1
W Dzielnicy Północnej
Możliwe, że na biurku pali się lampka. Możliwe, że z mieszkania numer 31 w domu przy ulicy Leszno 18 dobiega stukot maszyny do pisania. A dom jeszcze istnieje, bo jest, powiedzmy, jesień 1938 roku i nic nie wskazuje na to, żeby miał zniknąć z mapy Warszawy, zmieciony przez jakieś działo albo miotacz ognia, którego niemiecka fabryka pewnie nie zdążyła jeszcze nawet wyprodukować.
Ulica Leszno[1] - szeroka i jasna - jest główną arterią warszawskiej Dzielnicy Północnej, którą zamieszkują w większości Żydzi. Architektura opowiedziała się tutaj przeciwko równości i symetrii - fasady dziewiętnastowiecznych kamienic chwalą się ornamentami albo nudzą brakiem finezji. Koją oczy pastelowymi beżami i irytują plamami po odpadłym tynku. Płaskie dachy zamieniają się nagle w dwuspadowe, frontony okien przyciągają wzrok zdobieniami, żeby za moment zaskoczyć niemal modernistyczną prostotą. Obok skromnych budynków stoją gmachy wysokie i okazałe. Właśnie kończy się budowa kolejnego z nich - Sądów Grodzkich - największego kompleksu sądowego w Europie. Projektował go znany architekt Bohdan Pniewski, który rzecz jasna nie podejrzewa, jak bardzo konstrukcja budynku wpłynie już niedługo na życie dzielnicy.
Przestrzeń Leszna porządkują tory tramwajowe, tnąc jezdnię od Pragi w kierunku Woli i z powrotem. Wściekłe dzwonki tramwajów - zatrzymał je pewnie w pół drogi wypełniony po brzegi wóz. Albo przechodnie, bo tym przecież zawsze bliżej na przełaj - mogą rozpraszać myśli, gdy doktor Emanuel Ringelblum skupia się przy swoim biurku nad jakimś kolejnym ważnym zagadnieniem. Okna jego mieszkania prawdopodobnie wychodzą na ulicę.
Leszno to trakt, po którym w ciągu dnia biega się i załatwia sprawy. Pod numerem 15 stoi Dom Handlowy braci Országhów, gdzie można kupić "galanterię, trykotaże, towary pończosznicze i norymberskie"[2]. Na rogu przy Karmelickiej jest skład apteczny Prussaka, pod trójką biura Żydowskiej Izby Zdrowia, z kolei pod numer 58 jakiś czas temu przeniosła się stacja pogotowia ratunkowego. Konne karetki są w stanie odebrać chorych z centrum Warszawy w osiem minut.
Przy ulicy Leszno jest gdzie się rozerwać. W kamienicy Karola Martina, jubilera i handlarza piwem, pod numerem 2 parter zajmują sklepy i restauracja Icchaka Gertnera, a w podwórzu działa kino Era. Choć Maska pod trzynastką jest bardziej popularna. Pokazują tam często melodramaty z Hollywood tylko dla dorosłych, więc młodzież, która wchodzi na gapę, stoi zwykle pod ścianą, żeby w porę uciec, gdy pojawi się kontrola. Ale to raczej niewygórowana cena za radość z oglądania nóg Joan Crawford.
Prawdziwy skandal wydarzył się za to kiedyś w teatrze Central przy Lesznie 1. Grupa awanturników, rewolucjonistów literatury, w pewną styczniową sobotę 1922 roku zorganizowała poranek literacki. Przyszło kilkaset osób. Wszyscy razem, zgodnie i w porozumieniu, podeptali utarte zwyczaje, odwrócili się plecami do religii, zakpili z wartości. A niech o nich mówią, niech się oburzają, niech coś się dzieje i zmienia. Do Warszawy zjechali literaci z różnych stron - z Wiednia (jak Melech Rawicz), z Kijowa, ze Lwowa albo z Moskwy (jak Joszua Singer) - żeby dać początek warszawskiej awangardzie jidysz. Budowali swoją twórczość z cegiełek futuryzmu i ekspresjonizmu, od synagogi woleli teatr, od Tory - literaturę1. Wieczorek był dla nich porankiem, szabas - pretekstem do prowokacji. Bo dlaczego nie? Przecież stolica dopiero co odrodzonego kraju może chyba pokazać, że stać ją na odrobinę fantazji.
A więc Leszno ma ambicje, żeby wyznaczać nowoczesne trendy, Leszno ma rozmach i wielkomiejski charakter. Jest głośne, ciągle czymś zajęte. Napędza je niewyczerpana energia mieszkańców.
Podobnie jest przy innych ulicach Dzielnicy Północnej, przy Siennej, Dzielnej, Pawiej, Gęsiej, przy Franciszkańskiej, Muranowskiej, Świętojerskiej, na Nalewkach, na Nowolipkach. Chęć działania, wymiany doświadczeń, towarów i usług kumuluje się tam, piętrzy i wybucha nowymi kontraktami, pomysłami na "złote" interesy, marzeniami i wiarą w lepsze jutro. Żadne inne miejsce w Warszawie nie jest tak chciwe życia, w żadnym nie ma takich kontrastów pomiędzy biedą a bogactwem, pomiędzy rumianym a bladym, grubym a chudym. Nikt w Warszawie nie rzuca się na pracę tak zachłannie jak mieszkańcy Dzielnicy Północnej: jeśli nie produkcja krawatów, to portfeli, jeśli nie zakład szewski, to krawiecki, firma przewozowa, sprzedaż pudełek albo chociaż lemoniady. Terkocą maszyny do szycia, rżą konie wozaków, słychać chrobot pił i wbijanie gwoździ, które mają trzymać w poziomie kolejne szyldy. W kwartałach domów tworzą się wielkie biznesy i ledwie zipią małe firemki. Ciuła grosz do grosza drobny handel, rozpiera się bogactwo fabrykantów, a po kątach ciemnych, zapluskwionych izb snują się niczym kurz komunistyczne idee. W takich miejscach światło latarni jest łapczywie pożerane przez mrok zaułków, na wyłożone kocimi łbami jezdnie nie zapuszczają się samochody.
Stąd wyjdą w świat przyszli nobliści. Józef Rotblat, syn zubożałego właściciela firmy transportowej, mieszkaniec Miłej, Nowolipek, a potem Dzielnej, będzie brał udział w tworzeniu amerykańskiej bomby atomowej, ale dojdzie do wniosku, że od wojny woli pokój i za działalność w ruchu pokojowym[3] zostanie nagrodzony pierwszą wśród nagród. Także Isaac Bashevis Singer z powodu nastrojów antysemickich i biedy podąży za swoim bratem, jednym z buntowników literatury, Izraelem Joszuą Singerem, i wyemigruje do Stanów. Zostawi Krochmalną, gdzie kontrolę nad ludźmi przejęły brud, choroby i ubóstwo, żeby za oceanem pracować na swoją pisarską sławę i chwałę. Ale obrazy warszawskich ulic nigdy go nie opuszczą i po wsze czasy będą okupować strony jego książek. Na prawach zasiedzenia.
Z chasydzkich bożnic Dzielnicy Północnej dobiega monotonny szum modlitwy, który miesza się z brzęczeniem tramwajów, pokrzykiwaniem handlarek, płaczem dzieci i piskiem biedy. A w ten gwar wdzierają się jeszcze dźwięki dzwonów z kościołów katolickich i ewangelicko-reformowanego, który sąsiaduje z mieszkaniem Ringelbluma. Spośród tych trzech świątyń nadchodzący armagedon w najlepszym stanie przetrwa parafia Świętego Augustyna przy Nowolipkach i właśnie wieża tej budowli stanie się punktem orientacyjnym wśród gruzów, które przesłonią horyzont od wschodu, zachodu i północy.
Ale to dopiero za parę lat.
Na razie życie Leszna i innych ulic Dzielnicy Północnej toczy się według starych zasad - dzień, noc i szabat, gdy lokalny świat bierze oddech. Sklepy, warsztaty i pracownie zamykają się w piątek przed zmierzchem, stragany znikają, ulice pustoszeją. Jeszcze tylko strażnicy szabasu przeszukują podwórka i zaułki, odsyłają do domów opieszałych. I tyle. Czas odpoczynku. W żydowskich domach zapalają się świece. Jeśli o tej porze jakiś Żyd pojawia się na zewnątrz, to przeważnie w drodze do synagogi.
Asymilacja? Nie, dziękuję
Emanuel Ringelblum nie jest religijny. Jego lewicowe poglądy zakładają prawdopodobnie, że Boga wymyślił człowiek na swój wzór, podobieństwo i potrzeby. Dlatego szabas czy nie, pewnie jak zawsze pracuje. Czyli pisze. Jesienią 1938 roku może to być na przykład artykuł o Chasydach i haskali w Warszawie w XVIII wieku2.
Haskala jako ruch intelektualny skupiała ludzi, którzy wierzyli w ideały oświecenia, chcieli się integrować ze społeczeństwami nieżydowskimi, ale też podnosić poziom świeckiej edukacji Żydów. To od niej rozpoczęły się ruchy asymilacyjne.
Ringelblum nie wierzy w asymilację, wierzy w byty równoległe. Nie trzeba przecież mówić tym samym językiem, żeby żyć zgodnie obok siebie.
Zwolennikiem haskali - maskilem - jest za to jego ojciec, Fajwisz, handlarz zbożem. W latach trzydziestych jeszcze żyje. Mieszka w Nowym Sączu i ledwie wiąże koniec z końcem. Tamtejszy sąd grodzki notuje, że ma do rozpatrzenia jego sprawę przeciwko Seligowi i Malce Scheinom o zapłatę za zboże3. Czy Fajwisz dostał swoje pieniądze, nie wiadomo.
Odkąd opuścił galicyjski Buczacz, nic nie układało się dobrze. Wyjechał w 1914 roku, tuż przed wkroczeniem na tamte tereny wojsk rosyjskich. Strach było zostać, gdy słyszało się o tym, do czego zdolni są Rosjanie. Fajwisz uciekał więc z całą rodziną przed śmiercią, poniżeniem i gwałtem, zabierając ze sobą dobytek i obrazy Buczacza pod powiekami - widoki zielonych pagórków otaczających miasto, leszczynowych lasów i rzeki Strypy, która wiła się jak wąż i na którą jak na węża, uważnie i z bezpiecznej oddali, spoglądały ruiny zamku. Niegdysiejsza warownia, broniąca granic Rzeczpospolitej od wschodu, stała na wzgórzu i tylko pozornie była opuszczona. W sieci jej tuneli w letnie wieczory dało się słyszeć szepty i śmiechy młodych ludzi, którzy - z dala od oczu tych, co część swojego życia już skonsumowali - cieszyli się smakiem nowości.
Pod wzgórzem, wzdłuż rzeki, przysiadły domy, niektóre wciąż jeszcze kryte strzechą, a centrum okupowały ratusz, cerkiew, kościół i synagoga. Mocno trzymała się ziemi wiekowa lipa, mimowolny świadek haniebnego traktatu, który w jej cieniu podpisał dawny król Polski Michał Korybut Wiśniowiecki z władcą osmańskim, przekazując mu w zamian za pokój dużą część wschodnich terenów Rzeczypospolitej.
Buczacz, odzyskany przez Jana III Sobieskiego i znowu stracony po rozbiorach na rzecz Austrii, zamieszkiwali Polacy, Ukraińcy i Żydzi, przy czym ci ostatni stanowili większość, bo rodzina Potockich, właściciele miasteczka, zachęcała wyznawców religii mojżeszowej, żeby się tam osiedlali, w słusznej nadziei, że rozkręcą handel i usługi. Galicyjski Buczacz był więc sztetlem, w szabas pachnącym czulentem, zimą rozświetlanym przez chanukowe płomienie w ośmioramiennych świecznikach, wiosną wymiatającym ze wszystkich kątów okruchy chleba przed nadchodzącym świętem Paschy, latem, na święto Sukkot, zajętym budowaniem szałasów i z powagą - jak na tradycję przystało - obchodzącym jesienią Rosz ha-Szana i Jom Kippur. Ale niezwykłe w Buczaczu było to, że choć szanował tradycję, otwierał się na nowe możliwości i wyzwania intelektualne. Od chasydyzmu wolał haskalę, która głosiła, że Żydzi muszą wyjść z izolacji, bo to da im podstawę do uzyskania pełni praw. Zwolennicy haskali uczyli się hebrajskiego i dbali o własną kulturę, ale pozbywali się tradycyjnych strojów, chętnie mówili w językach miejscowych i posyłali dzieci do szkół powszechnych. Tak jak Fajwisz Ringelblum, który obciął pejsy i nosił tylko krótką, rudawą brodę4, ubierał się na wpół po żydowsku, na wpół po europejsku, a dzieci najpierw oddał do chederu, a potem do szkoły świeckiej. Emanuel zaczyna tam naukę prawdopodobnie w wieku dwunastu lat. W Buczaczu skończy pierwszą i drugą klasę, będzie bardzo dobrze mówił po polsku. Potem okaże się to ważne.
Jednak mimo że Buczacz prezentuje otwartość na świat, to społeczności polska, żydowska i ukraińska żyją osobno. Dzieci uczą się w tych samych klasach, siedzą obok siebie w ławkach, ale po lekcjach rozchodzą do domów we własnych grupach narodowościowych.
Polacy nie lubią Ukraińców ani Żydów, Ukraińcy - Polaków, a Żydzi nie chcą się zbliżać ani do jednych, ani do drugich. Szczególnie mają pretensje do Polaków o to, że podczas spisu ludności w 1910 roku ci naciskali na nich, żeby zgłaszali jako ojczysty język polski, a nie jidysz, bo dzięki temu polskojęzyczna społeczność miałaby przewagę w wyborach i rozdziale stanowisk. Skutek jest taki, że obcość trzyma się mocno. Rośnie za to świadomość narodowa Żydów. Wielu zaczyna się przyłączać do syjonistycznej partii Poalej Syjon, u innych refleksja nad życiem przegrywa z trudną codziennością, jeszcze inni wyjeżdżają, jak przyszły noblista Szmuel Josef Agnon, Szymon Wiesenthal, znany po wojnie "łowca nazistów", czy Jakub Freud, który wsławi się tym, że będzie ojcem Zygmunta. Wszyscy oni opuszczają Buczacz w nadziei na lepsze życie, bo nawet jeśli miasteczko ma intelektualne ambicje, to wciąż jest biedne.
Fajwisz Ringelblum w pierwszych latach XX wieku jakoś daje sobie radę, bo Emanuel - według relacji jego kolegów - lata dzieciństwa będzie wspominał chętnie i z uśmiechem. Nie znamy tych wspomnień, możemy tylko przypuszczać, że były podobne do retrospekcji, którymi podzieliła się po latach także pochodząca z Buczacza Mina Rosner:
W Buczaczu kwitło życie kulturalne. Młodzież nigdy nie przepuściła okazji, aby obejrzeć sztukę teatralną, koncert albo film. Trupy artystyczne przyjeżdżały nawet z Wilna i pomimo że większość mieszkańców miasta klepała biedę, zawsze znajdowali pieniądze na bilety. [...] W weekendy organizowaliśmy wypady na wieś. Zakładaliśmy plecaki i całą bandą wyruszaliśmy na dwudziestokilometrowe wędrówki. Szliśmy środkiem drogi i śpiewaliśmy piosenki. Innym razem wynajmowaliśmy łodzie i śpiewając, wiosłowaliśmy w dół rzeki5.
Ten sielski krajobraz parę lat później, w 1919 roku, spłynie krwią, gdy w wyniku okrucieństwa, jakie okażą sobie nawzajem polscy i ukraińscy sąsiedzi, dojdzie do tortur, gwałtów i mordów. Ale Emanuel Ringelblum i jego rodzina nie będą już tego oglądać.
Pożegnanie ze sztetlem
Tragedia dotyka ich parę lat wcześniej, gdy umiera żona Fajwisza, matka Emanuela i trójki jego rodzeństwa, Rachela z domu Heller. Emanuel, urodzony 21 listopada 1900 roku, ma wtedy dwanaście lat. Fajwisz wkrótce żeni się ponownie. Kiedy życie zadaje mu kolejny cios i Ringelblum decyduje się opuścić Buczacz wobec groźby nadejścia Rosjan, oprócz dzieci towarzyszy mu także nowa żona - Mala.
Zatrzymują się najpierw w Kołomyi, gdzie Emanuel kończy kolejne dwie klasy gimnazjum, a w 1916 roku jadą dalej, do Nowego Sącza, żeby zamieszkać sześcioosobową rodziną w jednopokojowym mieszkaniu z kuchnią przy Sobieskiego.
Po roku przenoszą się pod inny adres, na Żeglarską, ale ich warunki mieszkaniowe się nie zmieniają6. O tym, jak źle powodzi się rodzinie Ringelblumów w Nowym Sączu, niech świadczy wspomnienie jednego z przyjaciół Emanuela, piętnastoletniego wówczas Mendla Najgroszla:
[...] ubogie, przygnębiające miejsce z niewielką kuchnią, mały pokój i w każdym wolnym miejscu łóżka. [...] Czuć było cichy smutek w domu, gdzie panowały ubóstwo i samotność wykorzenionych ludzi. [...] Macocha Ringelbluma robiła smutne wrażenie. Zatroskana niczym zagubiona dusza, z włosami zawsze w nieładzie, wyglądała jak ktoś, kto nie pokładał już żadnej nadziei w rzeczach ani ludziach. Nikt nigdy nie widział jej na zewnątrz; wyglądała, jakby żyła na jakimś zapomnianym lądzie7.
Zważywszy na to, że siostra Emanuela Giza chodzi do prywatnego gimnazjum - a to przyjemność zarezerwowana raczej dla dziewcząt z zamożnych rodzin - pogłoski o ubóstwie Ringelblumów mogą być przesadzone8. Tak czy inaczej, patrząc na Ringelbluma, Najgroszl widzi smutnego, poważnego młodego człowieka i także w nim dostrzega symptomy upadku rodziny.
Najwyraźniej jednak trudy życia nie odbijają się na nauce Edka lub Edzi, jak nazywają Emanuela koledzy z tamtych lat. Przynajmniej początkowo, bo piątą klasę w nowosądeckim Gimnazjum imienia Jana Długosza Edzia kończy "chlubnie"9. Ma prawie same piątki z wyjątkiem mineralogii i łaciny, które zalicza na cztery. W następnej klasie jest może trochę gorzej i na świadectwie pojawia się więcej trójek, ale to raczej efekt zaangażowania siedemnastoletniego Emanuela w działalność poza szkołą.
Towarzysz Edzia
Nowy Sącz nie może się pochwalić taką otwartością jak Buczacz, tu chasydyzm trzyma się znacznie mocniej, ale dla Ringelbluma to raczej bez znaczenia, porywa go inny wiatr - dołącza do socjalistycznej partii robotników żydowskich Poalej Syjon. Młodzi ludzie na wiecach i zebraniach zastanawiają się, co będzie, kiedy wojna się skończy, jaki świat się narodzi i co zrobić, aby stał się lepszy dla Żydów. Łączą ich nadzieje, emocje i wielkie plany. To ten moment w życiu Emanuela, gdy poznaje swoich najbliższych przyjaciół: Rafała Mahlera i Artura Eisenbacha, który za parę lat ożeni się z jego siostrą Gizą.
Emanuel Ringelblum, lata 20.
ŻIH
Relacja Mahlera pokaże nam Ringelbluma takiego, jaki był w czasach nastoletniej młodości:
Edzia stał się ulubieńcem żydowskiej młodzieży robotniczej i uczniów w Sączu. Przystojny jasnowłosy uczeń w swojej szkolnej pelerynie przyciągał uwagę wszystkich. Jego lekki, szczery śmiech, jego żydowskie ludowe i socjalistyczne pieśni pobrzmiewały echem w miejskim parku, gdzie spędzał letnie wieczory otoczony młodymi mężczyznami i kobietami10.
Emanuel wiernie podąża za Dowem Berem Borochowem, rosyjskim filozofem i politykiem, który założył partię Poalej Syjon w pierwszej dekadzie XX wieku, wyposażył ją w idee marksizmu oraz syjonizmu i puścił w świat. Żeby zdobywała nowych członków, żeby jej idee - emancypacja Żydów w diasporze i socjalistyczna Palestyna jako ziemia obiecana - pączkowały w żydowskiej wyobraźni, stawały się marzeniami wartymi realizacji. Szczególne znaczenie Borochow nadaje językowi jidysz, który jako język mas ludowych z diaspory powinien zerwać z etykietą pogardzanego żargonu i stać się platformą kultury i porozumienia Żydów różnych profesji i z różnych państw. Ringelblumowi bardzo się ta wizja podoba. Jeśli naród ma przetrwać w diasporze, musi mieć własny język.
Borochow nie żyje od 1917 roku. Warszawski oddział partii w każdą rocznicę jego śmierci organizuje spotkania wspomnieniowe. Któregoś razu Ringelblum spóźnia się na uroczystość i dociera na miejsce, gdy drzwi budynku są już zamknięte. Jest niepocieszony. Mimo że na dworze mróz, stoi i czeka dwie godziny, aż wszyscy wyjdą.
- Chciałeś się ukarać? Za co?! - Jakow Kener, partyjny kolega, jest zdumiony.
- Spóźniłem się na upamiętnienie Borochowa. Na nic innego nie zasłużyłem - mówi Ringelblum.
Mendel Najgroszl zapamięta przypadkowe spotkanie na ulicy w Nowym Sączu. Emanuel jest roztrzęsiony, właśnie przeczytał książę, która obala idee socjalizmu.
- Jeśli ta książka ma rację - Ringelblum robi znaczący gest ręką - to nie pozostaje mi nic innego, jak popełnić samobójstwo.
Ta fanatyczna niemal wiara, poddana próbie wątpliwości, okazuje się jednak zbyt silna, żeby się jej wyprzeć, i dla Ringelbluma emancypacja w diasporze, syjonizm i marksizm już zawsze będą jedynymi drogowskazami.
W Nowym Sączu mieszka do matury, którą zdaje w czerwcu 1920 roku. Z polskiego musi omówić Nie-Boską komedię i wiersz Adama Asnyka Przeminął czas, z matematyki wyprowadzić między innymi styczną do paraboli, na historii dostanie do analizy relacje pomiędzy Rusią Halicką a Polską i - co będzie niemal jak przepowiednia jego późniejszej kariery zawodowej - "dzieje Żydów w dawnej Polsce".
Na świadectwie otrzyma ogólną ocenę "dojrzały z ograniczeniem", podobnie zresztą jak rok później jego brat Leon. Czy to "ograniczenie", którego władze szkoły nie wyjaśniają, może być spowodowane nieuczęszczaniem na lekcje religii?
Jeszcze w tym samym roku opuszcza Nowy Sącz i jedzie do Warszawy.
Po latach niewoli miasto zaczyna swobodnie oddychać. Choć imigranci przybywają ze wszystkich stron, dla każdego znajdzie się miejsce. Jest gdzie wynająć pokój, powstają nowe osiedla mieszkaniowe, żydowska społeczność tu właśnie zakłada główne siedziby swoich partii i organizacji społecznych, zaczynają działać teatry i kina, ukazują się gazety żydowskie. Ringelblum ma w kieszeni zaledwie parę groszy, ale Warszawa jest obietnicą lepszego. Tu wszystko może się udać.