Rozdział 1
GDY WOJNA WRACAŁA DO DOMU
Lokal Cafe Vaterland jest jasno oświetlony.
Wejdę na chwilę.
Chociaż w każdej minucie mogą spaść kule,
Nieprzerwanie gra kapela wiedeńska.
HARRY GRAF KESSLER
Pierwsze dni
Republika Weimarska zaczyna się od paradoksu: wojna dotarła do Niemiec chwilę po tym, jak się skończyła. Od listopada 1918 roku stopniowo wracała "do domu".
Przez cztery lata trwania światowego konfliktu udawało się armii niemieckiej utrzymywać działania zbrojne poza swoimi granicami. Podczas gdy ogromne obszary Francji i Belgii zostały spustoszone w sposób dotychczas niespotykany, w Niemczech nie uległa zniszczeniu ani jedna dachówka. Za to upadała monarchia, a lud sam z siebie kładł kres wojnie. Strajki paraliżowały produkcję, w gminach władzę przejmowały komitety obywatelskie, zwane Radami Robotniczymi i Żołnierskimi. Rewolucja dopiero co się zaczęła, a już wydawała się zwyciężać, i to zupełnie bezkrwawo, co godne podziwu. Żołnierze uciekli przed oficerami, marynarze z Kilonii odmówili wypłynięcia z portu, masowo nie wykonywano rozkazów, co poważnie dało się we znaki wyczerpanemu wojną reżimowi. Monarchia upadła najpierw w Bawarii, a dwa dni później, 9 listopada 1918 roku, władzę stracił również cesarz. Rząd kierowany przez Maxa von Badena, sprawujący urząd zaledwie od miesiąca - pierwszy gabinet w historii Niemiec, w którym zasiadali także socjaldemokraci - obwieścił abdykację Jego Ekscelencji, chociaż sam Wilhelm II nie wyraził jeszcze takiej gotowości. Było to wyrzucenie z pracy pierwsza klasa. Dzień później, bez rozgłosu, cesarz miał uciec do Holandii.
Teraz ogromny tłum gromadził się między zamkiem a budynkiem Reichstagu. Nerwowy, niespokojny, wzburzony, żądny wrażeń. Niezwykłe, że wśród zebranych znalazło się wiele kobiet, przeważnie w grupach przyjaciółek lub koleżanek. Nie brakowało też robotników, urzędników w garniturach biurowych, a nawet elegancko ubranych zamożnych obywateli. Wszystkich łączyła pewność przeżywania czegoś wielkiego, doświadczania jakiegoś potężnego fermentu. Wśród zgromadzonych panowało powszechne poczucie progu nowej epoki, o której nikt nie wiedział, co przyniesie. Czy szczęście, czy jeszcze więcej smutku? Anarchię, rządy motłochu, bratobójczą wojnę? Dyktaturę klasy robotniczej? Porządek obywatelski dla każdego? A może przynajmniej pieczeń wieprzową?
I kto miałby im wszystkim przewodzić? Niemcy bez cesarza to dla wielu pomysł niewyobrażalny, wręcz przerażający. Kto mógłby teraz wziąć berło w swoje dłonie?
Otóż berło pochwycił Philipp Scheidemann, który właśnie siedział przy obiedzie w kantynie Reichstagu. Pięćdziesięciotrzyletni zecer i dziennikarz z Kassel, od 1883 roku członek zdelegalizowanej jeszcze w tym czasie SPD, Socjaldemokratycznej Partii Niemiec, od niespełna pięciu tygodni tytułujący siebie sekretarzem stanu. Dostąpił tego zaszczytu, ponieważ upadające cesarstwo w swoim pośpiesznie powoływanym rządzie nadzwyczajnym potrzebowało socjaldemokraty, nawet jeśli tylko w drugim szeregu. Obecność socjaldemokraty miała uspokoić nastroje wśród wzburzonych robotników. Stało się jednak odwrotnie.
Scheidemann, notoryczny wesołek, który regularnie pisywał notki w "dialekcie kasselskim" pod pseudonimem Henner Piffendeckel, już 9 listopada pojął, że zamieszki przed zamkiem będą się nasilać. Niemcy, zaledwie od kilku godzin pozbawione cesarza, pilnie potrzebowały jakiegoś znaku - a na czele państwa ponownie szanowanego zwierzchnika. Scheidemann dostrzegał go w krępym Friedrichu Ebercie, spokojnym, rozważnym, zdolnym do kompromisu przewodniczącym SPD. Tak więc Scheidemann "między zupą a deserem", jak sam później żartobliwie opowiadał, wyszedł na jeden z balkonów Reichstagu, przed którym zebrał się duży tłum i, nie uzgodniwszy tego wcześniej z nikim, swoim charakterystycznym zaśpiewem, proklamował Republikę: "Naród niemiecki zwyciężył na całej linii. Stary, spróchniały porządek rozpadł się; militaryzm jest skończony! Hohenzollernowie abdykowali! Niech żyje Republika Niemiecka! Poseł Ebert został powołany na stanowisko Kanclerza Rzeszy. Ebertowi powierzono zadanie stworzenia nowego rządu. W rządzie tym znajdą się wszystkie partie socjalistyczne (...). Naszym zadaniem jest teraz nie dopuścić do tego, aby to wspaniałe zwycięstwo, to całkowite zwycięstwo narodu niemieckiego zostało zbrukane, dlatego proszę, aby nie doszło do zakłócenia bezpieczeństwa! Po wsze czasy musimy być dumni z tego dnia! Nie może istnieć nic, o co można by nas później oskarżyć! Spokój, porządek i bezpieczeństwo są tym, czego teraz potrzebujemy!".
I właśnie to poczucie spokoju i bezpieczeństwa dawał Scheidemann wzburzonemu tłumowi. Jego spontaniczny wyskok był brawurą polityczną, dzięki której socjaldemokraci z sukcesem przeprowadzili powstanie przeciwko monarchii i utrzymali stery w swoich rękach, nie dając ich sobie odebrać przez lewicę. W tej napiętej sytuacji niezwykle łatwo mogło bowiem dojść do eskalacji nastrojów i przejęcia inicjatywy od socjaldemokratów, mających znaczący głos w Radach Robotniczych i Żołnierskich, przez bardziej radykalnych komunistów. Agitatorzy tych ostatnich próbowali za pomocą płomiennych przemówień zamienić tę wciąż jeszcze burżuazyjną rewolucję w rewolucję komunistyczną na wzór rosyjski.
Karl Liebknecht, późniejszy założyciel KPD, czyli Komunistycznej Partii Niemiec, po dwóch godzinach od proklamowania Republiki przez Scheidemanna proklamował ją po raz drugi, tym razem z innego balkonu zamku miejskiego. Nie była to wcale zabawna farsa. Podczas gdy Scheidemann tworzył fakty i przedstawiał właśnie rozpoczętą rewolucję jako zwycięsko zakończoną, po której należało już tylko pilnie przywrócić ład i porządek, Liebknecht wyjaśniał swoim słuchaczom, jakoby długa walka dopiero się zaczynała. Przekonywał, że trzeba ją prowadzić z całą surowością, i twierdził, że najpierw musiałaby zapanować "dyktatura proletariatu", aby rewolucja światowa została w pełni zakończona: "Wiwat wolność i szczęście, i pokój!". Pod tym hasłem wyrażonym przez Liebknechta rzeczywiście każdy mógłby się podpisać, a przecież było to nic innego jak oczywista zapowiedź walki.
Upadek cesarstwa kosztował do tej pory życie sześćdziesięciu ludzi, z czego osiem osób zginęło w stolicy. To niewiele, biorąc pod uwagę pompatycznego przeciwnika oraz liczne starcia zbrojne, które były konieczne, aby skłonić wojskowych przedstawicieli starego reżimu do ustąpienia ze swoich stanowisk. Jak dotąd rewolucja miała pokojowy przebieg, a dzień 9 listopada dla przychylnie nastawionej burżuazyjnej opinii publicznej, obecnej na ulicach i w mediach, wydawał się dniem, który mógłby kiedyś przejść do niemieckiej historiografii jako jej prawdziwa ozdoba. Dnia 10 listopada Theodor Wolff, liberalny redaktor naczelny "Berliner Tageblatt", na pierwszej stronie swojej gazety powitał zwycięską rewolucję niemal hymnem pochwalnym. Wolff chwalił wyrażoną przez Eberta wolę przywrócenia ładu i porządku, zabezpieczenia dostaw żywności i zaoferowania starej kadrze urzędniczej roli w nowym państwie. Pisał, że nawet gdyby "wyznawcom nowego" miało to przychodzić z trudem, muszą teraz "z miłości do narodu" współpracować z przedstawicielami starego porządku. Wolff przywoływał upragniony nowy porządek jako uważną wspólnotę komunikacji i kompromisu: "Nikt, kto sam rości sobie prawo do wolności myślenia, nie będzie miał prawa do obrażania tych, którzy sercem wyznają innych bogów. Nie zawsze najgorsi są ci, którzy nie potrafią zmieniać swoich poglądów jak wiatr zawieje i w miarę jak nowa władza rośnie w siłę. Naród, który osiągnął niepodległość, przynosi zaszczyt samemu sobie, gdy szanuje szczere poglądy również tych, których przywileje naruszył". Jeszcze tego samego rewolucyjnego dnia Wolff w największym pośpiechu musiał napisać wezwanie do wzajemnego szacunku, tak aby na wieczór było gotowe. Uderzał przy tym w wysokie tony, otaczając cały naród potężnym, wielowątkowym patosem. W wyobraźni można wręcz zobaczyć, jak pisze pośpiesznie, zaciągając się papierosem, jak po każdej linijce w podnieceniu obchodzi własne biurko - redaktor naczelny w stanie wyjątkowym. Każde słowo było dla niego tak ważne, że tekst niezdarnie wychodził dwoma wierszami na następną stronę. Tu autor zakończył wezwaniem do rozbrojenia każdego, kto chciałby siłą zdezawuować to, co udało się szczęśliwie osiągnąć.
Teraz pozostało już tylko szybko i oficjalnie zakończyć przegraną wojnę! Dwa dni po proklamowaniu Republiki pełnomocnicy nowego rządu tymczasowego podpisali akt zawieszenia broni w lesie Compi?gne, spełniając tym samym warunek tego, o czym marzyła większość Niemców, chociaż znaczna ich część dopiero od niedawna: o budowaniu demokracji w warunkach pokoju i wolności, w której każdy mógłby żyć z owoców swojej pracy i dążyć do prywatnego szczęścia, niezakłóconego przez wojnę i bezwzględną przemoc.
Taki był plan, szansa, którą ludzie mieli na wyciągnięcie ręki. Ale nie wszyscy tęsknili za wolnością i demokracją. Nawet wśród prostych obywateli było wielu takich, którzy nie chcieli sobie wyobrażać czegoś innego niż cesarstwo. Bez magicznej triady swojej tożsamości - Bóg-Honor-Ojczyzna - czuli się po prostu bezdomni. Dlatego też wojny, toczonej zawzięcie dla cesarza i Rzeszy, nie dało się tak łatwo zakończyć jednym pociągnięciem pióra. Wojna powracała do domu wraz ze zdemobilizowanymi oddziałami wojskowymi i kierowała się przeciwko współobywatelom, którzy ją zakończyli. Zamiast na przesiąkniętych krwią polach bitew Francji i Belgii toczyła się dalej na niemieckich ulicach i dworcach kolejowych, przybierając formę drobnych potyczek. Żołnierze atakowali swój własny naród, który okazał się według nich nielojalny, mszcząc się niekiedy tu i tam zupełnie na oślep.
Tak było na dworcu kolejowym Wanne w pobliżu Bochum. Dnia 30 listopada sfrustrowany batalion wartowniczy, wracający z wojny, napotkał podczas postoju na peronie wartę Rady Robotniczej i Żołnierskiej. Po ostrych wyzwiskach ze strony "hołoty bez ojczyzny" wierni cesarzowi żołnierze frontowi pobili straż dworcową. Wywiązała się strzelanina, w której obie strony użyły karabinów maszynowych. Czterech żołnierzy zostało ciężko rannych. Ich towarzysze grasowali później po mieście, gdzie zaatakowali budynek urzędu. Dziewięcioletni chłopiec został zabity, a kolejny wartownik ranny. Po tym, jak żołnierska gromada już się wyszumiała, opuściła miasto i ruszyła pociągiem w dalszą podróż. Gazeta "Berliner Tageblatt" w wydaniu z 1 grudnia poświęciła temu zdarzeniu pięć linijek, tak powszechne były tego rodzaju incydenty.
Dochodziło do mnóstwa podobnych zdarzeń, w których część powracającej armii mściła się za zawarty rozejm. Wojskowi chcieli bardziej honorowego zakończenia wojny, które wynagradzałoby ofiary ostatnich lat walki. Zawsze więc, gdy nadarzyła się okazja, żołnierze wdawali się w kłótnie ze strażnikami nowego rządu.
Małe oddziały polowały na pojedynczych przechodniów, których uznawały za rewolucyjnych robotników i intelektualistów, za bumelantów i bratobójców.
Na prośby tymczasowego rządu Rzeszy Naczelne Dowództwo Armii w Berlinie wystosowało apel opatrzony nagłówkiem Koniec z bezsensownymi strzelaninami!, który pośrednio przyznawał, że zamieszki najczęściej wzniecali sami wojskowi: "Współobywatele! W niektórych miejscach miasta wciąż strzela się do organów obecnego kierownictwa Rzeszy oraz obywateli cywilnych i wojskowych. Krąży plotka, że strzelają osoby, które uważają, że muszą bronić starego rządu. Stwierdzono natomiast, że (...) wydane zostały rozkazy, aby wszelkimi środkami wspierać obecne kierownictwo Rzeszy".
Wszędzie drukowano i rozprowadzano apele o przestrzeganie cnoty, która była Niemcom najdroższa, a której teraz tak boleśnie im brakowało: dyscypliny. Akurat Rady Robotnicze i Żołnierskie, będące spontanicznie powołanymi do życia organami tworzącego się społeczeństwa cywilnego, nawoływały gorąco do ładu i porządku. Budziły skojarzenia ze spartakusowskimi oparami prochu strzelniczego i dzikimi typami dającymi upust swemu rewolucyjnemu zapałowi. Było wręcz odwrotnie. Większość rad składała się z doświadczonych obywateli, rzemieślników i wykwalifikowanych robotników - ludzi na tyle odważnych, by w tym chaosie braku władzy wziąć sprawy w swoje ręce i możliwie najszybciej przywrócić prawidłowe relacje we wzburzonym kraju. Niemal wszystkie rady obsadzone były przez socjaldemokratów. Chcieli oni praw do demokratycznego uczestnictwa na ściśle określonych zasadach.
Typowa dla myślenia rad była odezwa, która 14 listopada ukazała się w "Bütower Anzeiger" pod nagłówkiem Konieczne są samodyscyplina i porządek. Napisano w niej, co następuje: "Tylko naród dojrzały i zdolny do samostanowienia rozumie konieczność zachowania dobrowolnej dyscypliny. Czy jesteśmy do tego zdolni? Czy nasz naród jest w stanie rządzić się sam? Rząd w to wierzy. Rząd ufa samodyscyplinie narodu. Udowodnijmy, że jesteśmy godni tego zaufania. Udowodnijmy, że potrafimy praktykować samodyscyplinę. Wtedy zapanuje porządek. A armia i naród potrzebują ładu, aby osiągnąć pokój. Podpisano: Krahn, Fitzner i porucznik rezerwy Voss". To właśnie tacy ludzie jak podpisani pod tekstem odezwy kształtowali pokojowe oblicze rewolucji listopadowej w Niemczech, ale też sprowadzili na nią pogardę wyrażoną w wielokrotnie cytowanej ocenie przypisywanej Leninowi, jakoby rewolucja niemiecka nie istniała: "Rewolucja w Niemczech? Nigdy nic z tego nie będzie. Jeśli Niemcy chcą szturmować dworzec, kupują sobie bilet kolejowy".
Gdybyż rzeczywiście tak było! Apel trzech zaangażowanych obywateli każe przeczuwać chaos szerzący się w następstwie udanej rewolucji. Z dala od wielkich, już zagmatwanych scen i kierunków rozwoju rewolucji pojawiał się bałagan drobnych konfliktów, w których odważni obywatele, przywódcy robotniczy, marynarze, oficerowie, naczelnicy gmin, ale także zwykli awanturnicy i przestępcy mieli wpływ na to, czy dochodziło do rozlewu krwi, czy nie. Oprócz licznych utarczek między "wojskiem a ludem", umiarkowanymi i radykalnymi socjalistami, między białymi i czerwonymi, organizowano anarchistyczne akcje niezliczonych desperatów, którzy pichcili własną zupę na ogniu niepokojów społecznych. Świetnym tego przykładem był zdemobilizowany marynarz, Otto Haas, który już pierwszego dnia rewolucji ukradł samochód i w ten sposób - jak stwierdzono na późniejszej rozprawie sądowej - oddał się "do dyspozycji nowego rządu". Nieoficjalnie, co w tych czasach zdarzało się często, jeden z nowo mianowanych przedstawicieli ludowych dał mu pracę w charakterze szofera. Samochodem marki Wanderer W3 Haas obwoził się też prywatnie. Gazeta "Berliner Tageblatt" w następujący sposób relacjonowała jego postępek: "Tak trafił do Poczdamu w chwili, gdy w mieście zatrzymał się pociąg szpitalny. Skorzystał z okazji i podając się za urzędnika penitencjarnego, polecił aresztować kierowników pociągu, radcę rachunkowego i delegata urzędowego. Skonfiskował wszystkie produkty spożywcze, jakie znajdowały się w pociągu: słoninę, szynkę, kiełbasę i jajka, następnie przetransportował do Berlina i sprzedawał na własną rękę"[9].
Według opisanego schematu wielokrotnie dochodziło do aktów kryminalnych dokonywanych pod pozorem działania w imieniu państwa. Tak było, gdy pewien sutener, podając się za pełnomocnika ludowego, dorwał kilku stojących za rogiem wartowników Rady Robotniczej i Żołnierskiej i ostro nakazał im niezwłoczne wykonanie egzekucji na nikczemnym zdrajcy. Wyrok natychmiast wykonano. Posłuszni strzelcy nawet nie podejrzewali, że ofiarą był nie kontrrewolucjonista, ale kumpel przestępcy, który stał się dla niego zbyt niebezpieczny. W większości przypadków taka urzędowa pomoc w ogóle nie była potrzebna, ponieważ po zakończeniu wojny nie brakowało broni. Masowo dezerterujący żołnierze zabrali ją po prostu ze sobą, zatrzymali lub za nieduże pieniądze sprzedali. Szemrana część społeczeństwa była więc uzbrojona po zęby. Rzekomi funkcjonariusze bezpieczeństwa ze straży ludowej (niem. Volkswehr) rabowali przechodniów lub konfiskowali zapasy zgromadzone w magazynach i sklepach. W berlińskiej dzielnicy Buchholz rzekomy oddział porządkowy aresztował burmistrza i zabrał ze sobą kasę gminną[10]. Jednak przemoc zawsze stawała się naprawdę niszczycielska, gdy socjaldemokratyczny rząd wzywał na pomoc wojsko.