Motocykl ciężarowy
Jesteś gotowy na rajd. Teraz trzeba zadbać o rumaka. Czas przygotowania motocykla do rajdu jest zależny tylko i wyłącznie od stopnia szaleństwa jego właściciela. Jedni przygotowują maszynę prowadząc ją na superprzegląd do zaprzyjaźnionego mechanika. Inni zajmują się swoim skarbem w każdej wolnej chwili. Czyszczą, pieszczą, wymieniają, dokładają, uzupełniają, wygładzają, smarują, dodają akcesoria i ruszają na rajd z uczuciem niedosytu... Następna grupa to ci, którzy na rajdzie już byli, oni zaczynają przygotowywać swoje motocykle na kolejny rajd, jeszcze w trakcie trwania poprzedniego. Ja należę do tej ostatniej grupy. Pierwszy swój rajd przejechałam motocyklem Suzuki Intruder C 1800 R. Motocykl, bagaże, kierowca i pasażer - w sumie ponad 640 kilogramów. Wtedy się nauczyłam, że enduro to nie motocykl, tylko styl jazdy. Na następne dwa rajdy wybrałam się motocyklem turystycznym - BMW R 1100 RT. Bardzo zwinny (zwłaszcza po intruderze), łatwy w prowadzeniu i wygodny. Po wzmocnieniu ramy wręcz pancerny. Trud przygotowania siebie i motocykla do rajdu da nam "krótkotrwały" komfort bezstresowego uczestnictwa w tej wędrówce historycznej na Kresy Wschodnie. Dlaczego "krótkotrwały"? Bo prawda uniwersalna jest jedna - na rajd przygotować się nie da. To znaczy można próbować, można dołożyć wszelkich starań, można... A co będzie, to będzie. Jest za dużo kilometrów do pokonania i zbyt dużo zmiennych, żeby przewidzieć wszystko. Wystarczy, że przez trzy tygodnie będzie lało i elektryka będzie wysiadała prawie w każdym motocyklu. Wtedy wygrywają starsze maszyny, bo mają zainstalowanych mniej cudów. Mniej elektroniki. Mogą zepsuć się światła, może paść akumulator czy odmówi współpracy regulator napięcia. Na każdym rajdzie wysiadają akumulatory - od dwóch do czterech.
Podobna liczba awarii dotyczy regulatorów napięcia. Różne czujniki. Czasami alarmy szaleją. O drobiazgach, takich jak bezpieczniki, w ogóle nie warto wspominać. Czyli punkt pierwszy, elektryka i elektronika pada - jak pada. Choć nie tylko. Punkt drugi, mechanika. Z przyczyn "zupełnie niewiadomych" nagminnie odkręcają się śruby, lub obcinają, pękają stelaże pod kufry, zdychają amortyzatory, szlag trafia łożyska w kołach. Kończą się klocki hamulcowe - choć były wymieniane przed rajdem. Puszczają uszczelniacze lag i olej leje się na tarcze hamulcowe. Łamią się klamki. Gną felgi - aluminiowe też. Zdarza się złapać gumę. Z gumami, to pół biedy, bo albo wymiana dętki, albo zestaw naprawczy. Szczęśliwie na Wschodzie jest taka ilość szynomontaży (wulkanizacji), że mogą naprawić lub załatać wszystkie koła świata. Gorzej, kiedy motocyklista przed rajdem myśli, że ma jeszcze dobre opony, bo bieżnik ciągle głęboki... Wschodnie asfalty weryfikują tę diagnozę. Bez żadnego problemu potrafią gumę obrać do drutów lub płótna. Wystarczy dwa-trzy tysiące kilometrów i tego wspaniałego bieżnika nie ma.
Jak psuje się motocykl, człowiek poznaje nowe oblicze rajdu - pomocna dłoń kolegów. Czasem nie tylko dłoń, także podpowiedź, pomysł lub wręcz ciężka praca. Zaczyna działać prawdziwa solidarność motocyklowa. Zaczyna się koleżeństwo i przyjaźń. Zdarza się, że pewne usterki da się naprawić od ręki. Jeśli moto padnie w drodze konkretnie i nic się nie da zrobić - idzie na lawetę, a wieczorem zbiera się konsylium "lekarskie" i naprawa idzie aż furczy. Raczej się nie zdarzyło, żeby ktoś z problemem został sam. Prędzej może nie chcieć dopuścić do swojego "cacka" jakiegoś dyletanta, ale wtedy musi słuchać różnych dobrych rad i podpowiedzi...
Są też sytuacje, że rajdowcy sami nie dadzą rady czegoś naprawić. Nawet, jeśli wiedzą jak. Zwyczajny brak narzędzi lub części powoduje, że są bez szans. W tym miejscu pojawiają się motocykliści miejscowi. Nie ma znaczenia, czy to Rosja, Białoruś czy Ukraina. Cierpiący motocyklista, to znaczy ten, którego motocykl zachorował, budzi takie samo współczucie i chęć niesienia mu pomocy na całym Wschodzie. Można powiedzieć, że przez lata jeżdżenia mamy już "zaprzyjaźnionych pomagaczy", którzy nas wyglądają i czekają, co będzie do zrobienia. Zaraz po przywitaniu pytają, ile motocykli jest do zrobienia i co padło. Czasem muszą poświęcić całą noc na naprawę, żeby moto rano było już zdolne ruszyć dalej. Idealnie jest, jeśli się zdarzy, że gdzieś zostajemy dwie noce. Wtedy pełny luz i komfort działania, bo czasu dużo. Ale nie zawsze da się tak od razu coś naprawić. Wtedy albo moto jedzie na lawecie, aż się nadarzy okazja naprawy, albo motocyklista musi ze swoim rumakiem gdzieś zostać i potem dogania rajd. Jeżeli mimo usterki da się jechać, to się jedzie i czeka zmiłowania, aż będzie czas i możliwość naprawy. Któregoś rajdu wjeżdżaliśmy od Ukrainy. Było to w okolicach Lwowa. Policja ukraińska ćwiczyła naszą wytrzymałość i gotowość do przygód. Poprowadziła nas taką drogą, że kolegom ucięło kilka śrub od bagażników, a mnie pękł stelaż podtrzymujący czaszę w moim erteku. Wszystko bujało mi się niemiłosiernie, bo czasza ciężka. Gdyby światła w beemce były mocniejsze, to zatrudniliby mnie w dyskotece zamiast stroboskopu. Niestety w R 1100 RT światła były słabe i nie było co marzyć o karierze stroboskopowej. Nie było też nadziei na szybkie spawanie stelaża, bo raz brak czasu, a dwa - stelaż był aluminiowy. Spawanie aluminium, niestety, wymaga specjalnych warunków. To był praktycznie początek rajdu, a tu taka draka. Trzeba było próbować to jakoś przymocować i jechać dalej. Nasze ukochane "trytytki" - przyjaciółki każdego motocyklisty, nawet najgrubsze, nie dawały rady, bo pękały jak przecinane nożem. Dopiero jak chłopcy użyli pasów parcianych, to czasza zaczęła się trzymać. Tak przejechała około trzech tysięcy kilometrów, aż dojechała do Katynia. W Katyniu mieliśmy nocować dwie noce. I to była dobra wiadomość. Tylko przyjechaliśmy w sobotę późnym wieczorem, następnego dnia niedziela - wszystko pozamykane, a w poniedziałek skoro świt jechaliśmy dalej. To była zła wiadomość. Szczęśliwie dla mnie, mimo późnej pory, zjawili się smoleńscy motocykliści. Dla nich nie ma wyzwań, z którymi się nie zmierzą. Kilka telefonów. Jeszcze kilka telefonów. I jest nadzieja! Jutro rano przyjadą po mnie i po jeszcze jednego nieszczęśnika i zabiorą nas do warsztatu. Przypominam, że jeśli chodzi o mnie, to aluminium. Tak, tak - nie ma sprawy. W jednym warsztacie rozbiorą mojego błękitka na czynniki pierwsze, a w drugim pospawają. Rewelacja! Nareszcie śpi mi się wspaniale i śni mi się uśmiechnięta beemka.
Rano przyjeżdża miejscowy motocyklista i zabiera nas do
Smoleńska. Dziś kompletnie nie pamiętam, jak miał na imię. Za to pamiętam, że jeździł smokiem. Triumph Rocket III zawsze robi wrażenie. Pojemność silnika 2,3 litra! Podobno mistrz prostej, ale nasz smoleński kolega na pewno nie czytał tych opinii. Robi z motocyklem, co chce, a moto jest posłuszne i je mu z ręki. Motocyklista jest duży i rocket jest duży to się dogadują. Pamiętam, jak jeździłam czarusiem, też mówili o nim - mistrz prostej. A ja nim grzałam po agrafkach alpejskich, jakby był zwykłym ścigaczem. Kładł się w zakrętach, tarł podnóżkami aż miło. To była ogromna przyjemność! Dopiero jak zaczęłam jeździć lżejszymi motocyklami, zorientowałam się, że aby okiełznać takiego "bydlaka" trzeba mieć technikę. Na niego nie da się po prostu wsiąść i pojechać, trzeba wiedzieć - jak. To były czasy, kiedy jeździłam samymi chopperami. Pięknymi motocyklami, zwanymi czasem armaturą, lśniącymi chromem, zawsze przykuwającymi uwagę. Szczęśliwie to były moje początki, a że jak coś mnie wciąga, lubię dochodzić do perfekcji, to kilka pierwszych moich sezonów rozpoczynałam od doszkalania. Jak patrzyłam na moich kolegów, starych wjeżdżonych motocyklistów, którzy wsiadają na moto, odjeżdżają i jest to dla nich jak oddychanie... Wkurzało mnie to. Też tak chciałam. Chciałam takiej swobody, takiej lekkości. Chciałam też stanowić jedno z moją maszyną... Ale wróćmy do Smoleńska. Całą dygresję wywołało wspomnienie zjeżdżającego w dół ze skarpy rocketa. No, a my za nim. Samemu do tego warsztatu by się nie trafiło. Niesamowite jest u motocyklistów na Wschodzie to, że droga nie stanowi dla nich żadnej przeszkody. To znaczy droga lub jej brak. Jeżdżą wszędzie i po wszystkim. Tak dotarliśmy do Iwana. Bardzo miłego i ogarniętego mechanika. Garażowy warsztat pewnie nie spełniał warunków ASO BMW, ale za to świetnie poradził sobie z moim błękitkiem.
Na ścianach plakaty różnych ślicznotek. Nie blondynek i brunetek, tylko piękności motocyklowych: harleye, hondy czy yamahy. Chociaż... jeden plakat z panienką chyba też był. Poza tym spora kolekcja tablic rejestracyjnych. Z tego, co pamiętam, znajdowanych na drodze. Na Wschodzie nietrudno zgubić tablicę rejestracyjną. Każdy, kto ma tablicę włożoną tylko w ramki, zamiast złapaną na trzy śruby, prędzej czy później się z nią pożegna. Dodatkowo śruby przed wkręceniem powinny być umoczone w jakiejś farbce, a najlepiej w lakierze do paznokci. Perfekcjoniści kupują specjalne preparaty zabezpieczające śruby przed wykręcaniem. Uwierzcie kobiecie, wystarczy lakier do paznokci.
Na wystrój warsztatu składała się jeszcze duża ilość części motocyklowych, sprawnych lub nie, oraz wszelkie niezbędne narzędzia. Jeden rzut oka wystarczył, żeby się upewnić, że błękitek będzie uratowany. Iwan i jeszcze dwóch jego kolegów zaczęli rozbierać moje moto. Szło naprawdę sprawnie. Już wkrótce zostało tylko to, co niezbędne. Z przodu: sam szkielet opleciony kablami. Iwan odpalił błękitka stacyjkę trzymając w garści, wsiadł na niego i pojechał w siną dal. A właściwie do drugiego warsztatu, gdzie miał być pospawany aluminiowy stelaż podtrzymujący czaszę. Obraz odjeżdżającej, totalnie rozbebeszonej beemki mam przed oczami do dzisiaj. I ta nadzieja w sercu, że jeszcze kiedyś ją zobaczę...
Czas oczekiwania na powrót uzdrowionego błękitka wypełniałam czyszczeniem tego, co zostało po moim motocyklu, pomaganiem koledze w walce z jego śrubami, zabawami z kotami i podtrzymywaniem więzi międzynarodowych z pozostałymi smoleńskimi mechanikami.
To był mój pierwszy raz, kiedy potrzebowałam pomocy w naprawie motocykla na rajdzie. Słyszałam sporo opowieści od kolegów, którzy jeździli wcześniej na rajd, jak pomocni i ofiarni są miejscowi motocykliści. Teraz miałam przekonać się na własnej skórze, ile kosztuje naprawa ekskluzywnego bmw, które nie wytrzymało trudów ukraińskiej drogi.
Czas płynął szybko na opowieściach o przygodach motocyklowych i różnych radach udzielanych przez kolegów ze Smoleńska. Wtedy dowiedziałam się, że benzynę 95-oktanową lub wyższą tankują w Rosji tylko obcokrajowcy. Wszyscy miejscowi tankują do motocykli benzynę 92-oktanową. Dlaczego? Okazało się, że benzyna 95 i 98 to nic innego, jak benzyna 92 plus ulepszacze. Zatem, żeby nie robić krzywdy chemicznymi świństwami swoim ukochanym motorkom, tankować trzeba tylko 92 oktany. Rzadko który z nas, ludzi Zachodu, jest w stanie uwierzyć w takie bajki, że benzyna 92 jest lepsza od 95 czy 98. W każdym razie ja od tamtej pory jeżdżę w Rosji na benzynie 92-oktanowej i nic mi się nie dzieje. Jedyne, czego pilnuję, to tankowania w dobrych stacjach. Wiem, że niektórzy koledzy nie dają temu wiary i zawsze tankują "eksklusiw", poza tym zdarza się też, że ich komputery rozpoznają oktany i kapryszą.
Błękitek wrócił ze spawania. Nie powiem, ucieszyłam się, jakby mi się dziecko odnalazło. Stelaż pospawany, wygląda lepiej od oryginału. Zresztą wytrzyma jeszcze wiele tysięcy kilometrów. Teraz wystarczy go na nowo ubrać w czaszę, plastiki, reflektor, wskaźniki i inne drobiazgi i w drogę.
Iwan mówi, że teraz koledzy poskładają moto, a my idziemy do niego na obiad. Prowadzi nas do siebie do domu. 50 metrów dalej płotek, kotek, domek - właściwie po naszemu byłoby segment. W domu wita nas żona Iwana, bardzo miła i ciepła blondyneczka. Rozmawiamy o życiu. O tym, co nas łączy, a co dzieli. Co wiedzą o nas. Co my wiemy o nich. Jak im się żyje. Jak żyje się nam. Okazuje się, że człowiek jest dziwny... może nie człowiek, a motocyklista... bo bez względu na kraj i ustrój chciałby mieć tanie paliwo, święty spokój i być kochany... i żeby nie było wojen na świecie. Ot, co.
Po obiedzie Iwan proponuje, że wezmą nas na wycieczkę po Smoleńsku. Tak, żeby nam pokazać uroki ich miasta. Przepiękny chram, mury obronne i zamek. Potem razem pojedziemy do Memoriału Katyń, bo wieczorem w planie rajdowym są uroczystości, zarówno w części polskiej, jak i rosyjskiej. A już zupełnym wieczorem zapraszają nas na kolację z innymi motocyklistami. Plan super! Zostało jeszcze rozliczyć się z Iwanem za prawie cały dzień pracy. Pytam: - Iwan, mój wybawicielu, ile Ci jestem winna za naprawę?
A Iwan, mówi: - Jesteście w drodze, jak ja mogę wziąć od Was pieniądze? Gdybyśmy my byli u Was, też byście nam pomogli. Muszę zapamiętać tę lekcję, bo jak przyjdzie czas próby, trzeba będzie zachować się, jak należy. Do tej pory tylko słyszałam o bezinteresownej pomocy motocyklowej, teraz jej doświadczyłam. Wreszcie wiem naprawdę, co to solidarność motocyklowa.