Ratownik. Nie jestem bogiem - Justyna Dżbik-Kluge, Jarosław Sowizdraniuk

Kup ebooka

35.90 zł
29.07 zł (29,07 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZ­DZIAŁ 1

Bi­let do nieba

Karp

Zda­rzył mi się kie­dyś taki dy­żur w Wi­gi­lię z Tad­kiem. To był le­karz z na­szego ze­społu, nie­sa­mo­wity czło­wiek. Ta­kie rze­czy po­tra­fi­li­śmy z nim ro­bić na we­zwa­niach, że głowa mała! Świet­nie się do­ga­dy­wa­li­śmy. Ura­to­wa­li­śmy ra­zem wiele żyć.

Zje­cha­li­śmy aku­rat na pod­sta­cję[1] z we­zwa­nia. Była ja­kaś sie­dem­na­sta, może osiem­na­sta. Po­goda fa­talna, praw­dziwa zima - śli­sko i mnó­stwo śniegu.

Wy­szli­śmy z ka­retki, zwy­cza­jowa fajka, po­ga­du­chy i na­gle sły­chać ta­kie gło­śne "łu­budu!". Spoj­rze­li­śmy na sie­bie zdzi­wieni: "Ale co? Że śmie­ciarka? O tej po­rze w Wi­gi­lię? Nie­moż­liwe...". Tak to brzmiało... W tej sa­mej chwili za­dzwo­nił te­le­fon służ­bowy, że sto me­trów od na­szej pod­sta­cji do­szło do po­trą­ce­nia. Mie­li­śmy dy­le­mat, czy biec tam na pie­chotę, czy wsia­dać do ka­retki. Za­wo­ła­li­śmy kie­rowcę, wsie­dli­śmy i na bom­bach[2] ru­szy­li­śmy na ra­tu­nek.

Na miej­scu oka­zało się, że już ni­kogo nie ura­tu­jemy. Kie­rowca auta pę­dził tak szybko, że nie wy­ha­mo­wał na czer­wo­nym świe­tle i po­trą­cił męż­czy­znę na pa­sach. Ciało le­żało kil­ka­dzie­siąt me­trów przed au­tem. Siła ude­rze­nia była tak duża, że tego pie­szego do­słow­nie ro­ze­brało w lo­cie. Miał ro­ze­rwaną kurtkę, spa­dły mu spodnie, zgu­bił buty. U nas, w po­go­to­wiu, jak się mówi, że ktoś "zgu­bił buty", to zna­czy, że jest z nim już na­prawdę kiep­sko.

Do­sko­czy­łem do pa­cjenta, chcia­łem go na­wet re­ani­mo­wać, ale to nie miało sensu - po­czu­łem w rę­kach jego po­gru­cho­tany krę­go­słup i czaszkę. Kie­rowca, który spo­wo­do­wał wy­pa­dek, był oczy­wi­ście cały roz­trzę­siony, nie­skład­nie się tłu­ma­czył. Ro­zej­rza­łem się do­okoła i parę me­trów da­lej zo­ba­czy­łem le­żącą siatkę fo­liową, a w niej kar­pia. To było ko­lejne po­trą­ce­nie, do któ­rego zo­sta­łem we­zwany, w tej pracy jest się świad­kiem na­prawdę wielu ludz­kich tra­ge­dii. Ale tym ra­zem nie da­wała mi spo­koju myśl, że ten czło­wiek szedł na wi­gi­lię, nio­sąc w fo­liówce kar­pia na świą­teczny stół. Prze­cież ktoś na niego cze­kał...

Tego dnia wra­ca­łem do ro­dzin­nego domu na ko­la­cję wi­gi­lijną, sto ki­lo­me­trów za Wro­cła­wiem, gdzie pra­co­wa­łem. Tylko ja, ciem­no­czer­wony duży fiat i śnieg sy­piący jesz­cze moc­niej. Je­cha­łem chyba naj­wol­niej w ży­ciu i nie mo­głem prze­stać my­śleć o tym, że nie każdy za­sią­dzie dziś przy wi­gi­lij­nym stole.

Ży­cie jest nie­zwy­kle kru­che, trzeba je ce­nić i dbać o ten dar - tego uczy moja praca. Wiem, że to są ta­kie pier­doły, "carpe diem - chwy­taj każdy dzień, jakby był twoim ostat­nim" - gówno, ko­lejny slo­gan. Wia­domo, że trudno tak żyć. Dla przy­kładu: ostat­nio mia­łem taki dzień, że strasz­nie się wy­dzie­ra­łem na swoje dzieci. One wy­dzie­rały się na mnie, nie mo­gli­śmy się do­ga­dać. To prak­tycz­nie nie­wy­ko­nalne, żeby cały czas żyć z my­ślą: "Nie krzycz na dzieci, bo nie wiesz, czy ktoś z was za go­dzinę nie umrze!". Ale jed­no­cze­śnie cią­gle wra­cało do mnie wspo­mnie­nie o tym czło­wieku: kur­czę, szedł do domu, przy stole sie­dzieli jego bli­scy i na niego cze­kali, a jego już nie było. I to przez czy­jąś głu­potę.

Nie po­wiem, że­bym po do­tar­ciu do ro­dzi­ców w ten wi­gi­lijny wie­czór ja­koś szcze­gól­nie się matce czy ojcu rzu­cił na szyję - oka­zy­wa­nie emo­cji nie jest w moim stylu, w domu ro­dzin­nym też się tego nie ro­biło. Ale cią­gle my­śla­łem o tym fa­ce­cie. On po­tem przez lata był obecny w mo­jej gło­wie. Po ta­kim do­świad­cze­niu po pro­stu wiesz, że trzeba być go­to­wym, bo śmierć przy­cho­dzi bez za­po­wie­dzi.

Uśmiech

O tej ko­bie­cie za­wsze opo­wia­dam swoim stu­den­tom. Choć wcze­śniej jej nie zna­łem, jej hi­sto­ria trwale zmie­niła moje po­dej­ście do ży­cia i śmierci.

By­łem na dy­żu­rze ze świet­nym neu­ro­lo­giem. Nie­raz z nim jeź­dzi­łem, lu­bi­łem z nim pra­co­wać. Ro­zu­mie­li­śmy się.

Do­sta­li­śmy we­zwa­nie do wil­lo­wej dziel­nicy Wro­cła­wia. Duży, piękny dom, no­wo­cze­sny, ale jed­no­cze­śnie kla­syczny. Było w nim coś do­stoj­nego. Prze­stronny sa­lon, a w nim an­tyczne bi­blio­teczki wy­peł­nione po brzegi książ­kami. Przy­ga­szone świa­tło, ta­kie z lampki noc­nej z du­żym aba­żu­rem. Po­środku po­koju, w sty­lo­wym fo­telu, sie­działa na­sza pa­cjentka.

Ta pani miała trzy­dzie­ści, może trzy­dzie­ści pięć lat i ja­kiś czas temu usły­szała dia­gnozę, która brzmiała jak wy­rok: no­wo­twór piersi. Była po am­pu­ta­cji piersi i jej ręka nie­sły­cha­nie na­pu­chła, wy­glą­dała jak u sło­nia. To czę­ste po­wi­kła­nie zwią­zane z za­bu­rzo­nym krą­że­niem limfy po wy­cię­ciu wę­złów chłon­nych. Być może miała już prze­rzuty, może che­mia wy­koń­czyła jej or­ga­nizm tak bar­dzo, że nie miał już siły dzia­łać. Du­siła się, roz­pacz­li­wie chwy­tała każdy od­dech.

