Rewolucja nie ma końca. Podróże w krainie buntu i nadziei - Artur Domosławski

Kup ebooka

49.90 zł
38.92 zł (38,92 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

2

M i ę d z y d w o m a ś w i a t a m i

Ulica Bal­sa­miczna. Po­czą­tek

Miesz­kam w nędz­nym ho­te­liku na obrzeżu Ma­raby. Od kilku dni po­znaję mia­sto nie­mia­sto, do któ­rego przyj­dzie mi wra­cać przez na­stępne lata. Stara część - stra­gany, skle­piki, knajpki, ob­skurne ho­te­liki. Nowa - slum­so­wate osie­dla po­roz­rzu­cane na bez­kształt­nej prze­strzeni i po­ła­cie pustki. Żad­nej lo­giki ani planu. Ludz­kie sie­dli­ska są po­łą­czone sie­cią byle ja­kich, dziu­ra­wych dróg.

Tym­cza­so­wość, pro­wi­zorka, ba­ła­gan.

Po la­tach do­ce­nię uroki nad­brzeża rzeki To­can­tins, gdzie to­czy się ży­cie nocne mia­sta. Pierw­sze dni nie za­po­wia­dają, że będę chciał tu wra­cać.

Du­chota w Ma­ra­bie jest taka, że gdy otwie­rają się drzwi sa­mo­lotu i scho­dzi się po schod­kach, od razu za­tyka. Po­wie­trze jest go­rącą za­wie­siną. My­ślisz, że to chwi­lowe, że za­duch za mo­ment mi­nie - ale nie mija.

Upa­ja­jący jest za to od po­czątku za­pach po­wie­trza - pach­nie wil­gotną zie­le­nią i roz­grzaną zie­mią. Gdy­bym wy­sia­dał z sa­mo­lotu z za­mknię­tymi oczami, wie­dział­bym po za­pa­chu, że wkoło jest zie­lono. Bujna ro­ślin­ność pod ko­pułą in­ten­syw­nie nie­bie­skiego nieba pod­szy­tego cięż­kimi desz­czo­wymi chmu­rami - oto sce­no­gra­fia. Je­śli uświa­do­mić so­bie, że ten pej­zaż może kie­dyś wsku­tek dzia­ła­nia czło­wieka znik­nąć, za­chwyt nad jego pięk­nem staje się nie­mal de­kla­ra­cją po­li­tyczną.

Cią­gle leje.

W ni­żej po­ło­żo­nej czę­ści mia­sta wy­lała mniej­sza rzeka, Ita­ca­iu­nas, i kil­ka­set ro­dzin zo­stało od­cię­tych. Wi­dzę, jak roz­bit­ko­wie płyną do­kądś drew­nia­nymi łód­kami. Tak jest co roku, a oni nie chcą zo­sta­wić swo­ich dom­ków, pro­wi­zo­rycz­nych jak sza­łasy, i zbu­do­wać ich gdzieś na nowo, tam gdzie nie do­cie­rają wy­lewy rzeki. Tkwią tu­taj wbrew roz­sąd­kowi i na­dziei. Za rok rzeka znów wy­leje.

Hi­sto­rie, które tu usły­sza­łem, po­ma­gają zro­zu­mieć, skąd ich upór. Cza­sem nie ma siły, by cią­gle się prze­pro­wa­dzać, ucie­kać - przed desz­czem, przed lo­sem.

Gdy nie mam umó­wio­nych spo­tkań, zwłasz­cza gdy leje i le­piej prze­cze­kać pod da­chem, po­dró­żuję w pa­mięci. Co mnie tu przy­gnało i po co? Nie do Ma­raby, ale w ogóle do Bra­zy­lii, na ten kon­ty­nent. Pra­gnie­nie no­wego wy­zwa­nia? Przy­pad­kowe spo­tka­nie z pew­nym Bra­zy­lij­czy­kiem gdzieś w Eu­ro­pie? Ma­rze­nie o do­tknię­ciu świata, który zna­łem z li­te­ra­tury i który dzięki niej żył w mo­jej wy­obraźni? A może za­mi­ło­wa­nie do włó­częgi, by­cia w dro­dze, a inne uza­sad­nie­nia to tylko wy­mówki?

