszę się, że pana spotkałem i mogliśmy się razem pośmiać. Nasza konferencja nie będzie już tak rozrywkowa. Życzę miłych chwil i niech pan dzieli przez pół to, co pan usłyszy.
Przyrzekłem, że to, co zobaczę, pomnożę co najwyżej przez dwa. Ale kiedy obaj panowie odeszli, zwróciłem się do mojego przyjaciela.
- Co za orzeźwiająca zmiana! Może miałem pecha, ale bardzo niewielu komunistycznych działaczy wykazywało jakiekolwiek poczucie humoru. Ale ten gość... Cóż, jeśli to typowy...
- Skądże znowu! To raczej wyjątek. Dostał się do parlamentu w ostatnich wyborach, które były nietypowe, i od tamtej pory zastanawiamy się, jak się dostał. On zresztą też! Wątpię, czy długo zostanie.
- Ale jest komunistą.
- Jest członkiem partii komunistycznej - poprawił mnie przyjaciel. - Czy też, ściślej mówiąc, Zjednoczonej Partii Robotniczej. Komuniści wolą tę nazwę: nie kojarzy się tak bardzo z Rosją.
- No cóż, nie spotkałem nikogo, kto tak bardzo odbiegałby od komunistycznego wzorca.
- W Polsce spotkasz najróżniejsze typy. Tu nie ma czegoś takiego jak standardowy wzorzec.
- A to zawsze było bardzo prawdziwe twierdzenie.
- Powiedz mi jedną rzecz - zwrócił się do mnie, gdy ruszyliśmy w dalszą drogę. Raptem zmroził nas widok udekorowanej kwiatami tablicy pamiątkowej. Polacy niewiarygodnie cierpieli pod niemiecką okupacją. Naziści brali zakładników i wystarczyła najlżejsza prowokacja, by ich rozstrzeliwano. Jeśli polski chłopiec rzucił kamieniem w niemieckiego żołnierza, musiał zginąć tuzin osób. Jeżeli nie było pod ręką żadnych zakładników, pojmowano przechodniów na ulicy i bezzwłocznie tracono.
W 1945 roku na co drugiej ulicy widziałem krzyże namalowane na ścianach, które usiane były dziurami po kulach. Aż nazbyt łatwo można było sobie wyobrazić straszliwe sceny: człowiek wychodził na spacer lub do pracy i nigdy nie wracał, zastrzelony z powodu prawdziwej lub wyimaginowanej niemieckiej krzywdy. Dziś w miejscu malowanych krzyży pojawiły się kamienne tablice upamiętniające miejsca brutalnych egzekucji trzydziestu dwóch lub pięćdziesięciu czterech Polaków. Zawsze leżały tam kwiaty, które kładli krewni zabitych.
- Powiedz mi - odezwał się - dlaczego książka 1984 George'a Orwella stała się taką sensacją w Anglii i Ameryce?
- No cóż, była tak fantastyczna...
- Fantastyczna! - przerwał mi. - Człowieku, czy ty nie rozumiesz, że my do października żyliśmy w 1984 roku? Wielki Brat bezustannie na nas patrzył. A był o wiele skuteczniejszy niż naziści. Do października...
Miałem słyszeć tę frazę 100 razy dziennie. Po rewolucji w partii w 1956 roku i dojściu Gomułki do władzy atmosfera w Polsce ogromnie się zmieniła. Wprawdzie Polacy nadal niewiele mogli zrobić, ale przynajmniej mogli mówić, co im się podobało, i w pełni wykorzystywali tę dawno niespotykaną okazję.
- Cenzura? Ależ tak, ciągle istnieje. W zasadzie znowu staje się coraz ostrzejsza. Ale nadal tu i tam prześlizgują się ciekawe rzeczy. Jedno, co mnie dziwi, to powściągliwość narodu: na przestrzeni dziejów Polacy rzadko słynęli z powściągliwości! Wstrząsające straty wojenne, a zwłaszcza oblężenie Warszawy, czegoś nas nauczyły. Staliśmy się ostrożniejsi.
Zatrzymałem się przy kiosku. Na honorowym miejscu leżało czasopismo ilustrowane. Dawniej na okładkę dawano dziewczynę w kombinezonie obsługującą jakąś maszynę albo dorodną wiejską dziewuchę ze snopkiem zboża w objęciach. Teraz widniała tam kwitnąca, zgrabna i ponętna Miss Polski w skąpym kostiumie kąpielowym.
- Tak, tak. - Przyjaciel się uśmiechnął. - Może to nie jest kultura najwyższych lotów, ale zdecydowanie bardziej odpowiada gustom klientów! Tu za to mamy przekleństwo dzisiejszego życia!
Warszawa, siedziba partii komunistycznej
- To znaczy co? - Z trudem nadążałem, bo temat zmienił się błyskawicznie.
- To! - Wskazał na trzydzieści czy czterdzieści kobiet stojących w kolejce przed piekarnią. - Kolejki! Chcą, żeby nasze kobiety szły do pracy, a kiedy skończą, każą im stać w kolejkach po żywność. Jeśli któraś stoi mniej niż godzinę dziennie, to naprawdę ma szczęście.
Przyjrzałem się zmęczonym kobietom. Przywódcy polityczni zapewne nigdy nie myślą o tak przyziemnych sprawach jak kolejki. Brakuje dostaw, utrzymują się niedobory wielu towarów. Kobieta pracuje więc osiem godzin dziennie, później stoi godzinę w ogonkach, a potem może wreszcie iść do domu, by zająć się dziećmi i codziennymi obowiązkami. Nie ma łatwego życia!
- A to inny znak, że czasy się zmieniły! - rzekł przyjaciel, wskazując na reklamę kursu esperanto.
Ten jakże popularny język wynalazł Polak, doktor L.L. Zamenhof[18]. Zamenhof, urodzony pod litewską granicą i wykształcony w Warszawie, aż nadto wyraźnie dostrzegał konflikty między otaczającymi go ludźmi różnych wyznań, języków, narodowości i kultur: Niemcami, Żydami, Rosjanami, Polakami. Nikt nikogo nie rozumiał i nikt nikomu nie ufał. Zamenhof uznał, że jednym z głównych czynników sprzyjających swarom są odmienne języki. Dlatego jeszcze jako student postanowił przezwyciężyć te lingwistyczne trudności dzięki stworzeniu sztucznego języka, opartego na logicznych koncepcjach i pozbawionego gramatycznych niuansów, języka neutralnego, którego wszyscy mogliby się nauczyć obok swojej mowy ojczystej. Włożywszy w to zadanie ogrom pracy i badań, opracował wymyślony język i zaczął go uczyć grono znajomych. Wtedy jednak zainterweniował ojciec chłopaka: Ludwik najpierw miał się nauczyć zarabiać na życie, a dopiero potem mógł bawić się swoimi pomysłami.
Zamenhof odłożył więc swoje plany na bok i skupił się na studiach medycznych. Został okulistą, a ponieważ oferował swoje usługi najtaniej, jak mógł, pomagał chorym, którzy byli zbyt biedni, by zasięgnąć porady u jego droższych kolegów po fachu. Ponownie podjął też pracę nad nowym językiem, nazwanym przezeń esperanto, czyli "osoba mająca nadzieję". Pomimo ogromnych trudności zyskał rosnące grono zwolenników we wszystkich krajach i doczekał się chwili, kiedy na międzynarodowych kongresach słychać było rozmowy w jego języku. Otrzymywał też listy pisane w esperanto od ludzi na całym świecie.
Głoszący jednak internacjonalizm komuniści nie są już tak entuzjastycznie nastawieni do praktykowania esperanto, chyba że odbywałoby się to pod ich kontrolą. "Do października" było ono surowo zakazane. Teraz nauczanie tego języka gwałtownie odżyło - wspomniany plakat był pierwszym z dziesiątków innych, które widziałem.
- Wracając do cenzury... - podjąłem rozmowę.
- Właśnie. Różni się ona surowością, bo w końcu cenzorzy, jak to ludzie, różnią się od siebie. No cóż, może słyszałeś ten dowcip, że w Jugosławii wolno mówić, co ci się żywnie podoba, o Rosji, ale nie wolno krytykować rządu, a w Polsce na odwrót: wolno mówić, co ci się żywnie podoba o rządzie, ale nie wolno krytykować Rosji. Wspominałem, że zachowywaliśmy się powściągliwie: jesteśmy uwiązani do Rosji, czy nam się to podoba, czy nie. Nawet gdyby Gomułka był konserwatystą, a nie komunistą, to nadal byłby uwiązany do Rosji. Rozumiesz to, prawda?
- Tak. Granica na Odrze i Nysie.
- No właśnie! Wybierasz się na Ziemie Nowe?
- Tak.
- To dobrze. Potraktujesz Polskę uczciwie, prawda? Nie mamy powodu, by kochać Niemców. - Wskazał ręką na kolejną tablicę: informującą, że w tym miejscu rozstrzelano czterdziestu czterech Polaków. - Będziesz serdecznie witany. Jeśli pociąg będzie zatłoczony, powiedz tylko, że jesteś Anglikiem, i zaraz znajdzie się miejsce! Nocujesz w Bristolu?
- Tak, ale się wyprowadzam. Mnóstwo tam zagranicznych gości, przeważnie Amerykanów polskiego pochodzenia, którzy przyjechali odwiedzić kraj przodków. Tacy ludzie bywają interesujący, ale ci niemal cały czas mi tłumaczą, że w Stanach wszystko jest nieporównanie lepsze, o czym już wiem.
Musiałem jednak przyznać, że chociaż obsługa była powolna, to posiłki okazały się smaczne.
Minęliśmy pomnik Kopernika, kolejnego Polaka - mimo że Niemcy usiłowali go zawłaszczyć, gdy okupowali jego rodzinne miasto.
- A czy odrestaurowano już pomnik Szopena? - zaciekawiłem się.
- Skończą jeszcze w tym roku - odparł. - Cóż to będzie za dzień, jakież uroczystości!
Zazwyczaj pomniki niezbyt mnie pociągają. Ale pomnik Szopena, największego polskiego kompozytora, w Parku Łazienkowskim zawsze mnie fascynował. To nie była mieszanina mętnych alegorycznych aluzji - rzeźba przedstawiała Szopena jako młodego człowieka siedzącego pod drzewem. Gałęzie nad głową artysty gięły się na wietrze, a on słuchał swojej muzyki. Wspaniałe to było dzieło - a Niemcy je zniszczyli, przetapiając na amunicję.
Przyglądałem się reklamom, które mogą rzucić światło na życie kulturalne miasta. Opera jak zwykle była zamknięta z powodu letniej przerwy, ale większość kin i teatrów działała. Te pierwsze oferowały szeroki repertuar, od rosyjskich filmów po westerny - i Kochanka lady Chatterley[19]. W teatrach podobnie - grano zarówno klasyczne sztuki, jak i kryminał Agathy Christie.
- Kolosalny sukces! - oznajmił mój przyjaciel. - Możliwy dopiero po październiku. Teraz będziesz mógł sprzedać w Polsce parę swoich książek.
Najwyraźniej jednak bieda mi nie groziła. Zrobiłem jedno czy dwa zdjęcia, zanim się ściemniło - jakiś mężczyzna zatrzymał się koło mnie i chciał kupić mój aparat. Kiedy odmawiałem, wydawało mi się, że próbuje wyciągnąć mi z kieszeni portfel. Ale on sprawdzał w palcach jakość materiału mojej marynarki.
Nigdy specjalnie nie interesowałem się garderobą, moje ubranie też nie było ani nowe, ani kosztowne, a jednak wyglądało na to, że należałem do najlepiej odzianych ludzi w całej Warszawie.
- Dam panu trzy tysiące złotych za pański garnitur! - oznajmił mężczyzna.
Ponownie odmówiłem. Polska może się wprawdzie liberalizować, ale gdybym przechadzał się po Warszawie w samej bieliźnie, mógłbym wywołać sensację.
Ruszyliśmy dalej.
- On mi zaproponował trzy tysiące złotych! - skonstatowałem i raptownie uświadomiłem sobie, co to znaczy. - Ależ to niemal trzysta funtów!
- Po oficjalnym kursie wymiany - stwierdził przyjaciel. - W Polsce rzeczy są dość drogie.
Później miałem się przekonać, że było to wybitne niedomówienie.
Nie potrzebowałem pogłębionych badań, by zorientować się w problemach ekonomicznych polskich obywateli. Ceny były ujednolicone, sztywno ustalane przez rząd, a do tego bardzo wysokie. Sami przywódcy komunistyczni przyznawali, że wielu robotników ma kłopoty z utrzymaniem się ze swoich zarobków.
Niełatwo przełożyć szczegóły polskiej gospodarki na język obcych walut. Oficjalny kurs złotego (trwale powiązanego z rosyjskim rublem) wynosi 11,20 złotych za funta sterlinga. Istnieje też specjalny kurs dla turystów, wynoszący 67,20 złotych za funta, a przelicznik na czarnym rynku zaczyna się od 300 złotych. Jeśli chodzi o siłę nabywczą, to można rozsądnie przyjąć, że wynosi ona co najmniej 100 złotych za funta.
Przypuszczam, że powinienem oprzeć swoje wyliczenia wyłącznie na oficjalnym kursie. Jego niewyobrażalne przeszacowanie nie ma jednak znaczenia dla celów porównawczych. Przeciętne wynagrodzenie w Polsce wynosi około 1000 złotych miesięcznie, czyli - powiedzmy - 24 funty tygodniowo. Brzmi to cudownie i zachwyciłoby zwolenników "polityki wysokich płac". Bardziej realistyczni pracownicy wiedzą, że kryterium praktyczne stanowi nie wysokość wypłaty, lecz to, co można za nią kupić.
Stawki w Warszawie są nieco wyższe, na prowincji - nieco niższe. Różnice między wynagrodzeniem pracowników wykwalifikowanych i niewykwalifikowanych są dużo większe niż u nas. Wykwalifikowany górnik może zarobić 2500 złotych miesięcznie, a nawet więcej, jeśli przekroczy "normę" czy przeciętne dzienne wydobycie. Niewykwalifikowany robotnik dostaje tylko 700 złotych. Naukowcy i przedstawiciele zawodów technicznych są bardzo dobrze opłacani, ale nauczyciele i pracownicy banków otrzymują około 900 złotych miesięcznie, pielęgniarki - 770 złotych, a początkujący lekarze - 1000 złotych.
Koszty mieszkania dla większości pracowników są bardzo niskie, lecz sytuacja mieszkaniowa jest przerażająca: na jedną izbę przypada średnio 2,2 osoby. Gaz i elektryczność nie są przesadnie drogie: około 60 złotych miesięcznie w małym mieszkaniu. Podatek dochodowy i inne podatki bezpośrednie nie są wysokie - pierwszy wynosi około 10 procent dochodu.
Jednak przeciętne ceny żywności i artykułów konsumpcyjnych są szokujące*. Poświęciłem kilka godzin na wędrówkę po sklepach, żeby wynotować ceny. Funt chleba: 3 szylingi 8 pensów, funt wołowiny: 22 szylingi (lepsze kawałki: 28 szylingów), funt wieprzowiny: 28 szylingów, szynka: 2 funty, kiełbasa: 16 szylingów, śledzie: 13 szylingów, dorsz: 24 szylingi, a kurczaki: 3 funty.
Polska produkuje znakomite warzywa. Kapusta i ziemniaki sprzedawane są po szylinga i 6 pensów za funt, jabłka - po 6 szylingów za torbę, a kalafior - po 8 szylingów za sztukę. Towary importowane są o wiele droższe: jedna pomarańcza kosztuje 10 szylingów.
Ubrania są bardzo drogie, tańsza odzież zaś - tandetna. Koszula kosztuje od 6 do 12 funtów, spodnie flanelowe 80 funtów, licha marynarka i spodnie 65 funtów, a skromnej jakości dwuczęściowy garnitur - od 125 do 250 funtów. Ceny butów wahają się między 17 (za płócienne) a 100 funtami.
Książki, piwo i papierosy są relatywnie tanie. Butelka polskiej whisky kosztuje 8 funtów, szkockiej - 40. Funt kawy można kupić za 12 funtów.
Landrynki to wydatek 18 szylingów za funt, czekolada - 22 szylingi za tabliczkę ważącą 3,5 uncji[20]. Niekiedy widywałem w sklepach angielską czekoladę, przysyłaną w paczkach przez Polaków pozostających za granicą. Sześciopensową tabliczkę mlecznej czekolady Cadbury wyceniano na 1 funta i 14 szylingów.
Gospodyni domowa, która dysponuje tygodniowym dochodem w wysokości 24 funtów, przeżyje niewątpliwie ciekawe, acz trudne chwile, sporządzając listę zakupów przy takich cenach! W porównaniu z brytyjskimi cenami przeciętne polskie wynagrodzenie jest warte niewiele ponad 2 funty 10 szylingów na tydzień. Kto by wyżył za te pieniądze?
Polacy, oczywiście, cieszą się bezpłatną służbą zdrowia i innymi świadczeniami socjalnymi podobnymi do naszych. Gaz i elektryczność są tańsze niż u nas, czynsze zaś o wiele niższe. Nie zmienia to faktu, że życie jest bardzo trudne w wymiarze ekonomicznym. Gdyby czytelnicy przeoczyli mój przypis, przypomnę, że oparłem swoje szacunki na oficjalnym kursie, czyli 11,20 złotych za funta sterlinga. Jest to jednak tak nierealistyczny przelicznik, że przestaje się go używać - na przykład niemal kompletnie ignoruje się go w handlu zagranicznym. Ale bez względu na to, czy przyjmiemy 11,20 złotych za funta, 67,20 złotych za funta, czy 100 złotych za funta, siła nabywcza przeciętnego polskiego wynagrodzenia to niewiele ponad 2 funty 10 szylingów tygodniowo.
Ekonomiści lubią szacować siłę nabywczą lub "realne płace" i obliczać, jak długo pracownik musi się trudzić, by kupić podstawowe produkty. Porównanie między Wielką Brytanią a Polską (odpowiednio 4 funty 4 szylingi za godzinę oraz 7 złotych za godzinę) wygląda następująco:
Wielka Brytania
Polska
Towar
Potrzebny czas pracy (w minutach)
Mąka (1 kg)
17
54
Chleb (1 kg)
15
34
Ziemniaki (1 kg)
6
18
Mięso (1 kg)
75
250
Mleko (1 l)
15
21
Godziny
Garnitur przeciętnej jakości
44
210
Buty
15
110
Kawa (1 kg)
4
40
Herbata (1 kg)
3
33
Wszystkie szacunki prowadzą do tego samego wniosku - poziom życia w Polsce jest żałośnie niski, nawet jeśli uwzględnimy niewielkie czynsze i niskie podatki bezpośrednie.
Uważam, że najlepszą metodą do przeprowadzenia moich okazjonalnych badań jest zadawanie przy każdej sposobności kilkunastu wybranych pytań. Jedno pytanie zadałem dobre kilkaset razy: "Jak żyjecie?".
Nad odpowiedzią zastanowimy się później, kiedy bliżej zapoznamy się z Polską. Musimy również ustalić, dlaczego ceny są tak wysokie. Zobaczymy, że polska gospodarka odegrała już ważną rolę w kształtowaniu ostatnich wydarzeń, a jej wpływ nadal sięga daleko.
***
Może jednak przekraczam tu swoje kompetencje. Rosyjski Pałac Kultury i Nauki, pomnik Mickiewicza, Stalinograd i Katowice, Stare Miasto, plac Piłsudskiego, Grób Nieznanego Żołnierza, "do października", Gomułka, siedziba partii komunistycznej, granice na Odrze i Nysie - jeśli mamy zrozumieć znaczenie tych pojęć, musimy zorientować się w polskiej historii. To z kolei pozwoli nam wyjaśnić obecną dominację Rosji nad Polską, a także fakt, że polscy pracownicy nie są w stanie utrzymać się ze swoich zarobków i narzekają na swoich pryncypałów.
Polacy zawsze żyli historią, ją zaś określała geografia - bieda liliputa wciśniętego między dwóch goliatów. Nawet pobieżny rzut oka na dzieje kraju da nam klucz do większości jego współczesnych dylematów i pozwoli zrozumieć charakterystyczne cechy jego mieszkańców.
To ważne, byśmy rozumieli Polskę, ponieważ zmaga się ona z najgroźniejszymi dla świata problemami. Jeśli ludzie będą na tyle głupi, by znowu ruszyć na wojnę, to zarówno okazja, jak i powód znajdą się zapewne w Polsce. Zaiste szczęśliwy jest kraj, który nigdy nie zasłużył na wzmiankę na czołówkach gazet. Jednak zrządzeniem losu Polska aż nazbyt często - jak na jej gust - staje się przedmiotem dramatycznych doniesień. Osiemnasto- czy dziewiętnastowieczny Anglik, powróciwszy do życia, zgłębiałby w bezradnym zdumieniu złożoną naturę europejskiej sceny - Polak zaś, urodzony w tej samej epoce, czułby się jak w domu, ponieważ główne problemy dotyczące przetrwania jego kraju mimo upływu lat w zasadzie się nie zmieniły.
Polski obyczaj życia historią bywa bardzo irytujący. Anglicy i Amerykanie, spierający się z Irlandczykiem o bieżące sprawy, odkrywają, że ma on kłopotliwą skłonność nawiązywania do Olivera Cromwella[21], którego związek z aktualnymi zagadnieniami nie zawsze jest oczywisty. Jednak nie zdołamy zrozumieć irlandzkiego punktu widzenia, o ile nie jesteśmy gotowi odwołać się właśnie do Olivera Cromwella. Tak samo jest z Polakami.
Paderewski, wielki pianista, który w 1919 roku został pierwszym premierem odrodzonej Polski[22], miał ulubioną anegdotę. Pewien profesor uniwersytecki dał do opracowania studentom pochodzącym z różnych krajów ogólne zagadnienie - "słoń". Student Anglik spłodził esej Słoń i metody upolowania tegoż. Francuz zatytułował swoje wysiłki: Życie miłosne słonia. Niemiec, po wyczerpujących badaniach, stworzył potężny elaborat Wprowadzenie do wstępnych studiów nad gastronomicznym potencjałem słonia. Amerykanin napisał Jak uzyskiwać lepsze i większe słonie. Rosjanin, wypaliwszy mnóstwo cygar, oddał pracę z zaskakującym nagłówkiem Słoń, lecz czy istnieje? Polak zaś opatrzył swoje dzieło tytułem Słoń a sprawa polska.
Było to całkowicie usprawiedliwione. Przez dwa wieki Polska stanowiła główny problem w burzliwej mieszaninie spraw europejskich. Ktoś, kto twierdziłby, że udało mu się ostatecznie go rozwiązać, byłby nie tyle zuchwały, ile pochopny.
* Wszystkie ceny obliczałem na podstawie oficjalnego kursu wymiany walut. Turyści zapewne chętniej zastosują specjalny przelicznik, który ich obowiązuje, tak więc podzielą podane ceny przez sześć. Co jednak oczywiste, średnia tygodniówka wynosząca 24 funty będzie się równać 4 funtom.