W ta­kich sy­tu­acjach nie ma czasu do stra­ce­nia. Trzeba wal­czyć o ży­cie. Roz­po­czę­li­śmy od le­ków, które miały jej po­móc od­dy­chać. Po­mo­gły, ale na­dal z tru­dem ro­biła choć je­den krok. Za­czę­li­śmy więc pa­ko­wać ją na wó­zek, żeby za­brać ją do szpi­tala. Ale wtedy wy­mie­ni­li­śmy z neu­ro­lo­giem jedno spoj­rze­nie i wszystko było już dla nas ja­sne. To nie ma sensu. Ona tej drogi do szpi­tala nie prze­żyje. Gdy tylko za­czy­na­li­śmy ją ru­szać, gdy zmie­niało się po­ło­że­nie jej serca, na­czyń krwio­no­śnych, wszystko za­czy­nało wa­rio­wać, spa­dały pa­ra­me­try ży­ciowe, serce sta­wało się nie­wy­dolne.

Po­sa­dzi­li­śmy ją z po­wro­tem w tym sty­lo­wym fo­telu, na kre­mo­wym tka­nym kocu. Na miej­scu byli jej mąż i dwoje dzieci. Ma­lu­chy, bą­ble ta­kie, może po kilka lat...

Mąż pod­szedł do niej, zła­pał ją za rękę. Dzieci usia­dły jej na ko­la­nach, przy­tu­liły się z czu­ło­ścią.

Pod­łą­czy­łem de­fi­bry­la­tor, te wszyst­kie ka­ble, które mo­ni­to­rują pracę serca. By­łem w dru­gim po­koju, sta­łem w prze­szy­wa­ją­cej ci­szy i sły­sza­łem, jak ono pika i słab­nie z każ­dym ko­lej­nym ude­rze­niem. Umarła w nie­spełna pięt­na­ście mi­nut...

Te­raz my­ślę, że to było naj­pięk­niej­sze pięt­na­ście mi­nut w ich ży­ciu. Mó­wili so­bie o tym, jak bar­dzo się ko­chają, jak bar­dzo bę­dzie im jej bra­ko­wało. Ona po­wta­rzała, że na pewno so­bie po­ra­dzą, że dzieci będą pięk­nie ro­sły i żeby nie za­po­mniały o niej i o tym, że ich ko­chała, że były dla niej naj­waż­niej­sze.

Kiedy już nikt z nas nie sły­szał pi­ka­nia de­fi­bry­la­tora, pod­sze­dłem do męża i po­twier­dzi­łem, że żona do­kład­nie w tym mo­men­cie umarła. Zo­sta­wi­łem ich sa­mych, a oni da­lej tak się przy­tu­lali bez słowa.

Wy­pi­sa­li­śmy jej z neu­ro­lo­giem bi­let do nieba[3]. Mąż przy­szedł do nas po­tem i po­wie­dział:

- Bar­dzo wam dzię­kuję.

To jest piękna hi­sto­ria i my­ślę, że trzeba na nią spoj­rzeć z per­spek­tywy tej ro­dziny. Oni mo­gli być ze sobą, kiedy mama umie­rała, kiedy koń­czyło się jej ży­cie, mo­gli so­bie wiele po­wie­dzieć. Nie sły­sza­łem ca­łej roz­mowy, ale być może za­koń­czyli ja­kieś ważne sprawy, po­wie­dzieli so­bie coś, czego nie po­tra­fili po­wie­dzieć przez całe ży­cie. Albo czego po­wie­dzieć nie mo­gli. To nie­sa­mo­wi­cie ważne, że ona ode­szła wśród bli­skich, w spo­koju, w swoim domu. Kiedy umie­rała, na jej twa­rzy błą­kał się uśmiech.

*

Śmierć to, jak się do­my­ślam, co­dzien­ność w pracy ra­tow­nika me­dycz­nego. Pa­mię­tasz, kiedy ze­tkną­łeś się z nią pierw­szy raz na swoim dy­żu­rze?

Pierw­szą śmierć pa­mię­tam do­sko­nale. Skoń­czy­łem dzie­więt­na­ście lat i pra­co­wa­łem jako wo­lon­ta­riusz w szpi­talu. Po­sta­no­wi­łem uczyć się po­przez prak­tykę, bo mia­łem tro­chę wol­nego czasu na stu­diach. By­łem za­fa­scy­no­wany ra­to­wa­niem lu­dzi. Pierw­szy czło­wiek, któ­rego śmierć wi­dzia­łem na wła­sne oczy, umarł na izbie przy­jęć. Ude­rzyło mnie to bar­dzo. Pa­mię­tam, że zgod­nie z pro­ce­du­rami szpi­tal­nymi trzeba było po­wy­cią­gać z ciała te wszyst­kie rze­czy po re­ani­ma­cji - wkłu­cia, rurki, elek­trody EKG - i do­kład­nie umyć ciało ze śla­dów krwi i co­dzien­nego brudu. Pa­mię­tam do­świad­czoną pie­lę­gniarkę, która mnie uczyła, że je­den pla­ste­rek z jego imie­niem, na­zwi­skiem i PE­SEL-em mu­sisz przy­kleić na no­dze, póź­niej za­wi­nąć czło­wieka w prze­ście­ra­dło i na­kleić na nie drugi pla­ste­rek. Póź­niej jesz­cze jedno prze­ście­ra­dło i znowu pla­ste­rek. Te za­bez­pie­cze­nia są po to, żeby nikt nie po­my­lił toż­sa­mo­ści zmar­łego po dro­dze do kost­nicy. To była trudna sy­tu­acja - na­gle mu­sia­łem przy­szy­ko­wać zmar­łego czło­wieka do prze­ka­za­nia do kost­nicy. Niby mia­łem już za­ję­cia z ana­to­mii, które po­winny mnie przy­go­to­wać do po­dob­nych sy­tu­acji, ale w ży­ciu jest zu­peł­nie ina­czej niż w sali la­bo­ra­to­ryj­nej. Chyba cho­dzi o to, że pa­cjent ma swoją toż­sa­mość, a pre­pa­rat jest bez­i­mienny.

Dla­czego ten czło­wiek umarł na izbie przy­jęć?

To był pięć­dzie­się­ciocz­te­ro­letni męż­czy­zna i wła­ści­wie zmarł dzie­sięć me­trów od swo­jego domu. Pod­szedł do klatki scho­do­wej, w po­bliże za­ro­śli, które ro­sną w przy­do­mo­wych ogród­kach, i tam skoń­czyło się jego ży­cie. Nie okre­ślono przy­czyny śmierci. Być może miał za­wał serca, za­to­ro­wość płucną czy udar mó­zgu. Czemu umarł pod do­mem? Bar­dzo czę­sto lu­dzie, ma­jąc po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa, od­pusz­czają walkę o ży­cie. To się zda­rza, ale ta kon­kretna sy­tu­acja bar­dzo mną wstrzą­snęła. Po pierw­sze, pięć­dzie­siąt cztery lata - ten czło­wiek był w wieku mo­ich ro­dzi­ców. Po dru­gie, śmierć pod do­mem. Wy­obra­ża­łem so­bie, że jego ro­dzina go zna­la­zła, być może pró­bo­wała go ra­to­wać, ale on i tak umarł. Ze­spół ka­retki za­brał go po pró­bie re­ani­ma­cji, którą kon­ty­nu­owa­li­śmy w szpi­talu.

Praca na izbie przy­jęć w szpi­talu to były po­czątki two­jej pracy me­dyka. A jak było w po­go­to­wiu? Pa­mię­tasz pierw­sze trudne mo­menty na ka­retce?

Do po­go­to­wia ra­tun­ko­wego tra­fi­łem jesz­cze na stu­diach, nie­długo po wo­lon­ta­ria­cie w szpi­talu. Naj­pierw po­ma­ga­łem w po­go­to­wiu ra­tun­ko­wym w Gło­go­wie, a póź­niej zo­sta­łem za­trud­niony na umowę o pracę jako sa­ni­ta­riusz we Wro­cła­wiu, gdzie po zdo­by­ciu dy­plomu prze­pra­co­wa­łem wiele lat. Mój pierw­szy wy­jazd am­bu­lan­sem to 25 lub 26 grud­nia, na pewno były to święta Bo­żego Na­ro­dze­nia. We­zwa­nie do­ty­czyło dusz­no­ści, brzmiało dra­ma­tycz­nie. Pa­mię­tam, jak mi ręce drżały, gdy ru­szy­li­śmy na sy­gnale. Do­okoła śnieg i nie­pew­ność, co się wy­da­rzy. Do­je­cha­li­śmy do pa­cjentki. Fak­tycz­nie po­waż­nie się du­siła. Na do­da­tek pod­czas tego dy­żuru tra­fi­łem na ze­spół, który nie był opa­no­wany ani wspie­ra­jący. Nie mo­głem li­czyć na współ­pra­cow­ni­ków, mu­sia­łem się sam ogar­nąć - bez do­świad­cze­nia za­wo­do­wego i ży­cio­wego. W domu pa­nika - pa­cjentka się du­siła, bli­scy pła­kali, bła­gali o po­moc. Pa­mię­tam, że udało mi się za­ło­żyć wkłu­cie, z na­ci­skiem na "udało". Wcze­śniej uczy­łem się tego na wo­lon­ta­ria­cie w szpi­talu, ale zde­cy­do­wa­nie bra­ko­wało mi do­świad­cze­nia. Po­da­li­śmy leki, pa­cjentka ode­tchnęła pełną pier­sią, prze­wieź­li­śmy ją do szpi­tala. Ura­to­wa­li­śmy ją. Wtedy po raz pierw­szy po­czu­łem, jak głę­boki sens ma ta praca, że za­działo się coś nie­sa­mo­wi­tego, a ja by­łem tego czę­ścią. Na­to­miast zu­peł­nie nie do­sta­łem wspar­cia ze strony współ­pra­cow­ni­ków, każdy dzia­łał na wła­sną rękę, ner­wowo. Wtedy jesz­cze nie zda­wa­łem so­bie sprawy, jak ważna jest at­mos­fera w ze­spole. Do­świad­czy­łem tego na szczę­ście już na dru­gim dy­żu­rze, gdy mia­łem pierw­szą re­ani­ma­cję w ży­ciu.

Na dru­gim dy­żu­rze mia­łeś pierw­szą re­ani­ma­cję?!

Tak, ale w ogóle za­czą­łem ten dy­żur od wy­jazdu do trzech zgo­nów z rzędu...

To mu­siało być ogromne prze­ży­cie!

Zga­dza się. Pa­mię­tam, że wró­ci­łem do domu i po­my­śla­łem: "No to faj­nie wy­gląda praca w po­go­to­wiu. Troje lu­dzi nie żyje, a ja na to wszystko pa­trzy­łem". Szybko jed­nak zra­cjo­na­li­zo­wa­łem so­bie to, że po­go­to­wie w tam­tym cza­sie stan­dar­dowo jeź­dziło do stwier­dza­nia zgo­nów, więc nie mia­łem na to wpływu, bo na tych lu­dzi po pro­stu przy­szedł czas, a my do­peł­nia­li­śmy for­mal­no­ści.

Mó­wisz "zra­cjo­na­li­zo­wa­łem so­bie". Czy ra­tow­nik może się do śmierci przy­zwy­czaić?

Ge­ne­ral­nie trudno jest przy­zwy­czaić się do śmierci sa­mej w so­bie. Ob­cu­jemy z nią prak­tycz­nie na co dzień, idziemy ra­mię w ra­mię. Bar­dzo lu­bię film Joe Black z Bra­dem Pit­tem, który gra Śmierć. Per­so­ni­fi­ko­wa­nie jej sprzyja po­czu­ciu, że ze śmier­cią je­ste­śmy za pan brat, że można z nią ne­go­cjo­wać i iść na ustęp­stwa. Kiedy re­ani­ma­cja się nie udaje, za­wsze czuje się smak po­rażki, bez względu na to, czy to był młody czło­wiek czy sta­rzec, zdrowy czy scho­ro­wany. Ła­two jest przy­je­chać do zgonu ja­kiejś babci, lat dzie­więć­dzie­siąt osiem, i po­wie­dzieć: bar­dzo mi przy­kro, bab­cia ode­szła, można się z nią po­że­gnać, przy­tu­lić i coś tam, to jest na­tu­ralne. Ale je­śli roz­po­czy­nasz re­ani­ma­cję i wal­czysz o tego czło­wieka, a na­gle mu­sisz pod­jąć de­cy­zję, że kur­czę, nic wię­cej nie da się zro­bić, czu­jesz, że prze­gra­łeś ze śmier­cią. Tym ra­zem ona miała lep­sze karty. To tro­chę jak nie­wy­ko­rzy­stany rzut karny w piłce noż­nej. Niby wiesz, jak strze­lić, wiesz gdzie, a piłka sro­mot­nie lą­duje na try­bu­nach, mi­nąw­szy bramkę. Kiedy wra­casz po ta­kim dy­żu­rze, z au­to­matu po­ja­wiają się my­śli: "Czy zro­bi­łem wszystko tak, jak trzeba? Czy by­li­śmy na czas? Czy ro­dzina pro­wa­dziła re­ani­ma­cję przed na­szym przy­jaz­dem?". Po la­tach wiem, że tu trzeba wy­ha­mo­wać, bo ta­kie my­śle­nie tylko wpę­dza w dół.

A kiedy pa­cjent od­cho­dzi, co jest naj­trud­niej­sze dla ra­tow­nika?

Dla mnie to jest ten mo­ment, kiedy już wiesz, że tym ra­zem się nie udało i mu­sisz usu­nąć z ciała czło­wieka te wszyst­kie rze­czy, które w nie wpa­ko­wa­łeś, by go ra­to­wać. Wyj­mu­jesz we­nflon, z któ­rego jesz­cze są­czy się krew. Wyj­mu­jesz urzą­dze­nia, które wkłada się do gar­dła i tcha­wicy, żeby wspo­ma­gać od­dech. Od­kle­jasz po ko­lei elek­trody, wi­dzisz opa­rze­nia po de­fi­bry­la­cji. Do­ty­kasz po­ła­ma­nych że­ber, mostka. My­ślisz so­bie: "Kur­czę, to by było tyle...". Ciało przy­kry­wasz prze­ście­ra­dłem, a po­tem mu­sisz je prze­ło­żyć na łóżko, bo leży na pod­ło­dze czy po­mię­dzy se­de­sem a ścianą. I to są rze­czy trudne, na­wet dla naj­bar­dziej do­świad­czo­nych me­dy­ków. Gdy to wszystko ro­bisz, jest bar­dzo ci­cho, wszy­scy są za­my­śleni, skon­cen­tro­wani. Przed wyj­ściem od pa­cjenta, który wła­śnie zmarł, za­my­ka­łem mu oczy i przy­kry­wa­łem prze­ście­ra­dłem - tro­chę tak jak na fil­mach.

Żeby inni nie pa­trzyli, tak?

To jest trudny wi­dok dla bli­skich. Te­raz już wiem, że to są je­dy­nie mię­śnie i ko­ści, ale lu­dzie tak tego nie po­strze­gają, to jest dla nich cią­gle bli­ski czło­wiek. Czę­sto przed na­kry­ciem zwłok pod­wią­zy­wa­łem brodę ban­da­żem, my­śląc o tym, jak zmarły bę­dzie wy­glą­dać w trum­nie. Tego się na­uczy­łem na pierw­szych dy­żu­rach w po­go­to­wiu. Nie pa­mię­tam, kto mi wtedy po­wie­dział: "Ja­rek, mu­sisz pod­wią­zać brodę, bo zwy­kle, jak lu­dzie umie­rają, mają otwarte usta i wtedy źle wy­glą­dają w trum­nie". To jest też dba­nie o tych, któ­rzy zo­stają - żeby ten czło­wiek nie zo­stał za­pa­mię­tany z dzi­waczną miną.

Do­my­ślam się, że to trudne, gdy mu­sisz ro­dzi­nie prze­ka­zać in­for­ma­cję, że ktoś bli­ski od­szedł.

Trudne, ale w tej pracy mu­sisz być nie tylko ra­tow­ni­kiem, lecz rów­nież psy­cho­lo­giem. Bie­rzesz na sie­bie od­po­wie­dzial­ność za bli­skich zmar­łego, któ­rzy czę­sto prze­cież są świad­kami walki o ży­cie. Gdy ko­goś re­ani­mo­wa­li­śmy, za­wsze sta­ra­łem się mó­wić ro­dzi­nie, co ro­bimy i dla­czego. Chcia­łem, żeby miała świa­do­mość, co dzieje się z bli­ską osobą. Kiedy przy­jeż­dża­łem na we­zwa­nie do umie­ra­ją­cego czło­wieka, mia­łem przy­go­to­waną for­mułkę: "Te­raz nie mam czasu tłu­ma­czyć, co ro­bię, ale wy­ja­śnię wszystko, gdy skoń­czymy naj­waż­niej­sze pro­ce­dury". Mó­wi­łem wtedy, że uży­wamy prądu po to, żeby po­ru­szyć serce. Albo że wło­ży­łem tę rurę po to, żeby móc od­dy­chać za pa­cjenta. Pra­wie za każ­dym ra­zem opo­wia­da­łem i wy­ko­rzy­sty­wa­łem ro­dzinę do po­mocy. Z róż­nych wzglę­dów, głów­nie fi­zycz­nych. Gdy jest nas dwóch albo trzech w ze­spole, za­wsze jest pełno ro­boty, a ro­dzina za­zwy­czaj stoi i pa­trzy. Wtedy mó­wi­łem: pro­szę po­dejść, po­trzy­mać kro­plówkę, po­wen­ty­lo­wać, co­kol­wiek. Raz, że to była dla nas po­moc, do­dat­kowa para rąk, a dwa, ro­bi­łem to też dla nich sa­mych - bo gdy umie­rał im ktoś bli­ski, a oni uczest­ni­czyli w ra­to­wa­niu, po­tem mo­gli śmiało po­wie­dzieć: "re­ani­mo­wa­li­śMY", "zro­bi­li­śMY wszystko, co się dało", "po­ma­ga­li­śMY". Ła­twiej było im znieść stratę, prze­żyć ża­łobę, bo mieli po­czu­cie, że brali udział w walce o ży­cie.

Ra­tow­nicy za­wsze an­ga­żują ro­dzinę?

To za­leży od po­dej­ścia. Moi ko­le­dzy nie­rzadko po­gar­szali sprawę, na przy­kład mó­wiąc: "Może tato by żył, gdyby pani za­częła uci­skać klatkę pier­siową przed na­szym przy­jaz­dem". Moim zda­niem tak nie można, bo ta­kie słowa zo­stają w lu­dziach na całe ży­cie. W ten spo­sób obar­cza się ich winą za śmierć bli­skiej osoby. Sta­ram się mó­wić ra­czej: "Świet­nie, że pani to zro­biła, wspa­niale, że pan uci­skał z nami". A kiedy już wi­dzia­łem, że nie ura­tu­jemy pa­cjenta, za­wsze mia­łem przy­go­to­wany tekst, że ktoś bli­ski nie żyje i że to jest do­bry mo­ment, żeby się po­że­gnać. I z tym nikt nie dys­ku­to­wał. Nikt, ni­gdy. Moi ko­le­dzy mie­wali awan­tury, bitki, pro­ku­ra­tora na gło­wie, bo ro­dzina zgła­szała póź­niej, że coś było nie tak. Ja ro­bi­łem, ile mo­głem, an­ga­żo­wa­łem ro­dzinę, a kiedy pa­cjent zmarł, za­wsze sta­ra­łem się po­wie­dzieć coś w stylu: "Cza­sem bywa tak, że ta świeczka ga­śnie, ale zro­bił pan dla taty wszystko, co pan mógł. A te­raz jest do­bry mo­ment, żeby się z tatą po­że­gnać".

I co? To po­ma­gało?

Ja­sne, bo zo­bacz, sta­wia­łem tych lu­dzi w ta­kiej sy­tu­acji, że mają je­dyną szansę, żeby się po­że­gnać. Mó­wiąc tak, da­wa­łem im pięć mi­nut na po­że­gna­nie. To jest abs­trak­cja, bez­sens, bo ten czło­wiek nie żyje, z nim w ogóle nie da się po­że­gnać, ale dla tych lu­dzi to było ważne i nie chcieli zmar­no­wać czasu na kłót­nie ze mną. Czuli, że je­żeli prze­ga­pią te pięć mi­nut, to bę­dzie pro­blem. Wi­dzia­łem, że lu­dzie do­ce­niają fakt, że mają ten czas dla sie­bie. W ta­kich mo­men­tach za­zwy­czaj na­wet nie sprzą­ta­łem, żeby nie za­kłó­cać tego in­tym­nego mo­mentu po­że­gna­nia ze zmar­łym. A za­zwy­czaj jest co sprzą­tać, bo miej­sce po ak­cji wy­gląda nie­rzadko jak po­bo­jo­wi­sko, jak pole bi­twy - jest mnó­stwo gaz, am­pu­łek, ru­rek, fio­lek po le­kach.

Za­łożę się, że jed­nak nie za­wsze ro­dzina re­ago­wała przy to­bie tak spo­koj­nie i roz­waż­nie na śmierć bli­skich.

Oczy­wi­ście, że nie! Pa­mię­tam ta­kie we­zwa­nie w święta Bo­żego Na­ro­dze­nia. Zmarł star­szy pan, miał chyba z dzie­więć­dzie­siąt lat. Le­karz aku­rat wy­pi­sy­wał bi­let do nieba, a ja krę­ci­łem się po miesz­ka­niu, ogar­nia­jąc rze­czy, i usły­sza­łem ury­wek roz­mowy w kuchni: - Całe ży­cie, kurwa! Całe ży­cie był prze­ciwko nam! - Zdzi­wiony wy­ostrzy­łem słuch. To byli bli­scy tego zmar­łego pa­cjenta. - No kurwa, całe ży­cie był prze­ciwko nam i mu­siał umrzeć aku­rat w święta! Spe­cjal­nie nam to zro­bił. Jak my te­raz w ża­ło­bie na syl­we­stra pój­dziemy?!

Naj­waż­niej­sze w tej śmierci było dla nich to, że dzia­dek im umarł na złość, bo wy­brał taki dzień na odej­ście, że oni te­raz nie po­im­pre­zują w syl­we­stra. Prze­łkną­łem gulę, która mi ro­sła w gar­dle, żeby nie wejść do kuchni i im cze­goś nie po­wie­dzieć. Ale nie moją rolą jest umo­ral­niać ro­dzinę, gdy ktoś umiera. Aku­rat tacy to byli lu­dzie.

A czy zda­rzały ci się ja­kieś inne in­cy­denty z ro­dzi­nami zmar­łych w roli głów­nej?