Pierw­sze było S?o Paulo, miej­sce o ma­gicz­nie brzmią­cej na­zwie: Rua das Bal­sâmi­cas. Ulica bal­sa­mów. Bal­sa­miczna. Mały świat roz­cią­ga­jący się na ja­kichś stu me­trach; czter­na­ście do­mów jed­no­ro­dzin­nych.

Jak pew­nie po­łowa ulic po­ło­żo­nego na po­fał­do­wa­nej wy­ży­nie mia­sta, Bal­sa­miczna pnie się w górę i gdy leje deszcz - a mię­dzy grud­niem a mar­cem leje kilka razy w ty­go­dniu - za­mie­nia się w rzekę. Ta­kich ulic - ani bo­ga­tych, ani bied­nych, ani ład­nych, ani brzyd­kich - są w S?o Paulo ty­siące. Bal­sa­miczna od­wdzię­czyła się za za­in­te­re­so­wa­nie: od­sło­niła przede mną swoje opo­wie­ści, cząstkę praw­dzi­wej hi­sto­rii Bra­zy­lij­czy­ków.

Przez po­nad mie­siąc jej miesz­kańcy opo­wia­dali mi o lo­sach swo­ich i swo­ich ro­dzin, emi­gran­tów ko­lej­nych fali: z po­czątku XX wieku, lat trzy­dzie­stych, po­wo­jen­nych. Jo?o i jego sio­stra Anna - Ukra­ińcy. Dante - Włoch. Mi­ka­lina - Po­lka z Li­twy. Le­onilda - Por­tu­galka. Ari Ce­sar, mój nowy przy­ja­ciel i go­spo­darz, któ­rego ro­dzina ze strony matki ma ko­rze­nie w Niem­czech. Wszy­scy są od dawna Bra­zy­lij­czy­kami. (Kto z nich jesz­cze żyje?)

"Ame­ryka funk­cjo­no­wała w wy­obraźni eu­ro­pej­skiej jako uto­pijna prze­strzeń, na którą można było roz­cią­gać na­dzieje dawno w Eu­ro­pie utra­cone". Po la­tach nie umiem po­wią­zać za­pi­sa­nego w ze­szy­cie cy­tatu z au­to­rem. Nie­mniej ta myśl wy­raź­nie ry­muje się z hi­sto­riami miesz­kań­ców "mo­jej" ulicy, a także z na­dzie­jami Eu­ro­pej­czy­ków sprzed stu­le­cia, któ­rzy do­sta­wali od pań­stwa bra­zy­lij­skiego po­letka ziemi, a po­tem dzie­lili je mię­dzy po­tom­ków.

Tę od­ro­dzoną na­dzieję tra­ciły ich dzieci, wnuki, pra­wnuki.

Nie­które wy­lą­do­wały dzie­siątki lat póź­niej w Ama­zo­nii. W Ma­ra­bie i oko­li­cach.

Z pierw­szej po­dróży wró­ci­łem owład­nięty pra­gnie­niem po­wrotu - po­wtórki z cze­goś, co od po­czątku miało tem­pe­ra­turę fa­scy­na­cji za­po­wia­da­ją­cej pa­sję. Praca re­por­tera da­wała duże szanse, że ma­rze­nie może się speł­nić.

Za­chwy­ciła mnie Bra­zy­lia, a po­tem rów­nież ży­cie "gdzie in­dziej" - przez wiele ty­go­dni, cza­sem mie­sięcy, choć tego dru­giego za­chwytu długo so­bie nie uświa­da­mia­łem. A może nie umia­łem się do niego przy­znać, bo wy­kra­czał poza obo­wiązki zwią­zane z pracą?

Gdy pi­szę o za­chwy­cie ży­ciem "gdzie in­dziej", mam na my­śli stan bli­ski temu, o któ­rym opo­wiada bo­ha­ter Cza­ro­dziej­skiej góry - że inny czas i inna prze­strzeń prze­ry­wają "do­tych­cza­sowe sto­sunki czło­wieka z jego oto­cze­niem, prze­no­sząc go w stan pier­wot­nej wol­no­ści" i "w mgnie­niu oka na­wet z pe­danta i osia­dłego miesz­czu­cha [czy­nią] coś w ro­dzaju włó­częgi"[1].

Do­świad­czy­łem też szoku po­znaw­czego. Ze­tknię­cie z nę­dzą działa z po­tężną siłą na wszyst­kie zmy­sły. Kon­tra­sty ma­jąt­kowe po­pchnęły ku py­ta­niom o na­turę sys­temu, w ja­kim ży­jemy. Nie­śmiałe za­rysy od­po­wie­dzi prze­me­blo­wy­wały głowę.

Nie­raz po­tem zma­ga­łem się z py­ta­niem, po co re­por­ter z Eu­ropy Wschod­niej miałby zaj­mo­wać się tak od­le­głym i słabo z nami zwią­za­nym za­kąt­kiem świata czę­ściej niż od czasu do czasu. Gdy mieszka się i pra­cuje na (pół)pe­ry­fe­riach, to nie jest wcale rzadko sta­wiane py­ta­nie. Szczę­śli­wie, do­brych od­po­wie­dzi nie bra­ko­wało.

Bo to re­gion nie­sa­mo­wi­tych hi­sto­rii - nie­ko­niecz­nie ma­gicz­nych. Te­ry­to­rium ma­rzy­cieli i bun­tow­ni­ków, nie mó­wiąc o ge­nial­nych pi­sa­rzach i mu­zy­kach. Miej­sce in­spi­ru­ją­cych kul­tur. Bo z ob­ser­wa­to­rium na pe­ry­fe­riach świat wy­gląda ina­czej niż z jego cen­trów. Bo warto zo­ba­czyć, jak żyje się na pe­ry­fe­riach in­nych niż na­sze; po­znać inne drogi - tak różne, a cza­sem tak po­dobne.

Naj­bar­dziej jed­nak dla­tego, że w Ame­ryce Ła­ciń­skiej nie umarła na­dzieja na to, że da się uczy­nić nasz świat choć tro­chę lep­szym. O tym przede wszyst­kim są spi­sane w tej książce opo­wie­ści i chyba głów­nie po nie po­dró­żo­wa­łem przez lata za ocean. W Eu­ro­pie Wschod­niej, po upadku obie­cu­ją­cego nie­gdyś no­wo­cze­snego pro­jektu zwa­nego ko­mu­ni­zmem, za­miesz­ka­li­śmy w świe­cie - jak się nam wy­da­wało - "końca Hi­sto­rii". W Ame­ryce Ła­ciń­skiej hi­sto­ria trwała w naj­lep­sze: pod­no­siła się fala bun­tów, któ­rej to­wa­rzy­szyło za­wo­ła­nie "Inny świat jest moż­liwy".

Don­ki­szo­te­ria? Być może, je­śli ro­zu­mieć ją jako nie­zgodę na rze­komo naj­lep­szy ze świa­tów. Sza­leń­stwo? Nie­wy­klu­czone. Czyż jego odro­bina nie jest lep­sza od ka­pi­tu­la­cji?

Wy­da­rze­nia ko­lej­nych lat, a li­cząc od 1989 roku - po­nad trzech de­kad, wo­dzą na po­ku­sze­nie, by stwier­dzić, że z ob­ser­wa­to­rium na an­ty­po­dach, na pewno w cza­sie, w któ­rym po­dró­żo­wa­łem, wi­dać było wię­cej i wy­raź­niej. Nie zna­czy to, że wzrok wy­ostrzył się od razu.

"Czło­wiek idzie przez te­raź­niej­szość z za­wią­za­nymi oczyma. Może je­dy­nie prze­czu­wać i od­ga­dy­wać, co wła­ści­wie prze­żywa. Do­piero póź­niej od­wią­zuje mu się chu­s­teczkę z oczu, a on spoj­rzaw­szy w prze­szłość, stwier­dza, co prze­żył i jaki to miało sens"[2].

Nie­ła­two przy­znać przed sobą, że żyło się w ilu­zji.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki