PrologŻeby tylko wojny nie było...
Gdy się ocenia sytuację z perspektywy Zachodu, wszystko wydaje się jasne - Ukraina jest zagrożona, a Rosja to agresor. Jeśli jednak wybierzemy się na ukraińsko-rosyjskie pogranicze, zajrzymy do zagrzebanych w śniegach przysiółków czy pokołchozowych wiosek, to przekonamy się, że tu nic nigdy nie było proste, nic nie było czarno-białe. W każdym razie jeszcze pod koniec stycznia 2022 roku. Lata istnienia Związku Radzieckiego, a nawet raczkującej ukraińskiej niepodległości pomieszały ludzkie losy i interesy. Widmo wojny zawsze tu było nierealne, nierzeczywiste, niewyraźne. Tak jak granica między Rosją a Ukrainą. W każdym tego słowa znaczeniu. Na mapach, ale także w głowach i sercach. Nawet języki się pomieszały i powstał surżyk, dziwadło pogranicza, które słowa ukraińskie przeplata albo zastępuje rosyjskimi. I odwrotnie. Jak komu pasuje, jak kto z domu wyniósł albo w domu przyjął.
Jest takie miejsce na krańcach Ukrainy, gdzie granica biegnie przedziwnie. Raz prosto, raz zakosami. Załamuje się, zagina pod kątem prostym, a potem znowu - prosto jak strzelił przez dziesiątki kilometrów. Nikt nie wie dlaczego. Nawet miejscowi nie rozumieją. Tak już jest, tak zapisali i trzeba się przyzwyczaić. A nie zawsze tak było.
- Wracaj do chaty, Ukrainka! - Starszy mężczyzna rozparty w przęśle rozwalonego płotu uśmiecha się, ukazując złotą jedynkę. A jakże, w uszance, filcowanych gumiakach i watowanej kurtce moro.
Zawsze drażniły mnie takie stereotypowe figury, ale teraz stereotypowa figura stoi, patrzy na mnie i ponagla żonę, która już dobre pół godziny stoi i gada za płotem z dziwakami z zagranicy.
- Zdrast'ie - rzuca niby grzecznie, opędzając się ręką od nachalnego żurnalisty, który chętnie i z nim by pogadał.
Ale on nie chce gadać. Rozpycha buciorami śnieg i brnie w stronę komórki po drugiej stronie ulicy. Ulicy, której w tych zaspach można się tylko domyślać. Na tyle kufajki, na jego plecach, widać nieco wyblakły, acz wciąż dumnie brzmiący napis "Ukrtelecom" z logo ukraińskiego operatora telekomunikacyjnego.
- Mąż jest z Rosji, a ja z zachodniej Ukrainy.
Olha Samojłowa mówi pięknym, twardym ukraińskim. Czasem tylko zamienia niektóre słowa na rosyjskie, ale to wszystko brzmi bardzo naturalnie. Jest emerytką. Ma siedemdziesiąt, może siedemdziesiąt pięć lat. Chodzi z trudnością. Wspomaga się drewnianą laską, która jak przedłużenie ręki wystaje z rękawa jej za dużego płaszcza i pozwala utrzymać równowagę w zaspach. Długo pozwala, bo Olha lubi mówić, a tu rzadko trafia się taki, co chce słuchać. Teraz się trafił, to kobieta opowiada. O wszystkim. O dzieciach, wojnie, emeryturze, życiu na granicy, strachu, ale też nadziei. Z uśmiechem w starych oczach.
- Kiedyś to był węzeł łączności. Wszyscy tu pracowaliśmy. Łączyłam rozmowy - podkreśla dumnie, a to znaczy, że stanowisko musiało być ważne. - Ludzie do Ameryki dzwonili, do Gruzji. Teraz to pozamykali, bo wszystko mobilne, a my, starzy, nie jesteśmy mobilni - śmieje się - więc zostaliśmy i swoich lat tu dożywamy.
Cały przysiółek to właściwie dwa jednopiętrowe, typowo kołchozowe bloki pracownicze. Budynek centrali łączności częściowo się rozpadł ze starości, częściowo go rozkradli, a domy dawnych pracowników z cywilizacją łączą tylko nowe instalacje gazowe i kable elektryczne. Pociągnięte na zewnątrz, po elewacji, wbrew jakimkolwiek przepisom i zasadom. Tak się pracowało i mieszkało w Związku Radzieckim. Im bliżej zakładu, tym lepiej. Wszyscy byli zadowoleni. Dyrekcja, bo każdy stawiał się w pracy na czas, a pracownicy, bo nie trzeba było dojeżdżać. Z czasem mikroosiedle obrosło w dzikie ogródki i szopy, które oswajały to odludzie. Powstała placówka na granicy, choć granica dopadła to miejsce dużo później.
