Raport z rzeźni - Lina Gustafsson

Kup ebooka

39.90 zł

-
Proszę czekać

DZIEŃ 1

W oknie por­tierni sie­dzi plu­szowa ró­żowa świnka. Opie­ram łok­cie o blat i biorę głę­boki wdech. Przede mną leżą w rządku ra­porty roczne: na każ­dej okładce ka­wa­łek mięsa i logo.

Na ze­wnątrz za­trzy­mała się cię­ża­rówka, kie­rowca ma­cha z ka­biny. Straż­nik upija łyk kawy z kubka, kiwa głową i na­ci­ska przy­cisk, aby otwo­rzyć bramę. Gdy świeży trans­port zwie­rząt prze­jeż­dża obok, w jed­nym z otwo­rów wen­ty­la­cyj­nych miga świń­ski ryj.

- Lina? - Do środka wcho­dzi mój nowy szef. Ma mocny uścisk dłoni. Straż­nik wkle­puje moje dane do kom­pu­tera, mu­szę so­bie wy­brać ha­sło do karty do­stępu. Po­tem szef pro­wa­dzi mnie do bramki, gdzie, po przy­ło­że­niu iden­ty­fi­ka­tora do czyt­nika, sły­szę pięć pik­nięć - cztery krót­kie i jedno dłu­gie - na­stęp­nie klik­nię­cie i lampka za­pala się na zie­lono. Wcho­dzę na te­ren za­kładu.

Za bramką otwiera się bez­kre­sny kra­jo­braz sza­rych bla­sza­nych bu­dyn­ków. Poza sła­bym za­pa­chem zgni­li­zny nic nie zdra­dza, co się tu­taj pro­du­kuje. Ru­szamy przez as­fal­towy plac, mi­jają nas wjeż­dża­jące i wy­jeż­dża­jące cię­ża­rówki. Zo­sta­wiamy obok znisz­czony bu­dy­nek biu­rowy, gdzie kilka mie­sięcy wcze­śniej by­łam na roz­mo­wie i gdzie na ścia­nie wciąż wisi sche­mat z 1998 roku. Kiedy prze­cho­dzimy obok sklepu dla per­so­nelu, czuć zna­jomą woń szkol­nej sto­łówki - po­pu­lar­nej kieł­basy i ke­czupu. Po dru­giej stro­nie dzie­dzińca wspi­namy się po me­ta­lo­wych scho­dach do jed­nego z za­bu­do­wań pro­duk­cyj­nych.

W po­koju so­cjal­nym grupa mo­ich no­wych ko­le­gów pije w prze­rwie kawę. Je­den z nich wstaje i wyj­muje ku­bek dla mnie. To An­ders, rów­nież we­te­ry­narz, ma mnie dzi­siaj we wszystko wpro­wa­dzić. Sia­damy na­prze­ciw sie­bie przy jed­nym ze sto­li­ków.

- Wi­taj! - mówi z uśmie­chem. - Co cię do nas spro­wa­dziło?

- Za­wsze chcia­łam się zaj­mo­wać do­bro­sta­nem zwie­rząt..., a po­nie­waż wła­śnie mam się prze­pro­wa­dzić, po­my­śla­łam, że to do­bra oka­zja, aby zmie­nić pracę - od­po­wia­dam. - Długo tu je­steś?

- Osiem lat. Za­czy­na­łem na za­stęp­stwie, jak ty, a po­tem zo­sta­łem.

An­ders ma przed sobą kartkę z punk­tami, które bę­dzie stop­niowo od­ha­czał. Na po­czą­tek opo­wiada o ze­spole ob­słu­gu­ją­cym uboj­nie ca­łego re­gionu. Składa się on za­równo z le­ka­rzy we­te­ry­na­rii, jak i z kon­tro­le­rów żyw­no­ści i obej­muje bar­dzo duży ob­szar.

- Każdy zwy­kle za­czyna tu­taj, w wiel­kiej, zauto­ma­ty­zo­wa­nej ubojni, do­póki się nie oswoi i nie wprawi. Po­tem bę­dziesz mu­siała jeź­dzić też do tych mniej­szych rzeźni.

An­ders po­daje mi bro­szurę z wy­dru­ko­waną pre­zen­ta­cją w Po­wer­Po­in­cie, mię­dzy in­nymi na te­mat ko­lo­rów ubrań ro­bo­czych. Białe obo­wią­zują w hali ubojni, szare - w po­miesz­cze­niu re­kre­acyj­nym, czer­wone far­tu­chy prze­zna­czone są dla tych, któ­rzy wy­cho­dzą na ze­wnątrz za­pa­lić. An­ders wska­zuje pal­cem na ustęp do­ty­czący go­dzin pracy.

- Aby ubój mógł się za­cząć, naj­pierw zwie­rzęta mu­szą zo­stać zba­dane przez le­ka­rza, czyli je­śli się rano spóź­nimy, na­stąpi prze­stój w pro­duk­cji. To może kosz­to­wać masę pie­nię­dzy.

Obo­wiązki we­te­ry­na­rza po­le­gają głów­nie na oglę­dzi­nach świń w ma­ga­zy­nie przed­ubo­jo­wym, bez­po­śred­nio po ich przy­wie­zie­niu, a po­tem w hali ubojni po ich za­bi­ciu.

- Naj­le­piej oglą­dać je od razu, kiedy są wy­ła­do­wy­wane z cię­ża­rówki - kon­ty­nu­uje An­ders. - Je­śli tra­fią się sztuki, które nie są w sta­nie same iść, na­leży je stra­cić.

- Robi to we­te­ry­narz?

- Nie, to nie twoje za­da­nie. To za­ła­twia ob­sługa ma­ga­zynu.

Tro­chę rzed­nie mi mina. An­ders kiwa głową ze zro­zu­mie­niem.

- Oni są w tym zręczni. Zresztą tu­taj w ogóle jest sprawny per­so­nel. Nie­stety, w mniej­szych rzeź­niach nie za­wsze wszystko tak do­brze funk­cjo­nuje.

Do­piw­szy resztkę kawy, wstaje z krze­sła.

- Może weź­miemy te­raz rze­czy dla cie­bie, a po­tem zej­dziemy do ma­ga­zynu przed­ubo­jo­wego.

Do­staję cały stos ubrań. W szatni prze­bie­ram się w białe gu­mowce i biały far­tuch, na włosy na­cią­gam siatkę, a na nią wkła­dam nie­bie­ski kask z ochron­nymi słu­chaw­kami.

Żeby zna­leźć się w ma­ga­zy­nie, trzeba przejść przez uboj­nię. An­ders otwiera drzwi. Wszystko ata­kuje moje zmy­sły. Zwie­rzęta, dźwięki, za­pa­chy. Ciała świń prze­su­wają się pół me­tra od nas. Wi­szą za tylne nogi na ha­kach za­mo­co­wa­nych na szy­nie pod su­fi­tem. Ich grzbiety są roz­cięte aż po szyję, wsku­tek czego po­łówki two­rzą li­terę V. Głowy ki­wają się tuż nad po­sadzką. Wnę­trze ciała jest wy­be­be­szone, skóra ró­żowa i gładka.

Dźwięki zle­wają się w zwartą ba­rierę: jed­no­staj­nemu szu­mowi ma­szyn to­wa­rzy­szą pod­nie­sione głosy i prze­ni­kliwy od­głos me­talu trą­cego o me­tal. Sta­ram się nie za­trzy­my­wać spoj­rze­nia na py­skach świń i spo­koj­nie od­dy­chać przez usta. In­ten­sywny za­pach jest trudną do okre­śle­nia mie­sza­niną woni jesz­cze cie­płych ciał, pły­nów ustro­jo­wych i stali. Ro­bię to samo co An­ders: myję i de­zyn­fe­kuję ręce przy drzwiach. Po­tem idziemy zyg­za­kiem przez halę, mi­ja­jąc rzędy świń­skich tusz i męż­czyzn w nie­bie­skich pla­sti­ko­wych far­tu­chach. Nie­któ­rzy ma­chają do nas, An­ders po­zdra­wia ich we­soło.

W dru­gim końcu ubojni prze­cho­dzimy przez gu­mową kur­tynę. Pod­łoga i ściany za nią są ciemne. Zna­leź­li­śmy się w tak zwa­nej stre­fie brud­nej, to zna­czy w czę­ści bu­dynku, gdzie zwie­rzęta wciąż są zwie­rzę­tami. Tu­taj na białe stroje na­leży wło­żyć zie­lone płasz­cze, a białe ka­lo­sze zmie­nić na czarne. Idziemy po scho­dach w dół; An­ders za­trzy­muje się przy drzwiach z klamką uma­zaną krwią, czyli przed wej­ściem do ma­ga­zynu przed­ubo­jo­wego.

- Wcho­dząc do środka, trzeba spraw­dzić, czy aku­rat świ­nie nie są prze­pę­dzane do uboju - ostrzega, po czym otwiera. Na­tych­miast za­tyka mi od­dech. Odór amo­niaku spra­wia, że czuję szczy­pa­nie w gar­dle.

Ma­ga­zyn jest bar­dzo duży, wy­peł­niony rzę­dami koj­ców. Ściany i po­sadzka są be­to­nowe, a kojce od­dzie­lone me­ta­lo­wymi prze­gro­dami. W jed­nym z pierw­szych leży bli­sko sie­bie kilka świń. Mają za­mknięte oczy i opie­rają ryjki na kłę­bie są­siadki. Przy­sta­jemy na chwilę i przy­glą­damy się im.

- Sło­dziaki - mówi An­ders. - Skoń­czyły do­piero sześć mie­sięcy, wła­ści­wie są jak psie szcze­nięta.

Ki­wam głową. De­li­katna szcze­cina w oko­licy uszu fa­luje nie­znacz­nie przy każ­dym od­de­chu le­żą­cego obok zwie­rzę­cia. Czu­jąc na­sze spoj­rze­nia, jedno z nich siada, wy­daje krótki kwik i pa­trzy pro­sto na nas. Sy­gnał wy­wo­łuje re­ak­cję w ciągu se­kundy: wszyst­kie po­zo­stałe rów­nież się bu­dzą.

- Jest jak jest. - An­ders wzru­sza ra­mio­nami i idzie da­lej.

Od strony as­fal­to­wego placu wzdłuż jed­nej ściany ma­ga­zynu bie­gnie rampa wy­ła­dun­kowa z drzwiami uno­szo­nymi do góry. Zwie­rzęta przy­wo­żone są co­dzien­nie, oprócz so­bót. Po­cho­dzą z róż­nego ro­dzaju ho­dowli; więk­szość sta­no­wią kon­wen­cjo­nal­nie cho­wane tucz­niki prze­zna­czone do uboju, ale są także świ­nie speł­nia­jące okre­ślone wy­mogi spe­cy­fi­ka­cji, świ­nie z eko­lo­gicz­nego chowu re­gu­lo­wa­nego prze­pi­sami unij­nymi oraz świ­nie opa­trzone miej­sco­wym zna­kiem to­wa­ro­wym, który ozna­cza, że jest to pro­dukt wy­so­kiej ja­ko­ści wy­twa­rzany lo­kal­nie. Zde­cy­do­wa­nie mniej­szy udział w każ­dym trans­por­cie mają star­sze osob­niki - lo­chy i nie­kiedy knury. Wszyst­kie za­bi­jane są przy za­sto­so­wa­niu iden­tycz­nych me­tod, ale świ­nie z chowu eko­lo­gicz­nego nie mogą być trzy­mane w ma­ga­zy­nie przez noc.

Kiedy do rampy pod­jeż­dża ty­łem cię­ża­rówka, An­ders i ja sta­jemy z boku, aby do­ko­nać re­gu­la­mi­no­wej in­spek­cji ży­wych zwie­rząt. Mu­simy spraw­dzić, czy żadne z nich nie wy­ka­zuje ob­ja­wów cho­roby, w wy­niku któ­rej mięso mo­głoby być nie­bez­pieczne do spo­ży­cia przez lu­dzi. Mu­simy także być czujni na nie­ty­powe cho­roby za­kaźne, ich roz­po­wszech­nie­nie bo­wiem do­pro­wa­dzi­łoby do kry­zysu w ca­łej branży. Na­szym obo­wiąz­kiem jest też zwró­ce­nie uwagi, aby nie do­szło do na­ru­sze­nia prze­pi­sów do­ty­czą­cych do­bro­stanu zwie­rząt.

Be­to­nowa po­sadzka jest mo­kra i tro­chę śli­ska. Na opa­da­ją­cej lekko w dół kla­pie cię­ża­rówki znaj­dują się w rów­nych od­stę­pach wą­skie szcze­ble. Kie­rowca otwiera z hu­kiem cięż­kie drzwi. Plat­forma cię­ża­rówki po­kryta jest cienką brą­zową war­stwą od­cho­dów zmie­sza­nych z tro­ci­nami, z wi­docz­nymi wszę­dzie śla­dami od­ci­śnię­tych tu­łowi i ra­cic. Zwie­rzęta naj­bli­żej wyj­ścia wy­glą­dają na oszo­ło­mione. Mają za sobą czte­ro­go­dzinną po­dróż i wy­raź­nie po­trze­bują tro­chę czasu, aby sta­nąć na nogi. Kie­rowca ude­rza je po grzbie­tach pla­sti­ko­wym po­ga­nia­czem w kształ­cie wio­sła, jed­no­cze­śnie prze­ci­ska­jąc się mię­dzy nimi w głąb plat­formy. Ma do wy­ła­do­wa­nia dwie­ście sześć­dzie­siąt tucz­ni­ków ulo­ko­wa­nych na trzech po­zio­mach. Zwie­rzęta ocią­gają się - stoją z uszami zgię­tymi do przodu i pa­trzą, sze­roko otwie­ra­jąc oczy. W końcu pierw­sze od­ważne sta­wiają nie­pewne kroki. Po chwili znowu po­ja­wia się kie­rowca i ko­lejny raz ude­rza je po grzbie­tach. Nie­które pró­bują uciec do tyłu, jak naj­da­lej od niego, ale nie mogą się prze­do­stać. Inne kwi­czą.

Gdy pierw­sze świ­nie zejdą po po­chylni, z ko­lej­nymi idzie ła­twiej. Pla­sti­kowe wio­sło za­wiera w środku małe zia­renka, które przy każ­dym ude­rze­niu grze­cho­czą ni­czym ma­ra­kasy. Część zwie­rząt, tra­fiona nimi, kuli się lub po­tyka, a po­tem czmy­cha, sta­ra­jąc się unik­nąć ko­lej­nego ciosu. Kiedy już staną na po­sadzce ma­ga­zynu, przej­muje je pra­cow­nik ubojni wy­po­sa­żony w po­dobny po­ga­niacz i z jego po­mocą ener­gicz­nie za­pę­dza wszyst­kie po ko­lei do koj­ców, rów­no­cze­śnie li­cząc, ile ich jest.

Wiele świń ku­leje. Z przy­zwy­cza­je­nia usi­łuję je zdia­gno­zo­wać, jakby były mo­imi psimi pa­cjen­tami: czy uszko­dzona jest tylko jedna koń­czyna, czy wię­cej, i do­kład­nie która?

- Dużo z nich utyka - za­uwa­żam.

An­ders po­ta­kuje.

- Tak. Cza­sami wy­nika to z tego, że długo le­żały w cza­sie trans­portu i zdrę­twiały im nogi. Trzeba pa­trzeć na ca­łość. Na przy­kład ta świ­nia - wska­zuje na jedną z wielu - utyka, ale idzie na wszyst­kich czte­rech no­gach, nie jest wy­chu­dzona i trafi do uboju dzi­siaj, więc nie mu­simy się nią przej­mo­wać. Ale je­śli ubój miałby na­stą­pić ju­tro, mo­żemy się do­ma­gać, żeby za­bito ją w pierw­szej ko­lej­no­ści.

- Czy ta­kie przy­padki zgła­sza się do urzędu gminy?

- To wy­maga wy­wa­że­nia. Je­śli zgło­sisz coś ta­kiego, prze­woź­nik pew­nie po­wie, że przy za­ła­dunku żadna sztuka nie ku­lała. I wtedy nie­wiele mo­żesz zro­bić.

Jedna ze świń ma prze­ro­śnięte ra­cice i chyba pro­blemy ze sta­wami. Gdy kie­rowca pró­buje wy­pchnąć ją z przy­czepy, zwie­rzę ude­rza ry­jem w zie­mię.

- Tę trzeba za­strze­lić - oznaj­mia pra­cu­jący przy od­bio­rze Bengt i idzie po pi­sto­let bol­cowy. W tym cza­sie świni udaje się zejść z cię­ża­rówki i prze­mie­ścić tro­chę da­lej. Na wi­dok Bengta zwie­rzę pró­buje za­wró­cić, ale za­trzy­muje się i prze­biera no­gami w miej­scu. Białka oczu błysz­czą, spoj­rze­nie błą­dzi ner­wowo. Bengt przy­kłada pi­sto­let do płata czo­ło­wego i po­ciąga za spust. Świ­nia upada, kom­plet­nie ze­sztyw­niała. On po­py­cha ją bu­tem i prze­wraca na bok. Po­tem bie­rze nóż i robi na­cię­cie w tyl­nej czę­ści karku, aż do mostka. Z otworu blu­zga krew. Zwie­rzę do­staje drga­wek, kon­wul­sje wstrzą­sają tu­ło­wiem, wy­krę­cają go, rzu­cają nim na boki, nie­mal pod­ry­wają znad po­sadzki. W ciągu tego pół­mi­nu­to­wego dzi­kiego tańca krew roz­pry­skuje się wszę­dzie - po pod­ło­dze, po ścia­nach, sięga na­wet do koj­ców.

Nie mogę prze­stać na to pa­trzeć. Serce bije mi mocno. Kie­rowca ukrył się za ścianą, żeby nie zo­stać obry­zga­nym, i wy­gląda ra­czej na znu­dzo­nego. An­ders kart­kuje no­tes. Pod­czas gdy świ­nia wy­krwa­wia się na be­to­no­wej po­sadzce, Bengt przy­pro­wa­dza wó­zek trans­por­towy. Za­ło­żyw­szy łań­cuch wo­kół jed­nej nogi mar­twego zwie­rzę­cia, które po wy­ta­rza­niu się we wła­snej krwi jest całe czer­wone, wciąga je na wó­zek i za­wozi do ubojni w celu dal­szej kon­troli. Kiedy wraca, An­ders za­trzy­muje go na chwilę.

- Bengt, to jest Lina, od dzi­siaj na­sza nowa we­te­ry­narz.

- Świet­nie, wi­tamy - mówi. Wła­śnie ko­lejna cię­ża­rówka pod­jeż­dża ty­łem do rampy. Bengt chwyta pla­sti­kowe wio­sło i uśmie­cha się prze­lot­nie. Nie ma czasu na po­ga­duszki.

W prze­rwie An­ders za­biera mnie do in­nej czę­ści bu­dynku, aby po­ka­zać, gdzie można ku­pić so­bie lunch, oraz by po­kwi­to­wać w ma­ga­zy­nie od­biór pod­ko­szulki z dłu­gim rę­ka­wem. Na pewno mi się przyda, zimą w ma­ga­zy­nie jest chłodno, po­nie­waż drzwi na rampę czę­sto są otwarte. Wcho­dzimy po schod­kach na plat­formę bie­gnącą nad uboj­nią. Wi­dać z niej szyny, na któ­rych za­wie­szone są ciała świń. Jest to skom­pli­ko­wany zme­cha­ni­zo­wany sys­tem, grube brą­zowe belki bie­gną wszerz i wzdłuż pod su­fi­tem. Czuć ole­jem, a znad po­jem­ni­ków, w któ­rych opa­rzane są zwie­rzęta, unosi się para. Po przej­ściu przez drzwi tra­fiamy do wą­skiego ko­ry­ta­rza. Farba łusz­czy się ze ścian. Mi­jamy szat­nię za szat­nią, w któ­rych każ­dego dnia prze­bie­rają się setki osób.

- Ła­two się tu zgu­bić, ale za­wsze znaj­dzie się ktoś, kto wskaże ci drogę - mówi An­ders.

Z głębi ko­ry­ta­rza do­biega gwar gło­sów. Do­tar­li­śmy do za­kła­do­wej sto­łówki o na­zwie We­soła Świnka. Dzi­siej­sze da­nie dnia: ka­wałki be­konu w so­sie śmie­ta­no­wym. Salę wy­peł­nia mnó­stwo ubo­jo­wych w czap­kach na gło­wach. Na ścia­nach, za­miast ob­ra­zów, wi­szą opra­wione w ramki zdję­cia for­matu A3 ilu­stru­jące pro­ces uboju: męż­czyźni pę­dzą świ­nie, inni trzy­mają flaki w rę­kach, ko­lejni roz­bie­rają mięso. Nie­które fo­to­gra­fie zo­stały wy­ko­nane chyba jesz­cze w mi­nio­nym stu­le­ciu. Naj­wy­raź­niej nikt nie czuje tu po­trzeby upięk­sza­nia cze­go­kol­wiek, ważna jest tylko oczy­wi­sta duma z wy­ko­ny­wa­nego za­wodu.

DZIEŃ 2

Jest wpół do siód­mej rano i w por­tierni nie ma jesz­cze ni­kogo. Prze­cią­gam kartę iden­ty­fi­ka­cyjną przez czyt­nik przy ob­ro­to­wej bramce i ru­szam przez ciemny dzie­dzi­niec. Mocno wieje i duże kro­ple desz­czu za­ci­nają z boku. Ktoś uru­cha­mia sil­nik cię­ża­rówki, jej re­flek­tory two­rzą tu­nele świa­tła. Przede mną pię­trzą się szare bu­dynki, a w ich dłu­gich ścia­nach zieją czer­nią wzdłuż rampy otwory wy­ła­dow­cze. Cały te­ren jest jak mała osada fa­bryczna, gdzie wszystko i wszy­scy speł­niają okre­śloną funk­cję. Ma­ga­zyn, w któ­rym trzy­mane są zwie­rzęta, to miej­sce kresu ich eg­zy­sten­cji. Sta­no­wi­ska kłu­cia, gdzie umie­rają. To tam za­mie­niane są w coś, co można ku­pić w skle­pie.

Tuż za cięż­kimi sta­lo­wymi drzwiami leży wy­cie­raczka po­pla­miona reszt­kami zwie­rzę­cej tkanki i bło­tem, na­nie­sio­nym na bu­tach per­so­nelu. Skrę­cam od razu w prawo i do­cho­dzę do nie­wiel­kiego ko­ry­ta­rza, w któ­rym stoją różne ko­sze ze sta­ran­nie uło­żo­nymi sto­sami ubrań ro­bo­czych. Męż­czy­zna od­po­wie­dzialny za przy­dział odzieży, marsz­cząc czoło, szuka od­po­wied­niego roz­miaru.

- Ktoś tu nie umie pod­nieść jak na­leży war­stwy ubrań, tylko wy­wraca wszystko do góry no­gami! Kto to może być? - Ob­rzuca mnie su­ro­wym spoj­rze­niem, jego biała czapka prze­krzy­wiła się tro­chę na bok.

- Nie­stety nie wiem.

Kon­cen­truję się, żeby przy­po­mnieć so­bie, co po­win­nam wło­żyć. Pod ścia­nami szatni stoją rzę­dem po­ma­rań­czowe szafki. Jak wy­nika z po­żół­kłej ta­bliczki z na­zwi­skiem wy­pi­sa­nym na ma­szy­nie, moja na­le­żała kie­dyś do nie­ja­kiego Nilsa Erics­sona. Jej wnę­trze jest wy­ta­pe­to­wane na­lep­kami przy­po­mi­na­ją­cymi o in­nej epoce. Spola kröken - Rik­smarsch 19781.

1 Spola kröken to ha­sło kam­pa­nii in­for­ma­cyj­nej pro­wa­dzo­nej w Szwe­cji w la­tach 1971-1988 w celu zmniej­sze­nia spo­ży­cia al­ko­holu (przyp. tłum.).

Wkła­dam pu­dełko z lun­chem do torby i wy­cho­dzę z szatni. Z każ­dym kro­kiem od­głosy i za­pa­chy z ubojni stają się co­raz wy­raź­niej­sze. Otwie­ram drzwi z na­pi­sem Urząd ds. Bez­pie­czeń­stwa Żyw­no­ści. Na kartce wy­pi­sane jest upo­mnie­nie, że dla do­bra wszyst­kich na­leży uwa­żać, aby na bu­tach nie prze­no­sić krwi. Na ścia­nach wi­szą zdję­cia przy­rody: za­jąca, pta­ków, dzi­kich zwie­rząt, lasu. W tej czę­ści mie­ści się po­kój so­cjalny i biuro re­gio­nal­nego ze­społu Urzędu ds. Bez­pie­czeń­stwa Żyw­no­ści. Urząd wy­naj­muje po­miesz­cze­nia od ubojni usy­tu­owane ściana w ścianę z rzeź­nią. Za­trzy­muję spoj­rze­nie na du­żej drew­nia­nej de­ko­ra­cji. Przed­sta­wia męż­czy­znę z bro­nią i ło­sia sto­ją­cego na dwóch no­gach. Łoś się uśmie­cha i pod­nosi kciuk do góry.

Po­kój so­cjalny jest pe­łen lu­dzi. Jedna z pra­cow­nic, Gu­nilla, przy­go­to­wała je­sienny bu­fet. Menu wisi na sza­fie, przy­kle­jone ta­śmą. Są w nim różne mię­sne da­nia na śnia­da­nie i na lunch, a także sa­łatka z ło­so­sia.

- Masz ochotę? - pyta Gu­nilla i wy­ciąga w moją stronę bu­łeczkę z trudną do okre­śle­nia pa­stą.

- Nie, dzię­kuję - od­po­wia­dam.

Ko­le­dzy przy sto­liku ro­bią wiel­kie oczy.

- Pysz­no­ści Gu­nilli się nie od­ma­wia - mówi ktoś, a wszy­scy po­ta­kują. Li­cy­tują się ze śmie­chem, ile to są w sta­nie zjeść w ciągu dnia.

- Kiedy za­czą­łem tu pra­co­wać, by­łem szczu­pły - wtrąca je­den z we­te­ry­na­rzy. - Wy­star­czy mie­siąc, a zo­ba­czysz, ile ci przy­bę­dzie.

Biorę czarną kawę i sia­dam przy sto­liku, grze­jąc so­bie dło­nie o ku­bek. Cho­ciaż palce mam zimne, pocę się pod pa­chami. To chyba od­po­wied­nia chwila, aby po­in­for­mo­wać, że nie ja­dam mięsa. Mi­jają se­kundy. Pa­trzę na ko­le­żanki i ko­le­gów, na ich pełne ta­le­rze, na po­zba­wione okien ściany, lekko wi­bru­jące od ma­szyn pra­cu­ją­cych w ubojni. Kawa jest go­rąca, pa­rzy w gar­dle, kiedy ją prze­ły­kam.

Dzi­siaj pra­cuję z San­drą, le­karką po sześć­dzie­siątce. Spod bia­łej czapki wy­gląda siwy pu­kiel. Nie­ustan­nie po­wta­rza, że mogę ją o wszystko py­tać. Pra­cuje tu­taj od paru lat.

- Na po­czątku to wszystko może tro­chę przy­tła­czać, ale bez obaw. Nie ma co pa­ni­ko­wać! Wszy­scy kie­dyś za­czy­na­li­śmy. Przy­zwy­cza­isz się.

Scho­dzimy do ma­ga­zynu przed­ubo­jo­wego. Nie przy­je­chał jesz­cze ża­den trans­port, mamy więc czas, aby zro­bić ob­chód i obej­rzeć świ­nie, które spę­dziły w nim noc. Kojce są cia­sne i brudne. Nad każ­dym wisi za­fo­lio­wana kartka z in­for­ma­cją, ile zwie­rząt można w nim trzy­mać. W nocy na trzy­na­ście me­trów kwa­dra­to­wych przy­pada sie­dem­na­ście sztuk, we dnie tę samą po­wierzch­nię zaj­mują dwa­dzie­ścia cztery zwie­rzęta. To do­kład­nie tyle miej­sca, aby wszyst­kie jed­no­cze­śnie mo­gły le­żeć.

Pod­czas gdy, sto­jąc w jed­nym z przejść mię­dzy koj­cami, ob­ser­wu­jemy le­żące w nich świ­nie, po­ja­wia się ktoś z per­so­nelu i za­czyna po ko­lei otwie­rać bramki.

- Za­biera je do ogłu­sze­nia - in­for­muje San­dra.

Męż­czy­zna wpy­cha się mię­dzy zwie­rzęta stło­czone na be­to­no­wej po­sadzce. Część z nich wstaje żwawo, inne pod­no­szą się z wy­sił­kiem. Pra­cow­nik ude­rza je po grzbie­tach, aby zmu­sić do wyj­ścia i do po­ru­sza­nia się do przodu przez ko­ry­tarz prze­pę­dowy. Na każ­dym ostrym za­krę­cie znaj­duje się pneu­ma­tyczna bramka, która wy­suwa się w miarę prze­miesz­cza­nia się świń, tak by za­blo­ko­wać je w sek­to­rach. Ważne jest utrzy­ma­nie sta­łego tempa - przez cały czas od tyłu mu­szą do­cho­dzić ko­lejne zwie­rzęta, aby nie po­wstały żadne prze­stoje w pro­duk­cji.

Ra­zem z San­drą idziemy za męż­czy­zną. Ostat­nie me­try ko­ry­ta­rza pro­wa­dzą do bu­tiny, spe­cjal­nie za­pro­jek­to­wa­nego duń­skiego sys­temu osza­ła­mia­nia zwie­rząt przed ubo­jem, sto­so­wa­nego w więk­szo­ści du­żych ubojni trzody chlew­nej w Szwe­cji. Składa się on ze sta­lo­wych po­jem­ni­ków, ko­szy, opusz­cza­nych do szybu usy­tu­owa­nego po­ni­żej po­ziomu ze­ro­wego ubojni i wy­po­sa­żo­nego w au­to­ma­tyczne do­zow­niki dwu­tlenku wę­gla, który po­zba­wia zwie­rzęta świa­do­mo­ści. Gdy je­den kosz znaj­duje się na dole, drugi jest na gó­rze, go­towy do za­ła­do­wa­nia.

Zwie­rzęta opor­nie po­ko­nują ostatni od­ci­nek, wciąż się za­trzy­mują i pró­bują za­wra­cać. To jed­nak nie­moż­liwe - są za­blo­ko­wane przez au­to­ma­tyczną za­padkę, która opusz­cza się za nimi, stop­niowo prze­suwa i po­py­cha je do przodu. We­dług pro­du­centa sys­tem ten jest ko­rzystny ze względu na do­bro­stan zwie­rząt, gdyż re­du­kuje kon­takt per­so­nelu z trzodą i tym sa­mym zmniej­sza ry­zyko nie­wła­ści­wego ob­cho­dze­nia się z nią. Świ­nie jed­nak i tak są ze­stre­so­wane, a opusz­cza­jąca się ścianka wy­wo­łuje wśród nich pa­nikę. Kwi­czą i włażą jedna na drugą. Oczy mają sze­roko otwarte, po­ru­szają się ner­wowo. Za­padka wciąż je po­py­cha. Po­tem wy­ła­nia się ko­lejna au­to­ma­tyczna prze­groda, pro­sto­pa­dła do po­przed­niej. Wpy­cha grupkę świń do bu­tiny i klapa się za­myka. Kosz opusz­cza się do szybu. Ni­czym w dia­bel­skim mły­nie, który na krótko za­trzy­muje się dla wsia­da­ją­cych, po chwili wy­nu­rza się ko­lejny wolny kosz.

- Czy można zaj­rzeć do szybu? - py­tam męż­czy­znę sto­ją­cego tuż przy jego otwo­rze. Kręci głową i ob­rzuca mnie dziw­nym spoj­rze­niem.

- Nie tu­taj. Ewen­tu­al­nie można po­pa­trzeć na lo­chy. - Wska­zuje na drugi ko­niec hali, gdzie za­bi­jane są lo­chy i knury. Do­ro­słe zwie­rzęta mają od­dzielny sys­tem. - Ale ra­czej nie po­le­cam.

- Dla­czego?

- Jakby tu po­wie­dzieć... to chyba nie jest to, co one szcze­gól­nie lu­bią.

Męż­czy­zna od­wraca się w stronę ko­lej­nej grupy świń, na które czeka już kosz. Za­peł­nia się go od tyłu. Przy szy­bie znaj­duje się mo­ni­tor po­ka­zu­jący stę­że­nie dwu­tlenku wę­gla. Na sa­mym dole po­winno ono wy­no­sić po­nad dzie­więć­dzie­siąt pro­cent i ni­gdy nie może spaść po­ni­żej osiem­dzie­się­ciu pro­cent.

Zwie­rzęta po oszo­ło­mie­niu są wy­rzu­cane na tak zwany tap­czan po dru­giej stro­nie ściany, gdzie są przy­go­to­wy­wane do na­stęp­nej ope­ra­cji, czyli kłu­cia.

San­dra trąca mnie w ra­mię - przy­je­chał trans­port loch. Idziemy tam. Jedna jest chuda: wy­raź­nie wi­dać ster­czące ko­ści bio­drowe, a skóra zwisa z krę­go­słupa jak nie­na­pięty na­miot. Zo­staje umiesz­czona w kojcu sama; od razu za­czyna cho­dzić po nim ner­wowo i pod­gry­zać ogro­dze­nie.

- Chyba jest ze­stre­so­wana - za­uwa­żam.

- Ow­szem. I nie wy­gląda na zdrową. - San­dra pod­cho­dzi do Svena z per­so­nelu ob­słu­gu­ją­cego ma­ga­zyn.

- Tę lo­chę trzeba po­trak­to­wać prio­ry­te­towo - zwraca się do niego.

In­nymi słowy: trzeba za­bić ją dzi­siaj, a nie ju­tro. Sven kiwa głową.

- W przy­padku loch nie tak ła­two jest oce­nić ich stan. Ta na przy­kład może być chuda, bo miała pro­sięta, które nie­dawno ją ssały, albo jest chora lub nie była kar­miona... ale to ra­czej mało praw­do­po­dobne - mówi San­dra.

- Nie po­win­ni­śmy tego zgło­sić w gmi­nie? To prze­cież mu­siało trwać ja­kiś czas.

- Do­bre py­ta­nie. Oczy­wi­ście, można mieć chore zwie­rzę, to nie jest za­ka­zane, tylko trzeba z nim coś zro­bić. W tym przy­padku trudno po­wie­dzieć, co się stało. - Waha się przez chwilę. - Kilka lat temu dużo mó­wiło się w me­diach o tym, że gminy otrzy­mują mało zgło­szeń od we­te­ry­na­rzy in­spek­cji sa­ni­tar­nej w uboj­niach. No więc za­czę­li­śmy wy­sy­łać ich wię­cej, aż w końcu od­po­wied­nie urzędy zo­stały wręcz za­sy­pane zgło­sze­niami. Dla­tego te­raz ocze­kuje się od nas, aby­śmy byli nieco bar­dziej se­lek­tywni.

Póź­niej mamy moż­li­wość obej­rzeć ciało tej chu­dej lo­chy od we­wnątrz: cała klatka pier­siowa jest jak prze­gniła, płuca w sta­nie roz­kładu, praw­do­po­dob­nie po sil­nym za­pa­le­niu, nie ma w nich ani jed­nej zdro­wej tkanki. Wprost nie­po­jęte, jak to zwie­rzę w ogóle mo­gło od­dy­chać.

Z ma­ga­zynu przed­ubo­jo­wego wkra­cza się pro­sto w fazę pro­cesu, która na­daje tempo pracy ca­łej ubojni. Cho­dzi o kłu­cie. San­dry już nie ma, ja zaś je­stem w dro­dze do hali ubo­jo­wej, lecz za­trzy­muję się na mo­ment. To tu­taj tra­fiają bez­władne zwie­rzęta po oszo­ło­mie­niu dwu­tlen­kiem wę­gla. To tu­taj żywe staje się mar­twe, a zwie­rzę za­mie­nia się w pro­dukt. Po osiem sztuk na­raz sta­cza się po po­chy­łej plat­for­mie na ru­chomą ta­śmę. Trzej sto­jący przy niej pra­cow­nicy za­kła­dają łań­cu­chowe pęta na tylną koń­czynę każ­dego osob­nika, który na­stęp­nie jest pod­no­szony za po­mocą me­cha­nicz­nego pod­no­śnika i "na wi­sząco" za­czyna po­dróż do po­szcze­gól­nych sta­no­wisk ro­bo­czych li­nii ubo­jo­wej. Mimo na wpół za­mknię­tych oczu, py­ski zwie­rząt nie są po­zba­wione wy­razu; na­dają go im nie­znacz­nie unie­sione brwi, lekko uchy­lone ryjki.

Dwaj męż­czyźni stoją w wy­ka­fel­ko­wa­nej niecce w po­sadzce, je­den z no­żem, drugi ze stem­plem w ręce. Są ubrani w gu­mowe spodnie ogrod­niczki, wy­so­kie ka­lo­sze i gu­mowe rę­ka­wice. Wszystko jest mo­kre i czer­wone od krwi.

Wkrótce po opusz­cze­niu ko­mory do osza­ła­mia­nia zwie­rzęta prze­su­wają się na wy­so­ko­ści ra­mion obu pra­cow­ni­ków. Wbi­ja­nie noża w jedną szyję po dru­giej wy­maga drob­nego, er­go­no­micz­nie po­praw­nego ru­chu. Pierw­szy z męż­czyzn ma słu­chawki na uszach i pa­trzy tępo przed sie­bie. Po każ­dym ukłu­ciu za­nu­rza nóż w na­czy­niu z wrzącą wodą, od czasu do czasu ostrzy go le­ni­wie o ostrzałkę wi­szącą u pa­ska w ta­lii. Ten ze stem­plem wsa­dza dwa palce w otwór zro­biony przez ko­legę. Jego za­da­nie po­lega na do­pil­no­wa­niu, aby ża­den osob­nik nie po­je­chał da­lej bez wy­krwa­wie­nia. Na pierw­szy rzut oka wszyst­kie świ­nie są do sie­bie po­dobne - wy­star­czy od­wró­cić się na se­kundę, by któ­rąś prze­ga­pić. Ta­kie sy­tu­acje zda­rzały się wcze­śniej, po­wo­du­jąc, że w ga­ze­tach uka­zy­wały się na­główki o zwie­rzę­tach, które opa­rzano żyw­cem. Aby tego unik­nąć, jedna osoba spe­cjal­nie spraw­dza, czy kłu­cie było sku­teczne i czy po­wstała dziura.

Nóż po­wi­nien być obo­sieczny i ma zo­stać wbity w przed­nią część klatki pier­sio­wej w celu prze­cię­cia du­żych na­czyń krwio­no­śnych bie­gną­cych od aorty. Naj­­pierw krew try­ska ka­skadą i łu­ko­wa­tym stru­mie­niem leje się na pod­łogę. Po­tem tylko ciek­nie, a na ko­niec ka­pie. Ry­zyko, że zwie­rzęta od­zy­skają świa­do­mość po ogłu­sze­niu, jest zni­kome, po­nie­waż były od­po­wied­nio długo pod­dane dzia­ła­niu mie­sza­niny o wy­so­kim stę­że­niu CO2. Mimo to trzeba uwa­żać na wszel­kie oznaki nie­peł­nej utraty świa­do­mo­ści. Osob­niki po­winny zwi­sać bez­wład­nie, nie po­winny wy­da­wać żad­nych dźwię­ków ani od­dy­chać ryt­micz­nie czy mru­gać oczami. W ra­zie do­strze­że­nia przez per­so­nel ob­ja­wów mo­gą­cych wska­zy­wać na nie­do­sta­teczne oszo­ło­mie­nie, na­leży spraw­dzić od­ru­chy wa­run­kowe i od­dać strzał w głowę zwie­rzę­cia z pi­sto­letu bol­co­wego.

Na ta­śmie nie po­ja­wiają się już ko­lejne zwie­rzęta. Prze­rwa. Wy­świe­tlacz nad sta­no­wi­skiem kłu­cia ryt­micz­nie miga. Męż­czyźni spłu­kują far­tu­chy. Ru­szam na górę po śli­skich me­ta­lo­wych schod­kach. Po le­wej stro­nie, na szy­nie pod su­fi­tem wi­szą świeżo za­kłute świ­nie. Krew pod nimi two­rzy gruby błysz­czący dy­wan. Me­cha­nizm obronny or­ga­ni­zmu przed wy­krwa­wie­niem się, czyli po­wsta­wa­nie skrze­pów, nie działa wy­star­cza­jąco szybko.

Zwie­rzęta są tak bli­sko, że wy­star­czy wy­cią­gnąć rękę, by ich do­tknąć. Ich ciała są cie­płe, brudne i mają ślady po bój­kach w ma­ga­zy­nie. Wszystko stało się cał­kiem nie­dawno.

Gdy wcho­dzę do hali ubojni, San­dra ma­cha w moją stronę. Czeka na mnie na tak zwa­nym mostku le­kar­skim. Nad jej głową znaj­duje się di­splay wy­świe­tla­jący czas i bie­żące dane pro­duk­cyjne:

Go­dzina 08.20

Zre­ali­zo­wany ubój: 512

Pro­gnoza na dziś: 3100

Wkła­dam siat­kowy pod­ko­szu­lek, nie­bie­ski far­tuch, a na lewą dłoń wcią­gam wzmac­nianą sta­lową ni­cią rę­ka­wiczkę, na wy­pa­dek gdyby prawa ręka z no­żem nie­for­tun­nie się ze­śli­zgnęła. Ubo­jowi wo­kół po­zdra­wiają mnie ski­nie­niem głowy. Mo­stek to do­mena we­te­ry­na­rzy. Stoi się na nim ra­zem z jed­nym z pra­cow­ni­ków ubo­jo­wych i czeka na tu­sze do oceny. Słodki, me­ta­liczny za­pach krwi i para uno­sząca się z prze­pi­ło­wa­nych wła­śnie na pół ciał wy­wo­łują we mnie od­ruch wy­miotny, który ma­skuję chrząk­nię­ciem.

- Te­raz jest cał­kiem spo­koj­nie - mówi San­dra. - Cza­sami jed­nak na­prawdę jest co ro­bić. Ale nie warto się stre­so­wać.

Roz­glą­dam się wo­kół. Wszę­dzie coś się dzieje. Ciała świń prze­su­wają się przede mną, za mną i po bo­kach. Nieco da­lej, na in­nym dziale, są opa­rzane w ka­dzi go­rącą wodą. Po­tem pło­mie­nie opa­lają skórę, a na ko­lej­nym sta­no­wi­sku tu­sze ob­ra­cają się mię­dzy pla­sti­ko­wymi bi­ja­kami z me­ta­lo­wymi skro­ba­kami na koń­cach, które usu­wają na­skó­rek i brud. Czter­dzie­ści mi­nut po tym, jak zwie­rzę­tom prze­kłuto tęt­nice szyjne i żyły jarz­mowe, ich ciała wjeż­dżają do na­szej czę­ści hali. Je­den z pra­cow­ni­ków stoi na wy­so­kiej plat­for­mie i od­cina ją­dra. Wy­ko­nuje kilka szyb­kich, płyn­nych ru­chów, po czym du­żym łu­kiem wrzuca ją­dra do me­ta­lo­wego po­jem­nika. Nie­które lą­dują poza nim i śli­zgają się po mo­krych ka­fel­kach po­sadzki jak ka­mie­nie cur­lin­gowe po lo­dzie.

Na­stęp­nie wyj­mo­wane są na­rządy. Pra­cow­nicy mu­szą na­dą­żyć za nie­ubła­ga­nym tem­pem ru­cho­mej ta­śmy. Je­den robi pierw­sze na­cię­cie w po­przek brzu­cha, wy­cina od­byt i za­wią­zuje ostatni od­ci­nek od­byt­nicy, aby nie wy­cie­kały z niego od­chody. Drugi usuwa je­lita, żo­łą­dek, pę­cherz mo­czowy i śle­dzionę, zbiera wszyst­kie or­gany ra­zem i ci­ska je do sta­lo­wej ba­lii. Trzeci prze­dłuża na­cię­cie jamy brzusz­nej, prze­cina prze­ponę, wy­rywa wą­trobę i na­rządy klatki pier­sio­wej. Na­stęp­nie za­wie­sza cały kom­plet na haku prze­no­śnika. Po usu­nię­ciu or­ga­nów we­wnętrz­nych ciało zo­staje prze­po­ło­wione; piła au­to­ma­tyczna prze­cina je do­kład­nie przez krę­go­słup.

Te­raz jest ni­czym książka, można do­tknąć każ­dej czę­ści, otwo­rzyć ją i czy­tać. Moi ko­le­dzy, kon­tro­le­rzy żyw­no­ści, stoją rzę­dem i wła­śnie to ro­bią. Je­den ogląda przód i wnę­trze, inny pa­trzy na tylną część, a dwóch po­maga w oce­nie wszyst­kich prze­su­wa­ją­cych się na­rzą­dów. Je­dyne za­da­nie mło­dego chło­paka to od­po­wied­nie po­ło­że­nie śle­dziony w ka­dzi z je­li­tami, tak, by była do­brze wi­doczna, a nie le­żała zwi­nięta i ukryta pod resztą. Chło­pak ma małe słu­chawki w uszach i pod­czas krót­kich pauz, ja­kie co ja­kiś czas po­wstają, żywo wy­bija takt nogą.

Na po­sadzce wy­ło­żo­nej żół­tymi ka­fel­kami można od­czy­tać ślady wi­tal­no­ści świń. Na po­czątku krew two­rzy całe smugi, ale wiel­kość i czę­sto­tli­wość kro­pel zmniej­sza się w miarę od­da­la­nia się od mo­mentu śmierci. Na końcu li­nii ubo­jo­wej w ogóle za­ni­kają: wszystko jest już osu­szone i opróż­nione.

- Je­żeli masz ochotę, mo­żesz iść się przyj­rzeć pracy kon­tro­le­rów - pro­po­nuje San­dra. Po­nie­waż po­ziom ha­łasu i tak unie­moż­li­wia ja­ką­kol­wiek kon­wer­sa­cję, ki­wam głową i prze­cho­dzę do ich sta­no­wisk. Tu, na rów­no­le­głych to­rach, je­dzie po­jem­nik z fla­kami, prze­suwa się prze­no­śnik ha­kowy z or­ga­nami jamy klatki pier­sio­wej oraz ro­ze­brana tu­sza.

Sture spra­wia wra­że­nie bar­dzo spraw­nego. Jego za­da­nie po­lega na kon­troli or­ga­nów na ha­kach. Ocena każ­dego kom­pletu za­biera mu kilka se­kund. Wzdłuż pod­łogi bie­gnie ta­śma na od­pady, na którą rzuca więk­szość ba­da­nych płuc. W wielu z nich za­uważa zmiany cho­ro­bowe świad­czące o sta­nie za­pal­nym lub o rop­niach. Od­wraca się szybko i re­je­struje na mo­ni­to­rze więk­sze zna­le­zi­ska. Dwaj inni ko­le­dzy oglą­dają te same tu­sze i je­śli są na nich mniej­sze ob­szary do wy­cię­cia, za­zna­czają je spe­cjal­nym ma­za­kiem, a taką tu­szę kie­rują na bok, aby je­den z ubo­jo­wych ją oczy­ścił. Je­śli jed­nak wi­dzą po­ważne oznaki cho­roby, umiesz­czają na we­wnętrz­nej stro­nie go­leni po­ma­rań­czową kar­teczkę z na­pi­sem: "Za­trzy­mane w celu kon­troli". Na­stęp­nie przy­ci­skają od­po­wiedni gu­zik, kie­ru­jąc tu­szę na inny tor. Ciało, za­miast po­dą­żać da­lej wzdłuż li­nii roz­bio­ro­wej, robi ostry za­kręt i je­dzie w kie­runku sta­no­wi­ska we­te­ry­na­ryj­nego. Tam my zba­damy je wraz z or­ga­nami i zde­cy­du­jemy, czy całą świ­nię, lub tylko jej czę­ści, na­leży wrzu­cić do otworu na od­pady, czy za­twier­dzić do spo­ży­cia.

Gdy wra­cam na nasz mo­stek, przed San­drą wi­szą dwie świ­nie. U jed­nej wi­dać krwiaki w tkance mię­śnio­wej go­leni.

- Ta się prze­for­so­wała - wy­ja­śnia mi.

- Jak to? - py­tam.

- Nie­które są tak oży­wione i szczę­śliwe, że prze­trwały trans­port... że mogą się po­tem po­śli­zgnąć.

Prosi ubo­jo­wego, aby usu­nął krwiaki, po czym zaj­muje się drugą świ­nią.

- Spójrz! - Wska­zuje ostrzem noża na jej pa­chwinę, a po­tem wy­cina wę­zeł chłonny i kła­dzie mi go na dłoni. - Zło­śliwy chło­niak! Wszyst­kie wę­zły chłonne są po­więk­szone. Mamy szczę­ście, że dzi­siaj zda­rzył się taki przy­pa­dek, dzięki temu mo­żesz zo­ba­czyć, jak się po­biera próbki do wy­sła­nia. - San­dra skru­pu­lat­nie wy­cina jesz­cze trzy wę­zły chłonne i wszyst­kie wkłada do jed­nej fo­lio­wej to­rebki, po czym zwraca się do ubo­jo­wego, który stoi obok.

- Zna­ku­jemy ją.

Po każ­dej stro­nie kor­pusu zwie­rzę­cia męż­czy­zna robi no­żem duży krzyż ozna­cza­jący, że tu­sza jest od­rzu­cona. Na­stęp­nie przy­ci­ska gu­zik - wy­bra­ko­wane ciało opusz­cza nor­malną li­nię, a on po­py­cha je w kie­runku otworu w po­sadzce. Wy­ko­nuje szyb­kie cię­cie na pła­tach skóry, na któ­rych za­wie­szone są tylne nogi, i nie­mal stu­ki­lo­gra­mowa świ­nia spada do spe­cjal­nego kon­te­nera na od­pady ulo­ko­wa­nego w piw­nicy.

W cza­sie prze­rwy py­tam ko­le­gów we­te­ry­na­rzy, jak to się stało, że za­częli pra­co­wać w Urzę­dzie do spraw Bez­pie­czeń­stwa Żyw­no­ści. Nie­któ­rzy in­te­re­sują się głów­nie bez­pie­czeń­stwem żyw­no­ści, in­nym za­leży na do­bro­sta­nie zwie­rząt. Jedni wy­pa­lili się w co­raz bar­dziej wy­ma­ga­ją­cym za­wo­dzie we­te­ry­na­rza, a dru­dzy wy­brali po­sadę tu­taj głów­nie ze względu na stały czas pracy oraz dla­tego, że rzadko trzeba zo­sta­wać po go­dzi­nach. W przy­padku wielu zde­cy­do­wała kom­bi­na­cja wszyst­kich tych czyn­ni­ków.

Ale wszy­scy są zgodni: "To lu­dzie spra­wiają, że każdy do­brze się tu czuje".

A je­den do­daje: "Trudno ro­bić coś waż­niej­szego. Tu jest się czę­ścią ży­cia i śmierci".

Wy­mi­guję się od wspól­nego lun­chu i sie­dząc przy kom­pu­te­rze, ma­łymi kę­sami zja­dam swoją ka­napkę. Pod ko­niec dnia prze­glą­dam ra­zem z San­drą gra­fik na naj­bliż­szy mie­siąc. W od­róż­nie­niu od wielu in­nych ko­le­gów, któ­rzy ob­słu­gują rów­nież mniej­sze rzeź­nie w re­gio­nie, ona i ja bę­dziemy pra­co­wać tylko w tej du­żej ubojni trzody chlew­nej.

- Wy­gląda na to, że to dzięki to­bie i mnie w tym roku nie za­brak­nie świą­tecz­nej szynki - mówi San­dra ze śmie­chem. Szybko ob­li­czam w my­ślach. Do Bo­żego Na­ro­dze­nia zo­stały trzy mie­siące. Moja obec­ność tu­taj za­gwa­ran­tuje, że do 24 grud­nia może zo­stać pod­da­nych ubo­jowi sto osiem­dzie­siąt ty­sięcy świń.

To świ­nie, które wi­dzia­łam dzi­siaj:

świ­nie kasz­lące

świ­nie uty­ka­jące

świ­nie z od­gry­zio­nym ogo­nem

świ­nie z za­pa­le­niem wor­ków ślu­zo­wych wo­kół sta­wów

jedna świ­nia z za­pa­le­niem płuc

świ­nie z ra­nami

świ­nie z ro­pie­niami

jedna świ­nia chora na raka

jedna chuda lo­cha.

DZIEŃ 3

Do­cie­ram do ubojni kwa­drans przed szó­stą. In­spek­tor żyw­no­ści, Sture, jest już na miej­scu, pół­to­rej go­dziny przed roz­po­czę­ciem swo­jej zmiany. Przy­siadł­szy na stole, po­pija kawę z au­to­matu. Ma po­marsz­czoną twarz i cie­pły uśmiech.

- Ranny pta­szek z cie­bie! - rzu­cam na po­wi­ta­nie.

- Przez całe ży­cie wsta­wa­łem o wpół do pią­tej. Przy­zwy­cza­je­nie to druga na­tura, a za­czą­łem pra­co­wać w ubojni, jak skoń­czy­łem pięt­na­ście lat. Te­raz mam sześć­dzie­siąt - od­po­wiada mi.

Roz­ma­wiamy przez chwilę. In­spek­tor żyw­no­ści to de­fi­cy­towa pro­fe­sja. W Szwe­cji już tego nie uczą, naj­bli­żej ta­kie umie­jęt­no­ści można zdo­być w Da­nii. Liczni in­spek­to­rzy z na­szego ze­społu pra­co­wali wcze­śniej jako ubo­jowi, ale zde­cy­do­wali się prze­kwa­li­fi­ko­wać, kiedy Urząd do spraw Bez­pie­czeń­stwa Żyw­no­ści ogło­sił na­bór na te sta­no­wi­ska, opła­ca­jąc od­po­wied­nie kształ­ce­nie. Wciąż jed­nak jest ich mało i w ra­zie po­trzeby nie­ła­two do­stać wolne. Sture wyj­muje śnia­da­niówkę, do­lewa so­bie kawy, po czym włą­cza te­le­wi­zor w rogu i siada na krze­śle.

Dzi­siaj pra­cuję ra­zem z le­karką we­te­ry­na­rii Tiną. Naj­pierw mamy skon­tro­lo­wać świ­nie, które przy­wie­ziono po­przed­niego wie­czoru, już po za­koń­cze­niu zmiany. W koj­cach wi­dać wiel­kie ka­łuże wody, od­cho­dów i uryny. Zwie­rzęta leżą stło­czone w ro­gach i ogrze­wają się na­wza­jem. Sven bie­rze szlauch i za­czyna opry­ski­wać je wodą. Wszyst­kie pró­bują uciec przed zimną strugą.

- On chce je obu­dzić, żeby ła­twiej było je pę­dzić. Poza tym le­piej, je­śli nie są za­nadto brudne, bo to po­wo­duje po­tem wiele za­nie­czysz­czeń - wy­ja­śnia moja to­wa­rzyszka.

Obie je­ste­śmy w gru­bych nie­bie­skich kurt­kach i z rę­kami w kie­sze­niach sto­imy w jed­nym z przejść mię­dzy cią­gami koj­ców. Tina jest około pięć­dzie­siątki i pra­cuje w ubojni od dzie­się­ciu lat.

- Wszy­scy są tu mili. Sta­nie w ma­ga­zy­nie nie jest może naj­bar­dziej eks­cy­tu­jącą rze­czą na świe­cie, ale cie­ka­wie jest w gru­pach te­ma­tycz­nych, tam czu­jesz, że mo­żesz jed­nak mieć na coś ja­kiś wpływ - mówi.

W owych gru­pach są oma­wiane i opra­co­wy­wane pro­ce­dury do­ty­czące hi­gieny żyw­no­ści, do­bro­stanu zwie­rząt, eks­portu i temu po­dob­nych spraw. Ze­spół Tiny na przy­kład sku­pia się na tym, aby pra­cow­nicy Urzędu do spraw Bez­pie­czeń­stwa Żyw­no­ści do­ko­ny­wali ja­snych i opar­tych na po­dob­nych kry­te­riach ocen tu­szy na te­re­nie ca­łej Szwe­cji.

Cho­dzimy mię­dzy koj­cami i po­bież­nie lu­stru­jemy zwie­rzęta. Nie ba­damy ich, tylko pró­bu­jemy wy­chwy­cić rze­czy rzu­ca­jące się w oczy. Ja szu­kam osob­ni­ków, które, zgod­nie z prze­pi­sami, nie po­winny być trans­por­to­wane oraz ta­kich, któ­rych stan może wska­zy­wać na za­nie­dba­nia w ho­dowli, czyli na przy­kład mocno uty­kają, mają zła­mane koń­czyny lub spore rany, uszko­dzone ogony czy prze­ro­śnięte ra­cice. Po skon­tro­lo­wa­niu każ­dego rzędu trzeba pod­pi­sać od­po­wiedni do­ku­ment. Więk­szość świń stoi lub leży w koj­cach bar­dzo bli­sko sie­bie. Dla­tego źle czuję się z tym, że mam po­świad­czać, iż zwie­rzęta są zdrowe, pod­czas gdy ich nie zba­da­łam ani nie wi­dzia­łam, jak się po­ru­szają. I źle czuję się z tym, że mam wy­ra­zić zgodę na ich śmierć. Idę za Tiną i od­dy­cham z ulgą, kiedy to ona pod­pi­suje. Ale pięć mi­nut póź­niej, gdy stoję sama przy jed­nym z koj­ców, Sven zwraca się do mnie:

- Po­staw tu pa­rafkę, że­by­śmy mo­gli je za­bić.

Pi­szę swoje ini­cjały. Sven dzię­kuje mi ski­nie­niem głowy i ob­raca ta­bliczkę nad bok­sem. Z jed­nej strony jest czer­wona, a na od­wro­cie zie­lona - to znak dla ko­le­gów, któ­rzy pro­wa­dzą zwie­rzęta do na­stęp­nych sta­no­wisk, że ta par­tia jest do­pusz­czona do uboju.

Kłuje mnie w żo­łądku: to ja po­wie­dzia­łam tak.

Po ko­lej­nych dzie­się­ciu pa­raf­kach prze­staje to być ta­kie oso­bi­ste.

Gdy prze­cho­dzę mię­dzy koj­cami, zwie­rzęta spo­glą­dają na mnie i ci­cho po­chrum­kują. Przy­cią­gają moje spoj­rze­nie. Nad oczami mają fałdkę, która wy­gląda jak unie­siona w wiecz­nym zmar­twie­niu brew. Nie­które są cie­kaw­skie, uno­szą ryjki, wę­szą i ro­bią kilka kro­ków do przodu. Inne boją się każ­dego mo­jego ru­chu, pło­szą się i wci­skają w róg. Wszyst­kie pa­trzą. Z ła­two­ścią od­róż­niają zna­jo­mych od ob­cych, za­równo je­śli cho­dzi o świ­nie, jak i o lu­dzi. Te­raz sto­imy po dwóch stro­nach ba­rierki i pró­bu­jemy roz­gryźć się wza­jem­nie. Gło­śno prze­ły­kam ślinę.

Przy­jeż­dża ko­lejny trans­port. Jedno ze zwie­rząt nie może iść. Robi krok, ale na­gle przy­staje i pró­buje się po­ło­żyć, za­miast pę­dzić da­lej z ca­łym sta­dem. W końcu pada na be­ton. Bengt wyj­muje pneu­ma­tyczny pi­sto­let i strzela mu pro­sto w głowę. Po­tem wpy­cha nóż głę­boko w klatkę pier­siową. Tym ra­zem wiem, co bę­dzie da­lej. Cho­wamy się za drzwiami, żeby unik­nąć ochla­pa­nia krwią.

- Chyba nie po­winna była zna­leźć się w trans­por­cie, skoro nie może cho­dzić - mó­wię.

- To prawda, ale nie wia­domo, w ja­kim sta­nie była wcze­śniej - od­po­wiada Tina.

Ko­lejny trans­port. Za­czyna się roz­ła­du­nek. Zwra­camy uwagę na świ­nię, która stoi w miej­scu i się trzę­sie. Tina woła Bengta. Gdy ten kła­dzie wio­sło na jej grzbie­cie, ona pró­buje się od­wró­cić i wyjść, nie jest jed­nak w sta­nie. Bengt wznosi oczy do nieba i idzie po pi­sto­let. Znowu strzela. Wbi­jam wzrok w be­to­nową po­sadzkę, wi­dzę, jak krew wy­peł­nia wszyst­kie małe szcze­liny.

Tina pod­cho­dzi do prze­woź­nika.

- Przy za­ła­dunku nie było żad­nych pro­ble­mów - wy­ja­śnia męż­czy­zna.

- Jak długo pan je­chał?

- Tylko dzie­sięć mi­nut.

- Prze­cież to nie mo­gło po­wstać w dzie­sięć mi­nut - szep­czę do Tiny.

- No cóż. Czę­sto po naj­krót­szych trans­por­tach zda­rzają się naj­gor­sze przy­padki.

Już póź­niej, w hali ubojni, do­cho­dzę do wnio­sku, że tamte dwie świ­nie do­znały sil­nej re­ak­cji stre­so­wej pod­czas trans­portu, a to spo­wo­do­wało szybki spa­dek war­to­ści pH w mię­śniach, co z ko­lei za­wsze pro­wa­dzi do tego, że włókna mię­śniowe stają się blade i wod­ni­ste. Tego ro­dzaju zmiany w mię­sie wie­przo­wym na­zy­wane są wadą PSE - pale, soft, exu­da­tive (blade, mięk­kie, wod­ni­ste) - i wpły­wają na jego ja­kość. Daw­niej wiele zwie­rząt re­ago­wało w ten spo­sób, ale w wy­niku od­po­wied­nich za­bie­gów ho­dow­la­nych geny zwięk­sza­jące ry­zyko po­wsta­nia tak zwa­nego "mięsa do­tknię­tego stre­sem" zo­stały nie­mal cał­ko­wi­cie wy­eli­mi­no­wane z ge­no­typu. Zmie­niono zwie­rzęta, ale nie ich oto­cze­nie.

Przy­jeż­dżają ko­lejne trans­porty, świ­nie wy­le­wają się z róż­nych do­ków prze­ła­dun­ko­wych. W jed­nej par­tii nie­mal wszyst­kie po­kryte są od­cho­dami. Aby okre­ślić sto­pień ich za­nie­czysz­cze­nia i to, jak długo znaj­dują się w ta­kim sta­nie, trzeba bę­dzie do­kład­nie przyj­rzeć się ob­le­pia­ją­cemu ich tu­ło­wie pan­ce­rzowi z gno­jówki - czy kał i mocz wżarły się w skórę?

Zbliża się do nas młody, dwu­dzie­sto­kil­ku­letni kie­rowca ubrany w kom­bi­ne­zon.

- Jedna jest mar­twa - in­for­muje, wska­zu­jąc na cię­ża­rówkę.

Wspi­namy się na plat­formę i pod­cho­dzimy do świni le­żą­cej na boku w lep­kiej brei. Szcze­cina jest mo­kra, oczy za­mknięte. Skóra wo­kół ryja ma nie­bie­skawy od­cień. Na wpół otwarte żu­chwy uło­żone są w małą li­terę O, jakby zwie­rzę w mo­men­cie śmierci gwiz­dało.

- Osob­niki pa­dłe w trans­por­cie za­wsze trzeba zgła­szać - po­ucza mnie Tina. W póź­niej­szej in­for­ma­cji do gminy na­pi­szemy: "Nie za­ob­ser­wo­wano żad­nych śla­dów ob­ra­żeń ze­wnętrz­nych".

- My­śli pani, że pa­dła z braku tlenu? - pyta kie­rowca.

- Nie­wy­klu­czone - od­po­wiada Tina.

Po po­łu­dniu, gdy sto­imy w ma­ga­zy­nie żywca i przy­glą­damy się świ­niom wy­bie­ga­ją­cym z cię­ża­ró­wek, Tina pyta, co spra­wiło, że przy­szłam tu pra­co­wać.

- Za­wsze in­te­re­so­wał mnie do­bro­stan zwie­rząt, a od wielu lat czu­łam, że chcę zro­bić coś bar­dziej kon­kret­nego dla zwie­rząt ho­dow­la­nych - wy­ja­śniam, przy­po­mi­na­jąc so­bie rów­no­cze­śnie re­ak­cje mo­ich przy­ja­ciół i zna­jo­mych, gdy do­wie­dzieli się o mo­jej no­wej po­sa­dzie. Czę­ści z nich wy­da­wało się to cał­kiem lo­giczne, że te­raz chcę się sku­pić na kon­troli uboju. A mój dawny ko­lega po fa­chu, który sam ho­duje owce, po­wie­dział: "Do­brze wie­dzieć, że bę­dzie tam we­te­ry­narz, któ­remu na­prawdę za­leży". Inni pu­kali się w czoło, mó­wiąc, że chyba zwa­rio­wa­łam.

- No i co na ra­zie my­ślisz o tym wszyst­kim? - pyta Tina.

- Nie wiem... - od­zy­wam się nie­pew­nie. - A we­dług cie­bie, ile tak na­prawdę można zro­bić dla tych zwie­rząt? Wy­daje się, że co naj­wy­żej do­pil­no­wać, żeby nie­do­ma­ga­jące czy oka­le­czone zo­stały za­bite w pierw­szej ko­lej­no­ści...

Nie są­dzi­łam, że po pię­ciu i pół roku stu­diów we­te­ry­na­ryj­nych wciąż jesz­cze je­stem na­iwna. Czuję jed­nak, że owa ła­two­wier­ność po­woli mnie opusz­cza. Chyba pod wpły­wem tempa, skali i wła­snej zni­ko­mo­ści w ob­li­czu po­tęż­nego sys­temu. Da­łam się w to wcią­gnąć. Wal­czę ze sobą, aby od­pę­dzać ne­ga­tywne my­śli, pró­buję trzy­mać się prag­ma­tycz­nych po­wo­dów, dla któ­rych się tu zna­la­złam. Po­wta­rzam w du­chu: daj so­bie tro­chę czasu, Lino.

Tina słu­cha mnie, ki­wa­jąc głową.

- Jesz w ogóle mięso? - pyta.

- Nie... Ale nie mam od­wagi się do tego tu­taj przy­znać. To by­łoby jak prze­kli­na­nie w ko­ściele.

Wy­bu­cha śmie­chem.

- To trudna sprawa.

Kiedy opusz­czamy ma­ga­zyn po ostat­niej zmia­nie, są w nim setki świń. Przy­da­dzą się ju­tro, aby można było wzno­wić ubój z sa­mego rana - ni­gdy nie może ich za­brak­nąć. Pod­czas gdy one będą le­żeć przez noc na be­to­nie i cze­kać na śmierć, ja po­jadę au­to­bu­sem do domu, zro­bię so­bie ko­la­cję, zjem, wy­śpię się, znowu wstanę, wrócę tu­taj i w po­koju so­cjal­nym wy­piję kawę. Zwie­rzęta w ma­ga­zy­nie do­stały kilka wia­der karmy, którą szybko prze­żu­wają.

TY­TUŁ ORY­GI­NAŁU

Rap­port fr?n ett slak­teri

Co­py­ri­ght ? Lina Gu­sta­fs­son

First pu­bli­shed by Na­tur & Kul­tur, 2020

Po­lish edi­tion pu­bli­shed in ar­ran­ge­ment with Part­ners in Sto­ries in con­junc­tion with Li­via Stoia Li­te­rary Agency

The cost of this trans­la­tion was de­frayed by a sub­sidy from the Swe­dish Arts Co­un­cil. Gra­te­fully ack­now­led­ged.

Co­py­ri­ght ? for the Po­lish trans­la­tion by LE­THE, 2020

Co­py­ri­ght ? for the Po­lish edi­tion by LE­THE, 2021

TŁU­MA­CZE­NIE: Elż­bieta Pta­szyń­ska-Sa­dow­ska

PRO­JEKT OKŁADKI: Ju­styna Grubka, ani­mi2

RE­DAK­CJA: Jo­anna Ku­ła­kow­ska-Lis

KO­REKTA: Ka­ta­rzyna Zioła-Ze­mczak

OPRA­CO­WA­NIE GRA­FICZNE KSIĄŻKI I SKŁAD: Ja­ro­sław Ja­błoń­ski, jjpro­jekt.pl

ILU­STRA­CJA NA OKŁADCE: Ma­rzu­fello (shut­ter­stock)

RE­DAK­TOR NA­CZELNA: Mał­go­rzata Ja­siń­ska

WY­DAWCA

LE­THE Ja­kub Chmiel­niak

ul. Czaj­kow­skiego 15

43-300 Biel­sko-Biała

ISBN 978-83-66303-26-3

Ani­mi2 jest im­prin­tem wy­daw­ni­czym Fun­da­cji LE­THE

Na­sze książki znaj­dziesz na animi.pl