CZĘŚĆ 1. POMARAŃCZOWA NAUCZKA
KROK PO KROKU
- Władimir Putin zostaje premierem w 1999 roku, a 31 grudnia 1999 roku - po dymisji Borysa Jelcyna - zostaje p.o. prezydenta. W 2000 roku wygrywa wybory głowy państwa, a w 2004 roku - reelekcję.
- Jesienią 1999 roku wybucha druga wojna czeczeńska, kładąc kres faktycznej niezależności Czeczenii ustanowionej rozejmem w Chasawjurcie w 1997 roku. Oficjalnym powodem wkroczenia Rosjan do republiki rządzonej przez Asłana Maschadowa jest napad czeczeńskiego komanda pod wodzą Szamila Basajewa na Dagestan oraz zamachy na bloki mieszkalne w Bujnaksku, Moskwie i Wołgodońsku, w których zginęło ponad 300 osób. Do dziś nie jest jasne, czy za zamachami nie stała Federalna Służba Bezpieczeństwa (FSB), by dać Putinowi pretekst do rozpętania walk i wzmocnienia własnej pozycji.
- W sierpniu 2000 roku podczas ćwiczeń na Morzu Barentsa tonie okręt podwodny "Kursk", prawdopodobnie po wybuchu własnej torpedy, ze 118 marynarzami na pokładzie. Jak się potem okazało, co najmniej 23 członków załogi przeżyło, ale nie doczekało się pomocy, bo Putin długo zwlekał ze zgodą na wsparcie od Brytyjczyków i Norwegów.
- W październiku 2002 roku czeczeńscy terroryści zajmują teatr na moskiewskiej Dubrowce, biorąc ponad 800 zakładników. Podczas szturmu siły bezpieczeństwa użyły gazu usypiającego, co spowodowało śmierć ponad 130 osób, którym nie podano odpowiedniego antidotum (zginęli też wszyscy zamachowcy).
- We wrześniu 2004 roku komando terrorystów zajmuje szkołę w Biesłanie obok Władykaukazu, domagając się wycofania rosyjskich wojsk z Czeczenii. Podczas szturmu sił bezpieczeństwa z użyciem czołgów zginęły co najmniej 334 osoby, w tym 186 dzieci, oraz wszyscy, poza jednym, zamachowcy.
- W listopadzie 2004 roku Wiktor Janukowycz, otwarcie wspierany przez Putina, dzięki gigantycznym fałszerstwom wygrywa wybory prezydenckie w Ukrainie. Wybuchają masowe protesty zwolenników proeuropejskiego Wiktora Juszczenki, nazwane pomarańczową rewolucją, doprowadzając do powtórki głosowania i zwycięstwa kandydata opozycji.
- 7 października 2006 roku, w dniu urodzin Putina, zamachowiec zabija w Moskwie znienawidzoną przez Kreml dziennikarkę "Nowej Gaziety" Annę Politkowską, która pisała o zbrodniach rosyjskiej armii w Czeczenii.
- W listopadzie 2006 roku rosyjscy agenci trują śmiertelnie polonem w Londynie byłego oficera FSB Aleksandra Litwinienkę. Publicznie twierdził on, że za zamachami na domy mieszkalne w 1999 roku stal Putin i służby specjalne.
17.08.1999, wtorek
DUMA PRZEGŁOSOWAŁA NOWEGO PREMIERA
Władimir Putin został siódmym premierem w historii jelcynowskiej Rosji. Duma już w pierwszym głosowaniu zaakceptowała jego kandydaturę.
Przed tygodniem prezydent Borys Jelcyn wyrzucił ze stanowiska premiera Siergieja Stiepaszyna, zaledwie po 82 dniach urzędowania, i wysunął kandydaturę Putina, szefa Federalnej Służby Bezpieczeństwa. Ogłosił go jednocześnie swoim następcą, który miałby wygrać przyszłoroczne wybory prezydenckie.
To postawiło rosyjskich komunistów Giennadija Ziuganowa, bez głosów których Duma nie byłaby w stanie przegłosować tej kandydatury, w niezręcznej sytuacji. Z jednej strony, na zaledwie cztery miesiące przed nowymi wyborami parlamentarnymi za nic nie chcą oni prowokować Kremla do rozwiązania izby (stałoby się tak, gdyby deputowani trzykrotnie odrzucili kandydata na szefa rządu), z drugiej - głosując na Putina, popierali człowieka, który ma być w przyszłości kontynuatorem "antynarodowego reżimu Jelcyna".
Putin pomógł komunistom w decyzji, oświadczając w Dumie, że jeszcze nie zdecydował, czy w przyszłym roku stanie do wyborów głowy państwa. W efekcie część deputowanych Ziuganowa głosowała na niego. Putin został nowym premierem 233 głosami, a minimalna wymagana większość wynosiła w tym wypadku 226 głosów.
Po głosowaniu Putin wystąpił przed deputowanymi. Obiecał, że będzie kontynuował politykę swych poprzedników i rozpoczęte przez nich reformy. Otrzymał już zgodę prezydenta na to, by w jego gabinecie pozostała większość tych ministrów, którzy zasiadali w rządzie Siergieja Stiepaszyna. Nowy rząd według zapowiedzi Putina spróbuje obniżyć ciężary podatkowe, a do końca roku podnieść emerytury o 31 procent.
Putin przyrzekł też deputowanym, że Rosja zdecydowanie i przy użyciu wszelkich dostępnych środków będzie bronić praw Rosjan mieszkających za granicą. - Wszyscy muszą zrozumieć, że prześladowanie Rosjan nie jest ani mądre, ani nie przynosi korzyści - zapowiedział nowy premier, dodając, że jego rząd nie pozwoli na "ignorowanie interesów Rosji" tak w jej najbliższym sąsiedztwie, jak i w bardziej odległych regionach świata.
- Będziemy bardzo aktywnie uczestniczyć w operacjach pokojowych oraz w działaniach ważnych regionalnych i międzynarodowych organizacji - mówił Putin.
3.01.2000, poniedziałek
BORYS I, PORADZIECKI
31 grudnia 1999 roku w orędziu do narodu Borys Jelcyn oznajmił: - Podjąłem decyzję. Rozmyślałem długo i z udręką. I dziś, w ostatnim dniu odchodzącego stulecia, podaję się do dymisji.
Jelcyn o pół roku skrócił swoją kadencję i zgodnie z konstytucją przekazał władzę premierowi Władimirowi Putinowi. Putin dostał konstytucję, insygnia władzy prezydenckiej i słynną "walizkę jądrową". Pełniący obowiązki prezydenta wystąpił w telewizji z orędziem noworocznym, w którym obiecał, że "nie odstąpi ani na krok od konstytucji, a wszystkie wolności i prawa obywatelskie będą w pełni respektowane". Swoją działalność rozpoczął od wizyty na froncie w Czeczenii, gdzie Rosjanie brutalnie rozprawiają się z walczącymi o niepodległość republiki bojownikami.
Kto jak kto, ale my, Polacy, ustępującego przed czasem Borysa Jelcyna powinniśmy pożegnać z szacunkiem.
To przecież on pierwszy oficjalnie przyznał, że to władze radzieckie są sprawcami zbrodni katyńskiej. To Jelcyn rozmontował Związek Radziecki, uczynił Rosję krajem jak nigdy dotąd bezpiecznym dla świata, bliskim jak nigdy dotąd demokracji. Można i trzeba powiedzieć - za rosyjskimi demokratami - że demokracja rosyjska jest wynaturzona, skorumpowana, ale nikt nie może kwestionować tego, że pierwszy prezydent Rosji zapewnił swemu państwu dziewięć lat wolności, czyli to, czego kraj ten w historii nie zaznał.
Teraz rodzi się pytanie, na ile tę rosyjską wolność, demokrację można uważać za trwałe? (...) Dlaczego? Nowa Rosja słabła wraz ze swoim prezydentem, dręczącymi go chorobami, skłonnościami do intryg, które jednego po drugim odstręczały od niego zwolenników, pomocników, doradców.
Najsilniejszy był wtedy, gdy dopiero wspiął się na szczyt. Świat pamięta go na czołgu pod "Białym Domem" [wtedy siedziba parlamentu Rosji, dziś siedziba premiera] z uniesioną pięścią, kiedy brawurowo zatrzymał pucz Janajewa i komunistycznej spółki.
Był wtedy tym samym Borysem, o sile którego w rodzinnych stronach na Uralu krążyły legendy - że sam zepchnął z torów przed nadjeżdżającym pociągiem ciężarówkę, że podtrzymał przewracający się dźwig.
Na czołgu pod "Białym Domem" przy Krasnej Presni, dzielnicy sławnej z tradycji rewolucji 1905 roku, był silny poparciem górników, którzy przyjeżdżali do Moskwy z całej Rosji, by stukać kaskami o bruk placu Czerwonego, protestując przeciw prezydentowi ZSRR Michaiłowi Gorbaczowowi i komunistycznym porządkom.
Ich sympatię zdobywał od czasu, kiedy w połowie lat osiemdziesiątych został sekretarzem moskiewskiego komitetu partii, sekretarzem wielce ekscentrycznym. Jeździł do pracy nie limuzyną, lecz metrem, zachodził do sklepów, domagał się lepszego zaopatrzenia. Był równy, był swój.
Kolegom, sekretarzom Komitetu Centralnego, publicznie wygarniał, że obrośli sadłem, dbają tylko o swoje przywileje.
A oni odstawili go szybko na boczny tor, zsyłając na posadę niedecydującego o niczym wiceministra. I z partyjnej trybuny rzucili mu w twarz słynne: "Borys, ty nie praw" ("Borysie, nie masz racji"). A kraj, który to słyszał, był już rozhuśtany falami demokratyzacji, inteligencja krytycznie nastawiona do monopartii uważała, że to właśnie Borys "ma rację", a jego oponenci nie.
Rosja szła za nim, kiedy w lipcu 1990 roku odszedł z partii. Rok później wybrała go na prezydenta radzieckiej jeszcze republiki [Związek Radziecki oficjalnie został rozwiązany 26 grudnia 1991 roku].
I kto wtedy przypuszczał, że górnicy, którzy wówczas go popierali, po kilku latach wrócą do Moskwy ze swymi kaskami, żeby stukać nimi już nie w bruk placu Czerwonego, popierając Jelcyna, lecz w Garbaty Most przy "Białym Domu" - przeciw niemu. Że usypią mu symboliczną mogiłę, że kukłę prezydenta będą kłaść na tory. Bo przecież on obiecał, że jeśli w nowej Rosji nie będzie się żyło lepiej, sam rzuci się na szyny.
Ale wtedy, w sierpniu 1991 roku, z uniesioną pięścią na czołgu był na szczycie fali popularności. Byli przy nim najlepsi ludzie Rosji. Kiedy po odejściu Gorbaczowa stał się gospodarzem Kremla, pociągnęli tam za nim najwybitniejsi ekonomiści, twórcy, intelektualiści; jak to określił Andriej Czerkiezow, komentator Radia Echo Moskwy, "znakomity rój Jelcyna".
Żyli i rozkwitali nadzieją, że zmienią swój kraj, zaprowadzą go do Europy. Stanęli, a potem zaczęli kapitulować przed tymi samymi problemami, które zniechęcały i niszczyły ich świetnych przodków w ubiegłym stuleciu. Anachroniczna gospodarka, przerażająca nędza prowincji, beznadziejnie biedna armia i dziki, skorumpowany aparat urzędniczy.
"Rój Jelcyna", świetni "demokraci pierwszej fali" wkrótce jeden za drugim zaczęli z Kremla odchodzić. Szczególnie szybko, gdy zaczęła się krwawa, fatalnie prowadzona pierwsza wojna czeczeńska. Odeszła wtedy na przykład Galina Starowojtowa; została zamordowana w 1998 roku. Zostali ludzie marni.
Kreml tracił poparcie rosyjskiej inteligencji, a "głubinkę", prowincję rosyjską, zostawił jej losowi. Widać to w Kaliningradzie, Krasnojarsku, Władywostoku. Tam na siedzibach władz zmieniły się tylko szyldy. Z sowietów i komitetów - na dumy i administracje. Ale wewnątrz są ci sami partyjni biurokraci. Moja znajoma, która u schyłku lat osiemdziesiątych stała na czele ruchów demokratycznych w Krasnojarsku, mówi: - Wtedy myśleliśmy, że nie może być nic gorszego od komunizmu. Teraz już wiemy, że jeszcze gorsi są rządzący dziś u nas na prowincji komuniści bez komunizmu. Póki była partia, jeszcze czegoś się bali, kradli "jak należy" - według rangi. Teraz czują się absolutnie bezkarni.
Jelcyn mógł tylko w dalekiej Moskwie z grymasem wściekłego gniewu na twarzy wygrażać pięścią. Ręce - jak mówią Rosjanie - nie dochodziły do lokalnych kacyków, którzy jak udzielni książęta rządzą w swoich regionach i potrafią straszyć, że - jeśli zechcą - wyprowadzą swoje kraje czy republiki z Federacji. "Ręce nie dochodziły", bo najważniejsza była walka o władzę w Moskwie, a do niej niezbędne okazywało się poparcie lokalnych liderów.
Walka toczyła się nie o to, czy coraz bardziej chory prezydent, popełniający gafę za gafą utrzyma się na swym stanowisku do czerwca 2000 roku, czyli końca kadencji. Podjęta w maju 1999 roku przez Dumę próba postawienia Jelcyna w stan oskarżenia i przedwczesnego zdymisjonowania go skończyła się żałosną kompromitacją - ludzie Kremla po prostu Dumę przekupili.
Od bez mała półtora roku, od dymisji młodego premiera Siergieja Kirijenki, walka toczyła się o to, co będzie po Jelcynie, czy kremlowska "familia" - krewni prezydenta i jego współpracownicy - zachowa wpływy, władzę i majątki, które zgromadziła pod jego rządami. Sam Jelcyn coraz częściej mówił o "dziedzicu", czyli swoim faworycie do objęcia schedy.
Kandydatem na "następcę tronu" jest zgodnie z konstytucją premier. Były rezydent wywiadu w NRD, szef Federalnej Służby Bezpieczeństwa Władimir Putin. Do wyborów, które odbędą się pod koniec marca, będzie niby tylko "pełnił obowiązki" głowy państwa. Ale, jak mówi się od dawna w Moskwie, "na prezydenta Rosji może być wybrany tylko ten, kto przed wyborami nim zostanie".
W piątek 31 grudnia 1999 roku Jelcyn uzasadniał swoją dymisję między innymi tym, że czas odejść, bo przecież pojawił się "silny człowiek, nastawiony na to, by być prezydentem". I teraz można już tylko żałować, że pierwszy prezydent Rosji zmarnował wielką szansę. Pierwszy raz w historii swego kraju mógł przekazać władzę w sposób demokratyczny. Zamiast tego wskazał narodowi swego dziedzica.
Na coraz wyższe notowania Putina pracują już od dawna podporządkowane Kremlowi media, bezpardonowo atakujące każdego polityka, który ośmiela się wystąpić przeciw premierowi. Na Putina "pracują" generałowie i żołnierze, którzy na Kaukazie prowadzą - jak twierdzą związane z Kremlem media - "bezkrwawą i udaną" wojnę.
Wojna i propaganda windują Putina na szczyty popularności. Niedźwiedź, jego naprędce sklecona we wrześniu przez kremlowskich socjotechników partia, w grudniowych wyborach do Dumy odniósł olśniewający sukces. To był sygnał, że postawienie na Putina to dziś właściwy wybór, by stary prezydent odszedł - jak sam powiedział - "nie tylko ze względu na stan zdrowia".
Teraz, po wyborach parlamentarnych, rosyjskie elity garną się do obozu zwycięzcy, opozycja jest w rozsypce, tylko jakiś straszliwy kataklizm może sprawić, że notowania któregokolwiek z rosyjskich polityków dorównają popularności Putina.
Jeszcze kilka miesięcy temu mówiło się w Rosji, że Jelcynowi wprawdzie nie wyszły reformy, że pod jego rządami gospodarka pogrąża się w permanentnym kryzysie, armia się rozpadła, ale przynajmniej w Rosji panuje wolność prasy, a prezydent konsekwentnie stoi na straży konstytucji.
Dziś nawet i to jest pod znakiem zapytania. Centralne media rosyjskie poddawane są skrupulatnej kontroli konkurujących ze sobą oligarchów, regionalne - gubernatorów. Wybory głowy państwa zostaną zorganizowane "pod delfina".
Ci, którzy chwalą Jelcyna za jego "historyczną i mężną" decyzję, twierdzą, że zadbał o to, by rosyjskie reformy były kontynuowane, a gospodarkę nadal zmieniano w kierunku wolnego rynku.
Ale takie nadzieje są złudne. Putina prowadzą do władzy związani z Kremlem oligarchowie, bogaci nowi Rosjanie, magnaci finansowi, naftowi i medialni. Prowadzą go tam też przywódcy regionów. A obie te grupy przede wszystkim strzegą swoich wpływów, zgromadzonych przez ostatnie lata fortun i monopoli.
Przecież to przede wszystkim oni, a nie komuniści latem 1998 roku nie pozwolili premierowi Kirijence przeprowadzić niezbędnych reform, bo młody premier próbował odebrać im część przywilejów. Przed grudniowymi wyborami parlamentarnymi Putin poparł Kirijenkę i jego Sojusz Sił Prawicowych, jednak dopiero czas pokaże, czy nie było to poparcie tylko taktyczne.
Najważniejszym wydarzeniem ostatniego dnia minionego roku w Moskwie jest więc nie przedwczesna dymisja Borysa Jelcyna. Najważniejsze jest to, że Rosja ma nowego władcę - wyznaczonego, a nie wybranego, namaszczonego już nawet przez patriarchę Moskwy i Wszechrusi, polityka stworzonego przez te same elity, które w ostatnich latach "rządziły Jelcynem", a teraz, instalując na Kremlu dziedzica, zapewniły sobie ciągłość władzy. I dziś w Moskwie niemal nikt nie wątpi, że pod koniec marca ich decyzja zostanie zaakceptowana w powszechnych wyborach.
Ale trzeba pamiętać, że Rosjanie wesprą go nie tylko dlatego, że tak im każą liderzy ich regionów, że to zasugerują im centralne kanały telewizyjne. I nie dlatego, że - jak się dziś powszechnie mówi - ten kraj tęskni za rządami silnej ręki, za "swoim Pinochetem". Także dlatego, że Rosjanie marzą o stabilizacji, a pamiętają, że w ich kraju zrealizować się mogą scenariusze znacznie czarniejsze niż chroma jelcynowska demokracja.
Cokolwiek by powiedzieć o odchodzącym prezydencie, nie pozwolił on, by Rosja pogrążyła się w zamęcie, nie pozwolił, by w kraju pierwsze skrzypce zaczęli grać ekstremiści.
Czy Putinowi też się to uda? W takim kraju jak Rosja to już bardzo dużo.
14.01.2000, piątek
PUTIN STARTUJE
Władimir Putin oficjalnie ogłosił wczoraj w Sankt Petersburgu, że godzi się kandydować w marcowych wyborach prezydenckich.
Zgodnie z ordynacją wyborczą kandydata na prezydenta zgłosić może co najmniej stu obywateli. Putina do walki o Kreml uroczyście wystawiła obradująca w moskiewskim hotelu Prezydent grupa 197 rosyjskich VIP-ów. Samych tylko gubernatorów było pół setki.
W uroczystości bardzo chcieli wziąć udział członkowie jelcynowskiej "rodziny", szare eminencje Kremla - Borys Bieriezowski i Roman Abramowicz. Na obrady w hotelu Prezydent obaj oligarchowie nie zostali jednak wpuszczeni. Zaszczytu wspierania nie dostąpił nawet były premier Wiktor Czernomyrdin, choć przed spotkaniem ogłosił połączenie swego ugrupowania Nasz Dom Rosja (czy raczej resztek świetnej niegdyś partii władzy) z proputinowskim Niedźwiedziem.
Do wspierania dopuszczeni zostali natomiast szefowie regionów, którzy jeszcze kilka miesięcy temu z zapałem popierali plany marszu na Kreml bardzo wtedy popularnego Jewgienija Primakowa.
Zaraz po tym, jak Putin ogłosił start w wyborach, ogłoszono też nową rosyjską "Koncepcję bezpieczeństwa narodowego". Głosi ona, że Rosja może użyć broni atomowej wobec agresora, który atakuje ją w sposób konwencjonalny, a nawet wobec takiego, który w ogóle nie posiada broni nuklearnej.
W stosunku do poprzedniej doktryny obronnej z 1993 roku (uzupełnionej w 1997 roku) nowy dokument jest bardziej manifestacją polityczną niż doktryną wojskową. - To faktycznie apel do Zachodu, by nie drażnił Rosji - mówi Nikołaj Sokow z Centrum Studiów nad Rozprzestrzenianiem Broni Nuklearnej w Monterey w Kalifornii. - Rosjanie mówią niemal wprost: jesteśmy słabi i niepewni przyszłości, nie ruszajcie nas, bo możemy użyć broni nuklearnej z czystego strachu.
"Koncepcja", jeden z pierwszych dekretów podpisanych przez Władimira Putina po przejęciu obowiązków prezydenta, mówi o "próbach stworzenia struktury stosunków międzynarodowych opartej na dominacji państw Zachodu pod przewodnictwem USA i obliczonej na jednostronne, przede wszystkim wojskowe, rozstrzyganie kluczowych problemów polityki światowej wbrew zasadom prawa międzynarodowego". Prowadzić ma to do "osłabienia pozycji Rosji w sferze ekonomicznej, wojskowej, politycznej i innych". Jako o jednym z największych zagrożeń mówi się o "rozszerzeniu NATO na Wschód", co może prowadzić do "pojawienia się wielkich formacji zbrojnych koło granic Rosji".
Dlatego Rosja będzie wspomagać "ideę świata wielobiegunowego". - Za Jelcyna Rosjanie mówili o potrzebie budowy bloku z Chinami i Indiami. Teraz chcą szerszej koalicji. Będą popierać każdy kraj na świecie, który może współtworzyć przeciwwagę dla USA i NATO - twierdzą eksperci w Waszyngtonie, z którymi rozmawiała "Wyborcza".
Według strategii odpowiedzią na dominację Zachodu musi być "zwiększanie militarnej potęgi kraju. Rosja powinna posiadać siły jądrowe zdolne zadać państwu agresorowi lub koalicji takich państw silny cios". Zapowiada użycie "broni jądrowej, jeśli inne sposoby rozwiązania kryzysu zostaną wyczerpane lub okażą się nieskuteczne".
Już siedem lat temu doktryna rosyjska mówiła o użyciu broni nuklearnej przeciwko "agresorowi nieposiadającemu broni nuklearnej, który znajduje się w sojuszu z mocarstwem nuklearnym", co było wymierzone w nieposiadające broni nuklearnej państwa NATO. Doktryna 2000 zawiera według Sokowa dwie ważne zmiany. Rosja dopuszcza użycie broni nuklearnej przeciwko:
- agresorowi stosującemu broń biologiczną lub chemiczną (tak jak doktryna obronna USA);
- agresji ze strony bloku obronnego, który takiej broni nie ma.
Moskwa już pokazała, jak w praktyce ma działać nowa doktryna. Latem i jesienią podczas manewrów "Zachód 99" Rosjanie ćwiczyli obronę obwodu kaliningradzkiego przed atakiem wojsk NATO z Bałtyku i Polski. Zgodnie ze scenariuszem rosyjskiego MON armia odpierała atak tylko przez trzy dni, a potem rosyjskie bombowce strategiczne zbombardowały dwa cele na terytorium NATO przy użyciu broni nuklearnej, a dwa inne bombowce - dwa cele w USA. Zachód - według scenariusza - widząc rosyjską determinację, przerywa inwazję.
Strategia Putina - w przeciwieństwie do poprzedniej - wymienia też wiele wewnętrznych zagrożeń. Najważniejszy jest rozpad struktur państwa spowodowany kryzysem gospodarczym. Zdaniem ekspertów NATO to dowód, że Putin zdaje sobie sprawę ze znaczenia pomocy gospodarczej z Zachodu i że być może nie chce prowadzić zbyt konfrontacyjnej polityki.
Demoralizacja narodu, wzrost przestępczości, "zrastanie się mafii z władzą" powodują "kryzys w sferze socjalnej i duchowej, który może doprowadzić do utraty zdobyczy demokratycznych". Kolejny nowy zapis, o zagrożeniu dla bezpieczeństwa narodowego Rosji ze strony terroryzmu, umożliwi Moskwie - twierdzą nasi rozmówcy - tłumienie tendencji niepodległościowych, na przykład na Kaukazie, pod pretekstem walki z terroryzmem.
16.02.2000, środa
MŁODY, PIĘKNY, NIEBOGATY
Władimir Putin jest od wczoraj oficjalnym kandydatem na prezydenta Rosji. Wspierająca go grupa inicjatywna przedstawiła Centralnej Komisji Wyborczej listy z 500 tysiącami podpisów poparcia dla gospodarza Kremla.
Szef komisji Aleksander Wieszniakow wręczył Putinowi legitymację kandydacką. Odbyło się to - jak powtarzają oficjalne media - "w poważnej i uroczystej atmosferze". Ten ton komentarzy dziwić nie powinien, bo kampanii Putina towarzyszy festiwal lizusostwa. Artyści, hierarchowie prawosławni, przywódcy regionów, szczególnie ci, którzy niedawno flirtowali z antykremlowską Ojczyzną-Całą Rosją mera Moskwy Łużkowa i ekspremiera Primakowa, prześcigają się w okazywaniu poparcia Putinowi.
Według sondaży jest on zdecydowanym faworytem marcowego wyścigu o Kreml - chce na niego głosować 58 procent ankietowanych. Co czwarty badany zapewnia, że według niego Putin jest urodziwy.
Trudno uznać p.o. prezydenta za człowieka bogatego. Z deklaracji majątkowej, którą przedstawił komisji, wynika, że przez ostatnie dwa lata zarobił wszystkiego 265 tysięcy 699 rubli (około 12 tysięcy dolarów), a w bankach zgromadził 387 tysięcy rubli (13,5 tysiąca dolarów). Ma jeszcze dwie działki po 3,5 ara i daczę pod Petersburgiem. Premier, jego żona Ludmiła i córki Maria oraz Jekatierina zajmują należące do państwa moskiewskie mieszkanie o powierzchni 157 metrów kwadratowych.
24.03.2000, piątek
BEZ KRWI I BEZ ZĘBÓW
Moskwa godzi się, by niedzielne wybory prezydenckie były bezalternatywne. Jednak walka o władzę nad Rosją się toczyła i była poważna. Rzecz w tym, że skończyła się, zanim oficjalnie zaczął się wyścig o Kreml.
Gdyby przeciw Władimirowi Putinowi czy innemu pomazańcowi Borysa Jelcyna stawał Jewgienij Primakow wspierany przez mera Moskwy Jurija Łużkowa, nikt nie nazwałby kończącej się właśnie kampanii wyborczej nudną, a świat dziś wstrzymywałby oddech - tak jak to było przed czterema laty.
A jeszcze trzy miesiące temu wydawało się, że Rosja stanie przed taką właśnie alternatywą. Jeszcze w przededniu grudniowych wyborów do Dumy Primakow uroczyście ogłosił, że będzie walczył o prezydenturę. Do walki stanąć mieli dwaj byli czekiści: doświadczony, ostrożny akademik Primakow i młody, dynamiczny Putin, ze względu na swój NRD-owski staż w KGB zwany czasem "Stasi". Za oboma - tak jak cztery lata temu za wodzem komunistów Giennadijem Ziuganowem i za Jelcynem - stały silne grupy związane z elitami władzy. Druga tura wyborów w 1996 roku była konfrontacją czerwonych gubernatorów, nomenklaturowych naczelników i dyrektorów z supernowymi-Rosjanami, zwanymi też oligarchami, tzn. magnatami naftowymi, gazowymi, finansowymi, wspartymi przez nową liberalną nomenklaturę.
Wtedy emocje sięgały szczytu. W dniu wyborów rosyjska telewizja na cztery godziny przed zamknięciem lokali wyborczych przerwała program, pokazała zegar odliczający pozostały czas przy akompaniamencie odgłosu pulsu serca. Eksperci ze sztabu Jelcyna za pomocą takich sztuczek bez trudu wmawiali ludziom, że oto ostatecznie decydują się losy kraju.
Kilka miesięcy temu zanosiło się na podobny bój. Konfrontacja Putina z Primakowem byłaby starciem elit federalnej władzy (urzędniczej i związanych z Kremlem oligarchów) z elitami regionalnymi i przemysłowymi. Jesienią wokół Primakowa i Łużkowa (merowi stolicy wtedy przepowiadano, że zostanie wiceprezydentem) gromadzili się potężni gubernatorzy, wspierał ich chociażby Gazprom, stał za nimi wielki holding medialny Władimira Gusinskiego (telewizja NTW).
Ojczyzna-Cała Rosja, blok uważany za głównego przeciwnika Kremla, miała pieniądze i silne zaplecze propagandowe. Ludzie skupieni wokół Primakowa i Łużkowa nie ukrywali, że chcą doprowadzić do nowego podziału najbardziej dochodowych rosyjskich bogactw, czyli stworzenia nowych naftowych i finansowych potęg na ruinach imperiów dzisiejszych oligarchów.
- Miliarderzy związani z Kremlem, członkowie jelcynowskiej "rodziny", zdawali sobie sprawę z tego, że jeśli oddadzą im władzę, znajdą się albo w więzieniu, albo na emigracji - powiedział mi Michaił Dielagin, dyrektor Instytutu Problemów Globalizacji.
Kreml przystąpił więc do walki jeszcze na długo przed wyborami. Kontrolowana przez Borysa Bieriezowskiego telewizja ORT i państwowe stacje systematycznie niszczyły Łużkowa, oskarżając go o wszelkie możliwe zbrodnie i przestępstwa, z morderstwami i przynależnością do sekt włącznie. Gubernatorom i prezydentom republik popierającym Primakowa też się dostawało. Federalne centrum przestało finansować ich regiony. Jeszcze przed wyborami zaczęli stadnie przechodzić do przeciwnego obozu.
A po przegranych wyborach do Dumy Primakow, uważany w Rosji za człowieka niezwykle mądrego, się poddał. Poparł nawet kandydaturę Putina, który tymczasem stał się już p.o. prezydenta.
Wczoraj Putin wspólnie z Łużkowem otwierał młodzieżowy turniej hokejowy. Klepał mera po ramieniu i mówił dziennikarzom, że jeśli chcą, to on pochwali stołecznego naczelnika, bo uważa go za świetnego gospodarza. Łużkowowi nie zostało nic innego, jak tylko kraśnieć z zadowolenia, że oto skończył się dla niego czas niełaski.
Kremlowskich oligarchów, takich jak Bieriezowski, magnat naftowy Roman Abramowicz czy bankier Aleksander Mamut, jakkolwiek brzmiałoby to paradoksalnie, za zwycięzców walki o władzę uznać nie można. Musieli stanąć za Putinem, broniąc się przed śmiertelnym niebezpieczeństwem. P.o. prezydenta nie ma jednak wobec nich zobowiązań. On najwyraźniej stawia na ludzi, których zna od dawna, jeszcze z Sankt Petersburga.
Kiedy został dyrektorem FSB, ściągał do stolicy kolegów z miasta nad Newą. Szefem swych doradców uczynił Germana Grefa, petersburskiego prawnika. Do stolicy sprowadził nawet szofera, który woził go w Sankt Petersburgu. Kierowca nie znał stolicy i od razu rozbił dwa audi. Ale szef wybaczył swojemu człowiekowi.
Specjaliści obliczają, że w 1996 roku Borys Jelcyn na propagandę, wszelaką kiełbasę wyborczą, wydać musiał 20 miliardów dolarów. Putin opędził się 2 miliardami. Pojeździł po kraju z podarkami dla domów dziecka, szpitali. Uregulował zadłużenie państwa wobec nauczycieli i lekarzy, w niektórych przynajmniej regionach, wszystkim pracownikom budżetówki podniósł pensje o 20 procent.
Z "Listu otwartego do wyborców" Władimira Putina:
"Wiele lat, mówiąc o walce z przestępczością, tylko pomagaliśmy temu złu rozwijać się w Rosji. Bandytyzm krzepł, opanowywał miasta i wioski, wszędzie zapuszczał korzenie. Doszło do tego, że cała republika, region wchodzący w skład Federacji Rosyjskiej - Czeczenia - była okupowana przez świat bandycki i zamieniona w jego twierdzę. Wystarczyło rozpocząć otwartą walkę z bandytami, rozgromić ich - i za nami już realny krok ku dyktaturze prawa równego dla wszystkich. Gdziekolwiek by teraz ukrył się przestępca - w Niżnym Nowgorodzie, Sankt Petersburgu czy Kazaniu, w którymkolwiek z rosyjskich miast - nie może już mieć nadziei na pomoc i azyl w Czeczenii. Bandycki świat poniósł ogromną stratę.
W bezprawnym, a więc słabym państwie człowiek jest bezbronny i ubezwłasnowolniony. Im silniejsze państwo, tym bardziej wolna jednostka.
Jednakowe dla wszystkich reguły są potrzebne i ważne dla wszystkich i wszędzie. I władzy, i przedsiębiorcom, a tym bardziej ludziom słabym i potrzebującym opieki socjalnej. Jak - pytają mnie - w takim wypadku budować stosunki z tak zwanymi oligarchami? - Wedle praw obowiązujących wszystkich. Tak samo jak z właścicielem małej piekarni albo zakładu szewskiego.
Trzeba sobie wreszcie otwarcie powiedzieć - jesteśmy bogatym krajem biednych ludzi. W ogóle jesteśmy krajem paradoksów. I nie tyle politycznych, ile społecznych, ekonomicznych, kulturowych.
Naszym priorytetem jest obrona rynku przed panoszeniem się samowoli zarówno urzędników, jak i przestępców. Musimy ochronić właścicieli przed samowolą i bezprawiem. Jeśli tych gwarancji nie da im państwo, tę próżnię natychmiast zapełnią grupy przestępcze. (...)
To, że musimy oszczędzać siły, w żadnym wypadku nie oznacza, że mamy się zamknąć w swoich granicach. My także widzimy dla siebie to, co w innych krajach nazywa się strefą życiowo ważnych interesów".
27.03.2000, poniedziałek
PREZYDENT PUTIN
Premier Władimir Putin zdobył w wyborach prawie 51 procent głosów i już w pierwszej turze wygrał wybory prezydenckie.
Zagadką wyborów było, czy Putin zdobędzie 50 procent głosów i nie będzie potrzebna druga tura. Pierwsze wyrywkowe wyniki podano o 20 czasu warszawskiego po podliczeniu 7 procent głosów, głównie z Dalekiego Wschodu. Putin miał ledwie 44 procent poparcia, zaskoczeni byli zarówno dziennikarze, jak i jego sztab.
Później nadchodziły jednak wyniki z regionów położonych w środkowej Rosji. O pierwszej w nocy naszego czasu, po podliczeniu 59 procent głosów, wynik Putina osiągnął prawie 51 procent. Spodziewano się, że po dodaniu głosów z zachodniej Rosji jego notowania jeszcze podskoczą.
Fragmentaryczne prawdziwe wyniki były bardzo podobne do rezultatów ankiet Instytutu Badania Opinii Publicznej, jakie przez cały dzień zbierano przed 347 komisjami w całej Rosji. A ten sondaż pokazał, że Putin zdobył 51,2 procent. Taki sam wynik przyniósł sondaż telewizji RTR.
W Rosji władzę obejmie człowiek, którego jeszcze rok temu nikt nie znał, dziedzic namaszczony przez Borysa Jelcyna, człowiek-zagadka, który popularność zawdzięcza bezkompromisowo prowadzonej wojnie z Czeczenią. Rosja i Zachód szukają odpowiedzi na pytania, jaką politykę będzie prowadził, jaki w rzeczywistości jest Putin, który do dziś nie ogłosił programu gospodarczego. Tuż po głosowaniu pierwszy prezydent Borys Jelcyn zapewniał, że jego następca nie zejdzie z drogi reform.
Przeciw czterdziestoośmioletniemu Putinowi, uważanemu powszechnie za faworyta walki o Kreml, stanęło dziesięciu konkurentów. Najgroźniejszy z nich - lider komunistów Giennadij Ziuganow - cztery lata temu dopiero w drugiej turze przegrał z Jelcynem. Teraz dostał około 30 procent głosów. Trzeci był demokrata Grigorij Jawliński z 7 procentami [oficjalne wyniki wyborów dały Putinowi 53,44 procent głosów, Ziuganowowi - 29,49 procent, a Jawlińskiemu 5,85 procent].
- Putin nie ma zobowiązań wobec moskiewskich elit, oligarchów. Ma swobodę wyboru drogi, którą poprowadzi kraj. To może być droga reform. A może oprzeć się na dawnych kolegach z KGB i poddać życie Rosji ścisłej kontroli państwa. Co wybierze, dowiemy się po wyborach - mówił nam Michaił Dielagin, szef Instytutu Problemów Globalizacji.
- Wiem, że wszyscy oczekują ode mnie cudu, ale niestety nie mogę go obiecać - powiedział Putin dziennikarzom o godzinie 23 naszego czasu. A już dzień po zwycięstwie zapowiedział: - Przeprowadzimy operację w Czeczenii do samego końca.
Prezydent elekt spotkał się z żołnierzami wojsk rosyjskiego MSW i chwalił ich profesjonalizm w walce z czeczeńskimi rebeliantami. Wcześniej tego samego dnia dostał dziesiątki telegramów gratulacyjnych od przywódców z całego świata, ale w głosach wielu polityków Zachodu przewijała się nadzieja, że Putin zmieni teraz swoją politykę wobec zbuntowanej kaukaskiej prowincji. Cała bowiem jego kampania wyborcza opierała się właściwie tylko na jednym - "wyplenieniu terroryzmu" z Czeczenii.
Putin, który po niespodziewanej dymisji Borysa Jelcyna ostatniego dnia grudnia 1999 roku pełnił obowiązki prezydenta, zostanie zaprzysiężony jako głowa państwa na początku maja.
Z ogłoszonymi wczoraj wynikami wyborów nie godzi się tylko lider komunistów Giennadij Ziuganow, który zajął drugie miejsce. Twierdzi, że jego partyjni towarzysze na własną rękę podliczali głosy i według nich zdobył on poparcie mniej więcej takie samo jak Putin, powinien więc zmierzyć się z nim w drugiej turze wyborów.
Ziuganow mówi o "kolosalnym fałszowaniu" wyników. Wskazuje na przykłady Baszkirii czy Tatarstanu, gdzie w urnach miały się znaleźć miliony dodatkowych kart do głosowania. Nie przedstawił jednak żadnych dowodów.
Moskiewskie elity powszechnie godzą się jednak z wynikiem niedzielnych wyborów. Sam mer Moskwy Jurij Łużkow powiedział, że wiadomość o zwycięstwie Putina już w pierwszej turze jest dla niego "przyjemna". - Mam nadzieję na dobrą współpracę z nowym prezydentem - dodał Łużkow, z którym Putin publicznie bratał się w przedwyborczy piątek.
Wyniki pozytywnie ocenił też były przywódca ZSRR Michaił Gorbaczow. - Putinowi się powiodło. Teraz społeczeństwo bardzo liczy na zerwanie z przeszłością. Silne są nadzieje na to, że wstaniemy z kolan, podniesiemy głowy. W Rosji pojawili się nowi ludzie, nowi przedsiębiorcy, którzy chcą brać na siebie odpowiedzialność za sprawy kraju, od której uchylali się oligarchowie. Teraz wiele zależy od tego, jak Putin oceni przeszłość, kogo weźmie do swojej ekipy - uważa Gorbaczow.
Rosja zastanawia się dziś, co przy nowym prezydencie stanie się z oligarchami, czyli miliarderami, którzy w czasach Jelcyna dorobili się nie tylko ogromnych majątków, lecz także wielkiego wpływu na politykę. Borys Niemcow, jeden z liderów Sojuszu Prawych Sił, zapowiedział, że teraz oligarchowie będą walczyć z obozem liberałów o wpływ na Putina. - Wiem, jakie jest stanowisko szefa w tej sprawie. Wszyscy oligarchowie zostaną odsunięci od władzy - mówił, jakby odpowiadając Niemcowowi, Dmitrij Miedwiediew, kierujący sztabem wyborczym Putina.
29.04.2000, sobota
PUTIN I JEGO DRUŻYNY
Za Władimirem Putinem z Sankt Petersburga do Moskwy przyszły dwie grupy pretendentów do władzy nad Rosją: koledzy z KGB, którzy chcą kontroli państwa nad rynkiem, i liberałowie marzący o gospodarczej wolności. Co wybierze prezydent?
Putin nie ufa moskiewskim elitom. Próbuje się oprzeć na ludziach, których zna od dawna - tych, którzy razem z nim pracowali w Dużym Domu przy Litejnym Prospekcie 4, czyli siedzibie KGB w Leningradzie. I na tych młodych liberalnych ekonomistach, z którymi był blisko w czasach, kiedy jako zastępca mera Sankt Petersburga Anatolija Sobczaka urzędował w Smolnym, siedzibie władz miejskich.
W Moskwie powtarza się, że petersburscy koledzy Putina, którzy przy nim robią kariery w stołecznych strukturach służb specjalnych, są tacy, jakby wyszli spod jednej sztancy. Wszyscy - tak jak prezydent - przed pięćdziesiątką, szczupli, nieprzeniknieni i, co powtarzają gazety, "o szklanym spojrzeniu".
Putin, gdy w sierpniu ubiegłego roku został premierem, swoje poprzednie stanowiska zostawił kolegom z dawnych lat. Miejsce sekretarza prezydenckiej Rady Bezpieczeństwa oddał swemu rówieśnikowi Siergiejowi Iwanowowi, z którym kiedyś uczył się w jednej grupie w leningradzkim Instytucie KGB ZSRR.
Na fotelu dyrektora FSB zasiadł czterdziestosześcioletni Nikołaj Patruszew, były oficer leningradzkiego KGB, na moskiewskiej Łubiance, czyli w głównej kwaterze FSB, otwarcie nazywany "człowiekiem Putina".
Na Kremlu i w siedzibie rządu przy Krasnej Presni też pojawiło się wielu "piterskich", przybyszy z Petersburga. Gdy powszechnie oskarżany o udział w aferach korupcyjnych Paweł Borodin odszedł do pracy w Związku Białorusi i Rosji, nowym zarządcą prezydenckiego gospodarstwa złożonego z dziesiątków rezydencji, domów wypoczynkowych, flotylli samolotów stał się czterdziestoczteroletni Władimir Kożyn, który w Sankt Petersburgu kierował regionalnym centrum kontroli walutowo-eksportowej. "Komsomolskaja Prawda" zapewnia, że centrum było pod staranną kontrolą służb specjalnych. Zastępca szefa administracji prezydenta, czterdziestoletni Wiktor Iwanow, też jest z Petersburga, a to - jak z zawiścią powtarzają w Moskwie - "wiele wyjaśnia". Iwanow kierował Służbą Bezpieczeństwa Ekonomicznego tamtejszej FSB.
Szefem kancelarii rządu został czterdziestojednoletni Dmitrij Kozak, w młodości prokurator w Leningradzie.
Najwięcej sprzeciwów w Moskwie budzi spodziewany tu awans Wiktora Czerkiesowa, pierwszego zastępcy dyrektora FSB, który ponoć ma zająć wysoką pozycję w nowym rządzie Rosji (być może nawet wicepremiera nadzorującego pracę struktur siłowych).
Czterdziestodziewięcioletni dziś Czerkiesow zaczynał karierę jako prosty oficer śledczy piątego wydziału do walki z dysydentami leningradzkiego KGB. Spisywał się znakomicie. W ciągu 13 lat udało mu się doprowadzić do skazania 39 osób oskarżonych z paragrafu 70. kodeksu karnego (agitacja i propaganda antyradziecka).
Czerkiesow dalej twierdzi, że w czasach ZSRR "nikt nie był prześladowany za to, że myślał inaczej". "Zawsze w tych wypadkach mieliśmy do czynienia z łamaniem prawa. To samo mogę też powtórzyć o tych, którzy byli rzekomo posyłani do psychuszek, bo trudno ich było posadzić do więzienia. Nie posyłali tam tych, którzy nie byli chorzy" - upierał się Czerkiesow w wywiadzie dla petersburskiej gazety "Smiena".
W nowej Rosji Czerkiesow tak olśniewających sukcesów już nie odnosił. W latach 1992-1998 był szefem petersburskiej Federalnej Służby Kontrwywiadu, a potem FSB. W tym czasie miasto nad Newą rzetelnie zapracowało na miano "kryminalnej stolicy Rosji". Bandyci na ulicach rozstrzeliwali jednego po drugim biznesmenów i polityków. Ludziom Czerkiesowa nie udało się zatrzymać sprawców żadnego z głośnych zabójstw.
Z większym zapałem prowadzili natomiast śledztwo przeciw kapitanowi Aleksandrowi Nikitinowi, którego oskarżyli o szpiegostwo na rzecz norweskiej organizacji ekologicznej Bellona. Ten emerytowany oficer miał jej przekazywać tajne informacje o radioaktywnych wyciekach z rosyjskich atomowych okrętów podwodnych. Sąd pierwszej instancji oczyścił Nikitina z zarzutu szpiegostwa i uniewinnił. FSB złożyła apelację, a proces ma zostać wznowiony przed sądem najwyższym. W Sankt Petersburgu mówi się, że teraz Nikitin ma mniejsze szanse, bo służby specjalne czują się pewniej i mogą więcej [ostatecznie został uniewinniony przez sąd najwyższy].
Ludzie ze służb specjalnych rwą się nie tylko na najwyższe stanowiska w państwie. Wydział Kontrwywiadu Gospodarczego FSB przygotował program uzdrowienia sytuacji w gospodarce rosyjskiej. - Strategia - jak twierdzi Nikołaj Bardul, komentator ekonomiczny tygodnika "Włast" - jest wykuta wedle reguł szanowanych przez czekistów - państwo powinno odzyskać pełną kontrolę nad gospodarką.
W projekcie najczęściej powtarzają się słowa: "zabronić", "zaostrzyć", "zmusić". Autorzy uważają na przykład, że państwo powinno zmusić eksporterów i wytwórców strategicznych towarów do tego, by wszystkie swoje pieniądze trzymali na kontach wyłącznie w specjalnie wyznaczonych do tego celu bankach.
"Należy nasilić kontrolę nad przepływem kapitałów, na przykład zakazać obywatelom Rosji otwierania kont za granicą, zabronić im przekazywania funduszy do stref wolnocłowych" - zalecają w projekcie eksperci FSB.
Według nich państwo powinno też skrupulatnie przyjrzeć się realizowanym w Rosji programom zagranicznej pomocy gospodarczej. Te programy na przykład w rolnictwie nie dały Rosji żadnej korzyści, a wręcz przeciwnie - "przyniosły straty".
"Realizacja takich programów zazwyczaj prowadzi do dezintegracji gospodarstwa, dzielenia ziemi i sprzętu pomiędzy nowe podmioty prawne, sprawia, że nasilają się kradzieże maszyn, dochodzi do konfliktów w lokalnych społecznościach. Skutkiem przeprowadzonej reorganizacji jest zazwyczaj spadek sprzedaży mięsa i mleka, obniżenie jakości prac polowych. Według rosyjskich specjalistów podział dużych gospodarstw na mniejsze prowadzi do upadku rolnictwa. Poza tym ustalono, że głównym zadaniem Amerykanów [którzy prowadzili programy pomocy dla rosyjskiej wsi] było zbieranie wszelkich informacji o naszym rolnictwie i regionach, które były wykorzystywane do realizacji strategicznych interesów USA, a także do utrzymywania rosyjskiego rolnictwa na poziomie pozwalającym Stanom Zjednoczonym prowadzić ekspansję na nasz rynek żywnościowy" - zapewniają wywiadowcy z FSB.
Ten dokument, broniący resztek kołchozów i sowchozów, mógł powstać w Dużym Domu przy Litejnym Prospekcie. Jego treść znakomicie harmonizuje z atmosferą tego miejsca, w którym oficerowie nie ukrywają tęsknoty za "dobrymi latami siedemdziesiątymi", a ze ścian gabinetów nie zdjęli portretów Feliksa Dzierżyńskiego i Jurija Andropowa [pierwszy to twórca sowieckich służb specjalnych po rewolucji w 1917 roku, drugi był najpierw wieloletnim szefem KGB, a na początku lat osiemdziesiątych XX wieku przywódcą ZSRR].
Druga drużyna Putina ulokowała się w moskiewskim Alexander House, biurowcu przy Nabiereżnoj Jakimiankie. Budynek, wyposażony w najnowocześniejsze środki łączności i obstawiony kamerami wewnętrznej telewizji, nazwę bierze od Aleksandra Smoleńskiego, szefa grupy finansowej SBS-AGRO. Oligarcha zaprosił do swojego budynku najpierw sztab wyborczy Putina, a potem Centrum Opracowań Strategicznych przygotowujące dla przyszłego prezydenta strategię rozwoju Rosji na najbliższą dekadę.
"Nowaja Gazieta" obliczyła, że Smoleński, szef grupy banków, które po 17 sierpnia 1998 roku upadły, na zawsze grzebiąc pod sobą oszczędności dziesiątków tysięcy ciułaczy, zrobił Putinowi szczodry podarek. Za wynajęcie w centrum Moskwy lokalu takiego jak w Alexander House płaci się więcej niż cała suma na koncie wyborczym dzisiejszego gospodarza Kremla.
W Alexander House rej wodzą też "piterscy", ale zupełnie inni niż ci z Dużego Domu - młodzi, fanatyczni liberałowie. Szefuje im trzydziestopięcioletni German Gref, z pochodzenia Niemiec (urodził się w Kazachstanie, dokąd jego rodzice zostali zesłani "za pochodzenie"). Gref, z wykształcenia prawnik, zdążył już być wicegubernatorem Sankt Petersburga. Dziś wróży mu się ministerialną karierę.
Z Grefem blisko współpracuje trzydziestodziewięcioletni Aleksiej Kudrin, wiceminister finansów (uważany za kandydata na wicepremiera od gospodarki). On również pochodzi z Sankt Petersburga, gdzie był jednym z aktywniejszych przedstawicieli klubu Nowi Liberałowie.
W Alexander House pracuje też Andriej Iłłarionow, trzydziestoośmioletni ekonomista, który do Moskwy przeniósł się już sześć lat temu, ale też jest zaliczany do "piterskich". Iłłarionow, o którym mówią, że "stoi na prawo od Adama Smitha", choć zdążył już być doradcą ekonomicznym Wiktora Czernomyrdina, nie wpisał się w stołeczne elity. Według niego "młodzi reformatorzy", czyli Anatolij Czubajs, Siergiej Kirijenko czy Borys Niemcow, uprawiali "lewicową politykę ekonomiczną". Jesienią 1998 roku Iłłarionow tłumaczył mi, że do kryzysu finansowego w sierpniu tamtego roku doprowadziła "bolszewicka, centralistyczna polityka Kirijenki".
W połowie kwietnia Putin mianował Iłłarionowa swym doradcą ekonomicznym, co wywołało prawdziwy popłoch w ministerstwie finansów.
Gref do współpracy ze swoim centrum zaprosił 300 ekspertów, których zadaniem jest przygotować strategię rozwoju społecznego i ekonomicznego Rosji na najbliższe dziesięć lat. Twierdzi, że wybrał najlepszych fachowców, kierując się ich profesjonalną przydatnością.
- Nie bardzo wiem, dlaczego akurat mnie tam zaprosili, przecież teraz jestem uważany za dysydenta - mówi etnolog Emil Pain, jeden z najbardziej zdecydowanych przeciwników wojny w Czeczenii, który dla Grefa przygotował raport o polityce narodowościowej Rosji.
- Dokument, który chcemy przygotować na koniec kwietnia, początek maja, składać się będzie z czterech głównych rozdziałów: nowego kontraktu społecznego, programu reformy władzy, planu zmodernizowania gospodarki i propozycji polityki zagranicznej - zapowiada Gref.
- Być może w jakimś zachodnim kraju strategia rozwoju zmieściłaby się na kilku kartkach. Ale jesteśmy w Rosji, w kraju, w którym ludzie nie szanują prawa, szukają w nim przede wszystkim luk. Tu trzeba wszystko przewidzieć, szczegółowo opisać, co krok po kroku powinniśmy robić w najbliższych latach, skąd i jakie wziąć na to pieniądze, jakie akty prawne wprowadzać - tłumaczy Arkadij Dworkowicz, dwudziestoośmioletni doktorant Duke University, na co dzień kierownik grupy ekspertów ekonomicznych ministerstwa finansów, który w Alexander House pracuje nad programem reformy gospodarczej.
- Gruntowne reformy wprowadza się zazwyczaj w przełomowych dla kraju momentach. W Rosji zmienił się prezydent. Czy to jest historyczny zwrot? - pytam Dworkowicza.
- Tak. I my, i ci eksperci z FSB, których pan uważa za naszych konkurentów, jesteśmy przekonani, że Rosja doszła do punktu krytycznego. Przecież tu nic nie działa. Wszelkie państwowe instytucje są sparaliżowane, nie wypełniają swoich obowiązków. Administracja skorumpowana, sądy zależne od władz lokalnych. Podatków się nie zbiera. I tak dłużej być nie może, ludzie tego dłużej nie zniosą. A nadzieja na pozytywne zmiany jest teraz ogromna. Przecież zmienił się prezydent, powinno się więc zmienić i życie ludzi.
- I wy tutaj jesteście przekonani, że te zmiany, na które czeka kraj, to reformy wolnorynkowe? Rosjanie przecież powszechnie uważają, że to reformy są przyczyną wszelkich bied, które w ostatnich latach na nich spadły.
- Powiedzmy sobie uczciwie. W Rosji mieliśmy szok, najwyższy czas na terapię. My w strategii, którą przygotowujemy, będziemy się domagać wprowadzenia możliwości handlu ziemią, reformy podatkowej, zrównania w prawach inwestorów krajowych i zagranicznych. Ale nie dlatego, by po prostu zbudować wolny rynek dla samego wolnego rynku. Naszych ekspertów łączy przekonanie, że w Rosji musi powstać społeczeństwo obywatelskie. Takie, w którym człowiek ma gwarancje, że może uczciwie prowadzić swój prywatny interes, gwarancje tego, że państwo jutro nie odbierze mu jego pieniędzy, majątku. Że państwo będzie wypełniać wobec niego te zobowiązania, które na siebie wzięło. Nie tak jak teraz, kiedy z góry wiadomo, że w budżecie nie będzie nawet jednej trzeciej pieniędzy niezbędnych do spełnienia tego, co rząd obiecuje społeczeństwu.
- A skąd pewność, że prezydent przyjmie wasze propozycje, a nie to, co podsuwają mu wasi konkurenci, a jego koledzy z FSB?
- To nie są nasi konkurenci, ale sprzymierzeńcy. FSB jako jedna z instytucji państwowych też musi zacząć wypełniać swoje zobowiązania wobec społeczeństwa. A co do Putina, to jesteśmy przekonani, że on rzeczywiście chce reformować Rosję - zapewnia Dworkowicz.
Choć minęło już sto dni od czasu, kiedy Jelcyn abdykował na rzecz Putina, nowy prezydent wciąż jest dla Rosjan zagadką. Nie zmienia składu rządu, nie zdradza się ze swymi poglądami na gospodarkę.
Jego współpracownicy obiecują, że przyłbicę odsłoni dopiero po zapowiedzianej na 7 maja oficjalnej inauguracji.
Na razie z upodobaniem oddaje się innym zajęciom. Lata myśliwcem do Czeczenii i w powietrzu przejmuje nawet stery maszyny. Spełnia - jak sam przyznaje - swoje chłopięce marzenie i na pokładzie okrętu podwodnego pogrąża się w głębiny Morza Barentsa. Tam przechodzi chrzest morski - ze szklanej obudowy lampy pokładowej (pojemność 0,7 litra) pije słoną wodę i całuje kołyszący się razem z okrętem podwieszony pod sufitem młot kowalski. A potem przygląda się startowi rakiety balistycznej.
- Dla niego Rosja to jeden wielki Disneyland. Tylko patrzeć, jak dla zabawy gruchnie gdzieś głowicą jądrową - ironizuje Andriej Czerkiezow, komentator Radia Echo Moskwy.
A demokratyczny deputowany Siergiej Juszenkow proponuje Dumie, by oficjalnie wytknęła prezydentowi, że nie wypada mu popisywać się odwagą na niebezpiecznych zabawkach.
Juszenkow obawia się, że Putin nie chce lub nie jest w stanie spełnić nadziei, które wiązali z nim zwolennicy reform. I nie jest w tych obawach odosobniony.
Niedawno Borys Fiodorow, były wicepremier i minister finansów, tłumaczył mi, że w Rosji liczą się nie tyle dokumenty, deklaracje ogłaszane przez rząd czy Kreml, ile decyzje kadrowe. - Dla biurokratów wszystkich szczebli, biznesmenów dopiero informacja o tym, kogo zdjęli, kogo postawili, kto poszedł siedzieć, jest jasnym i zrozumiałym sygnałem o tym, jaka teraz obowiązuje polityka, skąd wieje wiatr - tłumaczył Fiodorow.
Jego zdaniem Putin udowodni, że skończyły się "jelcynowskie nieporządki" i teraz czas na zmiany, dopiero gdy przykładnie ukarze jednego z gubernatorów, którzy w regionach rządzą jak feudalni książęta, i jednego z oligarchów, którzy w ostatnich latach prywatyzowali rosyjskie bogactwa i rządzili Kremlem.
Wydawać by się mogło, że idealnym kandydatem na pokazową egzekucję samowolnego regionalnego satrapy będzie Władimir Jakowlew, mer Sankt Petersburga. W mieście nad Newą rej wodzą bandyci, którzy w powszechnej opinii miejscowych są związani z miejscową władzą. Jakowlew do niedawna był jednym z przywódców opozycyjnej wobec Kremla Ojczyzny-Całej Rosji. A do tego Putin ma z nim stare porachunki. Obaj byli kiedyś zastępcami mera Sankt Petersburga Anatolija Sobczaka i w Smolnym darli koty. Potem Jakowlew został merem, wygrywając z Sobczakiem i szefem jego sztabu wyborczego Putinem.
Sobczak po stracie stanowiska został oskarżony o nadużycia, rozchorował się i musiał w końcu uciekać do Francji. Na jego pogrzebie dwa miesiące temu Jakowlewa nie było. Wdowa Ludmiła Narusowa zapowiedziała, że nie życzy sobie, by u trumny pojawiał się człowiek, który "organizował nagonkę" na jej męża.
Putin, który przyleciał do Petersburga na pogrzeb byłego szefa i profesora (Sobczak był jego wykładowcą na wydziale prawa uniwersytetu), publicznie ronił łzy. W wywiadzie dla miejscowego radia zapewniał, że były mer "nie umarł - on zginął w wyniku nagonki". Nie wskazał wprost na Jakowlewa jako na jej organizatora, ale i tak wszyscy wiedzieli, o kogo chodzi.
A były premier Siergiej Stiepaszyn na pogrzebie Sobczaka przy otwartej trumnie uroczyście zapowiadał, że on, jako były mieszkaniec Sankt Petersburga, jest gotów "spłacić swój dług wobec rodzinnego miasta". Spłacić dług znaczyło w tym wypadku stanąć przeciw Jakowlewowi do zapowiedzianych na 14 maja wyborów mera. Popularny w Rosji Stiepaszyn wsparty przez Putina na pewno pokonałby przeciwnika.
Sam Jakowlew nie potrafił zapanować nad sobą. Widać było, że jest przerażony. Rąk jednak nie opuścił. Zmienił front i w czasie wyborów prezydenckich "postarał się" i zapewnił Putinowi poparcie 60 procent mieszkańców miasta. Za Jakowlewem stanął też związany z Kremlem miliarder Borys Bieriezowski, który spodziewa się, że w Sankt Petersburgu, gdzie powstaje nowy port naftowy, będzie można robić dobre interesy.
I prezydent nie wystawił Stiepaszyna przeciw wrogowi swego publicznie opłakiwanego mistrza. W bój posłał natomiast wicepremier Walentynę Matwijenko, która też kiedyś pracowała w leningradzkim komsomole. Oficjalnie jej jednak nie poparł, a w końcu poprosił, by zrezygnowała z kandydowania i wróciła do pracy w rządzie.
Pozbywszy się jedynej groźnej konkurentki, Jakowlew, który rzeczywiście nie panuje nad wyrazem swojej twarzy, ostatnio rozkwita w uśmiechach i opowiada, że 14 maja, w dniu wyborów, wspólnie z Putinem zainauguruje w Sankt Petersburgu hokejowe mistrzostwa świata.
- Kiwają nas - w imieniu nie tylko petersburskich demokratów żalił się na Putina zaskoczony wiadomością o wycofaniu Matwijenko Julij Rybakow, lider partii Demokratyczna Rosja [Jakowlew wybory wygrał, rządził miastem do 2003 roku, potem - do 2007 roku - był ministrem rozwoju regionalnego].
Kiedy "harwardzkie malcziki" - jak w Rosji nazywają liberalnych ekonomistów - szykują wzorem doradcy cara Aleksandra I Michaiła Sperańskiego wielką reformę Rosji, agenci FSB myślą, jak wziąć kraj pod swoją kontrolę, a prezydent lata myśliwcem i pływa okrętem podwodnym, prawdziwi mężczyźni, czyli ci, którzy przy Jelcynie rządzili Kremlem, robią prawdziwe interesy.
Korzystając z przedwyborczego zamieszania, Bieriezowski i Roman Abramowicz, para kremlowskich oligarchów, przejęli Krasnojarski Kombinat Aluminiowy. Skok planowali już od dawna. Dwa lata temu Bieriezowski pomógł Aleksandrowi Lebiedziowi wygrać wybory na gubernatora Krasnojarska. Generał zaś tak energicznie zabrał się za Anatolija Bykowa, przewodniczącego rady dyrektorów kombinatu, że ten znalazł się w więzieniu. Firma pozbawiona szefa stała się już łatwym łupem.
- W Rosji przejmuje się dziś duże i małe przedsiębiorstwa, korzystając z ustawy o bankructwie, która została napisana jakby pod dyktando bandytów - wyjaśnia Michaił Dielagin, dyrektor Instytutu Problemów Globalizacji. - Wystarczy, korzystając z nieuwagi kierownictwa firmy, umieścić na jej kontach jakąś kwotę, a potem dowieść przed sądem, że ona nie została zwrócona na czas. I można wszczynać procedurę bankructwa. A kiedy ona już się zacznie, ci, którzy chcą przejąć firmę, zjednawszy sobie komorników, bez trudu mogą sparaliżować pracę przedsiębiorstwa. Kiedy zabrakło Bykowa, akcjonariusze Krasnojarskiego Kombinatu Aluminiowego zrozumieli, że nie są w stanie przeciwstawić się kremlowskim oligarchom. Przyjęli propozycję, która w tej sytuacji była nie do odrzucenia, i odsprzedali swoje akcje.
Kiedy poszły słuchy, że Bieriezowski i Abramowicz przejęli aluminiowego giganta, w Rosji podniósł się szum. Ale oligarchowie dobrze się zabezpieczyli. Ministerstwo polityki antymonopolowej w pocie czoła badające, kto w rzeczywistości wszedł w posiadanie pakietu kontrolnego akcji krasnojarskiego kombinatu, nie było w stanie rozwiązać skomplikowanej łamigłówki złożonej z dziwnych spółek powoływanych przez banki, które już dawno zbankrutowały.
Kremlowscy oligarchowie na tym nie poprzestali. W podobny sposób przejęli kontrolę nad kolejnymi hutami i kopalniami boksytu. Dziś rządzą 80 procentami rosyjskiego przemysłu aluminiowego, którego roczne obroty ocenia się na blisko 5 miliardów dolarów.
Spora część moskiewskich obserwatorów tłumaczy, że wchodzący w skład jelcynowskiej "rodziny" oligarchowie, przeczuwając swój rychły zmierzch, w pośpiechu starają się przejąć, co się da, by z tym zejść ze sceny na sute emerytury. - Oni dogadali się z Putinem, że on teraz pozwoli im robić interesy na aluminium za to, że oni zrezygnują z udziału w polityce - przypuszcza Dielagin.
Kto jednak może dać gwarancje, że ci, którzy w czasach Jelcyna rządzili Rosją, już ostatecznie zrezygnowali z ambicji politycznych? Aleksander Wołoszyn, który i przy Putinie zachował fotel szefa administracji prezydenta, i związany z oligarchami wicepremier Michaił Kasjanow ostatnio weszli w skład komisji, która będzie mieć decydujące słowo przy ostatecznym redagowaniu strategii przygotowanej prezydentowi przez Alexander House. Oni i ich mocodawcy będą też mieć sporo do powiedzenia przy formowaniu nowego gabinetu.
Leonid Radzichowski, komentator dziennika "Siewodnia", podsumowując pierwsze 100 dni Putina, przypomina, że świat obawiał się dzisiejszego prezydenta jako czekisty, podejrzewał, że nie potrafi on "wystarczająco ostrożnie" posługiwać się władzą. - Te obawy nie zniknęły. Lecz jego pasywność, jego niezdecydowanie (choćby w sprawie Sankt Petersburga) sprawiają, że pojawiają się nowe obawy - a może jest człowiekiem zbyt łagodnym, który w ogóle nie potrafi posługiwać się władzą? - pyta Radzichowski.
[...]