- Tam już Rosja. - Olha wskazuje laską w stronę szopy z ogródkiem, w której zniknął jej mąż. - Kiedyś był nawet kołchoz. Ludzie od nas tam pracowali. Buraki od nich dostawaliśmy i cukier. Wszyscy w zgodzie żyli i patrzcie, na co nam przyszło, Hospodi...
- Znaczy Rosja już tam, za waszymi ogródkami? - chcę się upewnić.
- Nie! Ogródki już w Rosji!
Żeby to zrozumieć, musiałem sięgnąć po telefon i mapy. Granica rzeczywiście przecięła przysiółek wzdłuż drogi, na której staliśmy. Budynki mieszkalne zostały w Ukrainie, ogródki i chlewiki są po rosyjskiej stronie. Niedaleko znajduje się posterunek Ukraińskiej Straży Granicznej. Patrole ostatnio często tędy jeżdżą, ale ludzie żyją tak, jak żyli. Nikt im tu przecież paszportów nie będzie sprawdzał, jak po ziemniaki do komórki idą. Na razie, bo nikt nie wie, co będzie dalej. A mówią, że będzie wojna.
- Żeby oni się jakoś dogadali i tej wojny nie było - wzdycha staruszka. - Ileż nam tego życia zostało? Trzeba żyć i się cieszyć!
Według papierów przysiółek należy do wsi Tokariwka, ale stąd do Tokariwki dobrych parę kilometrów. A tu ani sklepu, ani poczty, ani lekarza. Takie życie "na węźle", jak mówią miejscowi. Kiedyś był zakładowy autobus. Jeździł i do ukraińskiego Charkowa, i do rosyjskiego Biełgorodu. I do jednego, i do drugiego jest mniej niż 50 kilometrów. Był czas, że Rosjanie na zakupy przyjeżdżali tutaj, bo było taniej. Teraz się zmieniło.
- Mąż pojechał się do nich szczepić. Puścili go, to zakupy od razu zrobił. Za granicą nawet kasza dwa razy tańsza niż u nas. I gaz tańszy. A tu emerytura nieduża. Mąż ma wszystkiego dwa i pół tysiąca hrywien, to przecież mniej niż sto dolarów.
Po rosyjskiej stronie Olha ma syna, synową i wnuki. Nie widziała ich już dwa lata. Nie ma sił biegać po urzędach za pozwoleniami i pieczątkami, bo granica z Rosją jest teraz zamknięta. Działają tylko cztery przejścia na ponad 1,7 tysiąca kilometrów lądowego kordonu. Trzeba mieć czas i zdrowie, a tego coraz mniej.
- Z synem rozmawiam przez telefon. Mówi, że żadnego natarcia nie będzie. On już tam Rosjanin, z rosyjskim paszportem. Ja mam teraz własnego syna mieć za wroga?
Nadia Michajłowna, sąsiadka Olhi, na "węźle" żyje już pół wieku. Wierzy, że tej kolonii na końcu świata wojna, jeśli już przyjdzie, nie ruszy, więc po co nerwy tracić. Już nawet telewizję rzadko ogląda, bo tam tylko o wojnie. Sama nie ma rodziny w Rosji, ale widzi, że granica to problem dla tych, którzy mają. Nie chodzi tylko o kontakt z bliskimi.
- Nie da się tak prosto powiedzieć, kto tu bardziej za Rosją, a kto za Ukrainą. U nas trzy, może cztery rodziny mają tam krewnych. Wie pan, jak to mówią, ciągnie człowieka, gdzie się urodził. Dusza im tam została.
Nadia Michajłowna z trudem rozgarnia furtką pryzmę śniegu, a potem drepcze w stronę dawnej dyspozytorni centrali telefonicznej, gdzie przepracowała całe życie. Aż do emerytury na "węźle". Trzeba zrobić trochę kroków każdego dnia, bo inaczej człowiek zgnije w domu. Zimą spacery są krótsze, bo trudniej chodzić po zaspach, a odgarniać nie ma komu. Jej porządku dnia nie zmieniły ani ostatnie groźby wojny, ani żadne poprzednie, bo przecież w ciągu ostatnich lat w telewizji już nieraz mówili, że Rosja zaatakuje Ukrainę.
- Oglądamy to, co pokazują, i tak sobie porównujemy z tym, co u nas. A u nas spokojnie. Mamy tylko nadzieję, że jak coś się stanie, to Europa i Ameryka będą nas wspierać, bo teraz znowu się Ukrainą interesują.
"Węzeł" jest właściwie wmontowany w granicę. Gdziekolwiek spojrzeć, płoty i druty żyletkowe, których drapieżne linie wiją się po okolicznych polach aż po horyzont.
- Do dwa tysiące czternastego roku tego tu nie było. Wszędzie tylko zboże i tabliczki, że granica państwa - tłumaczy jeden z pograniczników, który oprowadza mnie wzdłuż zasieków. - Teraz najpierw są trzymetrowe rowy, potem wał ziemny, potem kontrolny pas ziemi...
- Kontrolny pas?
- Tak. To znaczy "czysty". Jeśli ktoś nielegalnie przejdzie, wtedy zostawi ślady. To ułatwia patrolowanie. Z drogi, która biegnie wzdłuż granicy, widać od razu. W zimie jest łatwiej, bo śnieg. Na razie tak daleko, jak sięgają nasze urządzenia, żadnych ruchów wojsk Federacji Rosyjskiej po tamtej stronie nie obserwujemy.
Te urządzenia pograniczników to rozrzucone wzdłuż granicy wieże obserwacyjne z termowizją. Gdzieniegdzie fragment okopu i stanowiska ogniowe, ale bardzo rzadko. Wszystko jest częścią projektu "Stina", czyli "Mur", który rząd w Kijowie ogłosił po aneksji Krymu i wybuchu wojny na Donbasie. Za 2,5 miliarda hrywien Ukraina uszczelniła lądową granicę na tyle, na ile można uszczelnić najdłuższy w Europie odcinek przylegający do Rosji. "Stina" nie powstrzyma ani czołgów, ani artylerii, ale nie taka jest funkcja tych umocnień. Ukraina po raz pierwszy w historii próbuje wyraźnie i stanowczo odgrodzić się od trudnego i nieprzewidywalnego sąsiada. To szczególnie ważne w części kraju, gdzie wpływy Rosji zawsze były bardzo silne, co pokazały dramatyczne wydarzenia roku 2014.
Z "węzła" na granicy do Charkowa, największego miasta na wschodzie Ukrainy, jedzie się około 40 minut. Z obowiązkową przerwą na kawę, bo w tym kraju nic nie dzieje się bez kawy. Nad jedną z przydrożnych kawowych budek stoi potężny billboard z przekreślonym dwugłowym orłem na czarno-niebiesko-czerwonym tle, ujętym w coś w rodzaju znaku zakazu. Obok napis: "Zagrożenie separatyzmem? Dzwoń!". I tu numer linii jednego z wydziałów Służby Bezpieczeństwa Ukrainy (SBU). Przekreślony symbol to flaga i herb samozwańczej Donieckiej Republiki Ludowej (DRL), która wraz z Ługańską Republiką Ludową (ŁRL) powstała z inspiracji i pod protektoratem Rosji, w częściach wschodnich obwodów Ukrainy. W Donieckim Zagłębiu Węglowym, na Donbasie. Osiem lat temu niewiele brakowało, by Charków stał się stolicą trzeciej republiki. Przez jakiś czas głoszono nawet jej powstanie. Charkowska Republika Ludowa miała być z dwoma pozostałymi odpowiedzią na kijowską rewolucję godności przełomu 2013 i 2014 roku. Separatyzm niewiele miał z tym wspólnego. Antyukraińska rebelia na Donbasie od początku stanowiła rezultat rozegrania przez rosyjskie służby lokalnych nastrojów i antagonizmów. To była krwawa rozgrywka. Podczas zamieszek i demonstracji zwolenników oraz przeciwników ukraińskiej rewolucji godności w Charkowie zginęły dwie osoby, a ponad sto zostało rannych. W mieście kotłowało się przez kilka miesięcy. Padały strzały. Kijów do spacyfikowania zwiezionych do miasta prorosyjskich bojówek użył jednostek antyterrorystycznych. Symbolicznym momentem było obalenie we wrześniu 2014 roku pomnika Lenina, który górował nad placem Wolności od 1963 roku. Dziś jest tu skwer, a zimą - lodowisko. Po wydarzeniach tamtej wiosny został tylko niebiesko-żółty namiot z napisem "Wszystko dla zwycięstwa" i swoistym parkiem pamięci związanym z ośmioma latami wydarzeń na wschodzie Ukrainy.
- Już trzy razy go podpalali - mówi mi Walerij Pieresybkin. Można powiedzieć, że jest kustoszem tego miejsca. Sam wygląda jak eksponat. Na piersi swojego mocno przechodzonego uniformu w pikselowe moro dumnie nosi szewron z napisem "Samoobrona Majdanu".
- Charkowskiego Majdanu? - upewniam się.
- Tak! - Z dumą unosi długą, zaczesaną do przodu brodę, która jeszcze wydłuża jego spiczasty podbródek. - W dwa tysiące czternastym, o, na tym budynku, wywiesili rosyjską flagę. - Wskazuje brudnym rękawem siedzibę charkowskiej administracji. - Wtedy tituszki, znaczy rosyjscy prowokatorzy, rządzili w mieście. Ze sto autobusów ludzi z Rosji na demonstracje przywieźli. Nic to nie dało! Lenina i tak żeśmy obalili! Ale separatyści cały czas są tutaj niebezpieczni.
Jeszcze długo po charkowskim Majdanie w mieście nie było spokojnie. Wybuchały bomby, ginęli ludzie, ale Lenin na plac Wolności nie wrócił. Piękny, dostojny Charków, gdzie w hotelu zamiast powitalnego menu w pokoju można znaleźć Martwe dusze Gogola, nie utrzymał się w moskiewskiej strefie wpływów, choć społeczne i gospodarcze relacje mieszkańców z Rosją od lat pozostawały bardzo silne. Może to przez stanowczą reakcję Kijowa, a może postawę samych charkowian? To miasto ma inną historię niż przemysłowe Donieck czy Ługańsk. Tu wpływy ukraińskie zawsze były silniejsze niż na Donbasie, gdzie jak do ziemi obiecanej ciągnęli ludzie z całego Związku Radzieckiego. Przyjeżdżali, osiedlali się, ale - jak mówiła Nadia Michajłowna na "węźle" - dusza zostawała gdzie indziej. W pierwszych dniach lutego 2022 roku Charków żył normalnie, mimo że prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski w jednym z wywiadów przyznał, że w razie wojny miasto może trafić pod rosyjską okupację.
- Nie ma powodów do niepokoju. Jak pan widzi, w mieście nie ma paniki ani kolejek do sklepów - uspokaja w swoim gabinecie Ihor Terehow, przewodniczący charkowskiej Rady Miejskiej. - Niestety już prawie osiem lat żyjemy w takiej trudnej rzeczywistości. Przywykliśmy do tego napięcia. Raz jest większe, raz mniejsze. Dwieście kilometrów stąd mamy front na Donbasie, czterdzieści kilometrów - granicę.
- A wewnętrzne zagrożenia? Ten tak zwany "prorosyjski separatyzm", przed którym ostrzegacie?
- Sytuacja jest zupełnie inna niż w dwa tysiące czternastym roku. Ja dzisiaj takiego zagrożenia nie widzę, ale - jak to się mówi - strzeżonego Pan Bóg strzeże. Stąd te billboardy.
Mer Charkowa w jednym miał rację. Osiem lat temu sytuacja przedstawiała się inaczej. Wtedy Moskwa próbowała przejąć miasto, grając na prorosyjskich i antyukraińskich nastrojach. Nowy plan Kremla był inny. Miesiąc po tym, jak Walerij Pieresybkin opowiadał mi o charkowskim Majdanie i początkach wojny, w jego namiot uderzyły pierwsze rosyjskie rakiety, a na "węzeł" wjechały rosyjskie czołgi. Zaczął się nowy, dziewiąty rok wojny.
ROK PIERWSZY
Zwycięstwo na alufelgach
Josif Wissarionowicz łypnął na pobladłych pracowników Gorkowskiej Fabryki Samochodów i spytał:
- To za ile, towarzysze, naszą ojczyznę macie zamiar sprzedawać?
Była druga połowa czerwca 1945 roku. Do wielkiej parady zwycięstwa na placu Czerwonym w Moskwie zostało zaledwie pięć dni. Poza całym militarnym dorobkiem zakładu, który nawet pod bombami nie zatrzymał produkcji, kolektyw miał na niej zaprezentować coś wyjątkowego. Coś, co przewiezie radzieckiego człowieka w nowy, powojenny czas. Stalin przeglądał się w wypolerowanych blachach, gładził chromy i zaglądał w gardła zaprezentowanych mu przez konstruktorów dwóch maszyn, z których jedna kryła czterocylindrowy, a druga sześciocylindrowy silnik.
Przy tym wszystkim delektował się grozą, która po jego słowach zawisła w powietrzu.
- No powiem - odezwał się wreszcie - że takie małe zwycięstwo wam z tego wyszło.
Sprężone w płucach gości Stalina powietrze powoli wracało do obiegu.
- No to niech będzie "Zwycięstwo", "Pobieda" - zamknął temat gospodarz i ochrzcił pierwszy prawdziwie radziecki samochód osobowy, klepiąc go po wydatnym błotniku.
Do niezbyt szczęśliwego pomysłu nazwania maszyny "Rodina", czyli "Ojczyzna", nikt już nie wracał.
Z pobiedą radzieccy konstruktorzy męczyli się już dobrych parę lat. Część konstrukcji podpatrzono u amerykańskiego Forda, część u niemieckiego Opla. Reszta to była inżynierska droga prób i błędów. W rezultacie powojenne już prototypy były niewygodne, wolne, ciężkie i paliły tyle co czołgi. Z czasem dorobiono im elektryczne wycieraczki, ogrzewanie i lampkę z abażurem w kabinie. Cenę wersji ludowej autorytet Józefa Stalina ustalił na 16 tysięcy rubli, co odpowiadało kosztowi mniej więcej ośmiu garniturów. I choć cena auta miała się nigdy nie zmienić, ostatecznie wzrosła do 200 tysięcy. Z taśmy Gorkowskiej Fabryki Samochodów zjechało prawie ćwierć miliona egzemplarzy pobiedy. Rewolucyjny dizajn i opływowe kształty z czasem doceniono za granicą, a Moskwa chętnie podzieliła się sukcesem. W Polsce Fabryka Samochodów Osobowych na Żeraniu, wzorując się na pobiedzie, produkowała warszawę aż do połowy lat 70. ubiegłego wieku. Od tamtego czasu większość pobied i warszaw zżarła rdza. Zostały wypieszczone przez kolekcjonerów egzemplarze oraz kopie pasjonatów motoryzacji. W jednym z takich, w perłowobiałym kolorze, szyku zadawał rosyjski minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow, wożąc w 2015 roku podczas wizyty w Soczi swojego amerykańskiego odpowiednika Johna Kerry'ego. Samochód wypożyczono na tę okazję od pewnego bogatego Ormianina, rezydenta Krymu. Ławrow, jako najbardziej znany w świecie pół-Ormianin, chciał kilka lat później jeszcze raz skorzystać z przysługi krajana, niestety się nie dodzwonił i Mike Pompeo musiał się wozić pretensjonalnymi limuzynami z kremlowskiej stajni.
Ale to nie jest opowieść o sowieckim motobiznesie. Cała ta historia przeleciała mi przez głowę, kiedy w marcu 2014 roku obserwowałem na Krymie początek "ruskiej wiosny" i aneksję półwyspu. Taka biała pobieda, stuningowana, z wpuszczonymi w karoserię klamkami i kołami na czarnych alufelgach, zatrzymała się na posterunku przy bazie lotniczej Belbek w Sewastopolu. Świat poznał już wyniki nielegalnego, tak zwanego krymskiego referendum. Znała je także ukraińska załoga bazy. Jej dowódca, generał Julij Mamczur, zasłynął tym, że kiedy "zielone ludziki" obstawiły wojskowe lotnisko, ruszył po swoje samoloty na piechotę. Bez broni, za to z ukraińskim sztandarem w ręce. Gest piękny, desperacki, ale nieskuteczny. W obronie bazy Belbek nie oddano ani jednego strzału, tłumacząc, że nie było rozkazów z Kijowa. Rzecz w tym, że do obrony krymskich, ukraińskich przecież, jednostek przed obcym wojskiem żadne centralne rozkazy nie były potrzebne. Belbek został otoczony. Dróg wjazdowych pilnowali rosyjscy, jak można się było domyślać, żołnierze w charakterystycznych ciemnozielonych mundurach z maskowaniem w drobne piksele oraz nasuniętych na oczy hełmach i kominiarkach na głowach. Ze sprzętem, którego, wbrew kpinom Władimira Putina, nie można było kupić w żadnym myśliwskim sklepie. Wjazd prowadzący bezpośrednio na wojskowe lotnisko blokowały masywne ciężarowe urale. Przed nimi ustawiono betonowe i stalowe zapory.
Biała pobieda zatrzymała się przy takim właśnie blokpoście, czyli posterunku. Z okien samochodu wystawały dwa potężne sztandary: biało-niebiesko-czerwony Federacji Rosyjskiej i czerwony z sierpem i młotem Związku Radzieckiego. Marcowy wiatr zawiewał od Morza Czarnego, przez co flagi pięknie się prezentowały. Drzwi kierowcy i pasażera się otworzyły, a ze środka z wyżyłowanych subwooferów buchnęła radziecka pieśń Dzień zwycięstwa. Ta sama, którą katowano mnie jeszcze w szkole przy okazji każdego 9 maja, umownej rocznicy zakończenia II wojny światowej. Patrzyłem na to wszystko z nisko opuszczoną szczęką i pomyślałem, że nawet Siergiej Eisenstein, reżyser Pancernika Potiomkina, gdyby miał przenieść na ekran wydarzenia z Krymu 2014 roku, nie wymyśliłby takiej sceny. A nawet gdyby wymyślił, to pewnie wyrzuciłby ją ze scenariusza jako kiczowatą, pretensjonalną, wręcz nieprawdopodobną. Tymczasem białe "zwycięstwo" zmaterializowało się dla mnie pod Sewastopolem, po referendalnym "zwycięstwie", a przy zwycięskich dźwiękach z samochodu wyskoczyła rozweselona para i rzuciła się na szyję żołnierzom na posterunku. Z powodu subwooferów tego, co wykrzykiwali, mogłem się tylko domyślać. Po uściskach biały samochód pochłonął kierowcę i pasażerkę, a trzaśnięcie ciężkich drzwi przecięło patetyczną melodię w pół taktu. Pobieda ruszyła dalej świętować. Za nią do ruchu włączyły się opancerzone transportery na lawetach z rosyjskimi rejestracjami. Jakiś mężczyzna przykręcał też rosyjskie blachy do starej łady stojącej na poboczu. Bo przecież teraz już można, bo "Krym nasz".
- Komendanta Mamczura nie ma i nie wiadomo, kiedy wróci - zbył mnie ukraiński strażnik na bramie bazy Belbek.
Zaczekam. Tak długo, jak będę mógł. Snułem się wzdłuż zardzewiałego płotu ze wspawanymi w przęsła tryzubami, a za ogrodzeniem po drugiej stronie, między barakami, snuli się żołnierze. Nie był to obraz bastionu przed szturmem. W głębi stało obłożone workami z piaskiem stanowisko karabinu maszynowego, którego - jak się potem okazało - nawet nie przeładowano. Samą bramę tarasowała wojskowa ciężarówka. To była cała linia obrony. Samochód przesuwał się raz na jakiś czas, żeby zrobić miejsce zaopatrzeniu, przyczepom z drewnem na opał i prowiantem. Potem wracał na swoją "strategiczną" pozycję.
- Jakie tam u was nastroje w bazie? - próbowałem zagadnąć kierowcę.
- Wszystko normalnie, robimy swoje - odburknął, zatrzaskując drzwi szoferki.
Nie doczekałem się na Mamczura. Belbek padł, a właściwie poddał się tydzień później, 22 marca. Do samego końca bramę bazy można było obserwować nawet przez internet, bo na latarni ustawionej przy podjeździe znajdowała się kamera. Na ostatnich minutach zapisu widać rosyjski transporter opancerzony (BTR), który odciąga ciężarówkę sprzed bramy i taranuje płot. Potem jakiś sołdat strącił kamerę. Wojska rosyjskie przejęły Belbek, ukraińska załoga trafiła do niewoli, a generał Mamczur nie odzyskał swoich dwudziestu pięciu myśliwców, z których podobno na chodzie i tak były tylko cztery. Taki był zresztą wówczas stan całej ukraińskiej armii. Słaba, zdemoralizowana, źle wyszkolona, fatalnie wyposażona. Większość postsowieckiego sprzętu od lat stała na kołkach, czekając na remont. Z czasem dużą część rozkradziono albo wymieniono na wódkę. W Moskwie dobrze o tym wiedziano. Jak długo Ukraina, nawet po odzyskaniu niepodległości, zależała od Rosji, tak długo Rosja nie miała żadnego interesu we wzmacnianiu jej potencjału.
W roku 2000 Kijów miał do dyspozycji około 800 tysięcy żołnierzy. W 2014 zaledwie nieco ponad 100 tysięcy, z czego jakąkolwiek wartość bojową przedstawiało może z dziesięć procent. Wielu na Krymie było absolutnie wszystko jedno, komu służą. Smutnym tego przykładem był kontradmirał Denis Bieriezowski. Pierwszego marca został mianowany przez Kijów dowódcą ukraińskiej floty, a dobę później podporządkował się nowo formowanym krymskim władzom. Zdradził, a potem do tego samego namawiał swoich podwładnych. Tak jak Bieriezowskiemu, części ukraińskich dowódców marzył się powrót wojskowego etosu Armii Czerwonej. Służba Ukrainie nie dawała im ani etosu, ani profitów.
Relacje Symferopol - Kijów nigdy nie były łatwe. O ile w skali kraju "tak" dla niepodległości w referendum z 1991 roku powiedziało ponad dziewięćdziesiąt procent obywateli Ukrainy, o tyle na Krymie była ich niewiele ponad połowa. Z czasem na półwyspie przybierały na sile nie tylko radzieckie sentymenty i tęsknota za tłumami na plażach perły Morza Czarnego, ale także prorosyjskie i separatystyczne ruchy. Kijów i jego elity przez lata zajmowały się sobą i nie zmieniła tego nawet pomarańczowa rewolucja z 2004 roku. Niechęć mieszkańców półwyspu do centralnej władzy rosła, a Krym i jego mit butwiały. Temu zbutwieniu oparł się chyba jedynie tatarski Bachczysaraj ze swoim pałacem Chanów.
Zimą 2014 roku najpierw w to krymskie masło jak nóż weszły rosyjskie oddziały dywersyjne, które werbowały lokalnych dowódców, kusząc szarżami, przekonywały polityków, zastraszały działaczy lojalnych wobec Kijowa, a potem wkroczył tam specnaz - oddziały specjalne.
Dwudziesty siódmy lutego 2014 roku był długim i obfitującym w wydarzenia dniem. Na Krymie i w Kijowie. W Symferopolu, stolicy półwyspu, o czwartej nad ranem kilkudziesięciu zamaskowanych mężczyzn z bronią weszło do parlamentu i Rady Ministrów Autonomii. Nad budynkiem podniesiono rosyjską flagę. Zapis monitoringu, który później upubliczniono, pokazał, że to nie było bandyckie włamanie, tylko precyzyjna akcja wyszkolonych żołnierzy. Na całym półwyspie zaczęły się "spontanicznie" zawiązywać oddziały uzbrojonych cywilnych bojówek, tak zwanej "krymskiej samoobrony". Potem wydarzenia już tylko przyspieszały. W nadzwyczajnym trybie zwołano posiedzenie Rady Najwyższej Autonomicznej Republiki Krymu i odwołano ze stanowiska premiera Anatolija Mohylewa. Jego miejsce zajął lider promoskiewskiej partii Jedność Rosji - Siergiej Aksjonow. Lokalny oligarcha podejrzewany o kontakty ze środowiskiem przestępczym, w którym miał ksywę "Goblin". Podczas tego samego posiedzenia zdecydowano o referendum dotyczącym rozszerzenia autonomii półwyspu. Deputowanym odebrano telefony komórkowe. Tych, którzy próbowali bojkotować zgromadzenie, zapędzano do sali głosowań karabinami. Tego dnia Wiktor Janukowycz był już w drodze do rosyjskiego Rostowa nad Donem. Jego upadek i ucieczka z Kijowa po rewolucji godności dla prorosyjskich deputowanych na Krymie oraz samego Władimira Putina oznaczały koniec prawowitej władzy w Ukrainie.
Początkowo referendum zaplanowano na 25 maja, potem termin przesunięto na koniec marca. Ostatecznie Siergiej Aksjonow, po konsultacjach w Moskwie, przyspieszył plebiscyt jeszcze o dwa tygodnie. Władze na Kremlu chciały jak najlepiej wykorzystać element zaskoczenia. Politycznie, militarnie i propagandowo. Od tego uzależnione było powodzenie projektu "Krym nasz". W zakresie propagandy najlepiej zadziałały wyssane z palca newsy o zmierzających do Symferopola pociągach pełnych bojówek Prawego Sektora, radykalnej, nacjonalistycznej organizacji zawiązanej jeszcze na Majdanie. Prawy Sektor był zresztą ulubionym straszakiem rosyjskich propagandystów, używanym jako dowód ukraińskiego nazizmu. Na potrzeby referendum uruchomiono całą rozwrzeszczaną rosyjską machinę medialną. Sprawnie wykorzystywano informacje o zamieszkach w miastach na wschodzie Ukrainy, gdzie zwolennicy Euromajdanu ścierali się z prorosyjskimi "antymajdanowcami". Często niestety krwawo. Kijów tymczasem lizał rany i formował nową władzę. Wydarzenia na półwyspie oczywiście niepokoiły pełniącego obowiązki prezydenta Ołeksandra Turczynowa, ale z perspektywy ukraińskiej stolicy były dalekie i trudne do opanowania.
Poza Symferopolem rosyjskie flagi podniesiono też w Sewastopolu, strategicznym mieście portowym, gdzie na mocy porozumienia z Ukrainą stacjonowała podzielona między dwa państwa Flota Czarnomorska. Sewastopol miał w tej skomplikowanej politycznej układance odrębny status administracyjny. Na całym półwyspie dochodziło do prorosyjskich wieców i demonstracji, a do referendum zostało nieco ponad dwa tygodnie. Moskwa potrafiła ten czas wykorzystać. Na Krymie wylądowali rosyjscy żołnierze. Oczywiście bez znaków identyfikacyjnych. Kreml cały czas wypierał się swoich wojsk na półwyspie, poza tymi, które stacjonowały na okrętach w sewastopolskim porcie. "Zielone ludziki", jak ich potem nazwano, zablokowały lotniska, bazy wojskowe i obstawiły budynki administracji. Pojawiły się posterunki i kontrole na głównych drogach z kontynentu. Krym był odcięty, a Kijów nie zamierzał wysyłać tam swoich wojsk. Turczynow wolał wykorzystać, co miał, do zabezpieczenia i opanowania sytuacji na wschodzie kraju. Dla Ukrainy właśnie to był naturalny kierunek, z którego po wydarzeniach na Majdanie mogła ruszyć rosyjska bratnia interwencja.
Na pięć dni przed referendum Rada Najwyższa Krymu ogłosiła niepodległość. Zrobiła to niezgodnie z prawem międzynarodowym, tak jak niezgodnie z prawem krajowym ogłoszono samo referendum. Według ukraińskiej konstytucji bowiem głosowanie nad zmianami granic państwa powinno być głosowaniem ogólnonarodowym, a nie obwodowym. Aneksja Krymu od samego początku, od decyzji podjętej przez Władimira Putina na Kremlu 22 lutego 2014 roku, miała tylko stwarzać demokratyczne pozory. W rzeczywistości była natomiast działaniem siłowym, pierwszym etapem operacji przeciw Ukrainie.
W niedzielę, 16 marca 2014 roku, punktualnie o ósmej otwarto lokale referendalne. Poranek był chłodny i deszczowy. Miejsc do głosowania na półwyspie zorganizowano ponad tysiąc, ale dziennikarzom, zwłaszcza tym zagranicznym, dokładnie wyznaczono punkty, gdzie można było robić zdjęcia i rozmawiać z Krymianami. Wydano nawet specjalne referendalne akredytacje. Jeśli jakiś bezczelny pismak próbował sobie wybrać inne miejsce do pracy, najczęściej kończyło się to wyrzuceniem go za drzwi. Drzwi Wydziału Kultury Fizycznej Uniwersytetu w Symferopolu, przy ulicy Kurczatowa, były jednak dla dziennikarzy otwarte. Głosujący w strugach deszczu wbiegali na odrapane schody i przeciskali się w głąb korytarzy, otrzepując mokre parasole i otupując zabłocone buty.
- Pogoda nie przeszkadza! Patriotyzm wyciągnął ludzi z domu, żebyśmy mogli wyrazić swoją wolę! - wyrecytował z sowieckim patosem zmoknięty mężczyzna przepychający się w kierunku sali do głosowania.
Przejść nie było łatwo. Korytarz obstawiono stołami z drożdżówkami, sokiem i kawą z jednej strony oraz ćwiartkami kurczaka, kiełbasą i słoniną na wagę z drugiej. Po słodkiej stronie znudzona dziewczyna jedną ręką podawała towar i zgarniała gotówkę, a w drugiej trzymała kartę do głosowania. Pomiędzy klientami wczytywała się w pytania referendalne. Pani przy stoisku "wytrawnym", w białym sklepowym fartuchu, ładowała wychodzącym kolejne porcje pierogów. Widać ona decyzję miała już za sobą.
To był dziwny wybór. Wybór pomiędzy "ponownym zjednoczeniem Krymu i Rosji" w ramach federacji a przywróceniem konstytucji Republiki Krymu z 1992 roku i półwyspem jako częścią Ukrainy.
Żadna z opcji nie przewidywała utrzymania status quo. W pierwszym przypadku chodziło po prostu o przyłączenie do Federacji Rosyjskiej, w drugim - o powrót do separatystycznych aspiracji Krymu z czasów po rozpadzie Związku Radzieckiego, kiedy to krymska Rada Najwyższa de facto ogłosiła niepodległość, przyznając sobie prawo do nawiązywania samodzielnych kontaktów z innymi krajami czy wprowadzenia podwójnego obywatelstwa. Konstytucja z 1992 roku długo się nie utrzymała i ostatecznie autonomiczny obwód krymski uznał nadrzędność ukraińskiego prawa. Półwysep pozostał jednak liną przeciąganą pomiędzy Kijowem a Moskwą.