Oczy­wi­ście, mnó­stwo. Pa­mię­tam taką sy­tu­ację sprzed lat, z po­cząt­ków mo­jej pracy, kiedy ra­tow­nicy mieli pa­gery, zu­peł­nie jak le­ka­rze na ame­ry­kań­skich fil­mach. Gdy do­sta­wało się we­zwa­nie, to wy­świe­tlał się ja­kiś krótki ko­mu­ni­kat, za­zwy­czaj jedno słowo albo bar­dzo krót­kie zda­nie. Zo­ba­czy­łem słowo "cu­krzyca", ale to zde­cy­do­wa­nie nie było stan­dar­dowe we­zwa­nie do tej cho­roby.

*

Cu­krzyca

Kiedy na pa­ge­rze wy­świe­tliło mi się słowo "cu­krzyca", nie spo­dzie­wa­łem się ni­czego spek­ta­ku­lar­nego. Ale po chwili przy­szła druga część ko­mu­ni­katu - "pa­cjentka bez kon­taktu". Po­pę­dzi­li­śmy z ekipą do ka­retki i po­je­cha­li­śmy na miej­sce.

Ele­gancki dom, piękna za­byt­kowa ka­mie­nica. Uwiel­biam ta­kie stare bu­dynki. Mam wra­że­nie, że są tro­chę jak lu­dzie. Mają du­szę.

Po­bie­gli­śmy po scho­dach na pię­tro, do miesz­ka­nia. Zna­łem ten kli­mat. Miej­sca, w któ­rych żyli lu­dzie starsi, uro­dzeni jesz­cze przed wojną, czę­sto były do sie­bie po­dobne. Wszę­dzie mnó­stwo ksią­żek, stare me­ble. Na stole oka­zały bu­kiet kwia­tów, choć lekko zwięd­nię­tych. Wa­zon stał na mi­ster­nie wy­dzier­ga­nym na szy­dełku ob­ru­sie.

Pa­mię­tam cha­rak­te­ry­styczny, słodki za­pach uno­szący się w po­wie­trzu - jakby mie­szanka pu­dru, kremu Ni­vea i le­ków zio­ło­wych.

Spo­dzie­wa­łem się, że na­sza pa­cjentka bę­dzie do­stojną, star­szą pa­nią, że bę­dzie mó­wiła piękną pol­sz­czy­zną. Tym­cza­sem pani nie mó­wiła nic, tylko sie­działa za wiel­kim sto­łem z głową opartą na rę­kach. Pod­trzy­my­wała czoło prawą dło­nią, jakby się za­sta­na­wiała. Po­wieki miała opusz­czone.

- Wie pan, mama cho­ruje na cu­krzycę - za­cze­piła mnie ładna czter­dzie­sto­pa­ro­latka, naj­wy­raź­niej córka pa­cjentki. - Czę­sto zda­rza jej się taki stan, że jest ja­kaś obca, nie chce z ni­kim roz­ma­wiać. Dziś to na­wet nie chciała dać palca do wkłu­cia, żeby po­dać leki.

Córka za­częła re­la­cjo­no­wać mi całe le­cze­nie. Byli przy­zwy­cza­jeni do tego, że po­go­to­wie od­wie­dzało mamę na­wet kilka razy w mie­siącu. Ko­bieta wy­jęła z szu­flady plik pa­pie­rów, za­częła mi po­ka­zy­wać wy­niki ba­dań, do­ku­menty z po­go­to­wia. Zi­ry­to­wa­łem się, bo przez ten cały wy­wód nie mo­głem w spo­koju po­dejść do pa­cjentki. W końcu po­chy­li­łem się nad sie­dzącą za sto­łem mamą.

- Dzień do­bry dro­giej pani, je­ste­śmy z po­go­to­wia ra­tun­ko­wego. Co się stało?

Zero od­zewu. Nic. Ci­sza.

- Halo, prze­pra­szam, droga pani, chcie­li­by­śmy pa­nią zba­dać.

To samo. Na­wet nie drgnęła.

- No wi­dzi pan! Jest uparta jak wół - ode­zwała się co­kol­wiek ner­wowo córka. - Ma tak czę­sto. Nie chce z ni­kim mó­wić, pew­nie na­wet do szpi­tala nie bę­dzie chciała po­je­chać.

Nie zwa­ża­jąc na te uwagi, do­tkną­łem ra­mie­nia pa­cjentki. Była sztywna. Sprawa oka­zała się dla mnie ja­sna. Nie żyła, i to od kilku go­dzin.

- Przy­kro mi, ale pań­stwa mama nie żyje - po­wie­dzia­łem spo­koj­nie do córki i po­zo­sta­łych krew­nych. W sa­lo­nie było w su­mie kilka osób.

- Ale jak nie żyje?! - obu­rzył się ja­kiś pan. - Prze­cież my­śmy z nią roz­ma­wiali!

- Ro­zu­miem, że pań­stwo do niej mó­wili, ale nie od­po­wia­dała, prawda?

Wtedy w sa­lo­nie za­pa­no­wała kom­pletna ci­sza. Do wszyst­kich do­tarło, co się tak na­prawdę stało.

Na pod­sta­wie dal­szych roz­mów z ro­dziną usta­li­łem, że ko­bieta nie żyje od kilku go­dzin. Ro­dzina w tym cza­sie pró­bo­wała usil­nie się z nią roz­mó­wić, a ona po pro­stu za­sty­gła za sto­łem. To był wy­nik stę­że­nia po­śmiert­nego, które po­ja­wia się po czte­rech, sze­ściu go­dzi­nach od śmierci.

W mo­men­cie zgonu wszystko staje w miej­scu, mam na my­śli serce, płuca, nerki, wą­trobę itd. W re­zul­ta­cie na­sza "fa­bryka" prze­staje wy­twa­rzać ener­gię. Skurcz mię­śni jest bier­nym po­łą­cze­niem ak­tyny i mio­zyny, na­to­miast do roz­kur­czu po­trzebna jest ener­gia, któ­rej po śmierci ciało nie pro­du­kuje. Stąd po wy­czer­pa­niu jej za­pa­sów po­ja­wia się spię­cie mię­śni, które na­zy­wamy stę­że­niem po­śmiert­nym.

A na­sza pani oparła się o stół, gdy po­czuła sła­bość, i wtedy do­szło do za­trzy­ma­nia krą­że­nia. Gra­wi­ta­cja i siły dzia­ła­jące na dźwi­gnie w sta­wach zro­biły swoje i w ta­kiej nie­na­tu­ral­nej po­zy­cji ko­bieta za­sty­gła.

Pa­mię­tam, że prze­ło­ży­li­śmy pa­cjentkę na łóżko, bo - mó­wiąc ko­lo­kwial­nie - głu­pio tak zo­sta­wiać trupa przy stole. Po­ło­ży­li­śmy ją na łóżku, a ona w tej po­zy­cji - z no­gami do góry i ręką przy czole - tak zo­stała.

Zdrada

To była nie­dziela rano. Po­czą­tek mo­jego dy­żuru, ja­kaś siódma czter­dzie­ści.

Mia­łem wtedy bar­dzo fajną ekipę. Le­karz, z któ­rym jeź­dzi­łem, był prze­sym­pa­tyczny, tylko wszystko ro­bił po­woli. Śli­ma­czył się strasz­li­wie. Fa­cho­wiec ja­kich mało, ale na wszystko po­trze­bo­wał ze dwie go­dziny wię­cej niż inni. Dru­gim ko­legą w eki­pie był pie­lę­gniarz, który z ko­lei miał swoje małe na­tręc­twa - szo­ro­wał ka­retkę przez pół nocy, żeby do­czy­ścić wszystko, gdy mu po­da­łem rękę na po­wi­ta­nie, to mył ją z dzie­sięć razy, żeby po­rząd­nie zde­zyn­fe­ko­wać. A kiedy sie­dział obok mnie, to - psik! psik! - po­tra­fił znie­nacka spry­skać mnie pły­nem do de­zyn­fek­cji. Rzu­cał wtedy do­bro­duszny ko­men­tarz: "O! I już je­steś czy­sty!".

Wszy­scy się z niego śmiali. Ja w su­mie też, do­póki kie­dyś nie za­py­ta­łem, co mu jest. Oka­zało się, że cierpi na nie­le­czony ze­spół stresu po­ura­zo­wego. Wcze­śniej pra­co­wał na ja­kiejś mi­sji woj­sko­wej, chyba w Iraku, i tam mu się tak po­prze­sta­wiało w gło­wie. Fa­cet miał w prze­szło­ści trau­ma­tyczne do­świad­cze­nia, a ko­le­dzy mó­wili o nim "dzi­wak", "głu­pol". W su­mie to może inni też wie­dzieli o tym, gdzie był, ale cza­sami le­piej nie wie­dzieć. Grunt, że ka­retka za­wsze była czy­sta. Nikt o nic nie py­tał i za­ak­cep­to­wa­li­śmy go ta­kim, jaki był.

No więc w nie­dzielny po­ra­nek po­je­cha­li­śmy taką oso­bliwą ekipą na we­zwa­nie. Przy­jeż­dżamy, na miej­scu star­szy pan, osiem­dzie­siąt cztery lata. Pa­mię­tam jego dom, bo czę­sto go mi­jam w dro­dze do pracy. No i ten prze­sym­pa­tyczny dzia­dek mówi nam, że źle się czuje.

- A kto w nie­dzielę rano czuje się do­brze? Taki dzień! - za­żar­to­wa­łem.

Dzia­dek niby się za­śmiał, ale ja­koś nie­wy­raź­nie. Za­bie­ramy się do ba­da­nia, roz­ma­wiamy, a on za­czyna nam re­la­cjo­no­wać, jak to żona go wła­śnie nie­dawno zdra­dziła. Po­my­śla­łem: "Kurde, szy­kuje się ko­lejny wy­jazd "psy­cho­lo­giczny"". No ale co ro­bić, taka ro­bota.

- A ile żona ma lat?

- Osiem­dzie­siąt cztery, jak ja - od­po­wie­dział.

"Osiem­dzie­siąt cztery? Dziwny wiek na zdradę" - po­my­śla­łem so­bie w du­chu, ale okej, różne rze­czy się dzieją, wiele wi­dzia­łem. Spraw­dzamy da­lej stan pa­cjenta, za­bra­li­śmy się do pod­pi­na­nia EKG.

- Wie­cie, pa­no­wie, młod­szego so­bie zna­la­zła i ode­szła. Wy­pro­wa­dziła się ode mnie. Taki los mnie spo­tkał.

Roz­glą­dam się po po­koju, stoją ich wspólne zdję­cia w ram­kach.

Coś mi się w tej hi­sto­rii jed­nak nie skła­dało. W pew­nym mo­men­cie opo­wie­ści zo­rien­to­wa­łem się, że żona po pro­stu nie żyje. Nie ma jej, bo umarła. Nikt tam ni­kogo nie zdra­dził, po pro­stu ode­szła, bo przy­szedł jej czas, a ten czło­wiek mó­wił o niej wciąż z ogromną mi­ło­ścią i tę­sk­notą. Od­pły­ną­łem my­ślami na chwilę, jaka to ro­man­tyczna w grun­cie rze­czy hi­sto­ria, i w tym mo­men­cie de­fi­bry­la­tor za­wył zło­wiesz­czym alar­mem.

Ob­raz na mo­ni­to­rze za­czął przy­po­mi­nać szlaczki skrzęt­nie ry­so­wane przez dwu­latka, co wska­zy­wało na mi­go­ta­nie ko­mór. W ta­kiej sy­tu­acji mu­szę jak naj­szyb­ciej ude­rzyć pa­cjenta prą­dem, na­wet do trzech razy.

Za­bie­ram się do ra­to­wa­nia go, a ko­le­dzy z ze­społu pa­trzą na mnie jak na wa­riata.

- Ja­rek?! Co ty, kurwa, ro­bisz? Prze­cież ten fa­cet jest przy­tomny, mówi, opo­wiada! A ty go rą­biesz prą­dem?!

- On ma za­trzy­ma­nie krą­że­nia i mi­go­ta­nie! - krzyk­ną­łem tylko i JEB! Rąb­ną­łem go prą­dem pierw­szy raz.

- I wie­cie, pa­no­wie, wzięła ta moja Ba­sia ko­chana wa­lizki...

JEB! Rąb­ną­łem drugi raz.

Wtedy stra­cił przy­tom­ność i osu­nął się z ka­napy na pod­łogę. Rąb­ną­łem go trzeci raz prą­dem, otwo­rzył oczy, wstał i po­wie­dział:

- No tak, i ni­gdy nie wró­ciła, bo nie żyje.

To było coś NIE-SA-MO-WI-TE-GO!

Moi ko­le­dzy pa­trzyli na mnie w osłu­pie­niu.

- Ty je­steś po­je­bany - rzu­cił le­karz fleg­ma­tyk. Chwilę mu za­jęło zro­zu­mie­nie, co tam się wy­da­rzyło.

Ten czło­wiek prze­żył mo­ment śmierci kli­nicz­nej. Mimo że jego serce prze­stało pom­po­wać krew, w mó­zgu po­zo­stała ja­kaś re­zerwa tlenu. Po­nie­waż starsi lu­dzie po­trze­bują go mniej, nasz pa­cjent nie stra­cił przy­tom­no­ści i opo­wia­dał te hi­sto­rie o zdra­dzie.

Dzia­dek chciał o wła­snych si­łach zejść z nami do ka­retki, żeby po­je­chać do szpi­tala na ba­da­nia kon­tro­lne. Był w do­sko­na­łym sta­nie. W ogóle nie pa­mię­tał mo­mentu za­pa­ści.

- Co pan mnie bę­dzie na krze­sełku niósł! Sam pójdę! - zbesz­tał mnie, kiedy za­ofe­ro­wa­łem mu po­moc.

- Spo­koj­nie, pro­szę pana, ta­kie są pro­ce­dury - wy­ją­ka­łem, pod­nie­cony całą sy­tu­acją. - Za­pra­szam na krze­sełko, za­słu­żył pan na prze­marsz w lek­tyce.

Sie­dzia­łem z nim w ka­retce, a on cały czas opo­wia­dał mi o żo­nie. Już nie o żad­nej wy­my­ślo­nej zdra­dzie, tylko o tym, że zmarła mie­siąc wcze­śniej, że mu jej bar­dzo bra­kuje, że to była mi­łość jego ży­cia, że bar­dzo chciałby już do niej do­łą­czyć.

Do­star­czy­li­śmy go na od­dział, po­że­gna­li­śmy się.

Nie­stety kilka go­dzin póź­niej dzia­dek zmarł. Ta wia­do­mość mnie jed­nak nie za­smu­ciła. Dla mnie to była piękna śmierć. Śmierć czło­wieka, który bar­dzo tę­sk­nił za uko­chaną, bar­dzo chciał się z nią spo­tkać w in­nym ży­ciu, bo tu już nie umiał bez niej żyć.

*

Uży­łeś okre­śle­nia "piękna śmierć". Za­sko­czyło mnie to. Sy­tu­acja ra­to­wa­nia ży­cia ko­ja­rzy mi się z tym, że umie­ra­jący de­spe­racko wal­czy o ży­cie, ale osta­tecz­nie prze­grywa. Gdzie tu piękno?

Czę­sto wi­dzę w śmierci piękno. Być może ta­kie ro­man­tyczne po­dej­ście wy­nika z mo­jego za­wodu. (śmiech) Stu­dia przy­go­to­wują nas na fi­zjo­lo­giczne aspekty śmierci. Sie­dzisz w pro­sek­to­rium, oglą­dasz or­gany we­wnętrzne czło­wieka, ro­bisz sek­cję zwłok, ktoś ci przy­nosi sie­dem głów w wia­drach i mówi: "Masz, ucz się, jak wy­gląda mózg". Gdy­by­śmy nie mieli ta­kiego za­ple­cza, nie da­li­by­śmy rady pra­co­wać. Ale ja wy­cho­wa­łem się na ta­kich fil­mach jak Joe Black i 21 gra­mów i prze­ma­wia do mnie wi­zja, że gdy czło­wiek umiera, ula­tuje z niego du­sza. By­łem przy wielu śmier­ciach i za­pew­niam cię, że lu­dzie, któ­rym to­wa­rzy­szą bli­scy, któ­rzy czują się ko­chani, za­opie­ko­wani, od­cho­dzą spo­koj­nie, pięk­nie.

Dla bli­skich na pewno żadna śmierć nie jest piękna.

Bo pa­trzymy na umie­ra­ją­cych ze swo­jej per­spek­tywy, przy­kła­damy do nich na­szą miarę. My­ślimy o so­bie, nie o nich. To­bie się wy­daje, że w ra­to­wa­niu ży­cia jest coś ner­wo­wego, a dla wielu lu­dzi śmierć to upra­gniony spo­kój, przy­stań. Cza­sami lu­dzie wręcz na nią cze­kają. To my do­ra­biamy do niej dra­ma­tyczną hi­sto­rię. Niby w Pol­sce je­ste­śmy ta­kimi ka­to­li­kami, a jed­nak zo­bacz, cały czas wy­zna­jemy kult ciała, ży­cia, mało w nas du­cho­wo­ści, zro­zu­mie­nia na­tu­ral­nych pro­ce­sów. Na­gle ktoś star­szy w ro­dzi­nie umiera i wszy­scy pod­no­szą krzyk: "Jezu! Czemu on umarł?!". No umarł, bo przy­szedł na niego czas. Ale co to zna­czy, że umarł? Dla kogo? Ciało umarło, my się nad tym cia­łem tak strasz­li­wie po­chy­lamy, roz­tkli­wiamy. A co z du­szą? Nie wiem, czy waży dwa­dzie­ścia je­den gra­mów, jak to było w fil­mie, ale wiem, że na pewno ist­nieje.

Lu­bię film Joe Black, bo tam Śmierć, grana do­sko­nale przez Brada Pitta, tak so­bie wę­druje od czło­wieka do czło­wieka, wy­biera ko­lejne osoby i im to­wa­rzy­szy. Z tego filmu po­cho­dzi też piękne zda­nie, które przy­po­mina mi się za­wsze w mo­men­cie śmierci pa­cjenta: kiedy pa­trzysz w oczy czło­wieka, który od­cho­dzi, to przez mo­ment mo­żesz zo­ba­czyć ob­raz Boga. Je­stem wie­rzący i do mnie to zda­nie bar­dzo tra­fia. Uwa­żam, że tak wła­śnie jest. Po­wiem ci, że do­póki re­ani­mu­jesz czło­wieka, do­póki wal­czysz o jego ży­cie i pró­bu­jesz go ra­to­wać, to tam w środku coś jest. Ale gdy prze­ry­wasz re­ani­ma­cję, bo tak się zda­rza, czło­wiek umiera i ty przy nim je­steś, to dla mnie zo­staje kupa ko­ści i mięsa. Ży­cie z ciała ula­tuje. Wi­dać to po oczach. Gdy pa­trzysz w oczy lu­dzi, któ­rzy umarli, na­po­ty­kasz pu­ste spoj­rze­nie, cze­goś w nim bra­kuje, ta­kiego bły­sku, tchnie­nia ży­cia. Wiem, że śmierć bli­skiego to jest coś strasz­nego. Pa­trzymy na nie­żywe ciało, pła­czemy nad nim, ale dla mnie w tym ciele już nie ma czło­wieka. Dla­tego ważne jest, żeby tej du­szy po­zwo­lić odejść god­nie.

God­nie, czyli jak?

Hi­sto­ria trzy­dzie­sto­pa­ro­let­niej ko­biety, która ode­szła w fo­telu, oto­czona bli­skimi, od któ­rej za­czy­namy tę książkę, jest dla mnie bar­dzo zna­cząca. To było wła­śnie godne po­że­gna­nie. Spójrz na tę sy­tu­ację z per­spek­tywy męża i dzieci - oni mo­gli mamę uści­skać, utu­lić, po­dzię­ko­wać, po­że­gnać się. Nie sły­sza­łem wtedy ca­łej ich roz­mowy, ale frag­menty, które do mnie do­tarły, były bar­dzo wzru­sza­jące. Mieli moż­li­wość za­koń­cze­nia cze­goś, po­wie­dze­nia rze­czy, któ­rych wcze­śniej z tylko so­bie wia­do­mych wzglę­dów nie po­wie­dzieli. Za­pa­mię­ta­łem, że ona się uśmie­chała, kiedy umie­rała. Albo ta sta­ro­winka z cu­krzycą, która zmarła oparta o stół. Po pro­stu usia­dła i za­snęła. Wzru­szyła mnie tamta wi­zyta, bo po­dob­nie do tej pani umarła moja bab­cia. Przez dłu­gie lata cho­ro­wała na astmę oskrze­lową i do­żyła osiem­dzie­się­ciu lat. Na końcu we­zwała po­go­to­wie, bo się du­siła. Otwo­rzyła za­mek w drzwiach, po­ło­żyła się na łóżku, przy­kryła ko­cy­kiem i za­snęła na za­wsze. No i to jest dla mnie piękne. Przez tyle lat zma­gała się z cho­robą, prze­żyła chyba trzy śmierci kli­niczne, ale umarła spo­koj­nie. Tak samo ta pani - przy stole, w domu, być może po­go­dziła się z tym, że zbliża się ko­niec. Nie­sa­mo­wite. Gdy­bym mógł wy­bie­rać, chciał­bym umrzeć w taki spo­sób. Bywa, że śmierć przy­cho­dzi na­gle, po ci­chu i bez roz­py­cha­nia się. Nie za­wsze trzeba, wręcz nie za­wsze po­winno się z nią wal­czyć.

Co to zna­czy, że nie za­wsze po­winno się wal­czyć ze śmier­cią?

Kiedy po­go­to­wie przy­jeż­dża na miej­sce zda­rze­nia i oka­zuje się, że po­trzebna jest re­ani­ma­cja, to ra­tu­jemy do końca, ile sił w rę­kach. Trzeba jed­nak umieć za­uwa­żyć, kiedy re­ani­ma­cja nie przy­nosi efektu, i od niej od­stą­pić.

Ale prze­cież twoim obo­wiąz­kiem jest ra­to­wać czło­wieka?

Tak, ale mam prawo od­stą­pić od re­ani­ma­cji, je­śli uznam, że ona już nie ma sensu. Co cie­kawe, jako ra­tow­nik nie mogę stwier­dzić zgonu[4].

Jak to?

Ra­tow­nicy nie mają ta­kich upraw­nień. Stwier­dzić zgon może tylko le­karz. Od dawna mówi się, że po­trzebna jest zmiana w prze­pi­sach, ale na ra­zie nic się nie dzieje w tej kwe­stii. Na­to­miast mam prawo od­stą­pić od re­ani­ma­cji. Od­stą­pić, czyli nie pod­jąć jej albo ją prze­rwać. Re­ani­muję i kiedy stwier­dzam, że to już nic nie da, prze­staję. Ale do­ku­ment, który na­zy­wamy bi­le­tem do nieba, wy­sta­wia le­karz. Gdy ro­dzina do­wia­duje się o zgo­nie, jej pierw­szą re­ak­cją jest za­zwy­czaj za­prze­cza­nie: "Ale prze­cież ona jesz­cze wczo­raj żyła!", "Jesz­cze wczo­raj tań­czył na we­selu". To jest na­prawdę ty­powe i po­ka­zuje, że lu­dzie nie go­dzą się z odej­ściem bli­skich, że zgła­szają sprze­ciw. Tylko że ta­kiego sprze­ciwu nie mają do kogo za­adre­so­wać. Cza­sami, kiedy sy­tu­acja jest bar­dzo na­pięta, robi się przed ro­dziną ta­kie po­ka­zowe ra­to­wa­nie, mó­wimy na to "pół go­dzinki dla ro­dzinki".

Nie zna­łam! Na czym to po­lega?

Wi­dzisz, że pa­cjent jest już nie do od­ra­to­wa­nia, ale ro­bisz taki, na­zwijmy to, show, że re­ani­mu­jesz, pró­bu­jesz cu­cić, mó­wisz do pa­cjenta, po­da­jesz ja­kieś leki. Tro­chę po to, żeby ro­dzina miała pew­ność, że wszystko od­było się zgod­nie z pro­ce­du­rami, żeby nie miała pre­ten­sji, że przy jej bli­skim zo­stało za mało zro­bione. Tylko tu­taj też trzeba uwa­żać, bo można wy­rzą­dzić pa­cjen­towi jesz­cze więk­szą krzywdę. Kie­dyś mo­ich dwóch ko­le­gów, na­prawdę bar­dzo do­brych ra­tow­ni­ków, wró­ciło dum­nych z we­zwa­nia, bo re­ani­mo­wali star­szą ko­bietę i udało im się ją ura­to­wać. Cza­sami w ta­kich sy­tu­acjach pro­si­łem, żeby opo­wie­dzieli do­kład­niej, co się działo, po­ka­zali EKG. Nie żeby ich spraw­dzać - od razu mó­wię! - tylko w ce­lach edu­ka­cyj­nych. Ta­kie stu­dia przy­pad­ków bar­dzo mi się przy­da­wały na mo­ich za­ję­ciach ze stu­den­tami. Nie­stety to była smutna hi­sto­ria, bo re­ani­mo­wali ko­bietę, która i tak parę go­dzin póź­niej zmarła w szpi­talu. Tylko nie­po­trzeb­nie prze­dłu­żyli jej ago­nię. To była pani po osiem­dzie­siątce, od sze­ściu lat le­żała w domu, w łóżku, w sta­nie nie­mal we­ge­ta­tyw­nym. Nie ru­szała się, nie ja­dła sama, była kar­miona przez sondę. I oni przy­je­chali do stanu ago­nal­nego. W trak­cie wi­zyty prze­stała od­dy­chać. Zde­cy­do­wali się na re­ani­ma­cję. Brawo, ko­le­dzy, se­rio! Nie umiem my­śleć o tym ina­czej niż z iro­nią. Naj­głup­sza wiel­ko­dusz­ność, o ja­kiej sły­sza­łem... W do­datku zrzu­cili od­po­wie­dzial­ność na ro­dzinę.

Cza­sami ra­tow­nicy tak ro­bią, py­tają: "Prze­pra­szam, czy mam re­ani­mo­wać pani męża, pani mamę, tatę?". No prze­cież kto z ro­dziny ci po­wie: "Nie, niech pan nie re­ani­muje". Każdy chce, żeby jego bli­ski prze­żył, na­wet cu­dem! No i ta ko­bieta ru­szyła[5], bo star­szy or­ga­nizm nie po­trze­buje za dużo tlenu i ener­gii do ży­cia. Za­wieźli ją do szpi­tala i co? Po po­łu­dniu umarła. I to jest, moim zda­niem, ab­surd, ja­kiś po­nury żart. Mo­gła umrzeć w domu, z bli­skimi, pod swoją Ma­ryjką po­wie­szoną na ścia­nie. Nie wiemy, na ja­kim po­zio­mie świa­do­mo­ści są lu­dzie tacy jak ona, w sta­nie krań­co­wym. Za­kła­damy, że są nie­przy­tomni, ale tak na­prawdę mogą wszystko chło­nąć z oto­cze­nia. Mogą to prze­ży­wać, mogą od­czu­wać ból. A może są w dro­dze do re­in­kar­na­cji, a my ich stam­tąd wy­ry­wamy. Dla­tego ge­ne­ral­nie uwa­żam, że "pół go­dzinki dla ro­dzinki" to jest po­rażka i cze­goś ta­kiego nie po­winno się ro­bić, wła­śnie dla­tego, że cza­sem udaje się ru­szyć serce, choć mózg już nie żyje. Ale lu­dzie boją się cię­żaru od­po­wie­dzial­no­ści.

A po­tem ro­dzina zmar­łej osoby ma pre­ten­sje. Nie zli­czę, jak czę­sto w róż­nych roz­mo­wach o pracy po­go­to­wia ra­tun­ko­wego sły­sza­łam: "Nie do­je­chali do mo­jej mamy i zmarła", "Spar­ta­czyli ro­botę, to wszystko ich wina".

Pa­mię­taj, że każdy me­dal ma dwie strony. Nie mó­wię, że moja grupa za­wo­dowa jest ide­alna, ale za­uważ, w ja­kim oto­cze­niu sys­te­mo­wym ży­jemy. Usta­wowy czas na do­tar­cie ka­retki w du­żym mie­ście to osiem mi­nut. W co­dzien­nej pracy nie ma na to szans. Za­nim ze­spół do­sta­nie in­for­ma­cję, za­nim wy­je­dzie, za­nim brama się otwo­rzy i tak da­lej... Zda­rzyło mi się wy­je­chać z pod­sta­cji do­piero po sze­ściu mi­nu­tach od roz­mowy ro­dziny z dys­po­zy­to­rem. W kor­kach, w go­dzi­nach szczytu, ni­g­dzie nie da się do­je­chać spraw­nie. Ale ja­koś te ka­retki mu­szą być ulo­ko­wane na ma­pie, więc jest wy­cią­gnięta śred­nia. Tylko że nie ma tylu ka­re­tek i tylu ze­spo­łów, żeby ją osią­gnąć. Po­go­to­wie za­wsze było ob­cią­żone, na długo przed CO­VID-em. Dużo też za­leży od dys­po­zy­tora, to jest spory pro­blem. Kie­dyś dys­po­zy­to­rami były pie­lę­gniarki sta­rej daty. Do­sta­wały we­zwa­nie, pro­siły o ad­res i wy­sy­łały ze­spół. Zero wy­wiadu. A na miej­scu oka­zy­wało się, że to ja­kaś zu­peł­nie błaha sprawa i tylko stra­ci­li­śmy czas. Te­raz też uwa­żam, że mą­dre przy­go­to­wa­nie dys­po­zy­to­rów do pracy to po­wi­nien być je­den z prio­ry­te­tów w po­go­to­wiu. Jak dzwo­nisz na 112 albo 999, te­le­fon po­wi­nien od­bie­rać ktoś mą­drzej­szy od cie­bie, kto bę­dzie po­tra­fił z tobą po­roz­ma­wiać, ze­brać po­rządny wy­wiad i na tej pod­sta­wie na przy­kład po­wie­dzieć, że­byś wzięła leki i po­cze­kała, po­ra­dziła so­bie sama. Pa­mię­taj, po­go­to­wie jest od ra­to­wa­nia ży­cia i zdro­wia. Wszyst­kim się oczy­wi­ście wy­daje, że my jeź­dzimy tylko do ta­kich sy­tu­acji krań­co­wych, dra­ma­tycz­nych. Tym­cza­sem to jest pro­mil na­szej dzia­łal­no­ści!

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki